sobota, 1 sierpnia 2026

Codziennostki, drobnostki.

W poprzednim poście kilka razy pod rząd powtórzyłam: "na przykład". Miej się na baczności, korektorko tekstów in spe!

Dziś nieznośny upał, ale podkusiło mnie zajrzeć do szmateksu, w którym wczoraj wypatrzyłam wspaniały żakiet z lnu, w kolorze pomarańczowym, długą czarną spódnicę w białe grochy, zwiewną taką, na ciepłe dni, oraz kapitalnie leżace na mojej figurze spodnie. Jęknęłam jednak, gdy usłyszałam cenę, zostawiłam sobie tylko jedną, potrzebną bluzeczkę, a resztę zostawiłam... do dzisiaj, bo dziś przecena. Żakiet ktoś już, niestety, zdążył capnąć przede mną, ale spodnie i spódnica były! Coś jeszcze do tego dorzuciłam - i solennie sobie obiecuję, że pierwszy sierpnia jest ostatnim dniem mojej wizyty wśród używanej odzieży na cały nadchodzący miesiąc. Zabraniam sobie nawet zaglądać, bo nie ma mocnych: moje wprawne oko zawsze coś wypatrzy, a potem i tak się  nosi tylko te rzeczy, które najłatwiej na siebie wrzucić, albo najbardziej się kocha.

Naszła mnie jednak jakaś chętka, by "podrasować" swój wizerunek i więcej uwagi poświęcać odzieżowym zestawom. Mam tę szacowną pięćdziesiątkę i może warto nie tyle się postarzyć, co z szacunkiem do swojej dorosłości podkreślić ten fakt. Ot, więcej uważności i kreatywności na co dzień.

Wyczytałam wczoraj u AI, że nawet paznokcie można ozdobić bez konieczności malowania, bo istnieją specjalne naklejki, dające zupełnie zadowalający efekt. Niestety, tradycyjny lakier jest dla mnie za trudny, gdyż drżą mi ręce i nie umiem go nanieść, nie wyjeżdżając "za margines". Spróbuję z tymi nalepkami i będę "aligancka i ze szykiem"!

Z nowinek codziennych, kilka razy spotkaliśmy się w ciągu ostatnich dni z kolegą wiadomym (mowa we wcześniejszych postach). Czas jednak nam nie sprzyjał, wzywały go różne sprawy, tak więc spotkania były raczej przelotne. Ciekawa jestem, jak się potoczą dalsze losy tej znajomości.

Z miasta wróciłam spocona jak nieboskie stworzenie. Pospiesznie ogarnęłam rozgardiasz w domu, ugotowałam makaron do smażonego niedawno musu z papierówek, a teraz chwilkę odpoczywam. Czytam "Dittę" Martina Andersona Nexo. Znana mi to już lektura i to od wielu lat, jakoś jednak sięgnęłam od niechcenia po leżący w bibliotece na biurku egzemplarz i przepadłam. Nie ma jak te solidne dawne powieści o niebłahej treści i starannym języku oraz zajmującej akcji.

Wieczorem pójdę może na basen. Może zachęcę też syna.


PS. Ajajajaj! A czy pochwaliłam się, że radykalnie ograniczyłam sobie obcowanie z Facebookiem? Bezlitośnie usunęłam aplikację z telefonu i zadowolona jestem z efektu.

sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.

Farmakoterapia to nie samo zło

Edukuję się, kurrrde mole 😉
U AI wyczytałam, że popełniam błąd samowolnie przerywając na weekendy kurację encortonem. Podobno bardzo sobie w ten sposób szkodzę, bo "na" encortonie organizm przestaje produkować dostateczną ilość kortyzolu odpowiedzialnego za energię życiową. Szanowna sztuczna (inteligencja) stwierdziła wręcz, że może to być przyczyną moich "zjazdów". Skończyłam więc z przerwami na własną rękę, chociaż nie jestem zachwycona uzależnianiem się od środków farmakologicznych. Pomysł na "dyspenzę" wziął się stąd, że zaleconą mam przerwę w zażywaniu mojego drugiego stałego lekarstwa, hydrochloroquiny (kto tę szaloną nazwę wymyślił w miejsce dawnego plaquenilu?), więc odpuściłam sobie na te dni całego mojego "Mendelejewa". Ale już będę grzeczna, zastosuję się do wytycznych i nie wydziwiam. Zestaw ten uzupełnia jeszcze witamina D, której miałam niedobór, ale ostatnie badania wykazały, że poziom się podniósł. Miesiąc temu psychiatra niezależnie od reumatologa dorzucił mi zotral.

