niedziela, 21 lipca 2019

Dziwnie

Uleciała gdzieś dawna pasja blogowania. To, co mam teraz do powiedzenia, nie interesuje chyba nikogo poza mną samą. Jakiś kryzys mnie dopadł, jakiś zamęt. Kotłuje się we mnie, ale na blog niespecjalnie się nadaje, to zbyt osobiste sprawy. To są rozmowy z Panem Bogiem (według określenia pewnej mojej znajomej) i z samą sobą. To nadaje się tylko i wyłącznie na użytek własny.

Przeglądam ten mój najnowszy blog i widzę, że tworzę go jakby trochę na siłę, popadam w skrajności pisząc codziennie o tym saym albo dla odmiany milcząc tygodniami, bo i o czym miałabym napisać? Że koperek rośnie w ogródku? Że znajomi wzięli wczoraj ślub, a ja chyba zostanę już sama po kres swoich dni, bo tak bardzo boję się ponownie komuś zaufać, a tak bym jeszcze chciała zaznać tej radości, że kocham i jestem kochana? Że obejrzałam dziś na Youtube przejmujący radziecki film: "Tak tu cicho o zmierzchu"?

 Że deszcz leje paskudnie i wieczory już stały się  bardzo zimne... Że spełniłam synową prośbę i przygotowałam ciasto bez pieczenia, tzw. 3bit na herbatnikach... Że biedny Wibrator stracił wszystkie swoje dzieci - całą czwórkę... Próbowałam ratować biedactwa, poić krowim mlekiem w obawie, że może z niedożywienia zaczęły nagle słabnąć w oczach. Nie uratowałam... Wibo szukała dzieci, miauczała, boli ją chyba nabrzmiałe pokarmem wymię. Biedna...

Tak mi jakoś niewyraźnie, melancholijnie i dziwnie.

środa, 10 lipca 2019

Bóg sam wybrał...

Od śmierci mojego Taty polubiłam spacery na cmentarz, gdzie cisza i wolność od wszystkich ziemskich spraw. Tak czuję, gdy przekraczam bramę i wszystko, co doczesne, przyziemne zostaje za nią.
Znajomych do odwiedzania przybyło mi w minionym roku..Czasami wpadam do byłego męża i dumam nad tym wszystkim, co nam i jemu się przydarzyło. Kiedyś może o tym napiszę, to tak wiele emocji...
Wiecie, na co zwróciłam uwagę będąc u niego ostatnio? Tyle razy odwiedzałam ten grób (wcześniej spoczął w nim mój teść), a dopiero ostatnim razem zauważyłam nienachalnie zamieszczoną sentencję:

BÓG SAM WYBRAŁ CZAS

Zwracam uwagę na takie, jak je nazywam, znaki. Jakieś urywki zdań, wydarzeń, które dają mi do myślenia i porządkują myśli, przywracając spokój i wiarę w sens.
Nie upieram się przy nazewnictwie (Bóg czy nie Bóg...), nie należę do osób religijnych, ale z całą pewnością jestem "duchowa", poszukuję wsparcia i sygnałów dla mojej intuicji.
Wszystko dzieje się po coś, musi wybrzmieć, ma swoje tempo. Nie trzeba gonić, szaleć... Trzeba żyć, robić swoje i wierzyć, że "płatki kwiatów sypią się w dół jak trzeba".
Bóg sam wybierze czas...

Jak sobie radzić z kryzysami?

Przeżywam ostatnio czas intensywnego grzebania w sobie - widocznie jest mi to potrzebne. Czuję, że zachodzą we mnie zmiany, że odbywa się to nie bez pewnego zamętu i bałaganu. Dzieje się ze mną, wypisz, wymaluj to, o czym pisała swego czasu Dotee. Bywa to dosyć męczące, przynajmniej w moim wypadku. Towarzyszą temu zmienne nastroje, niemożność znalezienia sobie miejsca i zrozumienia, O CO MI CHODZI, u diabła.
Odsiewam, co "moje" od tego, co "nie moje". Leczę się z wydumanych wymagań wobec samej siebie, które w gruncie rzeczy nie były moimi, ale narzuconymi kiedyś przez mamę, panią w szkole itd.. Oswajam się z nową sobą, a czuję, że wobec nasilenia się choroby, wobec śmierci Byłego, po wszystkich perypetiach ostatnich lat i licznych przemyśleniach, przeżyciach nie jestem już tą Martą, co trzy, cztery lata temu.
Trudno mi tylko poradzić sobie z jednym: nawiedzającym mnie co rusz brakiem energii, skłonnością do przygnębienia. Jak odnaleźć zdrowe proporcje, ten balans i złoty środek między wyrozumiałością dla samej siebie, a niepobłażaniem swojemu wygodnictwu, lenistwu?
Czytam np. blog Agpeli i zazdroszczę, ile ta kobieta ma energii, jak piękne rzeczy tworzy... A ja? Wczoraj miałam niezły dzień, tworzyłam w kuchni fajne rzeczy (pesto z naci marchwi, liście botwinki a la szpinak), ale bywa tak, że przychodzę z nieciężkiej w końcu pracy i padam jak zabita, mam ochotę umrzeć i nie czuć tego potwornego Sjogrenowego zmęczenia. Zdaję sobie sprawę, że moje emocje bywają mocno nieadekwatne, ale nie jest mi obca rozpacz i złość na siebie. Wściekam się, że tyle rzeczy powinnam zrobić, że mi działka zarasta, że wciąż mieszkanie nie jest urządzone jak należy, a ja leżę i "zdycham".
Jak sobie z tym radzić? Wiecie? Pomożecie?

piątek, 5 lipca 2019

O introwertyzmie i paru drobiazgach.

