wtorek, 15 września 2026

Wczoraj i dziś

Połowa miesiąca śmignęła. Do pewnego momentu lato wydaje się długie, ale przełom sierpnia i września przypomina o przemijaniu. Październik jeszcze dość łaskawy, ale o listopadzie myślę niechętnie. Ani się nie obejrzymy, a nastanie. Liczę na to, że dzięki leczeniu psychiatrycznemu łatwiej będzie mi go przetrwać.

Wczoraj w autobusie spotkałam D. Zapominając o nieporozumieniu, odruchowo i spontanicznie, przywitałam się, zagadałam... D. jechała w odwiedziny do koleżanki i napomknęła, że w tygodniu zaprosi mnie na kawę. Przez jakiś czas się wahałam, co ja na to. Dzisiaj zwierzyłam się wspólnej koleżance i ta ustawiła mi wszystko w jasnym świetle. Ma rację: jeśli tylko z grzeczności, z sentymentu do tego, co było - to po co? Po co, skoro nic mi to nie wniesie, skoro D. i tak nie zrozumie mojego spojrzenia na sprawy? Niech idzie swoją drogą i niech się jej dzieje jak najlepiej. Odleciała w swoje złudzenia, marzenia, fantazje i nie chce ani nie potrafi "zejść na ziemię". Mamy odmienny styl życia. Stefania (zmieniam imię) twierdzi, że D. wciąż za czymś goni, szuka tzw. atencji (nie lubię tego określenia, jest błędnie rozumiane), chciałaby, aby życie było jedną wielką imprezą, a i napić się lubi. Ten jej "gruby łysol" (moje - przyznaję, złośliwe - określenie) też się Stefce nie podoba, uważa go za człowieka ograniczonego. Ja nie zdążyłam go poznać, ale chyba D. żyje przy nim wreszcie tak, jak lubi: cięgiem jakieś wyjścia, zabawy, potańcówki, o czym ochoczo powiadamia świat na Facebooku. Wieeeelkie kufle piwa, a za kuflami oni. Dla urozmaicenia czasem pizza jak koło młyńskie na pierwszym planie.

Nie, nie będę się przypominać D. i mam nadzieję, że jednak zapomni o swojej propozycji.

A propos picia, pod naszym domem znowu stała karetka pogotowia. Sąsiad regularnie dostaje ataków padaczki alkoholowej. Był już i w szpitalu (nieraz), i na odwyku - i figa z tego, pije nadal. Jego matka, wdowa złego słowa o byłym mężu nie powie, ale ci, co go znali, mówią, że i on za kołnierz nie wylewał.

...A kalina ma już czerwone korale. Widziałam w mijanym rano ogródku.

poniedziałek, 14 września 2026

Trudno uwierzyć

Pożegnaliśmy Z. na zawsze. Dziś odbył się pogrzeb. I życie toczy się dalej... jakby się nic nie stało. Tak trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu rozmawiałyśmy...

Po pogrzebie wybraliśmy się ze współpracownikami do lokalu, by się naradzić w sprawach związanych z pracą. Czy coś z tego wyszło, nie wiem, zapytam jutro. Spotkanie bowiem odbiegło od planu. Ponieważ nie rozumiałam rozmów z powodu niedosłuchu, dopiłam swoją kawę, przeprosiłam towarzystwo i opuściłam spotkanie. Nic tam po mnie, skoro nie rozumiem rozmów. Na spotkanie ktoś zaprosił naszą byłą, emerytowaną dyrektorkę. Aktualna nie została wtajemniczona. Czyż to nie mówi samo za siebie?

W miniony weekend pod wpływem jakiegoś impulsu odgrzebałam w internecie sprawę Piotra Sałygi - pamiętnego Niemęża Joanny-Chustki. Znałam już pewne kontrowersje dotyczące tego człowieka, ale to, co przeczytałam o nim po latach, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Facet zamieszany był w bardzo grube przestępstwa, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa finansowe na olbrzymią skalę. A taki się wydawał kryształowy, taki podziw budził opiekując się Joanną. Tak wiele osób tak bardzo się na niego nabrało. Jestem pełna zadziwienia (bo przecież nie podziwu) dla jego bezbrzeżnego tupetu, fałszu i braku skrupułów.

