poniedziałek, 5 lutego 2024

Testowanie

Życie mnie testuje, sprawdza mój upór i determinację w dążeniu do celu.
Otóż spalił mi się kabel zasilacza do chromebooka i pozostaje mieć nadzieję, że nie spotkało to też samego urządzenia, bo chyba się zastrzelę (werbalnie jeno)!
Ponad rok już się ślimaczę z kursem korektorskim. Pracuje nad testem egzaminacyjnym i końca temu nie widać. Jest to żmudna praca, bo choć w pisaniu raczej jestem sprawna, perfekcyjną poprawnością  nie potrzebowałam sobie do tej pory zawracać głowy. Moje umiejętności wystarczały w codziennym życiu aż nadto.
Mimo ukończenia klasy humanistycznej u bardzo ambitnej i wymagającej polonistki, obszar mojej niewiedzy jest jeszcze całkiem spory. To są zagadnienia ze studiów polonistyki - zaawansowane już mocno. Jest tego wiele i są to często subtelne niuanse.
Czasami po prostu - kolokwialnie rzecz ujmując - czacha dymi!

Ale podobno Marta to bestia uparta. Choćbym miała jeszcze pięć lat ślęczeć nad tym kursem - skończę go.
No i postaram się jednak, żeby nie aż pięć :)

piątek, 2 lutego 2024

Krok w samodzielność

Syn zastrzelił mnie swoim nowym szatańskim pomysłem.

Jeszcze gdy byłam w szpitalu, odebrałam od niego telefon... Ale od początku!

Misiek wrócił z naszego wrześniowego wypadu do Sztokholmu wniebowzięty i podekscytowany. Spodobały mu się wojaże, spodobał się świat odleglejszy od naszego powiatowego miasteczka.
Zaczął namiętnie studiować ceny kursów samolotów za granicę. Rzeczywiście można teraz znaleźć niesłychane okazje.

No i teraz przystępujemy do sedna opowieści.
Dzwoni Misiek do mnie w styczniowy wieczór i oznajmia, że wyszukał świetną okazję, lot do Sztokholmu za jedyne siedemdziesiat złotych w jedną stronę za osobę. "Mama, a pozwolisz mi lecieć z W. (dziewczyną syna)? Wszystko już mam ogarnięte: nocleg, samolot". Syn zapewnił mnie, że dobrze posprawdzał informacje, zasięgnął opinii o kwaterze w centrum Sztokholmu.
Znam własne dziecko, rozsądku mu raczej nie brakuje, dobrze sobie radzi w różnych sytuacjach, jest spokojnym chłopakiem, ale tu mnie jednak zaskoczył. W pierwszym odruchu odparłam: "Chyba tak", a dopiero po zakończeniu rozmowy zaczęłam myśleć i snuć wątpliwości.
Pierwsza taka poważna, samodzielna wyprawa... W daleki świat bez opieki i wsparcia... Trochę strach... A co na to rodzice W.?
Postanowiłam pomówić ze "swatową" i dowiedzieć się, jak ona się na to zapatruje. A tymczasem mama dziewczyny cała w stresie i wyraźnie niezadowolona z pomysłu młodych. Mówi do mnie: "Nie zabronię jej, ma już 20 lat (rocznikowo), ale czy to bezpieczne? Może niech poczekają do lata, pojadą z większą grupą" - i tak dalej. "Wyczuwam, że jest pani przeciwna" - skwitowałam i usłyszałam, że raczej tak. Odparłam na to, że ja też mam swoje obawy. "W pani nadzieja, że pani im to jakoś wyperswaduje" - usłyszałam.
Obiecałam, że porozmawiam z latoroślą, ale nie ręcząc za efekty. Zanim jednak do rozmowy doszło, otrzymałam wiadomość: "No, dzięki! Rodzice W. powiedzieli że jej nie puszczą, bo ty się nie zgadzasz."