Gadulska jestem dzisiaj, ale nagromadziło się we mnie.
Jak wspomniałam, lubię czynić psychologiczne spostrzeżenia na temat własny oraz innych ludzi. To ponoć objaw introwertyzmu.
Tak, rzeczywiście lubię i potrzebuję pobyć sama ze sobą. Energię uzupełniam w samotności, najlepiej wypoczywam, gdy mam czas na rozmyślania i pogawędki z własną duszą, porządkując swoje przemyślenia i emocje. Bardzo potrzebuję znajdować na to czas, którego ostatnio mi brakowało.
Dziś przed południem wpadła do mnie koleżanka, o której pisałam wczoraj. Wyskoczyłyśmy razem na obiad w niedrogim lokalu, spotkałyśmy tam inną moją koleżankę z grupką jej towarzyszek, przysiadłyśmy się do nich i czas miło zleciał...
Tak chciałam kiedyś wyrwać się do większego miasta, rozwinąć gdzieś skrzydła, a dziś myślę, że fajnie jest żyć sobie w małym miasteczku, gdzie tak wielu ludzi zna się od dziecięcych lat. I nawet w tym niewielkim mieście wciąż można poznawać nowych ludzi, bo ta moja druga koleżanka wybrała się dziś na kawę z gronem swoich znajomych z uczelni (koleżanka, nauczycielka, jest w trakcie przekwalifikowania się na pielęgniarkę).
Na forum rozwodników częste były skargi na brak przyjaciół, własnej sieci społecznej, a ja mocno czuję, że relacje są "rzeczą nabytą" i przy odrobinie samozaparcia jak najbardziej można się ich dorobić. Trzeba motywacji i wyjścia ze sławetnej strefy komfortu. Więc choć jestem wdową po rozwodzie lub jak kto woli owdowiałą rozwódką, absolutnie na samotność nie narzekam.

No, ale miało być o introwertyzmie i fascynujących różnicach między ludźmi. Lubię to obserwować.
Moja koleżanka, ta pierwsza z opisywanych, szuka teraz towarzystwa, przeraża ją pusty dom i samotność. Poprosiła mnie o spędzenie razem wieczoru i nocowanie u niej. Zgodziłam się, bo mam dzisiaj na to czas, chociaż planowałam w związku z wyjazdem syna poświęcić więcej uwagi sobie i domowi. U syna w pokoju istny chlewik... muszę się trochę w te jego kąty wtrącić ; w garażu wciąż paki czekają na na przeniesienie i ustawienie ich w mieszkaniu... Wychodzę jednak z założenia, że drugi człowiek jest ważniejszy niż jakieś tam porządki, a pogawędki nieporównanie przyjemniejsze niż praca, którą jeszcze zdążę wykonać.
Pójdę więc do X., z którą podzieliłam się spostrzeżeniem: "Zobacz, jak my się różnimy. Ja w takiej chwili nie chciałabym nikogo widzieć, tylko zamknąć się w domu i porządnie wypłakać. Żeby mnie nikt nie oglądał i żebym mogła sobie ulżyć ile tylko chcę". Koleżanka, też nauczycielka, ma teraz wakacje i "za dużo" czasu na rozpamiętywanie, a mnie w trudnych chwilach praca męczy, irytuje i nie mogę się na niej skupić. Wolałabym życiowe dramaty przeżywać w takich warunkach, od jakich ona ucieka.

Filozofie, filozofie...

O rany, jak mi dzisiaj dobrze!
Moje dziecko jest najdroższe na świecie, ale potrzebowałam ogromnie wypoczynku - takiego psychicznego - którym rozkoszuję się od wczoraj sama w domu. Tej ciszy, tego spokoju, tego poczucia relaksu. Oczywiście uwielbiam też gdy nasza mała chatka tętni życiem i głosami dzieci, ale miło doznać odmiany. Miło mieć świadomość, że syn dobrze się bawi i jest pod dobrą opieką. Miło i dobrze wiedzieć, że są ludzie którzy go kochają i chcą jego szczęścia. To ujmuje mi ciężaru tego obrosłego martyrologią samotnego macierzyństwa.

I z mężem, i sama bywam oraz bywałam macierzyństwem zmęczona, nigdy jednak nie pomyślałam o nim jak o ciężarze. Męczące bywa po prostu życie i każde, nawet pozornie najszczęśliwsze, zwykłe, proste ma swoje ciężary. Nie czuję się zatem uciemiężoną wdową dźwigającą na barkach jakiś wyjątkowo ciężki los. Nie mam też poczucia, że bez męża jestem samotna i nieszczęśliwa. Bywam, jak to w życiu, ale to przede wszystkim kwestia emocji i samopoczucia, tego jak JA reaguje na okoliczności. A reaguję oczywiście różnie, nie zawsze adekwatnie, bo jestem emocjonalna i zmienna.