Nie ma cudów i nie ma ludzi bez skazy. Gdy ktoś wydaje się ideałem - to dopiero należy wziąć go pod lupę!

sobota, 12 września 2026

Deszcz

Na początek prośba - apel: pomóżmy mojej skrzywdzonej przez los koleżance. Każdy datek zostanie przyjęty z wdzięcznością.
Podam link korespondencyjnie. Chciałam zamieścić go w niniejszym poście, ale nie chcę, by na blogu figurowało czyjeś imię i nazwisko. I tak sporo tu piszę o faktach ze swojego życia, może zbyt sporo.


A poza tym?

Dzień deszczowy, jakby opłakiwał Z. Swoich domysłów co do jej śmierci nie ujawnię, mam jednak gorzką myśl, że być może nie musiało się to zdarzyć. Oprócz choroby mógł to być wynik jej nieostrożności, ryzykanctwa... Nie jakiegoś szalonego, raczej pospolitego, ale jednak ryzyka. Tak często myślimy: a co tam! ten jeden raz... Jednak okoliczności tej śmierci to tylko moje domysły i nie mają już znaczenia. Tylko pogodzić się trudno, że być może miała na to wpływ, że mogła uniknąć śmierci.

Niezbyt często z nią przebywałam, bo pracowała w filialnym punkcie, a ja programowo trzymam się na dystans od współpracowników. Łączyły nas jednak podobne zainteresowania i sposób spędzania wolnego czasu. Z. była osobą ciekawą świata, niezależną. Często podróżowała podczas urlopu w pojedynkę, co bardzo mi imponowało. Interesowały ją wydarzenia kulturalne w mieście. To nie była osoba, która tylko siedzi w domu. Dwa lata temu zaproponowałam jej wspólne wyjście na łyżwy, na co ona chętnie się zgodziła. Żałuję, że nie poznałyśmy się lepiej, ale ja zawsze obawiałam się być za blisko ze współpracownikami. Wiadomo, jak to w pracy: w przypływie szczerości opowiesz o jakimś absurdzie, wymyślonym przez dyrekcję, a przyjaciółce niech się zupełnie bez złej woli gdzieś wypsnie, niech ktoś podchwyci i zrozumie po swojemu... W pracy jestem bardzo powściągliwa, robię swoje i spier... (wybaczcie dosadność).

Przepełnia mnie zaduma: jak wiele przepuszczamy okazji, by żyć pełniej, głębiej, bliżej ludzi i życia. Jakie to wszystko dostępne, a jak mało z tego korzystamy... i jak często okazuje się, że tak, niestety, musiało być (nie zawsze!), takie były warunki, okoliczności, tacy byliśmy - my sami.

Żegnaj, Z., a może - do widzenia, Z.

czwartek, 10 września 2026

Szok

Dziś wybrałam się na comiesięczne spotkanie w Klubie Pacjenta.
Potrzebowałam na to spotkanie kilkugodzinnego urlopu, więc podeszłam do gabinetu koleżanki, referentki do spraw administracyjnych, bo u niej się takie sprawy załatwia. A że P. rozmawiała właśnie przez telefon, usiadłam obok na krześle i cierpliwie czekałam, by wyłuszczyć, z czym przyszłam. W tym samym czasie potrzebowała czegoś również nasza dyrektorka i też na chwilę przysiadła. Nagle P. zaniemówiła, złapała się za usta. Od razu pomyślałam: chyba ktoś umarł, pewnie któraś z naszych emerytek. Nie spodziewałabym się jednak nigdy, tego, co usłyszam za chwilę. Ponieważ źle słyszę, podeszłam do dyrektorki i szeptem spytałam o kim mowa, a w odpowiedzi usłyszałam: zmarła Z. 

To kobieta młodsza ode mnie o kilka raptem lat, niewiele. Lubiłam ją, miałyśmy dobry kontakt i trochę podobnych zainteresowań. Czułam z nią pewną wspólnotę.
Z. miała kłopoty zdrowotne, o których długo nikt nie wiedział, lecz wreszcie wyszły na jaw. Potem dyskusyjne się stało, czy powinna pracować na swoim stanowisku, ale pozwolono jej. Były to problemy neurologiczne, więc poniekąd z "mojej bajki". Miała swoje kłopoty z funkcjonowaniem, trudności, więc w pewnym momencie z koleżankami zaczęłyśmy ją zachęcać, by zajęła się sobą troskliwiej, by sięgnęła po wsparcie. Wreszcie dała się przekonać, zaczęła działać. I ledwo zaczęła walczyć o lepszą jakość swojego życia - stało się to najgorsze. Nagle, bez ostrzeżenia ; dopiero tydzień temu rozmawiałam z nią o książkach, które chciałam wypożyczyć dla syna. Ba! przecież przyszła do nas z tymi dwiema książkami nazajutrz.

