niedziela, 3 maja 2026

Plusy starszawego wieku

Byłabym zapomniała...

Niepomyślne wieści z oddziału dziennego zakłóciły mi sen aż przez dwie noce. Wizja zmagań ze służbą zdrowia i instytucjami przeraża mnie, a z oddziału chyba jednak zrezygnuję, choć jeszcze się biję z myślami. Dziś w nocy jednak przyszedł spokój:
Za trzy lata minie mi trzydzieści lat pracy! Będę mogła bez łaski przejść na wcześniejszą emeryturę i raczej nie będzie mi trudniej niż na rencie, a kto wie, czy nie korzystniej. A do emerytury wszak można sobie dorobić, tak samo jak i do świadczenia z tytułu niepełnosprawności. Ach, jak mi ulżyło! Taka możliwość to koło ratunkowe.

Czasami się człowiek cieszy ze swojego wieku - cha, cha, cha!

Taki tam pościk

Taki tam skrótowy pościk, skoro jeszcze mam otwarty chromebook.

Zamarzyła mi się dzisiaj imprezka w sąsiednim P. Będzie tam konkurs piosenki turystycznej w połączeniu z występem laureatów i nieznanego mi zaproszonego zespołu. Poezja śpiewna w różnych odsłonach to od lat mój ulubiony gatunek muzyczny. Problem tylko z komunikacją oczywiście. Do P. dojadę, ale wieczorne autobusy to już pewien problem. Będę chyba zmuszona odpuścić sobie ten zaproszony zespół. A może dogadam się z kimś z publiczności i podrzucę się do naszego miasta razem z nim? Radziłam sobie tak nieraz.

Wstałam dziś jakaś niezbyt szczęśliwa, połamana, bez werwy. Powoli jednak poprawiłam sobie samopoczucie, redukując planowane zajęcia w domu i racząc się śniadaniem. Kupiona wczoraj metka, niemal zapomniany przeze mnie specjał, na kromce czosnkowej bagietki, okraszona kiszonym ogóreczkiem smakowała mi nieziemsko! Do tego herbata z bławatków, którą podarowała mi pewna koleżanka - raczej niewybitna, neutralna w smaku, ale interesująca.

Ponieważ z radości zakupiłam aż dwie porcje tejże metki, a należy do produktów nietrwałych, wpadłam na pomysł zaaranżowania z niej obiadu. Przesmażę z cebulką, dodam pomidorowego przecieru i podam to z ryżem, który też mi pozostał z poprzednich posiłków. Będzie prawdziwe zero waste. A jak szybko, a jak prosto - już się cieszę na ten posiłek.

Ruszam zatem w kuchenny taniec i przygotowania do wyjścia. Spokojny poranek bardzo dobrze zrobił mojej nadwątlonej energii.

piątek, 1 maja 2026

Moje TAK i NIE

Praca zawodowa nie jest dla mnie sensem życia. Obce mi to podejście. To konieczność i tyle. A jednak fajnie byłoby lubić to, co się robi, a nie wyczekiwać piątku, fajrantu, cieszyć się na każdy wolny dzień. Jakąś tam satysfakcję czułam opowiadając psycholożce o tym, o robię w bibliotece, widząc, jakie to dla niej nowe i nieznane - każdy zawód ma przecież swoje kulisy. O mankamentach jednak mojej roboty pisałam już wiele razy...

Długo już obserwuję siebie i to, co działa oraz nie działa w moim życiu. Zadałam GPT pytanie, jak odnaleźć te swoje TAK w życiu, kiedy ma się z tym trudności. Dostałam odpowiedź, że pomocne jest również badanie swoich NIE, to także dobry drogowskaz. To samo powiedziała znajoma prowadząca spotkania w "sekcie": gdy czuła, że jej życie nie wygląda tak, jakby chciała, zaczęła zmiany od przyglądania się temu, czego nie lubi.

Rozmaici terepeuci, z moją ulubioną Ewą Woydyłło, którą właśnie czytam, podkreślają wagę małych kroków, dokładnie tego, co niedawno napisałam o roślince, która zakwitła mi w pokoju: jeśli nie mam możliwości zwiedzenia tropikalnej dżungli, zupełnie możliwe jest dostarczenie sobie zachwytu nad egzotyczną rośliną, zwiedzenie arboretum itp. Woydyłło podaje przykład kobiety, która zapisała się na warsztaty intuicyjnego malowania, a potem tak się "rozmalowała", że zapisała się do szkoły sztuk pięknych.