Najgorsze jest jednak to, że firma przelotowa zabezpieczyła się solidnie przed stratami finansowymi. Bilet W. nie podlegał zwrotowi, nie było też mowy o "podstawieniu" innej osoby, gdyż dane wprowadzono już w system komputerowy (bazę czy jak to nazwać ; nie radzę sobie z fachowym słownictwem). Bilet po prostu przepadł i syn oddał dziewczynie pieniądze ze swoich osiemnastkowych wpływów (dzięki którym stać go było na sfinansowanie przedsięzwięcia). Szkoda byłoby, aby przepadł i bilet syna.
Po naradzie z moją siostrą (bo potrzebowałam złapać dystans do sprawy) oraz z bezpośrednim zainteresowanym, stwierdziłam, że jednak podejmę to ryzyko i pozwolę mu na wyjazd w towarzystwie chętnego kolegi. Kolegę znam, jest zrównoważony, a jego matka też podeszła do sprawy z zupełnym spokojem.

Może było błędem, że odezwałam się do matki mojej "synowej", mogłam się przejmować wyłącznie moim synem, ale gdyby jednak doszło do jakiegoś wypadku - nie spojrzałabym "swatom" w oczy. Wolałam mieć pewność, że zgadzają się na tę wyprawę. A wyszło, co wyszło.

Pogadałam i z W., wyjaśniłam, przeprosiłam. Zareagowała bardzo rozsądnie i wyrozumiale, a ja pocieszyłam ją, że pierwsze koty za płoty i jeśli mój syn wróci cały, zdrowy, może się to okazać przekonujące dla mamy.

Aczkolwiek skłamałabym, że mojemu przyzwoleniu towarzyszy zupełna beztroska.

Młody wylatuje tylko na trzy dni, więc nie będę się długo denerwować.


Przezroczystość

Capnęłam z bibliotecznych opracowań świetną książkę na weekend (popiątek): "Jak starzeć się bez godności". Ujęła mnie przekornym tytułem i pełną humoru narracją.

Już od dawna mierzi mnie często powtarzające się w różnych artykułach zdanie, że kobiety w "pewnym" wieku czują się "przezroczyste", nieatrakcyjne, niezauważane. W tej książce również o przezroczystości mowa.
Wywołuje to we mnie sprzeciw.

Dla siebie nigdy nie będę przezroczysta! A dla innych? A w nosie to mam, bo ci, na których mi zależy, zauważają mnie jak najbardziej. Nie brakuje mi w życiu przyjaznych ludzi.
Jasne, że przyjemnie się podobać, ale nie zależy mi na tym jakoś nadzwyczajnie. Nie mam potrzeby, aby mężczyźni wodzili za mną wzrokiem, choć oczywiście i od nich, i od koleżanek miło jest usłyszeć: "Świetnie wyglądasz". Ale jakoś jestem spokojna, że komu mam się spodobać, to się spodobam. Niezanadto o to zabiegam. R. podsumował kiedyś: "Ty masz na to wywalone, ale kiedy trzeba, w 15 minut zrobisz z siebie zaj...tą laskę". Jakoś nie mam potrzeby dowartościowywania się przez wygląd, lubię się podobać sobie i innym... na własnych warunkach, jak to nader trafnie ujęła współautorka rzeczonej książki.

Ośmielę się także stwierdzić, że na pewnym etapie życia kompleksy odnośnie wyglądu są... infantylne. Albo się coś ze sobą robi, jeśli tak bardzo to przeszkadza, albo pracuje się nad poczuciem własnej wartości i samoakceptają.
Nie jest to chlubny przykład i tu zachwycona sobą nie jestem, ale na własnej skórze przekonuję się, że nie wygląd decyduje o naszych relacjach z otoczeniem, ale raczej energia, jaką się roztacza, emocje, jakie wywołujemy w otoczeniu. Chodzę teraz mianowicie ze szczerbą w zębach, bo niewyobrażalnie trudno jest mi przełamać swój lęk przed leczeniem w narkozie (obiecuję sobie, że za jakieś 3 miesiące pojadę do sanatorium już z pięknym uśmiechem, ale gdybyż to takie proste było!). Absolutnie ten brak nie zmienił relacji z innymi w moim życiu. Jestem nadal lubiana przez tych, którzy lubili mnie wcześniej. Mężczyźni może nie ścielą mi się do stóp, ale też nie jestem tym obecnie zainteresowana. Koledzy, którzy byli w moim życiu - pozostali w nim nadal.