Nie mogę, nie mogę nadziwić się, że odeszła osoba, której śmierci nie zapowiadało nic, pełna planów, ciekawości życia i świata. A ja kilka lat starsza, wróciłam z operacji, której można było nie przeżyć. I jeszcze jestem, pracuję, żyję.

Jakie plany masz wobec mnie, Boże?

wtorek, 8 września 2026

Banalnie ale miło

I wieczór. I wcześniejszy już znacznie niż w te najdłuższe dni. Jeszcze mi z nimi po drodze, na "listopadzicę" przyjdzie czas - a może jednak mnie ominie w tym roku? Tak się dobrze czuję ostatnio.

Pożywiom, uwidiom.

Wróciłam dziś do domu prosto z pracy, nigdzie nie wstępując i nigdzie się nie włócząc. Z zamiarem drzemki, bo jakaś senna byłam, wyciągnęłam się na kanapie, uruchomiłam laptopa, by zobaczyć, jak się miewa zrzutka koleżanki. Poczytałam blog "Mało kasy, godne życie". Bardzo przyjemnie się go czyta. Skąd jego autorka bierze tyle energii i czas na te wszystkie domowe aktywności? I jeszcze nałogowo czyta książki!

Lektura bardzo mnie zrelaksowała. Zrezygnowałam z drzemki i wzięłam się za własną domową działalność. Od siostry otrzymałam przedwczoraj piękne dorodne grzyby, zebrane przez nią w czasie pobytu na działce. Poleżały do dziś z lodówce, co ani trochę im nie zaszkodziło. Przebrałam je, w większości okazały się zdrowe. Obgotowałam przed chwilą ; będzie sosik! Przebrałam też jabłka, którymi z kolei uraczyła mnie moja sąsiadka pani T-owa. Też poza kilkoma sztukami zdrowe i bez "wkładki mięsnej". Ponieważ jestem "energooszczędna", poczytałam porady, według których śmiało można smażyć owoce ze skórką i gniazdami nasiennymi, a następnie przetrzeć je przez sitko bądź durszlak. Mój durszlak jest metalowy i bardzo przyzwoity 😊.

W lodówce są jeszcze śliwki, może do jutro nic im nie będzie. Jest już ciemno, chcę mieć wieczór dla siebie.

Lubię takie dni bez gnuśności i przewlekłego zmęczenia, w którym jest miejsce i na pracę, i na relaks. Mam poczucie sensownie wypełnionego czasu i miłego zrelaksowania.

Kalina z ostatnich tekstów jednak musi poczekać na moje odwiedziny.


niedziela, 6 września 2026

Takie tam...

Niezbyt często zdarza mi się popełnić kilka postów jednego dnia, dziś jednak jest taki właśnie dzień.

Zbliża się wieczór i już raczej nie zdążę wybrać się na spacer polnymi ścieżkami wzdłuż torów. Nic to, pójdę innym razem i postaram się, by nie odkładać tego w nieskończność. Chcę zobaczyć, co się dzieje z kaliną o tej porze roku. Jakoś mi ta kalina utkwiła w głowie podczas zeszłorocznych spacerów z Rikiem, psem koleżanki, który trafił wtedy pod moją opiekę. Kaliny wcześnie zupełnie nie rozpoznawałam, ale dobrze znam wiersz Lenartowicza, jak "rosła liściem szerokim". Zauroczyłam się też odsłuchaną w internecie piosenką do tych słów. I został mi sentyment. Tak już mam, że różne emocje kojarzą mi się z bardzo konkretnymi rzeczami i odwrotnie. Czasami jest to zapach, czasem piosenka, czasami zapamiętany widok. Kalina stała się takim moim wyzwalaczem sentymentów. Mam ich wiele.