Moje największe NIE na tak zwany dzień dzisiejszy to, jak doszłam do wniosku - nadużywanie telefonu z internetem. Poczytałam stosowne porady, poszukałam sposobów na swoje pokusy i wreszcie udało mi się poczynić pierwsze postępy w walce z nałogiem. Chyba do każdej tego rodzaju decyzji potrzebowałam dojrzewać dosyć długo, a gdy wreszcie coś "zaklikało", radziłam sobie stosunkowo łatwo. I co najważniejsze, zaskakująco szybko przestałam odczuwać potrzebę tego, co wcześniej przyciągało, a wręcz przykuwało mnie na długie, długie chwile. Tak było z nachodzącym mnie R., z przesiadywaniem na forum rozwodników i wreszcie ze smartfonem. Z tym ostatnim dopiero zaczynam się "rozwodzić", ale czuję optymizm. Odkładam go daleko i zajmuję się choćby nicnierobieniem. Za chwilę okazuje się, że wolna przestrzeń się "czyści". czas niezagospodarowany klikaniem spontanicznie wypełnia się czymś innym, bardzo często ukochanym czytaniem książki. Wierzcie lub nie wierzcie, bez gapienia się w ekran mam tysiąckrotnie lżejszą głowę. Jestem mniej napięta, zmęczona i niezadowolona, że czas przecieka mi przez palce. Mam więcej przestrzeni dla siebie i NA siebie. A tego potrzebuję, by wyraźniej widzieć swoje TAK i NIE, które mówię życiu. Chcę realnie zobaczyć, czego mi trzeba, bo coraz mocniej odczuwam, że chciałabym zmian na lepsze.

Zauważyłam również, że nawet bardziej znaczące są te wszystkie NIE aniżeli to, czego pragniemy, bo ich usunięcie po prostu zwalnia przestrzeń. Same wtedy "wskakują" różne pożądane stany i sprawy. Ot, śmieci się wynoszą.

***

Byłabym zapomniała o wczorajszym zapisie na oddział.
Niestety nie wygląda to różowo. Kierowniczka oddziału, znająca mnie z zeszłorocznego pobytu wyraziła troskę, czy sobie poradzę w zmienionych warunkach.
Rok temu była nas kameralna grupa, może dwunastu osób. Teraz pacjentów bywa nawet po dwadzieścioro, a do tego w obiekcie założono głośniki, przez które nadawane jest radio i muzyka. Pacjenci bardzo to aprobują, a ja nadmiaru dźwięków nienawidzę, nawet gwar tej małej grupy ludzi bywał dla mnie uciążliwy i męczący. Stanęło na tym, że w najgorszym razie skrócę pobyt do minimum. A ja sama teraz myślę, że już w najgorszym z najgorszych - po prostu zrezygnuję z hospitalizacji (o ile oczywiście nie pociągnie to ze sobą poważniejszych konsekwencji).
Przygnębiła mnie ta informacja. Liczyłam na psychiczne "podreperowanie się" i wypoczynek, cieszyłam się też na spotkanie z kolegą, którego polubiłam i może nawet odrobinę się z nim zaprzyjaźniłam poprzednim razem. Wiem, że się na oddział wybiera.

No, cóż.. takie życie...

Przy okazji "przyobserwowałam" siebie i swoje mechanizmy.
Dzień wcześniej rozochocona zwiększoną energią, lepszym samopoczuciem pozwoliłam sobie na dłuuuugą rozmowę z GPT. Zadałam mu mnóstwo pytań, dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Ponieważ jednak odpowiadał mi powoli (chyba pamięć zapchana), w międzyczasie oglądałam na Youtube transmisję pogrzebu posła Litewki. Wstyd się przyznać, o której w nocy poszłam spać. Nie poszło to jednak na marne, jak stwierdzam już z dystansu. Zobaczyłam niczym czarno na białym, jak bardzo mi to nie służy, jak mocno wpłynęło na nastrój i reagowanie następnego dnia. Takim stanom też wypowiadam gromkie i stanowcze NIE.