Farmakoterapia, odsądzana gdzie niegdzie od czci i wiary, bywa po prostu potrzebna. Nie wiem jeszcze, jak encorton, ale specyfik od psychiatry ewidentnie działa. Nie mogę uwierzyć, że można się czuć tak po prostu normalnie i dobrze ; prawie zapomniałam, jak to jest. Dziwię się, jak żyłam z notorycznym zmęczeniem i jak je pokonywałam.

Mam nadzieję, że nie przejdę całego życia na lekach, ale się z tym liczę i jeśli mają podnieść jakość mojego życia, nie zamierzam się przed nimi wzbraniać.

Tylko szkoda, że się już wina nie napiję albo mojego ulubionego ajerkoniaku. Ale to kosz wart swojej ceny, a trzeźwość i autentyczność są same w sobie cenne... i to nie slogan bynajmniej.

piątek, 24 lipca 2026

Lubię!

Wczoraj i dziś miłe spotkanie z kolegą. Dziś we dwoje ot tak, na ulicy, a wczoraj z dwójką wspólnych znajomych w cukierni. Pretekstem było testowanie mikrofonu do moich aparatów słuchowych. Towarzystwo wczorajsze było kosmpolityczne, bo nasza koleżanka jest narodowości ukraińskiej, a na spotkanie przybył też jej mąż - gaduła świetnie mówiący po polsku. To było naprawdę miłe, choć trudne spotkanie. Trudne, bo w cukierni panował hałas, dochodziły też dźwięki ulicznego ruchu. Mój kolega po tym spotkaniu stwierdził, że trzeba jeszcze przetestować aparaty sama na sam, więc dzisiaj pod koniec dniówki przyszedł odwiedzić mnie w pracy. Pogadaliśmy tam chwilę a kończyliśmy pogawędkę już na ulicy. Urządzenie słuchowe słabo zdało egzamin, ale sama jakość naszej rozmowy - przednia. Kolega jest wspaniałym człowiekiem i podobno mnie również za takowego uważa. Ciekawe, jak potoczy się ta nasza znajomość. Czy przerodzi się w jakąś głębszą przyjaźń? Mam nadzieję, że tak, chociaż staram się nie tworzyć mrzonek. Ale lubię, lubię, lubię ogromnie...!

środa, 22 lipca 2026

Dobry dzień

Znowu wpadłam z rana na oddział. Miło i ciepło mnie przywitano, poznałam dwie nowe pacjentki i od razu złapałyśmy dobry kontakt. Pogawędziłam też z ulubionym kolegą, a jakże. "Ponaprzykrzam" im się jeszcze pojutrze, po mam w serwisie protetyki obiecane jeszcze jedno urządzenie do testowania. To dzisiejsze niespecjalnie zdało egzamin, ale uśmialiśmy się z Bogusiem przy próbach.

Do pracy przyszłam z wyżej wymienionego powodu nieco później. Znów bardzo dobrze funkcjonowałam ; jak ja, doprawdy, żyłam bez zotralu?! 😄

Po południu podskoczyłam zajrzeć, co ciekawego mają na przecenie w szmateksie. Nooo... sporo mieli... Postanowiłam podjąć w sierpniu wyzwanie: przez cały miesiąc nie przekroczę progu żadnego z tych sklepów!

I - proszę sobie wyobrazić! - po powrocie do domu starczyło mi czasu i energii na wstawienie szybkiego prania, przygotowanie obiadu na jutro (wstępnie był już przyrządzony), umycie naczyń, przyrządzenie koktajlu z mleka i bananów na kolację oraz pasty z twarogu i makreli na jutrzejsze śniadanie. Pozachwycałam się także nowo narodzonymi bliźniaczkami - wnuczkami mojej sąsiadki. Pierwszy raz je dzisiaj wiziałam, mają dopiero dwa tygodnie. Śliczne są jak wszystkie maleństwa.

Tylko jakoś nad książką skupić się trudno. Ale spróbuję, gdy już wyłączę komputer.

wtorek, 21 lipca 2026

Kurrrde!!!

Pracuje mi się fajnie! Koncentracja w porządku, zmęczenie nie odbiera chęci do życia. Cokolwiek jeszcze chce mi się robić, gdy wracam po południu do domu. Jestem powściągliwa, nie wpadam w euforię i przedwczesny optymizm, ale cieszę się szczerze. Oby tak zostało na długo, długo.