Fascynuje mnie proces poznawania siebie i dochodzenia do porozumienia z samą sobą. Ostatnimi czasy odczuwam to szczególnie wyraźnie. Wspominałam już, że odczuwam jakieś wewnętrzne zmiany, emocjonalne zamieszanie, może nawet odrobinę kryzysu, o którym tak trafnie napisała Dotee z "Witaj Słońce". Czuję, że powoli wyłaniam się z tego zamętu niczym Afrodyta z morskich fal. Nowa, mocniejsza i bogatsza.
Nie chcę wyjść na egocentryka, ale ciekawi mnie ta cała Marta, chcę się z nią zaprzyjaźnić, zrozumieć ją, czuję, że jestem na najlepszej drodze.
Gadam słowami, których naczytałam się u psychologów, ale to nie szkodzi, przychodzą mi z pomocą, gdy brakuje słów własnych.
Otóż zaprzyjaźniając się ze sobą coraz bardziej czuję oparcie w sobie i coraz więcej mam pewności i spokoju w relacjach z drugim człowiekiem. Zyskuję wewnętrzny spokój i pewność, o której pisał Issa:
Zaufaj:
Czyż płatki kwiatów
Nie sypią się w dół jak trzeba?

Wierzę, że wszystko, co mnie spotyka ma sens i cel, że nawet chwile, zdawałoby się, puste i roztrwonione wcale takie nie są, budują mnie w każdej sekundzie życia.
Sens ma moja choroba, wszystkie przepłakane i przetańczone chwile. Samotność w pustym mieszkaniu i radosne spotkania z przyjaciółmi. Każda chwila mojego życia jest droga i cenna.
Nie muszę gonić za wrażeniami, być efektywną i produktywną. Nie muszę karcić się za lenistwo, które czasami sobie zarzucałam, bo ono ma przyczynę i sens. Nie muszę się karać za to że nie jestem taka jak sobie kiedyś ktoś życzył.
Muszę - choć też nie muszę, o paradoksie ☺- uważnie przyglądać się Marcie, słuchać, o co jej chodzi i z czym ma problem. Wtedy zyskuję spokój, a spokój jest napiękniejszy na świecie. I wtedy jestem sobie taka, jaka jestem, jak potrzebuję. I o dziwo, mój świat nie rozsypuje się przez to jak domek z kart, nie dezorganizuje, za to ja zyskuję pokłady marnowanej kiedyś na boje z samą sobą energii.
Był w moim życiu taki czas, gdy zaniedbywałam codzienność, za to maniakalnie czytywałam artykuły o samorozwoju, udzielałam się na forum i zajmowało mi to bardzo dużo wolnych chwil. Karciłam się za to, bo przecież "powinnam" być odpowiedzialna, dbać o dom, regularnie sprzątać itd. Ponieważ jednak mieszkałam sama jak palec, pozwalałam sobie na ten brak dyscypliny wychodząc z założenia, że niczego nikomu nie muszę udowadniać. Dziś widzę, jak bardzo było to potrzebne i wartościowe. Na własną rękę odbyłam coś w rodzaju psychoterapii, wykonałam kawał pracy nad sobą, choć pozornie leniuchowałam.
Ostatnia zima była dla mnie niezmiernie trudna. Chorowałam, zmagałam się z dolegliwościami, wciąż wywierałam na sobie presję, że trzeba się urządzać w nowym mieszkaniu, coś robić. Presję podsycała moja Mama, kobieta energiczna i zadaniowa.
Kilka razy mocno między nami zgrzytnęło, choć pilnowałam się, by nie przybierało to formy złości i agresji... I to również było potrzebne. Asertywnie obroniłam swoje stanowisko, postawiłam granicę, zapewniając ją jednocześnie o swojej wdzięczności za pomoc i troskę.
Tymi niewielkimi krokami doszłam do dzisiejszego spokoju i zgody na siebie taką, jaką jestem. Niektórzy dostają tę pewność siebie "w posagu", inni muszą ją odnaleźć zagubioną gdzieś po drodze swojego życia.
Dziś mam wolny dzień. Myślę ze spokojem o domu, o uporządkowaniu przestrzeni, na co mam czas i chęci, i wreszcie energię. Nie czuję przymusu, czuję ochotę do działania i zgodę na to, że nie musi być idealnie.
A mój mały domek kocham najbardziej na świecie! Może jedynie ex aequo z synem ☺
Syn mieści się w kategorii "dom".

czwartek, 4 lipca 2019

O rozstaniach, złudzeniach i rozkoszach "wolnej chaty"

PARAWAN

Oto chwile tylko moje, magiczne,
Których nie zna nikt, nie rozumie.
Między jawą a snem są bezpieczne.
Żyją krótko życiem pieszczot i zdumień.

Te spektakle, gdy kończy się dzień:
Balon słońca na szczycie komina
Podskakuje, balansuje, nie wierzy,
Że za chwilę spadnie nocy kurtyna.