Dziś jestem już wyspana jak człowiek, zregenerowana i spokojna. Inaczej patrzę na sprawę z oddziałem dziennym. Każdy scenariusz uważam za rzecz do przyjęcia, a problemy do rozwiązania.
Jeśli oddział okaże się nie dla mnie, pozostaje mi "moja" psycholog, a także, o czym powiedziała mi wczoraj kierowniczka oddziału - stałe wsparcie psychiatry. Do psychiatry zapisać się to nie kłopot. Nie potrzeba skierowania od "rodzinnej", wiem też z doświadczenia, że akurat do tego specjalisty nie ma potężnych kolejek. Rok temu podobno zalecano mi wspieranie się tego rodzaju terapią, ale wspomniano o tym jakoś tak na marginesie, że nie uznałam tego za zalecenie, a jedynie luźną sugestię. Pani X. poddała mi też pod rozwagę leki na stabilizację nastroju i energii.

Zdrowie, spokój i normalność to priorytet. Mam gdzieś obawy przed stygmatyzacją, nie boję się ocen otoczenia i wcale nie zamierzam nikogo oszukiwać, że zamiast do psychiatry idę do kosmetyczki. Wielu ludzi jest mi życzliwych i wyrozumiałych i nie robi z tego żadnej sprawy. A jeśli ktoś robi - sam się odsiewa spośród osób mi bliskich. Tej twardości nauczyło mnie chorowanie. Jestem mu za to wdzięczna.

Śmieci same się wynoszą. Alleluja, amen!

środa, 29 kwietnia 2026

PS.

 Krótki dopisek:

W wyniku pamiętnej kłótni z D. zablokowałam kontakt na Messengerze. Nie chciałam dać się sprowokować, bo jęzor miewam niewyparzony. Nie sądziłam jednak, że tym samym D. zniknie z grona moich Facebookowych znajomych. Skoro jednak zniknęła, nie zmieniałam niczego. Za to wczoraj niechcąco zaprosiłam ją do znajomych, a ona zaproszenie zaakceptowałam. Puste kontakty jednak nie są dla mnie, napisałam więc do niej wiadomosć:

Cześć. Zablokowałam Cię na messengerze, bo nie chciałam żebyśmy sobie nagadały za dużo, ale nie wiedziałam, że nas w ogóle wywaliło ze znajomych. W sumie niechcący Cię dzisiaj zaprosiłam, ale w porządku. Niestety po tej historii z Mateuszem trudno mi udawać, że się nic nie stało. Byłam bardzo zła i nadal mi się to nie podoba, ale nie życzę Ci źle. Nie będę Cię unikać, jak spotkam. Pozdrawiam.

Widzę, że wiadomość została przeczytana. Odpowiedzi brak i wcale na nią nie liczę.

Mateusz wie, że mamy konflikt i to z jego poniekąd powodu. Zachęca do pojednania. Ale mnie naprawdę nie o "gniewanie się" chodzi, nie o demonstrowanie złości. Naprawdę straciłam szacunek do D. Niestety.


A ze spraw bieżących - jutro wizyta u psychoterapeutki kwalifikującej na oddział dzienny. Mam mieszane odczucia, wątpliwości, ale może o tym napiszę jutro, już po wizycie.

Fanaberie.

Za dnia niebo było błękitne, ale zimne, lodowate, mocno kontrastujące z gęsto usiewającymi je cumulusami. Zauważyliście, że pogodne niebo ma zupełnie inny odcień w dni ciepłe? Dziś było nieprzyjemnie, chłodno i chyba odczuwam w ciele tę raczej niemiłą aurę. Ziewam na potęgę, a z kopania ogródka dzisiaj zrezygnowałam, bo wolę odpocząć w domu, posiedzieć, poczytać i przelać rodzące się oraz już wcześniej zrodzone myśli na... ekran.