Dziś po pracy podeszłam do protetyki słuchowej. Podpisałam umowę o testowanie kolejnego udogodnienia dla niedosłyszących. Jutro odwiedzę oddział dzienny w celu testowania - gwar kilkunastu rozmawiających osób to idealny poligon doświadczalny. Cieszę się na miłe spotkania, ulubiony kolega powiedział mi, że ostatnio przyjęto koleżankę z zeszłorocznej hospitalizacji. Z przyjemnością ją uściskam.

Obiecałam sobie radykalnie ograniczyć buszowanie po szmateksach - i co? Wdepnęłam do jednego i za pięćdziesiąt procent wcześniejszej ceny kupiłam sobie dżinsową ni to sukienkę, ni to płaszcz (sprawdzi się w obu rolach). Już oczami wyobraźni widzę kolejne zestawy z tym elementem w roli głównej.

Wstąpiłam też do innego niż zwykle fryzjera. Na drzwiach widniała informacja, że w ramach promocji usługa kosztuje tylko 30 zł. Szczęśliwie się złożyło, że nie musiałam zapisywać się na inny dzień, ale "od ręki" mogłam uporządkować swoją mocno już niesforną fryzurę. Wydłużyła mi się mina, gdy usłyszałam, że z moim nieprzeciętnie (serio!) wysokim czołem "niewiele nawojuję" w doborze fryzur, ale rezultat okazał się bardzo zadowalający. Lubię fryzury nieskomplikowane i mało wymagające. Na szczęście te ograniczone możliwości są dla mnie twarzowe. Czuję się odświeżona i wzmocniona w poczuciu własnej atrakcyjności.
Nie byłam nigdy specjalnie skoncentrowana na swoim wyglądzie, ale uczciwie stwierdzam: niebrzydka ze mnie babka, choć żadna tam wybitna :) Przyjemnie to czuć.

Przyjemnie też słuchać wywiadu z Nityą - Patrycją Pruchnik i czytać książkę, gdy za oknem szumi deszcz. Za momencik nastawię "uczciwy" obiad na jutro, wyniosę do piwnicy, garażu, na śmietnik trochę zalegających w domu szpargałów - i to wszystko bez poczucia wyczerpania. Kurrrrde, jak dobrze!!!

niedziela, 19 lipca 2026

Koniec wolności

Jutro do pracy. Bleeee!

Hospitalizacja na oddziale wiadomym, poza wszelkimi rozsądnymi powodami, była dla mnie ucieczką przed pracowym zmęczeniem i stresem. Boję się trochę powrotu do pracy i powrotu tego koszmarnego samopoczucia sprzed hospitalizacji. Tego zmęczenia, tej niechęci, tego poczucia presji - nie chciało mi się wtedy żyć. Może niepotrzebnie koncentruję się na obawach i sama siebie straszę, ale nie będę udawać, że praca jest czymś, co daje mi spełnienie. O niebo bardziej spełniam się w moim domowym tu i teraz, w mojej bezpiecznej przestrzeni, gdzie życie toczy się na moich warunkach.

sobota, 18 lipca 2026

Hajda w miasto!

Noc upalna. Chociaż spałam, "jak mnie Pan Bóg stworzył", obudziłam się pod kołdrą spocona i niepachnąca. Było już późno, więc na pytanie siostry, czy jadę z nią na działkę, odpowiedziałam przecząco. Nie chciało mi się spieszyć, zostawiać w domu rozgardiaszu, przełykać w pośpiechu byle czego zamiast porządnego śniadania. Trochę żałowałam, ale za chwilę telefon od Mateusza rozwiązał moje rozterki. Mateusz nie ma dzisiaj ludzi do pracy i jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócił się do mnie. Mnie się nie uśmiecha w ten upał sprzątanie poddasza, ale z niechęcią się zgodziłam. Pomyślałam jednak - przyznaję - co by było, gdybym pojechała na działkę i zostawiła kolegę na lodzie? Jak by sobie poradził? Ale koniec końców, to mój wybór, że mu pomagam, nawet jeśli pokonuję niechęć.

A więc śniadanie, pani Marto, prysznic, koniecznie też pościelić łóżko i hajda (lubię te staroświeckie, literackie słowa) w miasto!

piątek, 17 lipca 2026

Trochę domowo, trochę oddziałowo... i baaaardzo upalnie!

Powrót wściekłego upału, ale podobno nie na długo. Ostatni, nie licząc nadchodzącego popiątku, dzień mojej długiej wolności od etatu. Jak lubię tak spokojnie i domowo sobie żyć! Ma dla mnie urok i smak zwykłe "siedzenie" w domu, wspólne z synem smażenie naleśników, rodzinne pogawędki i śmiechy z naszego kota. Ma urok kawa pita przed domem, gdy inni są w pracy, i pogawędka z sąsiadem, który właśnie przechodził obok i przysiadł się do stolika.