No, więc z kaliną spotkam się innym razem i potraktuję to jak punkt w kalendarzu. Chcę "zaliczyć" spacer w ten graniczny czas. Tak lubię przełomy w przyrodzie, te ledwo dostrzegalne anonse kolejnych pór roku. Nazywam to chwytaniem ich na gorącym uczynku.

Dziś zostaję w domu. W kuchni krzątałam się sporo czasu. Przygotowałam zapiekankę z kupionych w sklepie ścinków wędlin i przedwczoraj ugotowanych ziemniaków ; część ich poszła do piątkowego obiadu i wczorajszej mojej kolacji, ale sporo jeszcze zostało. Lubię tak gotować "na zakładkę", skraca to czas przyrządzania kolejnych posiłków. W piekarniku "dochodzi" placek ze śliwkami. Śliwki, ich zapach to też wyzwalacz moich dobrych emocji. Resztę owoców miałam wykorzystać do powideł, ale nie zostało ich już wiele ; jeszcze z jedno claffoutis albo biszkopt i będzie po nich. Raczej to drugie, bo cierpiąc na przewlekłe zmęczenie, długo biszkoptu nie piekłam, nie chciało mi się.

Uśmiałam się z tego mojego pieczenia, bo przed chwilą okazało się, że owszem, uruchomiłam piekarnik, ustawiłam czas pieczenia, tylko zapomniałam o temperaturze! Zero stopni raczej pieczeniu nie sprzyja.

Jutro do pracy, będzie okazja coś ładnego na siebie wrzucić 😊 Mam parę naprawdę fajnych (jak dla mnie) zdobyczy. 

Do wyboru, do koloru

Cha, cha! Dzień mi wyszedł jak zwykle. A raczej wychodzi, bo jeszcze do wieczora trochę czasu.
Wstałam nawet wcześnie, ale tu kawka, tu posiedzenie przed laptopem, tu parę chwil z synem na... wspólnym szperaniu w internecie (młodego zafascynowała cyrylica) i tak jak sama sobie z ironią przepowiadałam - zastaje mnie czternasta z hakiem. A mam to w nosie!

Sto razy pisałam o przebudowywaniu swoich przekonań, świadomości. podejścia do życia. Zaczynam mianowicie akceptować swoje funkcjonowanie, widzę w nim element własnego wyboru. Tylko ode mnie zależy, na co sobie pozwolę - więc pozwalam sobie dziś na wybebeszone łóżko, pałętanie się w nocnej koszuli i niegotowy jeszcze obiad. Ale cieszę się, że zrobiłam szybkie pranie... i chromolę, że dzisiaj niedziela i hałas pralki być może nie zachwyca konserwatywnej sąsiadki. Zresztą sąsiedzi poznali już sporo moich dziwactw...

Plan na obiad mam sprecyzowany ; szybko pójdzie i będzie smacznie. U kolejnego z "dynastii" gotujących Kuroniów znalazłam przepis na powidła bez mieszania, pieczone w piekarniku, więc niebawem wstawię garnek śliwek. Część odłożę do ciasta, nie mogę się tylko zdecydować: kruchego czy biszkoptowego. Ale chyba jednak kruche. Ach, jak będzie pachniało!

I zestawię sobie ładne ubranie na jutro, bo sporo ostatnio upolowałam na szmateksowych łowach :)

I zrobię sobie "wypasioną" kąpiel z układaniem fryzury innej niż zwykle. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

I poczytam, i pospaceruję i zrobię to, na co przyjdzie mi ochota.

Większość z tego - do wyboru. I to jest najlepsze w tym wszystkim.

Co by było, gdybym...?

Strzeliło mi coś do głowy, ale się jeszcze waham, czy za tym pójść.

Może i pójdę. Eksperymentalnie.

Otóż prośby o postawienie wirtualnej kawy na blogach uważałam za cokolwiek niemoralne. Jakże pobierać pieniądze za coś, co robi się dla czystej przyjemności, co i tak robiłabym (i przecież robię) nie otrzymując za to ani grosza? Częściowo to przekonanie rewiduję... ale częściowo tylko.

Pierwszy raz zadziwiłam się u Minimalismmo. Uzasadniła swoją prośbę, że wiele czasu poświęca na prowadzenie bloga, wymaga to od niej wkładu pracy - te wszystkie zdjęcia, czasami zapewne poszukiwanie materiałów np. do artykułu o nadchodzących trendach na jesień... No, ale kto - i co -  jej każe to robić? I znowu "no, ale...". No, ale pracy zawodowej też nikt nam nie każe wykonywać. Wychodzi na to, że to kwestia wolnej woli: chcesz - zarabiaj, nie chcesz - nie.