Coś poznaję i coś zapominam.
Pachnie kawa lub zielona herbata.
Ty już śpisz, znów deszczowa godzina.
Nokturn deszczu - mój parawan od świata.
                                                                                                    /Aleksandra Kiełb-Szawuła/

Bardzo nastrojowa piosenka Oli Kiełb związanej swego czasu z zespołem Stare Dobre Małżeństwo, który niemal mnie wychował za młodych lat, idealnie pasuje do dzisiejszego wieczoru, choć pogoda dziś daleka od deszczowych nokturnów.
Jestem w domu sama po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Dopiero teraz czuję, jak bardzo mi tego brakowało: zwolnienia tempa, bycia tylko ze sobą i tylko dla siebie. Był czas, że miałam takich samotnych seansów aż w nadmiarze. Ostatnio syn zasiedział się mocno w domu, ja też stale jakoś byłam zajęta, zadreptana (bo zaganiana to za dużo powiedziane), oddalona od samej siebie.
Misiek poszedl do kuzyna, z którym jutro skoro świt wyjeżdża na trzydniowe wakacje w Hajduszoboszlo. Kuzyn z rodzicami był tam już kilka razy, zapraszano i mojego syna, ale uparcie odmawiał. Wreszcie tym razem zmienił zdanie, co mnie ogromnie cieszy. Niech dziecko użyje trochę lata, zobaczy coś więcej niż własne podwórko. Mnie jakoś tego roku brak "natchnienia" i energii na organizowanie wczasów. Może trochę później pomyślę, o weekendzie w jakiejś miłej letniskowej i niezbyt oddalonej miejscowości.
Tymczasem jestem sama w domu i ogromnie mi z tym dobrze. Cisza i samotność koją moje nerwy, dają wytchnienie.

Wzięłam dziś urlop w pracy, by uzupełnić Miśkową garderobę na wyjazd. Pół dnia zajęło mi gotowanie i inne domowe zajęcia, po południu wybrałam się do miasta. Z nowego miejsca mam trochę dalej do centrum.
Kupiłam okulary do pływania, czepek i krótkie spodenki. Nowoczesne technologie umożliwiły mi konsultacje z synem, który przejawia już własne ubraniowe upodobania. Przez kamerę telefonu ustalaliśmy, czy spodenki Młodemu odpowiadają. Młody nie chciał ze mną iść do miasta, bo właśnie spędzał czas z kuzynem.
Za to do mnie już po zakupach odezwała się do mnie koleżanka. Poprosiła o spotkanie, była smutna. Jak się okazało, w końcu jednak rozstała się z "chłopakiem", z którym już od pewnego czasu dochodziło do rozdźwięków i różnic zdań.
Koleżanka długo szukała swojego szczęścia, przeżyła kilka nieudanych znajomości, porzucała i była porzucana. Ten ostatni pan wydawał się strzałem w dziesiątkę, pojawił się w trudnym dla X. momencie życia (śmierć matki), ujął ją ciepłem, sprawił, że - jak mi dzisiaj powiedziała - znowu chciało jej się żyć. I jednak nie udało się. Poszło o sprawy dla obojga zasadnicze. Ona, panna, chciała poważnej deklaracji, ślubu, zamieszkania razem, unieważnienia w kościele jego poprzedniego małżeństwa. On zauroczony i uszczęśliwiony nowym związkiem obiecywał jej to, ale z biegiem czasu jego dobra wola słabła, zaczął się wycofywać, odwlekać ważne decyzje. W końcu oznajmił, że nie podejmie tych kroków, rezygnuje ze związku, że sprawa unieważnienia go przerasta (szczerze mówiąc, nie dziwię się temu, ja po rozwodzie bez ogródek mówiłam, że w żadne unieważnienia bawić się nie zamierzam, bo kojarzy mi się to wyłącznie z taplaniem się w brudzie - i to wszystko w majestacie kościoła, strażnika cnót i miłosierdzia).
Rozumiem X., dla której pewne zasady są ważne, współczuję jej smutkowi. Sama jednak myślę nad własnym podejściem do sprawy: jest inne. Jestem na innym etapie życia, a wobec religijnych wytycznych mam nieco buntowniczą postawę.
Ślubny kobierzec, biała suknia i papierek z USC nie są mi zupełnie do niczego potrzebne. Obserwując małżeńswa i związki znajomych przekonuję się, że pomimo pobożnych życzeń i najlepszych chęci żadne przysięgi przed ołtarzem nie zagwarantują, że się będzie razem aż do śmierci. Cudownie jest spotkać kogoś, z kim łączą nas wspólne wartości, ale życie pokazuje, że zmieniamy się, a wraz z nami nasze  potrzeby i pragnienia. Mąż na przykład pewnej mojej znajomej, do pewnego momentu zwykły, dobry człowiek stracił pracę, więc zajął się domem i dziećmi, a ona zarabiała na rodzinę i dom w budowie. Mężowi bardzo się na bezrobociu spodobało, w domu też nie jest tytanem pracy, a znajoma jest coraz bardziej obciążona, zmęczona i mówi koleżankom-singielkom, że im zazdrości. To tylko jeden z wielu przykładów.
Nie mierzę wierności, odpowiedzialności i przyzwoitości formalnościami i ceremoniami. Jeśli ktoś przejawia te przymioty, nie musi ich potwierdzać oficjalnie, będzie wierny i lojalny z własnej, nieprzymuszonej woli.
A religia? Miałam rozterki, czy iść drogą przez nią wytyczoną, ale dostrzegam w zinstytucjonalizowanej religii tyle sztucznych, wydumanych ograniczeń (nie tylko, oczywiście, ale jednak...), tyle zewnątrzsterowności zamiast wrażliwości sumienia, że coraz mniej mi z nią po drodze. Zachowam szacunek, pewien sentyment, ale przez życie pójdę własną drogą. Dojrzałam chyba do tej konkluzji.