Problem przezroczystości jest dla mnie problemem wydumanym.


PS Ba! Przezroczystość bywa wybawieniem od zbyt ochoczo okazywanego zainteresowania, o czym opowiada żydowski dowcip:

Dobiega końca wieczerza szabasowa i uczestnikom zbiera się na rozmowy o dzisiejszej młodzieży. Oczywiście niepochlebne.
Wszyscy z rozrzewnieniem wspominają niegdysiejszych układnych młodzieńców. Jedynie pewna leciwa matrona jest innego zdania:
- Aj! czego wy od nich chcecie? jak byłam młoda, chłopcy nie dawali mi ulicą przejść, zaczepiali, nagabywali, do jakich rzeczy namawiali - tfu!
A dziś młodzi chłopcy wcale mnie nie zaczepiają.


Dowcip dowcipem, ale czasem dobrze mieć święty spokój.

Samoobserwacja

Ano badam siebie i swoje stany. Ano przyglądam się i obserwuję.
Dwa ostatnie dni miałam kiepskie. Wczoraj powody były dość oczywiste, matka natura dała głos, ale przedwczoraj?
Pomyślałam, poszukałam w pamięci i wydedukowałam: poprzedzającej nocy nie mogłam zasnąć do trzeciej nad ranem. Ki diabeł? Ano taki, że wcześniejszego dnia zapomniałam zażyć swoje codzienne lekarstwa rano, więc postąpiłam w myśl zasady: lepiej późno niż wcale, i łyknęłam medykamenty pod wieczór. W internecie wyczytałam że jak najbardziej może to być przyczyną bezsenności. Postanowiłam jeszcze to kiedyś, w wolnym dniu przetestować.
Już pisałam, wiele razy, jak bardzo dał mi się we znaki brak energii i jaka uciążliwa bywa w tym braku codzienność. Wydałam wojnę problemowi, sprawdzam, co mi pomaga, a co wręcz przeciwnie.
Jak napisałam także, ważne jest to, co mnie raduje i sprawia przyjemność. Ważne jest dostarczanie sobie ruchu, słońca i świeżego powietrza - to realnie poprawia mi samopoczucie. To mnie wręcz uszczęśliwia. Nie darmo pisze się o wyzwalaniu endorfin przez fizyczny (rozsądny) wysiłek.
Ważne szalenie jest, bym była wyspana, bo na braki w tym zakresie jestem bardzo wrażliwa. Ukróciłam sobie ukochane nocne markowanie w ciągu tygodnia, gdy muszę wstawać do pracy i w pracy zachować dobrą formę.
Stwierdziłam też, że nie ma co się katować wymaganiami wobec siebie. Przez ostatnie dwa wieczory zwolniłam się z "domowej pańszczyzny". Co musiałam zrobić, to oczywiście musiałam, dziecko głodne chodzić nie może, ani ja zresztą, ale naczyniom w zlewie nie stanie się nic, jeśli poleżą przez noc. Leżały nieraz i jakoś karaluchów to nie przywabiło. Robiłam więc wczoraj minimum, poleniuchowałam na kanapie, a dziś mam werwy za trzy Marty ;)

wtorek, 30 stycznia 2024

Dzień pelen szczęścia

Warto badać, co czujemy w jakich sytuacjach, co nas buduje, a co - rujnuje. Co sprawia, że chce się żyć, a przez co żyć się odechciewa. I dawać sobie jak najwięcej tego dobrego pożywienia dla duszy i serca. Że nie wspomnę o ciele.

Jestem dziś cudownie i obficie nakarmiona. Moim pożywieniem była bliskość z siostrą i ruch. Jejku, co za radość! Jaka jestem dzisiaj szczęśliwa!
Wybrałyśmy się na lodowisko. Kilka lat, odkąd mój synek zmienił się w syna i woli chodzić własnymi drogami, nie jeździłam na łyżwach, bo samej jakoś trudno mi było się zmobilizować.
Towarzystwo na kolejne lyżwiarskie wypady również mi dzisiaj spadlo jak z nieba. Po seansie odwiedziłyśmy naszego brata, a tam jego córka, dwunastolatka, słysząc o lyżwach, odezwała się z żalem: "Dlaczego mi nie powiedziałyście?". Zapewniłam ją, że następnym, niedalekim razem będę o niej pamiętać.
Nie należę do osób, którym do wszystkiego potrzebne jest towarzystwo, ale miło je mieć, to zachęca do różnych aktywności.