Pojawiła się we mnie chęć sprawdzenia: czy ktokolwiek uważa, że moja pisanina ma jakaś wartość dla kogokolwiek poza mną samą? Czy ktoś to czytuje i powraca w to moje miejsce. Tak, wiem, że niektórzy to robią, ale jednak mam ochotę przekonać się, czy są to pojedyncze osoby, czy grono czytelników jest większe.

Kolejnym powodem jest potrzeba i chęć weryfikacji:

Od bardzo dawna słyszę, że pisanie wychodzi mi nieźle, że mam w tym kierunku zdolności i powinnam poważniej o tym pomyśleć. Zdaję sobie sprawę, że mam "dryg", chociaż do samouwielbienia mi daleko, świadoma jestem własnych niedoskonałości. Szukając potwierdzenia bądź zaprzeczenia na GPT i Gemini, przeczytałam, że serio mogłabym pomyśleć o uczynieniu ze swoich zainteresowań i umiejętności źródła zarobku.

I tak "se" myślę... A gdybym i ja poprosiła o złotówkę na wirtualną kawę? Chociażby zupełnie symbolicznie (chociaż za milion dolarów bynajmniej się nie obrażę 😉 ) na znak, że moje pisanie ma sens, wartość i na coś się ludziom przydaje, że faktycznie mogłabym gdzieś z tym wyjść do ludzi.

A może po prostu zostawicie mi jakieś informacje zwrotne?

Za grosz się nigdy nie pogniewam, ale oprócz pokonania wszystkich obiekcji, musiałabym też zapoznać się z instalowaniem takiej funkcji na blogu. Ale zapewne to proste.

sobota, 5 września 2026

Ot, tak sobie piszę

Dzień minął szybko i pracowicie. Z moim synem i bratem pomagaliśmy siostrze w pracach na działce. Oni stawiali wiatę na siano dla koni, a ja grabiłam ścięte gałęzie i trawę w zagrodzie zwierzaków. Na koniu dzisiaj nie pojeździłam. Nie było czasu.

Owocuje już głóg pięknie i czerwono. Jego owoce kontrastowały z błękitnym tłem nieba i zielonymi jeszcze liśćmi. Bocianie gniazda. które mijaliśmy w drodze już puste. Na jakimś polu niebieściła się... chyba facelia, którą wysiewa się na poplon. Nie znam tej rośliny, ale wiem, że kwiaty tak właśnie niebiesko kwitną.

Anonsuje się jesień.

Po powrocie do domu pospiesznie odbębniłam zakupy na jutro, zjadłam kolację. Odebrałam też telefon od koleżanki z oddziału. Serdeczna, miła kobieta, niedawno owdowiała i z tego powodu hospitalizowana na oddziale. Dobrze nam się rozmawia i widzę, że nie mam co żałować D., bo miejsce po niej zajmują inne, lepiej ze mną rezonujące osoby. Mam nadzieję, że to początek bliższego koleżeństwa. Intencja jest widoczna po obu stronach.

Koleżanka zapytała mnie, bo też jestem poniekąd wdową, czy chciałabym jeszcze kogoś poznać, spotkać. Jej obecnie trudno to sobie wyobrazić. Męża dobrze wspomina, to wielka strata dla niej.

A ja? Mnie bez mojego męża lepiej niż z nim, niestety. Mam święty spokój od jego złośliwości, chociaż żałuję go jako człowieka, że musiał przedwcześnie odejść z tego świata, a jeszcze przedtem tyle się nacierpieć. Czy pragnę związku? Wiele razy pisałam, że odczuwam ambiwalencję. Niby chcę, ale... ale... ale... Jednak znajomość z B. uświadamia mi, że gdy się spotyka "tego" człowieka, po prostu się czuje pociąg, radość ze wspólnego spędzania czasu. I tak powiedziałam koleżance: jeśli poczuję, że naprawdę mnie do kogoś ciągnie, to owszem. O B. jej nie mówiłam, wolę zachować te emocje dla siebie, jest naszym wspólnym znajomym.