No i jeszcze garść przemyśleń odnośnie związków.
Wierzę, że jest miłość. Wierzę, że ludzie potrafią iść razem przez życie nawzajem się wspierając i dzieląc sobą. Widziałam takie relacje.
Ale widzę też, ile między ludźmi iluzji, złudzeń. Widzę, jak bardzo pragnie się kontrolować drugą osobę, przerabiać ją i naginać do swojego widzimisię. Jak bardzo wiele energii traci się na "pracę" nad związkiem i drugim człowiekiem. Jak często nie z miłości rodzą się związki, a z chęci zapełnienia pustego miejsca u boku oraz w głębi duszy.
Nie wiem, czy się cieszyć, czy zazdrościć, że innym dane było pożyć złudzeniami, a mnie tego los poskąpił (poskąpił czy oszczędził?). Gdzieś we mnie tkwi poczucie niespełnienia, braku, ale z drugiej strony zastanawia mnie, czy nie stałam się cyniczna i pełna sceptycyzmu.

środa, 3 lipca 2019

Popisałki

Ktoś - podejrzewam sąsiada, tego średniego z braci, bo on najwięcej "trąbi" - wyrzucił butelkę po "Soplicy" na moją działkę. Nie mam ochoty się handryczyć, po prostu wyniosę, ale napomknę kiedyś w rozmowie. A na działce koperek zawiązuje pierwsze baldachy, słoneczniki już wysokie, a pietruszka walczy o pierwszeństwo z chwastami.
Wyprowadził się mój mały sąsiad z rodzicami. Szkoda, bo bardzo brzdąca lubiłam. Ale za to ojciec chłopca odstąpił mi swój kawałek ziemi do uprawy. Jesienią skopię wszystko jak Pan Bóg przykazał pod wiosenne siewy. Czekanie z kopaniem na wiosnę okazało się kiepskim pomysłem, bo walka z odrastającym zielskiem to iście syzyfowa praca. Ale grunt, że naskubię sobie dziś koperku do rozkosznych młodych ziemniaczków!
Poza tym odebrałam niedawno telefon od szwagierki z propozycją zabrania mojego syna na kilka dni wakacji. Wyjeżdża z rodziną na Węgry, do słynnego kompleksu basenów Hajduszoboszlo. Cieszę się ogromnie, że syn, który lubi być programowo przekorny, tym razem na wyjazd przystał. Cieszę się na kilka dni bez macierzyńskich obowiązków, choć kocham swoje dziecko najbardziej na świecie. Cieszę się, że spędzi trochę czasu radośnie, beztrosko i niecodziennie. Pytanie tylko, gdzie "zapchałam" jego tymczasowy dowód osobisty, który wyrabiał mu jeszcze tata. Czekają mnie intensywne poszukiwania.
Na dworze niesamowite upały, przed którymi ratuję się wskakując pod prysznic po powrocie z pracy. Radośnie eksploatuję letnie bluzki i sukienki, które wreszcie wróciły z garażu na należne im miejsce w szafie. Kłopoty z wybroczynami na nogach powodują, że chodzę prawie wyłącznie w długich sukienkach, spódnicach i spodniach, ale te pierwsze lubiłam zawsze. Według niektórych długa sukienka jest znacznie bardziej seksowna od mini, bo ta jest zbyt oczywista. No, to sobie jestem sexi inaczej :)
Jakaś gnuśność mnie ostatnio opanowuje. Nie chce mi się myśleć nad letnim wypoczynkiem, organizować czasu, wymyślać zajęć. Najlepiej mi na krześle przed domem albo w domu na kanapie, z książką w ręku bądź przed komputerem. Czy to się jeszcze zmieni? Przygnębienie mi ostatnio nie dokucza, ale zmęczenie owszem, bez przerwy. Coś mi się wydaje, że trzeba żyć pomimo niego.
Dlatego też przystałam na propozycję Sąsiadki, by razem wybrać się na organizowaną przez nasze miejskie muzeum cotygodniową projekcję przedwojennych filmów. Dzisiaj "Straszny dwór" na podstawie opery Moniuszki. Film obejrzymy pod gołym niebem.