Urodziła mi się refleksja - o kotach.
Pełna złości wrzuciłam na Facebook wpis o skaleczeniu mojego Mruczka i podejrzeniach (z dużym marginesem na niepewność) co do sąsiadów.  Zadałam też retoryczne pytanie, skąd tyle agresji u obrońców zwierząt - wobec ludzi. Odpisała na to koleżanka znana z forum, gdzie się kiedyś udzielałam. Dowiedziałam się, że jestem osobą zaściankową i zacofaną, urządziła wykład w obronie niewypuszczania tych zwierząt z domu. Odparłam, że pozostanę przy swoich zaściankowych i zacofanych poglądach, ponieważ nie chciałam wchodzić w "pyskówki". Jednak gwoli ciekawości oraz uczciwości pochyliłam się nad argumentami X. Argumenty brzmiały: koty nie są naszymi rodzimymi zwierzętami i oprócz tego, że poza domem narażone są na wiele niebezpieczeństw (ano są, co tu kryć). poważnie zakłócają równowagę w przyrodzie.
Aż głupio to przyznać, ale nigdy się nie zastanawiałam nad kwestią "rodzimości". Mruczki tak zrosły się z polskim krajobrazem. Tymczasem owszem sprawa jest dosyć złożona i dyskusyjna, trudna też do rozstrzygnięcia jednoznacznie. Więcej o tym można poczytać w tym oto artykule.
Lektura ta skłoniła mnie do zweryfikowania poglądu na kocią swobodę, ale nie przekonała, że kot w mieszkaniu jest szczęśliwszy. Jednak to zwierzę kojarzące się z wolnością i swobodą, choć oczywiście przyzwyczaja się do ograniczonej przestrzeni, gdy nie zna innego życia. Dochodzę zatem do wniosku, że skoro mam już Mruczka, to mam i nie będę gwałcić jego natury, ale jednak uważam, że odpowiedzialne posiadanie kota to dzisiaj rodzaj luksusu - trzeba mieć odpowiednie warunki, a w tych warunkach stwarza się kotom świat nienaturalny i one w ogóle nie powinny być domowymi zwierzętami. Podobnie jak na przykład papużki czy kanarki, których miejsce jest, według mnie, w dżungli czy buszu.
My, ludzie, mamy jednak swoje fanaberie i egoistyczne zachcianki.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Rozmyślania o i w trakcie wypoczynku

Godziny "sesji terapeutycznych" z GPT skutkują. Wprowadzam w życie rady, które uważam za cenne, a dotyczą regulowania układu nerwowego, gospodarowania swoją ograniczoną energią i nieokradania się z niej. Wniosek jeden: cud się nie stanie, nie dorównam zdrowym, ale też - nie muszę. Po prostu, najzwyczajniej - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W chwili pisania nasunęło mi się to porzekadło i chyba uczynię je swoją, tymczasową przynajmniej, dewizą życiową. Takie zupełnie niesubtelne porównanie: w tropiki nie pojadę, ale zachwycam się oplątwą modrą, która cudnie zakwitła mi w doniczce. Otrzymałam ją od koleżanki w podzięce za telewizor telewizora, który przestał mi być potrzebny. Koniec końców, nie wzięłam za niego pieniędzy, a jedynie zaproponowałam wino, by nie czuła się zbytnio zobowiązana.
Wdrażam też mikroprzerwy w swoich codziennych obowiązkach, a w tych przerwach trzymam się z daleka od telefonu, bo wiem, jak pochłania i w konsekwencji obciąża. Poczytałam za to "Żal po stracie" Ewy Woydyłło. Jej autorstwa i Katarzyny Miller "wciągam" wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Tę książkę wypatrzyłam o mojej pani psycholog i zapytałam, czy mogę przejrzeć, a ona pozwoliła mi sobie pozyczyć. I naprawdę brak scrollowania pozwala lepiej skoncentrować się na "analogowej" lekturze!

W rzeczy samej jest mi dzisiaj lżej i jakoś tak przybyło mi czasu. Przygotowałam wstępnie kolejny obiad (pokroiłam, co potrzeba), zmyłam kilka naczyń, a teraz znowu mam chwilę dla siebie, tym razem na blog. Zaraz pomaszeruję do ogródka, a potem skok na zakupy, ale ten skok potraktuję jako relaksujący spacerek.