Jutro siostra już wraca do Włoch. Była w naszym mieście raptem tydzień, ale po raz pierwszy od  tylu lat mam poczucie, że nabyłam się z nią do syta.

Ja zaś wracam wreszcie do pracy i na myśl o tym czuję, jakby mnie z powrotem zamykano w klatce. Jestem jednak "dużą i rozsądną dziewczynką".

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Wieczorny dopisek

Kot wczoraj szurał łapami po szybie salonu, więc eksperymentalnie otworzyłam okno. Wyskoczył do ogródka i pokicał gdzieś przed siebie. Spotkałam go kilka godzin później na podwórku, więc zgarnęłam do domu. Dziś sytuacja się powtórzyła. Wypuszczony na podwórze Mruczuś zameldował się wieczorem, o dziwo, tuż po tym, jak biegającego pod domem psa przywołał do mieszkania sąsiad.
Cieszyłabym się, gdyby Mruk wychodził na zewnątrz, byle się nie oddalał. W domu poważnie nadwerężył mi tapicerkę kanapy. Niestety, zwierzęta i domowe sprzęty to niekoniecznie zgodny duet. Wolę jednak mieć dom pełen ciepła i życia niż wymuskane zimne muzeum, gdzie sprzęty są ważniejsze od mieszkańców. A najlepiej wypracować kompromis.
W drapaki dla kotów nie wierzę. Brat miał i skwitował krótko: gdyby w domu został tylko drapak, to może by swoją rolę spełnił :) Koty drapią, co im się podoba, nie zaś to, co im wolno.

Z siostrą spędziłam dziś miłe cztery godziny. Nakupiłyśmy ciuchów za niewygórowaną cenę, bo trafiłyśmy na cotygodniowe przeceny. Tylko w jednym obniżek nie było więc buty-sznurowańce na obcasie, kosztowały mnie całe trzydzieści złotych. Ale już kurtka-plaszcz za kolana (albo w kolano, nie pamiętam) - raptem osiem złotych. Bogiem a prawdą, niepotrzebna mi ona, ale uległam pokusie.
Wszystkie kobiety w naszej rodzinie mają fioła na punkcie ubrań - może tylko młodsza siostra mniej.
Nie posiadam prawie jakichś mazideł, balsamów, wystarcza mi krem do twarzy i mydło lub żel pod prysznic. Nie maluję się praktycznie wcale (tylko od wielkiego dzwonu i to nie zawsze, albo w przypływie niezwykle sporadycznej fanaberii). W charakterze balsamu do ciała używam oleju kokosowego, który i w kuchni się przydaje, czasem robię domowy peeling z oliwy lub wspomnianego oleju czy oliwki dla niemowląt i fusów po kawie. To mi wystarcza, szkoda mi wydawać pieniędzy na kosmetyki, które potem stałyby nieużywane. Jakieś bardziej czasochłonne zabiegi, domowe SPA to dla mnie nudne zajęcie, w którym nie znajduję przyjemności. Minimum, które stosuję, to wyłącznie z rozsądku, bo suche (efekt choroby zwanej m.in zespołem suchości) włosy i skóra same upomniały się o więcej troski.

Natomiast "szmaty" kocham, kocham, kocham! :) Jak moja śp Mama...

Co jeszcze miłego mnie dziś spotkało? Kolejne potwierdzenie: ma się to szczęście do życzliwych ludzi. Gitara od koleżanki okazała się nie pożyczką na dłużej, ale prezentem. Co za szalona dziewczyna! Sprawiła mi wielką radość.