niedziela, 30 czerwca 2019

Poza czubek własnego nosa

Jakieś przydługie i niepotrzebne wstępy tworzę dzisiaj, zamiast przejść do meritum.
Otóż dostaję ostatnio lekcje wrażliwości na drugiego człowieka, większej uważności i odwagi w wychodzeniu naprzeciw bliźniemu.
Zmarła Jolka na początku maja. Znałam jej wrażliwość, różne rozterki i poszukiwania oraz codzienne kłopoty. Gdy usłyszałam, jaką śmiercią zmarła, od razu przyszło mi na myśl samobójstwo. Bardzo, bardzo żałuję, że nie dane nam było spotkać się w tych ostatnich dniach, choć właśnie o tym rozmawiałyśmy przez telefon: że trzeba się spotkać i razem wychylić przysłowiowego kielicha. Jolka ani słowem nie zdradziła się, że coś u niej nie w porządku. Rozmawiałyśmy po długiej przerwie. Wcześniej już tak długo obiecywałam sobie, że odnowię naszą relację, ale miałam po uszy swoich problemów, czekałam aż będę miała spokojniejszą głowę, energię, czas. I nie zdążyłam. Nie uzurpuję sobie praw do zbawienia świata, ratowania niedoszłych samobójców, ale nieraz dochodziły mnie słuchy, że Jolka bardzo lubi ze mną rozmawiać, ceni sobie nasze rozmowy i moje refleksje. Przecież zresztą czasami zupełnie bezwiednie, przypadkowo wpływamy na innych. Czy mało razy wyczytane w całkiem głupiej książce trafne zdanie pomogło komuś spojrzeć na sprawę inaczej?
Nie pomogę już Jolce, ale żyje jej siostrzenica, którą Jolka wychowała jak własne dziecko (relacje w tej rodzinie były dosyć nietypowe), z którą były sobie bliskie jak matka i córka.
Nie dawała mi spokoju ta dziewczyna, domyślałam się, co przeżywa. Zebrałam się na odwagę i zapytałam przez internet, jak się ma. Było to dla mnie trudne, bałam się być nietaktowna, wścibska, szukająca sensacji w tej śmierci. Ale czy żywiąc takie obawy nie jesteśmy w gruncie rzeczy skupionymi na sobie egoistami? Obrzydliwie nie martwimy się, o O NAS pomyślą? Jak MY się poczujemy?
Schowałam te wszystkie głupie obawy do kieszeni i po prostu odezwałam się do tej mojej dużo młodszej znajomej (poznałam ją kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze małą, rezolutną dziewczynką). Otwarcie wyznałam, że boję się wchodzić z butami w jej sprawy, ale nie chcę być odwrócona plecami, że jeśli sobie nie życzy rozmowy, uszanuje to. Okazało się jednak, że Karolinka (zmieniam imię, nie pamiętam, jakie nadałam jej we wcześniejszych postach) potrzebowała rozmowy, że jest jej bardzo ciężko, bo śmierć Jolki to zaledwie wierzchołek całej góry domowych problemów. Z chęcią przyjęła zaproszenie do mojego domu, gdzie mogła porozmawiać swobodniej niż u siebie. A ja - choć tu może odzywa się egoizm - mam do siebie dużo szacunku, że się zdobyłam na ten krok w jej stronę. Mam poczucie, że postąpiłam właściwie.
Karolinka dała mi lekcję: nie zamykajmy się w sobie, nie zastanawiajmy się bez końca, czy wypada i co wypada. Interesujmy się innymi, nie zostawiajmy ich samych.
Lekcja przydała się w mijającym tygodniu.
We wtorek zadzwoniła do mnie Ulubiona Sąsiadka (ta z poprzedniego miejsca). Zaprosiła na kawkę wieczorem, czego oczywiście nie odmówiłam.
Stanęłam pod niegdyś naszym wspólnym blokiem objuczona dokonanymi w drodze domowymi zakupami, ale na dźwięk domofonu nie zareagowałam. Stwierdziłam, że widocznie wyszła na chwileczkę do sklepu i spokojnie poczekałam na przyblokowej ławce. Ta jednak nie nadchodziła. "Może się zdrzemnęła?" - pomyślałam i jeszcze raz zadzwoniłam domofonem ; cisza...
Weszłam na klatkę schodową, bo znam kod otwierający drzwi. Zapukałam bezpośrednio do mieszkania... cisza. Zaczęłam pukać głośniej - nadal cisza. Zatelefonowałam - wyraźnie słyszałam dzwonek jej telefonu w mieszkaniu, ale Sąsiadka nie reagowała, zupełnie jakby wyszła z domu bez komórki, co na ogół jej się nie zdarza. Zresztą przecież byłyśmy umówione, miała na mnie czekać. Musiało zdarzyć się coś niespodziewanego.
Po śmierci Jolki chyba przybyło mi wyobraźni. Zaniepokoiłam się, czy nie stało się coś niedobrego. Koleżanka jest w "trudnym" dla kobiety okresie życia, wspominała nieraz o uderzeniach gorąca i osłabieniach (jest ode mnie starsza), na dworze był tego dnia szalony upał.
Oczywiście wahałam się nad wezwaniem pomocy, bałam się zbiegowiska i może zupełnie niepotrzebnej sensacji. Zatelefonowałam do siostry, by się jej poradzić i w wyniku tej szybkiej narady zdecydowałam się zadzwonić na policję. Przedstawiłam sprawę. Policjanci zawiadomili straż pożarną i pogotowie. Wozy strażackie przyjechały na sygnale pierwsze.
Bałam się wyważania drzwi i wyrządzania szkód, zaproponowałam strażakom dostanie się do mieszkania przez uchylone okna (przez lufcik można włożyć rękę i otworzyć drugie skrzydło). Panowie jednak najpierw zapukali do drzwi - dość stanowczo. Pukałam razem z nimi.
Odpowiedział nam głos koleżanki. Krzyknęłam, żeby otworzyła, że wszystko jej wyjaśnię.
Wyszła nam naprzeciw z zakrwawioną twarzą, ze zlepionymi krwią włosami. Okazało się, że chyba wskutek upału i zmęczenia po długim pobycie w mieście zemdlała, a upadając uderzyła się w jakiś mebel rozcinając łuk brwiowy (skórę). Była oszołomiona i zszokowana.
Przybyli sanitariusze z pogotowia opatrzyli ją i zawieźli do szpitala, a ja pozbierałam jej dokumenty i taksówką pojechałam za nią. Do domu wróciłam po północy (chwała Bogu, syn już duży), a koleżanka została w szpitalu. Nazajutrz z rana dowiozłam na jej prośbę, trochę ubrań, bielizny i kosmetyków.
Na szczęście nic groźnego w szpitalu nie stwierdzono. Wypadek zdarzył się we wtorek, a już w środę wieczorem Sąsiadka była w domu. Pilnowałam, czy wszystko w porządku, dzwoniłam, odwiedzałam, dopóki nie wrócił z delegacji jej "chłopak". Dziękował mi bardzo.
No i oprócz satysfakcji, że tak słusznie postąpiłam, mam ważną lekcję: więcej inicjatywy i zainteresowania bliskimi! Mniej przejmowania się sobą! Częstszego odzywania się do przyjaciół, bo mam tendencję do pogrążania się w swoim świecie.
...W piątek miałam przemiłe spotkanie z dwiema dawno niewidzianymi koleżankami z liceum - takimi najbliższymi z klasy. Przerwa w kontakcie trwała kilka lat i to one odezwały się do mnie po tak długim niewidzeniu. Aż zrobiło mi się wstyd, że je tak zaniedbałam.
I tu reflekaja a propos bardzo swego czasu obfitych konwersacji na forum rozwodników: samotni bywamy na własne życzenie. Przede wszystkim!