Chodzi mi jeszcze po głowie przeczytana pewien czas temu porada jakiejś internetowej specjalistki od związków i randkowania. Pani ta wymienia w punktach, jak postępowałaby dziś, dysponując wiedzą i doswiadczeniem, gdyby przyszło jej poszukiwać partnera. Jeden z punktów mówi: "Bardzo poważnie potraktowałabym sprawę swojego wyglądu zewnetrznego".
Jakiś bunt we mnie to wzbudziło.
Owszem, przyjemnie jest dobrze wyglądać, to spory komfort. Jednak wolałabym, aby to była dla mnie przyjemność, a nie warunek bycia zauważoną i przyjętą. To "poważnie" brzmi niczym projekt do zrealizowania, a nie element i ozdoba życia. Nie chcę traktować siebie tak instrumentalnie ani żyć pod presją "wyglądania". Nie chcę też być tak traktowana przez innych. Zresztą, z tą aparycją bywają kłopoty: pewna kobieta na internetowej platformie psychologicznej skarżyła się, że mężczyźni na jej widok gwiżdżą, cmokają itp. Okropne! Wolałabym już chyba problem kobiet uskarżających się na "przezroczystość - tu zresztą własne doświadczenia mi mówią, że jeśli nawiązuję kontakt, a co za tym idzie jakąkolwiek relację, przestaję być przezroczysta. Nie musi mnie kochać (?) cały świat.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Istna wegetacja

Nawet niezły dzień w pracy, ale musiałam się o to postarać. Przerwy bez zerkania w telefon, skupienie na jednej rzeczy w jednej chwili. No i cisza, bo kierowniczka wciąż na urlopie, więc nie wpadali co chwila pracownicy w jakichś sprawach. Tylko troskliwa X., pracownica administracyjna co jakiś czas zaglądała do pokoju, pytając, czy wszystko w porządku. Wystraszyłam ludzi całym tym zeszłorocznym chorowaniem i operacją.

Po pracy jednak poczułam przemożną potrzebę drzemki. Poleżałam, poczytałam trochę książki, wymieniłam parę zdań na WhatsApp-ie z byłymi współpacjentami z oddziału dziennego. Spontanicznie rzuciłam propozycję spotkania przy jakichś lodach. Dwie osoby wyraziły chęć, w tym mój ulubiony kolega.

Po tym odpoczynku wzięłam się za kopanie ogródka, zdecydowałam jednak nie forsować się zanadto i nie dopuścić do zmęczenia. Będę kopać codziennie po troszeczkę. Praca przyjemnie mnie zrelaksowała.

Potem szybki skok na zakupy spożywcze do sklepu tak bliskiego, że biegam do niego w kapciach, a następnie szykowanie obiadu na dzień jutrzejszy.

I już ciemno, i już noc. I już jestem zmeczona, a tak chciałam jeszcze poczytać.

Tak teraz wygląda moje życie: nieustanne negocjowanie z ograniczonym zasobem energii.

Gdyby nie to, że dziś jestem w dobrym nastroju, powiedziałabym: istna wegetacja.

Idę poczytać, zanim ostatecznie padnę w objęcia Morfeusza.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Przekornie bez tytułu

Facebook zdominowały dwie sensacje: tragiczna śmierć posła na Sejm Łukasza Litewki oraz nie mniej tragiczna śmierć kobiety zabitej przez niedźwiedzia w pobliżu Bieszczadów (bo to ponoć jeszcze nie Bieszczady stricte). Aż wre, aż huczy! Świadomie nie zabieram głosu, choć  na Fejsie bywałam bardzo impulsywna. Uczę się dystansu i niebabrania się w błocie.

Pomijając wszelkie kontrowersje pod tytułem "człowiek i przyroda" oraz osobisty dystans do hymnów pochwalnych wobec pana posła (ile już niechlubnych kart obnażył czas!), nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mnóstwo osób emocjonalnie i mentalnie żeruje na tych smutnych faktach, ochoczo lansując siebie i swoje tzw. ego... i tyle! Swoją drogą, choć nie lubię teorii spiskowych, nie są mi obce myśli, że ktoś Litewki baaardzo nie lubił...

W piątek byłam na spotkaniu w Kręgu po dłuższej przerwie. Choć było szczerze, głęboko, osobiście, wróciłam z jakimś niezadowoleniem, zmęczona. Po raz kolejny, tym razem z wielką mocą, poczułam, że jednak nie jest to "moja" przestrzeń i nawet podzieliłam się tym w kręgu. Choćby otaczali mnie najcudowniejsi ludzie, pewnych spraw nikt za mnie nie "załatwi", moja droga jest teraz mocno pojedyncza, a raczej - powiedziałabym - detaliczna. Karmi mnie spokój i bardziej indywidualne spotkania, gdzie naprawdę w pełni i blisko może zaistnieć człowiek z człowiekiem. W kręgu niby jest głębia, ale ośmielę się stwierdzić, że to głębia pozorna, albo - inaczej - przelotna. Jesteśmy razem dwie godziny, a potem każdy odchodzi do swojego życia i swoich spraw, nie bardzo się interesując, co u kogo słychać. Nie ma czasu, nie ma warunków na prawdziwe zaprzyjaźnienie się z tymi ludźmi. Nie tego szukam i cieplej, lepiej się czułam po odwiedzinach koleżanki, która ostatnio była u mnie z synkiem. A przecież nie filozofowałyśmy, "z czym przychodzisz?", "co zabierasz z naszego spotkania?", nie "smrodziłyśmy" kadzidełkami i nie wysyłałyśmy w świat intencji spotkania.