* * *

Dobro krąży.
Nie zawsze udaje mi się zrewanżować ofiarodawcy, a spotkało mnie w życiu wiele niespodziewanej hojności, ale zdarza mi się oddać dobro w inne ręce. Nie chcę, by to brzmiało jak przechwałki, ale wspieram teraz żywnością koleżankę pozbawioną środków do życia, dam jej a to ziemniaków, a to jajek, a to zupy w słoiku ; wzięłam udział w zbiórce pieniędzy na operację ojca innej koleżanki. Obiecałam sobie że od czasu do czasu, a jak mnie będzie stać, to systematycznie wesprę jakąś działalność charytatywną.

Płacę długi wdzięczności, choćby tylko skromnie, podając dobro dalej.
To samo powiedziałam wspomnianej koleżance: nie czuj się zobowiązana. Będziesz w lepszej sytuacji, to pomożesz komuś innemu w potrzebie.

Niech dobro krąży i się mnoży.


Dlaczego i po o o tym ostatnim napisałam? Bo może czyta mnie ktoś, komu się nie zrewanżowalam, chociaż bardzo chciałam.

Nie, nie zapomniałam, a moja wdzięczność nie ustała.

Poniedziałkowo, przedpołudniowo

Poniedziałek, poniedziałeczek, poniedziałczunio :) Skoro może być piątunio, to czemu nie poniedziałczunio? :) Mogę go tak czule nazwać, bo nie idę dzisiaj do pracy - hurrra!

Wzięłam dwa dni wolnego na okoliczność przyjazdu siostry, co zastrzegłam sobie już przed pójściem do szpitala. Ale wywczas! Kocham wakacje!
Wszyscy dorośli oczywiście wiedzą, że paradoksalnie wolność wymaga znacznie więcej samodyscycpliny niż funkcjonowanie w narzuconych z zewnątrz ramach. Pozwoliłam sobie wczoraj na tzw. rozpierdziel w domu i życiu. Firanki jak powiesiłam w sobotę nieprasowane (prasuję parownicą w "stanie rozwieszonym"), tak jeszcze wiszą, bo przyszła siostra, więc wolałam skupić uwagę na tym, co naprawdę dla mnie ważne. Wczoraj znów byłam... wczorajsza i po prostu przesnułam się przez dzień z pełną świadomością wyboru. Na dłuższą metę snucie się jednak odbiera energię, a wprowadza marazm. Nie lubię tego stanu, więc pomimo podszeptów wewnętrznego leniucha, zachęcającego do wylegiwania się na kanapie z chromebookiem - wstaję.

Pierwszy krok w codzienność najtrudniejszy, a potem już będzie z górki :)

A potem ruszamy z siostrą na podbój miasta. Szmateks się mojej drogiej zamarzył.

niedziela, 28 stycznia 2024

Relacja z popiątku

Zmęczona dziś jestem, a to pewnie wskutek wczorajszego dość intensywnego dnia i kontaktu z alkoholem. Na co dzień jestem niemal abstynentką, unikam trunków ze względu na stale zazywane lekarstwa, więc organizm w bojach niezaprawiony (chociaż, broń Boże, nie nadużyłam trunku) :)
Synalek rozpoczął ferie zimowe, na "popiątek" wybyl do miasta wojewodzkiego, gdzie ukochana, i zamierza wrócić dopiero jutro. Już nawet profilaktyczne kazania o niepowoływaniu nowych obywatelina świat mi się znudziły, a młodzi twardo twierdzą, że niemowląt nie lubią i nie chcą. No, cóż... młodzi są...
Ja dzieci kocham od zawsze i wszystkie są moje, ale wnuki stanowczo niech jeszcze poczekają.
Do południa porządkowałam mieszkanie, zawiesiłam kupione za pięć złotych kolorowe firanki w kwiaty i motyle. W międzyczasie przyszła siostra, ta z Włoch, z córką i chłopakiem córki. Poczęstowałam ciastem i obiecanym szampanem, z młodymi, którzy nie mówią po polsku konwersowałam za pomocą tłumacza Google. Chłopak siostrzenicy pochwalił mnie, że jestem bardzo zabawna, bo byłam skora do żartów i radosna.
Potem wybrałam się do koleżanki, z którą byłam umówiona. Poznałam ją kiedyś u bratowej, a od pewnego czasu chyba się zaprzyjaźniamy. Sporo mamy wspólnych zainteresowań i upodobań. Zjadłam u niej dwa talerze pysznej zupy pieczarkowej i przyniosłam od niej pożyczoną mi na czas nieokreślony gitarę jej przyjaciela. Popróbuję samodzielnej nauki gry. W dobie internetowych instruktaży to bez porównania łatwiejsze niż za czasów mojej młodości. Najwyższa pora na spełnianie latami odkładanego marzenia.
Koleżanka uświadomiła mi, jaki mam dar i szczęście: powiedziała, że zazdrości mi więżi z rodzeństwem. Ona, podobnie jak ja, ma dwie siostry i brata, ale nie dana jej taka bliskość. A dla mnie to tak bardzo naturalne i oczywiste.