niedziela, 23 czerwca 2019

Popisałki pozytywne

Ech, Marto, ty marudo! Może napisz coś pozytywnego, co?

Na przykład o tym, że Wibratorek wreszcie się "rozwibrował" i urodził cztery śliczne kociątka, które skończyły wczoraj tydzień. Jedno z nich już otworzyło oczka. Śliczne są - malutkie i popiskujące. Lubię obserwować Wibera (imię podpowiedziane przez kolegę) w roli matki. A matką Wiber jest troskliwą, ale nie zwariowaną na punkcie swoich dzieci. Znajduje czas na odpoczynek i spacery, na pieszczoty na kolanach swojej pani i na towarzyszenie jej w czasie porannej kawy przed domem lub wieczornych pogawędek z sąsiadem.
Za ścianą mojego mieszkania żyje sobie matka-wdowa i jej trzech "śwarnych" synów. Najstarszy, chyba 35-letni jest wyraźnie zainteresowany sąsiadką z podwórka, a dwóch wolnych, do wzięcia... tyle że nie reflektuję :) Średni z braci ma stałą kochankę-gorzałkę, niestety, a najmłodszy też za kołnierz nie wylewa. Trzeba jednak przyznać, że chłopaki uprzejme, uczynne i pracowite. Dziś nie mogłam domknąć zacinających się przesuwnych drzwi szafy, ale wystarczyło jedno moje słowo i panowie w mig uporali sie z problemem. Muszę im w końcu jakąś wódeczkę za to postawić w dowód wdzięczności.
Są jeszcze dwie siostry, ale one już nie mieszkają z matką, a jedynie wpadają prawie co dzień w odwiedziny. Znam też ich mężów oraz dzieci. Nasze podwórko tętni życiem, a ja to bardzo lubię.
Drzwi do mnie czasami się nie zamykają. Dwaj sześciolatkowie z sąsiedztwa co rusz wpadają obejrzeć małe kotki. Zagadują przez okno, bo lubię w te upalne dni otwierać je na oścież, a nasz domek jest parterowy, wczoraj załapali się na budyń własnej roboty, który gotowałam dla syna - żaden tam kupny z torebki ; mleko, mąka ziemniaczana i kakao oraz cukier do smaku. Jeden z malców przyszedł kiedyś, gdy słuchałam muzyki. Przypadł mu ogromnie do gustu zwłaszcza jeden utwór i teraz często mnie prosi, byśmy posłuchali "smutnej piosenki" Sylwka Szwedy, mojego ostatniego muzycznego odkrycia. Słucha uważnie i ze wzruszeniem, bo to wrażliwy chłopczyk. Czasami śpiewamy razem z Youtube'em.
Wczoraj przez otwarte okno kuchni zawołał mnie najmłodszy z sąsiadujących braci, 28-latek: "Hej, sąsiadko, chodź pogadać trochę!". Skorzystałam z zaproszenia ochoczo i rajcowaliśmy do późnego wieczora. Sąsiad mimo młodego wieku sporo już przeżył, imał się różnych zajęć i naprawdę interesująco się go słucha. Jest bardzo otwarty, ma w sobie dużo ciepła, aż szkoda, że taki zaradny i pracowity chłopak nie ułożył sobie osobistego życia i nadużywa alkoholu. Tę uwagę jednak zatrzymuję dla siebie, nic mi do tego.
Coraz bardziej lubię to swoje miejsce i swojskie towarzystwo. Jest tutaj też trochę swojskiej egzotyki, ale o tym może innym razem opowiem.
Ogródek w czasie deszczów zarósł mi przeraźliwie, powoli go odchwaszczam. Słoneczniki wybujały mi już spore, tu i ówdzie wyłania się rozsiany po całej powierzchni koperek, a wczoraj zauważyłam nieśmiałe pęczki naciowej pietruszki. Już się cieszę na własne zbiory! Tego roku moje ogrodnicze dokonania są bardziej niż skromne, ale traktuję je treningowo. Jesienią skopię działkę jak należy, zimą pomyślę, co chciałabym mieć w swoim ogródku, a na wiosnę "ruszę z koksem".
Upiększam powolutku wnętrze mieszkania. Kupiłam w szmateksie dwie maty na stół oraz filcową podkładkę w kształcie kwiatka i kolorze pomarańczy. Ożywiły i ociepliły wygląd białego stołu. Na poręczy piekarnika zawisło "takie coś" w rodzaju pasa z kieszeniami do chwytania gorących garnków w barwach chabru i kobaltu. Całkiem dobrze komponuje się z kolorami takimi jak pomarańczowy czy żółty (ściany kuchni są żółte i nie chce mi się tego zmieniać).
Zauważyłam u siebie upodobanie do żywych i nasyconych, chociaż nie krzykliwych barw, trochę jak z witraży Wyspiańskiego. Pasują do mnie również w ubiorze i bardzo chętnie je noszę.
Powoli rodzi mi się w głowie koncepcja przyszłego wyglądu mojego lokum. Nie potrafię z góry zaplanować całości, bardziej mi odpowiada powolne komponowanie z nutką spontaniczności improwizacja.
Z internetu zaczerpnęłam kilka pomysłów do zrealizowania "gdy bedę bogata", na przykład postarzane panele podłogowe, siedzisko, a może i legowisko będące przedłużeniem okiennego parapetu (moje słynne niskie salonowe okno) i szafy oraz półki po sam sufit na wszystkie moje ciuchy (czasem pomstuję na nadmiar, ale jednak kocham wyrażać siebie ubiorem) i książki.
Zniosłam z garażu już wszystkie swoje i syna ubrania - o cudzie, zmieściły się w szafach. Widzę, że nie wszystkie podarowane przez znajomych rzeczy wykorzystuję, więc powoli dokonam selekcji tego, co niepotrzebne. Na razie jeszcze zatrzymuje mnie słynne: "A może się przyda? A może choć koło domu ponoszę?". Z czasem się to wyjaśni.
W najbliższych planach atak na książki czekające w garażu. Wcześniej trzeba zamontować u stolarza wsporniki do niefortunnych półek, które zakupiłyśmy z mamą w komplecie do komody, a których funkcja okazała się czysto dekoracyjna ; nie można ich obciążać powyżej czterech kilogramów. Chciałabym na nich ustawić swój księgozbiór, a do książek marzą mi się podpórki - może w kształcie kotów?