Sąsiad był przygnębiony, bo zmarł właśnie ktoś z jego rodziny, jakiś młody jeszcze człowiek. Powiedział, że mu się nawet gadać nie chce - po czym przegadaliśmy chyba z godzinę i wcale nie byłam tą, która mówi więcej :)

Pan K., inny sąsiad (zza ściany mieszkania) zaczepił mnie rano słowami: "Ktoś ze wspólnoty mieszkaniowej mówił, że doniosła pani na naszego psa, że robi jakieś szkody". "Chyba ich poje...!" - wyrwało mi się spontanicznie, choć przez szacunek do starszego człowieka nie dokończyłam wulgaryzmu. Dodałam następnie: "Może im pan to ode mnie przekazać".
Rzekomo dokonałam tego donosu w odpowiedzi na zastrzeżenia zarządu wspólnoty co do mojego kota. Owszem, zaczepiła mnie kiedyś prezeska i oznajmiła, że kot nie powinien chodzić wolno po podwórku, że poluje na ptaki, i że sąsiedzi go dokarmiają, bo ja zwierzaka GŁODZĘ. Ona to zgłosi do Straży Miejskiej i zapłacę mandat.

Idioci!

Sprawdziłam później w internecie, że prawo nie zabrania kotom chodzenia wolno. Wiem, że mój pogląd ma przeciwników, ale mój kot będzie wychodził i basta. Jest do tego przyzwyczajony, źle znosiłby niewolę w mieszkaniu (komentarze ciskające gromy na moją głowę - usunę).

Ten domowy tydzień upłynął mi jeszcze pod znakiem oddziału i oddziałowych relacji. Miałam okazję twardo stanąć po stronie Bogusia wobec osób, które opowiedziały się przeciwko niemu. Jego to odrzucenie ogromnie zabolało i doktnęło, bo odbyło się za jego plecami. Zwrócił się z tym do mnie, wsparłam go, jak czułam i uważałam. Czuję teraz, że zbliżyło nas to do siebie i miło mi z tym. Czuję też coś bardzo dobrego: zachowałam się przyzwoicie i absolutnie słusznie, w zgodzie z sobą.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ot, dzień...

Dość głupio spędziłam dzisiejszy dzień. Trudno, zdarza się Rano wyskoczyłam na rowerze odwiedzić jeszcze raz oddział, ponieważ zapomniałam w dzień wypisu zabrać swój kocyk, którym okrywałam się podczas poobiednich relaksacji. A potem?

Potem poniosło wariatkę do szmateksu - ot, tak, "tylko popatrzeć". Długo łaziłam, szperałam i rzeczywiście przygarnęłam kilka przydatnych rzeczy po trzy złote sztuka. Mówiłam sobie, że czas kończyć, ale jeszcze kusiło "ostatni raz" przejrzeć wieszaki, poszperać w boksach (nie wiem, czy to rzeczywiście się tak nazywa) z odzieżą. Czasu jednak straciłam mmóstwo, a od dreptania między wieszakami nogę mam teraz usianą wybroczynami. Dobrze byłoby zrezygnować z wizyt w tych przybytkach rozpusty na dłuższy czas. Nawet nie zaglądać, bo jestem już na tyle wprawnym łowcą, że niemal zawsze coś przynoszę. W końcu dorobię się takich zapasów jak nasza sąsiadka z podwórka, pani Andzia, cierpiąca na chorobliwe zbieractwo!

Drugim nawykiem, który mocno mnie już uwiera, jest częste, machinalne sięganie po telefon komórkowy i tak zwane scrollowanie. Obiecuję sobie radykalnie to ograniczyć, ale słabo mi wychodzi. Postanowiłam, że gdy tylko syn przestanie być ode mnie zależny i nie będzie nas już łączył wspólny abonament, kupuję sobie "głupi" telefon bez internetu. Wystarczy mi ten w chromebooku, bo ten nie wciska się tak nachalnie w moje życie.

Synuś wyjechał po południu do miasta wojewódzkiego, gdzie spędzi kilka dni z "synusiową". Jestem sama w domu i chcę dobrze, w pełni wykorzystać tych kilka dni wolnych od pracy zawodowej, które mi jeszcze zostały. Chcę aby towarzyszył im relaks, ale i odrobina wewnętrznej dyscypliny. Lubię, gdy moje dni mają "ręce i nogi", nie rządzi mną chaos i brak motywacji.