W drodze powrotnej wstąpiłam do drugiej siostry, gdzie zatrzymała się siostra z Włoch na czas przyjazdu. Łyknęłam trochę szampana, ale ze spotkania wyszłam dość wcześnie, bo zależało mi na dostępnym za darmo tylko do północy filmie z internetu - "Mądrość traumy" z terapeutą Gaborem Mate. Film poruszający i mąðry. Według Mate największym dramatem nie jest sama trauma, lecz przeżywanie jej zupełnie samotnie, bez żadnego wsparcia. Trauma jest "normalną rekacją na nienormalne sytuacje".

Dziś więc snuję się lekko "wczorajsza", być może też na skutek intensywnie spędzonego czasu.

Wieczorem wpadła "włoska" siostra, tym razem bez dzieci. Obejrzałyśmy sobie razem "Johny;ego" na Netflixie, film o księdzu Kaczkowskim i jego "synku", podopiecznym Patryku Galewskim, chłopaku z marginesu społecznego, któremu ks. Jan pomógł odbić się od dna i rozpocząć zupełnie nowe życie. Film spodobał się siostrze.

Na jutro umówiłyśmy się na szmateksowe łowy i może również na łyżwy. Wzięłam urlop na ten rodzinny czas.

* * *


Nie zamierzałam dzisiaj pisać nic na blogu, ale przeczytałam weekendową relację Siedmiu Wiatrów i jakoś mi się zachciało podzielić swoją (nie)codziennością.

sobota, 27 stycznia 2024

Energia

Z koncertu wróciłam bardzo "zadowolniona" :)
Mnie to potrzebne, choć nieraz wygrywa wewnętrzy leniuch i piecuch: ruszyć się za próg domu, dostarczyć sobie bodźców, których w czterech ścianach nie uświadczysz. I te bodźce to wcale nie muszą być wielkie sprawy, spektakularne atrakcje. W domu nie usłyszę pierwszego wiosennego skowronka nad polami za cmentarzem, gdzie odwiedzam grób rodziców, nie zobaczę sójki, która przyleciała na podwórze w przepychu swoich piór. W domu nie spotkam zupełnie przypadkowej osoby, która powie mi coś, co może zapamiętam na całe życie. Wychodzenie z domu, choćby tylko na spacer po najbliższych ulicach, dodaje mi energii, chęci i inspiracji do życia. Już to wiem, już jestem tego pewna niezbicie i dbam, aby sobie to dawać.
Z koncertu nie skorzystałam należycie, bo wciąż jeszcze nie radzę sobie dobrze z rozumieniem mowy. Dźwięki są głośne, ale mózg nie nadąża z przetwarzaniem na znaczenia. Dobrze było jednak "zmienić powietrze", odetchnąć odrobiną kultury.
Siedziałam obok kobiety, na którą zerkałam z ciekawością, bo była ubrana tak jak lubię: z odrobiną artyzmu, a jednocześnie niekrępująco, wygodnie. Nie jakieś tam szpilki, tylko płaskie buty, w których można przejść cały świat, ale za to sukienka, czerwony płaszcz i piękny szal. Uśmiechałyśmy się do siebie w czasie koncertu, a potem nawiązałyśmy rozmowę i kobieta zaproponowała, byśmy się przeszły razem, bo bylo nam po drodze. Bardzo sympatyczna, otwarta i inteligentna osoba. Przy okazji dowiedziałam się paru ciekawostek o mieście, które odwiedziłam, a które jest jej miastem rodzinnym.
Pociąg powrotny podjechał jak na zamówienie, a liczyłam się z bardzo późnym powrotem do domu. Cała drogę rozmawiałam przez Messenger ze "szwedzką" ciocią, siostrą Mamy, która właśnie do mnie zadzwoniła. Raczej nie wypada prowadzić przy ludziach głośnych prywatnych rozmów, ale olałam ; nie co dzień jest okazja pogadać z ulubioną, a tak odległą (fizycznie) ciocią.