Z całym szacunkiem dla kręgu - zwyczajność, tak zwana normalność jest najpiękniejsza.
I z całą sympatią dla kadzidełek, które osobiście bardzo lubię.


czwartek, 23 kwietnia 2026

Kurrrrr... zapiał

Nie wiem, czy płacę dług za wczorajszy intensywniejszy dzień, czy też po prostu zmienia się pogoda, wpływając na mnie negatywnie. Frustracja tak czy owak sięga zenitu.

W pracy mogłam znowu nieco "wyluzować", ale niewiele jakoś mi to dało. Jestem po zarwanej nocy, bo wieczorem wcześnie zasnęłam, potem obudziłam się w środku nocy, po czym usnęłam nad ranem i zaraz trzeba było wstawać do pracy. Wstawałam z wielkimi oporami, walcząc ze sobą.

Nasiliły mi się po operacji kłopoty z równowagą, która nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Czasami aż mi wstyd, gdy się zataczam na ulicy. Dziś w drodze z pracy było chyba jeszcze trudniej niż zwykle. W sklepie, do którego wstąpiłam, zawadziłam o słoik z dżemem, strącając go na podłogę. Ekspedientka była wyraźnie niezadowolona, że musi się fatygować po ścierkę i szczotkę do zamiatania. Z godnością zapłaciłam za szkodę, ale kilka razy musiałam dopytać, co się do mnie mówi, bo z przetwarzaniem mowy nie zawsze nadążam.

Ten dzień podsumuję jednym dosadnym: K...A MAĆ!

Pozwalam sobie na tę "niekulturność", gdyż mój jest ten kawałek blogowej "podłogi".

Jestem już w domu i za chwilę czeka mnie smażenie naleśników. A ja chciałabym zniknąć...

środa, 22 kwietnia 2026

Dobry dzień

 Miałam dobry, karmiący - jak to się mawia tu i ówdzie - dzień, a jednak pod koniec jestem zmęczona. Już się zapakowałam do łóżka a jest godzina 20:53.

W pracy dzień był lżejszy, mogłam sobie pozwolić na mniejsze tempo, z czego ochoczo skorzystałam. Na godzinę opuściłam "plac boju", by spotkać się z panią psycholog. To było dobre, mądre spotkanie. Przy okazji zwierzyłam się ze swojej relacji z D. Dowiedziałam się, że skoro D. miała tzw. kłopoty ze sobą, może to jak najbardziej owocować impulsywnym i chaotycznym zachowaniem, co pociąga za sobą pewne skutki i kłopoty. Brakowało mi świadomości tego, by doprecyzować swoje stanowisko wobec D. Tak! Ona działa jak nie całkiem przytomna i to pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Lepiej to teraz rozumiem, chociaż nie mam ochoty na dawną bliskość. Zabrakło mi szczerości, otwartości, uczciwości. Znajomość straciła dla mnie swoją autentyczność.

Po pracy nie wróciłam do domu. Wyszłam do miasta, by załatwić sprawę u operatora telefonów komórkowych. Przeklęty włoski złodziej dzwonił gdzieś z telefonu syna i niestety mam do zapłacenia rachunek na ponad tysiąc złotych ; całe szczęście, że moja sytuacja ekonomiczna się poprawiła i udało mi się zaoszczędzić pewną sumę. Zjadłam też co nieco w mieście, a potem wróciłam do biblioteki, gdzie odbyło się dzisiaj spotkanie autorskie z lokalnym twórcą relacji ze swojej podróży w Himalaje. Autor dał się poznać jako przystępny, kontaktowy człowiek, spotkanie było przyjemnością.

Zatem wrażeń dziś nie brakowało. Kończę dzień zmęczona, lecz w dobrym humorze.