(zdjęcie z  https://www.google.com/search?q=podp%C3%B3rki+do+ksi%C4%85%C5%BCek+w+kszta%C5%82cie+kot&client=firefox-b&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiw1KncoILjAhWtAxAIHWoSAsEQ_AUIECgB&biw=1027&bih=339#imgrc=-9Fz9xXBZib6wM)


https://www.google.com/search?q=podp%C3%B3rki+do+ksi%C4%85%C5%BCek+w+kszta%C5%82cie+kot&client=firefox-b&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiw1KncoILjAhWtAxAIHWoSAsEQ_AUIECgB&biw=1027&bih=339#imgrc=GK-Yu6C5mFu59M:

Całkiem niemało tych radości. Chyba nawet niestrawność po wątróbce poszła sobie do wszystkich diabłów - i to bez kminku!☺

Coś mi leży na wątrobie (względnie na żołądku) :)

Zwróciłam się ostatnio bardziej w stronę realnego świata, nie za bardzo też chciało mi się powielać postów o tym, że siedzę sobie w ogródku bądź salonie i fajnie jest (skądinąd prawda). Dała też mi trochę popalić choroba, a nie chciałam zanudzać narzekaniem. Natomiast na tematy doniosłe, refleksyjne, filozoficzne nie zawsze w porę przychodzi wena. Tak więc nie pisałam na blogu dość długo.
I dzisiaj, szczerze mówiąc, też nie mam weny, ale ujął mnie komentarz Agnieszki dopytującej, dlaczego tak cicho na moim blogu.
Agnieszko, jestem, żyję, tylko dzisiaj jakoś niemrawo. Taki typowy dzień, gdy snuje się człowiek i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Niiiic mi się nieeee chce! :/
Mam ochote wybuchnąć żalem, bo serdecznie swoich zniżek nienawidzę, ale w myśl tego, co czytam np. na "Witaj Słońce", wezmę dzisiaj pod rękę ten swój dołek i zastanowię się, co chce mi powiedzieć.
Może po prostu: Marto, poczytaj sobie książkę i poleniuchuj na kanapie? :)

A może: jakżeś się, za przeproszeniem, nażarła smażonej wątróbki na obiad (ach, jak lubię!), to nie dziw się, że twój organizm znowu daje ci znać, że kolejne uroki życia już nie dla ciebie! Maszeruj do kuchni i zjedz kilka ziarnek kminku, zamiast dorabiać filozofię do zwykłego wzdęcia.
Tylko to tak przykro uświadamiać sobie, że coraz mniej już rzeczy dla mnie, że jestem coraz starsza i zdrowia ubywa. Ten przeklęty drań Sjogren potęguje we mnie rozżalenie na dolegliwości, nawet tak banalne.
20 lat temu miałam żołądek jak struś. 20 lat temu nie bolały mnie nogi. Nie "sypały" mi się zęby i nóg nie szpeciły wybroczyny.
Niech to szlag!
Nawet czytać mi się nie chce.