I tak to dzień minął. Dobry dzień w dobrym nastroju, z zastrzykiem radości na kolejne dni.

* * *

Znalazłam, będąc w szpitalu, taki jeden "rozwojowy" blog (no, co ja poradzę, że takie lubię i że to mi teraz w duszy gra!). Zafrapowało mnie w nim pytanie, w jakiej jestem zwykle podstawowej energii - takiej "ustawionej fabrycznie". Gdy mam czas dla siebie, jestem sama ze sobą, nikt i nic niczego mi nie narzuca ani nie ogranicza. Warto z taką energią jak najczęściej się łączyć, badać, co nadweręża nasze zasoby, by o nie zadbać, chronić je. Odnajdywaniu swojej energii sprzyja przebywanie we własnym towarzystwie, medytowanie, pisanie dziennika itp. Czyli wszystko, co  lubię i lubiłam zawsze, nawet nie wiedząc jeszcze nic o medytacjach. Może tylko mniej wiedziałam o uważności, a teraz cenię ją ogromnie. Mody modami, ale naprawdę - supersprawa! Do mojego charakteru i temperamentu bardzo pasuje, nie męczę się dumając długie kwadranse nad wodą.

Moja energia jest refleksyjna, spokojna, ale też naprzemienna, bo bywam żywa, spontaniczna i radosna. Nie lubię ramek i narzucania mi czegokolwiek wbrew mojej woli. Lubię po swojemu, w swoim tempie i rytmie.

piątek, 26 stycznia 2024

Przedpoludnie

Spanie do dziewiątej, niespieszne śniadanko - co za rozkosz i radość!

Mogłabym dopiero teraz rozpocząć pracę i pracować choćby do wieczora. Teraz mam energię na właściwym i pożądanym poziomie. Etat nas odcina od samych siebie.

No, cóż... całe szczęście, że to nie XIX wiek, gdy ludzie walczyli o skrócenie dnia pracy do ośmiu godzin. Mogłam trafić gorzej, a jeszcze marudzę ;)

Tak czy siak, cieszę się, że jestem u siebie w domu.

Za chwilkę zabiorę się do tej mojej korekty. Jestem wypoczęta, więc mam zapał. A przyznaję - odczuwam spory wysiłek i zmęczenie przy tym zajęciu. Nauka kosztuje nie tylko pieniądze. Jest jednak satysfakcja: coś robię, coś realizuję, coś skończę, "choćby gwoździe z nieba leciały" (Wiktor Zawada: "Leśna szkoła strzelca "Kaktusa"). Wiem, że dam radę, to mocne poczucie. Dam radę, bo chcę.

Waham się mocno, czy wybrać się na koncert zespołu Ponad Chmurami w sąsiednim mieście. Dojazd jest fatalny, znad tego miasta przysłowiowe wrony zawracają, ale uwielbiam wyjazdy, koncerty, nutkę przygody i przełamania codziennej rutyny. Uwielbiam poezję śpiewaną. A z drugiej strony zwyczajny leń mnie ogarnia, bo trzeba by zaraz brać się w garść, organizować sobie dzień, tu zdążyć, tam się nie spóźnić... Jeszcze mnie dziś czeka wizyta u protetyka słuchu i kontrola aparatów ; jak wyjdę z domu koło południa, to nie wrócę do bardzo późnego wieczora.

A tu już dwunasta. Idę w piecu palić... i zastanowię się jeszcze chwilę, co dalej z tym dniem.