Aczkolwiek... inna wspólna koleżanka stwierdziła niedawno, nie mając pojęcia o tym, co napisałam powyżej, że według jej obserwacji pasujemy do siebie.

No, cóż... miło słyszeć... 😊

piątek, 4 września 2026

Potrzebna pomoc

Martwi mnie sprawa koleżanki poznanej latem na oddziale.
Na oddział bez powodu się nie trafia. Są tu ludzie mniej i bardziej poturbowani życiem. Ta koleżanka ma "pod górkę" jak mało kto. Klepie po prostu biedę, bo nie może znaleźć pracy, a głównym źródłem utrzymania jest renta pobierana przez córkę po zmarłym ojcu, mężu mojej znajomej. Żałosne tysiąc siedemset (według "mojego" kursu korekty w tekstach literackich unikamy cyfrowego zapisu liczebników, poza pewnymi konkretnymi sytuacjami) złotych. Koleżanka dorabia do tego sprzątaniem jakiegoś terenu, ale raz w tygodniu i również za marne pieniądze. Jest znerwicowana i bardzo się wszystkim przejmuje, czasem zupełnie niepotrzebnie.
Jakby mało było tych wszystkich bied, w pierwszych dniach sierpnia w dach jej starego drewnianego, niedużego domu uderzył piorun podczas burzy. Na naprawę szkód zupełnie jej nie stać. Gmina zaoferowała prześmieszny zasiłek celowy w wysokości pięciuset złotych i orzekła, że wypadek nie spełnia kryteriów klęski żywiołowej.
Zachęciliśmy koleżankę do otwarcia zbiórki w internecie, na Zrzutce. Niestety, z mizernym skutkiem. Od miesiąca wpłynęło raptem kilka datków, zrzutka utknęła w miejscu. Promuję tę zbiórkę, gdzie się tylko da, ale niewiele to daje. Sprawę utrudnia fakt, że X. boi się informować w swoim profilu na Facebooku o zbiórce z obawy, że ludzie z jej rodzinnej miejscowości ją "zjedzą", gdy się dowiedzą. Zbieram siły, by ją przekonać, że głupimi ludźmi nie warto sobie zawracać głowy, a dobrzy potrafią naprawdę dobrocią zaskoczyć. Ale cóż...?

Uwidacznia się tu zagadnienie, o którym czytałam, kwestia nastawienia do ludzi. Nie chcę wartościować, stopniować, ale X. doznała w życiu wiele krzywdy od bliskich i nie tylko. To sprawia, że z nieufnością i lękiem odnosi się do świata. I niestety - chociaż wiem, że to brzmi niczym z kiepskiej literatury - świat na to odpowiada. Mnie wsparło naprawdę wiele osób, gdy zbierałam na nowe aparaty słuchowe. Pomimo skrupułów miałam więcej śmiałości, by się ujawnić, prosić... no i chyba mam więcej przyjaznych relacji, trochę też zapewne więcej szczęścia.

Tak czy siak - moja koleżanka rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Myślę usilnie, jak znaleźć rozwiązanie problemów, a także ośmielam się prosić na "łamach" tego blogu: jeśli gotowi jesteście udzielić jej wsparcia, wpłacić choć niewielką sumę na jej zbiórkę - napiszcie, proszę, o tym w komentarzu pod postem. Udostępnię "namiary" pocztą, bo tutaj pragnę zachować anonimowość i choć odrobinę dyskrecji.


PS. Z rzeczy przyjemniejszych - pod koniec dniówki w pracy otrzymałam wiadomość od Bogusia. Zapytał, czy wychodzę z pracy o zwykłej porze i czy mam ochotę oraz czas się spotkać i pogadać, bo akurat ma wolną chwilę, zanim przyjedzie jego autobus. Jasne, że się zgodziłam.
Wspólny czas upłynął jak zwykle przyjemnie. Lubię Bogusia za jego uważność, kulturę, inteligencję. Rozmowy płyną nam swobodnie, mamy wiele wspólnych tematów. Ba! Nawet nasze daty urodzenia różnią się zaledwie o jeden dzień (tylko rocznik inny, ja jestem młodsza) :)
Mrzonek jakichś romantycznych sobie nie stwarzam, ale fajnie było mieć świadomość, że ładnie się dzisiaj ubrałam, Ha, ha (podobno można to pisać zarówno przez "h", jak i "ch").