niedziela, 17 października 2021

Poskromienie siana

 Nie miałam właściwie zamiaru tworzyć teraz nowego postu, ale zajrzałam na blogi, by napisać coś Ani-Bzikowej.

I tak mi strzeliło do głowy napisać rzecz skończenie banalną.

Bo banały bywają nimi tylko na pierwszy rzut oka. To kwestia naszych interpretacji i odniesień

No, dobra...

Otóż od ponad dekady zmagam się z chorobą, która m.in. nosi nazwę zespołu suchości z powodu charakterystycznych objawów. Wysycha mi w ustach,  wysychają spojówki, a z włosów zrobiło się istne siano. Odkryłam, że tygodniami mogę teraz ich nie myć.

I tego właśnie - o niechlujności! - dotyczył mój eksperyment.

Po licznych próbach z odżywkami, domowymi środkami, z których najbardziej drastycznym był majonez, sprzykrzyło mi się to żmudne pielęgnowanie. Nie jestem i nigdy nie byłam kobietą, która godzinami potrafi cyzelować przed lustrem swój wizerunek, pozwolenie sobie na bycie niedopiętą, nieumalowaną, nieco rozwianą jest dla mnie wyrazem wolności. Lubię wyglądać... tak jak lubię, wyrażać siebie strojem, ale niech mi to nie zabiera zbyt wiele czasu.

Tak więc coraz częściej odpuszczałam sobie ten majonez, z którym na łbie trzeba było spędzać pół dnia. Zostawiłam to moje siano w spokoju, a któregoś dnia z czystej ciekawości kupiłam sobie tzw. suchy szampon do włosów i stosowałam doraźnie, gdy uznałam, że nie zaszkodzi odrobinę koafiurę odświeżyć. Co za wygoda!

I - eureka! Moje pozostawione w spokoju włosy przestały się stroszyć na wietrze czy deszczu na wszystkie strony świata. Nie muszę już patrzeć z niechęcią w lustro, a między ludźmi zastanawiać się, czy ich nie straszę. Włosy są gładkie, błyszczące, a oglądając w sieci sfilmowany przez kogoś fragment koncertu Kondraka, stwierdzam, że wyglądały naprawdę nienagannie.

Mała rzecz, a jak cieszy!

I czy nie mówi wiele o życiu?


A jak długo nie myłam głowy normalnie, nie powiem Wam, bo wstyd :)

Może wreszcie dzisiaj się nimi zajmę, bo nachodzi mnie chętka rzucić sobie rudy kolor na łepetynę :)

sobota, 16 października 2021

Odrobinka autorefleksji

Wklejam post, który zaczęłam redagować, przerwałam z braku czasu i z którego to powodu miał się nie narodzić. Jednak wklejam.

(Gdzieś w zeszłym tygodniu)

Na razie tak pobieżnie...

Czasu nie mam, a nie chcę, by przepadła ta chwila zadowolenia i wręcz entuzjamu.

Wiecie, czasami, żeby wydobyć się ze wstrętnego marazmu, trzeba po prostu... się wydobyć. Zrobić coś, nawet przełamując lenistwo i niechęć.

Dałam się wyciągnąć koleżankom na dwa dni do Krakowa i to był strzał w dziesiątkę!

Czuję się jak nowo narodzona! Pełna nowych sił na kolejne dni.

Wniosek z tego oczywisty: trzeba sobie zanotować w pamięci listę pewniaków gwarantujących podniesienie poziomu energii i życiowego optymizmu.

Najgorzej to kwękać, pani Marto.

Zapisałam się ponadto na dwa - żeby było z rozmachem - kursy językowe, do których dopłaca jakaś organizacja czy instytucja (nie proście mnie teraz o odszukanie informacji, ale sprawa jest jak najbardziej poważna i wiarygodna). Trochę, rzecz jasna, dopłaciłam, ale dostało się w pracy zapomogę na  zakup opału na zimę z funduszu socjalnego, a z zapomogi starczyło i na kurs.

Leczę się od pewnego czasu z niebudujących przekonań pt: "nie stać mnie".

Będę uczyć się włoskiego i rosyjskiego. Włoskiego ze względu na mamę przebywającą już prawie 20 lat w słonecznej Italii, a rosyjskiego z sentymentu do tego języka oraz na przekór wszędobylskiemu angielskiemu.

Jakby jeszcze było mało, zgłosiłam się na trzydniowe warsztaty tworzenia opowieści...


Dopisuję dziś:

Warsztaty były nie tylko interesujące, ale szalenie przyjemne, odprężąjące, dające wiele radości. Poznałam barwnych, inspirujących, nietuzinkowych ludzi. Chociaż zajęte miałam całe dnie (dziecko twierdzi, że się przyzwyczaiło, że matka czasem gdzieś lata :) ), był to prawdziwy odpoczynek dla skołatanej ostatnio duszy.

Poczyniłam kilka cennych refleksji na temat siebie i swojego życia, na temat zarządzania własnym czasem i energią.

Za wiele w mojej codzienności prób sprostania jakimś odgórnym, niekoniecznie własnym standardom. Właśnie przez to pozwalam okradać się z energii i poddawać się niezadowoleniu z siebie.

Dlaczego pozwalam?

Przychodzi czasem moment, że właśnie teraz - już! natychmiast! - pragnę pogadać z drugim człowiekiem, opowiedzieć, co u mnie słychać, jak spędziłam dzień, co mnie trapi, a co boli. Nie zawsze jest taka możliwość, chociaż generalnie samotność moim problemem nie jest.
Chciałoby się, żeby słuchacz rozumiał mnie idealnie i był niczym więcej i niczym mniej, jak wdzięcznym słuchaczem.
Nie zawsze tak jest.
Pisałam już, że swego czasu bardzo "wciągnęło" mnie pewne forum.
Po dłuższej przerwie uległam pokusie skorzystania z tej formy kontaktu, spotkań, by podzielić się swoimi sprawami.
Więcej (raczej) tego nie zrobię.
Jakby nie było - każdy z nas ma swoje życie, drogę, scenariusz. Często intuicyjnie czujemy, jak powinniśmy postępować, co jest dla nas korzystne. Inni mają ogląd z innej perspektywy, przez pryzmat innych doświadczeń i pomimo najszczerszych chęci nie są w stanie nas zrozumieć.
To potwierdza zdanie licznych myślicieli, że w świecie pozostajemy samotni.
I wcale nie musi to być negatywne, smutne i pesymistyczne.
Jesteśmy niepowtarzalni, niezależni, unikalni.
Pomimo pokus chyba lepiej zostawić pewne swoje sprawy dla siebie.
Ale ja tak lubię opowiadać, a zwłaszcza o tym, co mnie najżywiej, najosobiściej porusza.


Byłam wczoraj na koncercie Jana Kondraka. To niszowy, niemłody już artysta, bard z gitarą i wspaniałym głosem, wykonawca piosenek Stachury, Okudżawy, Cohena, a także własnych kompozycji.
Koncert zgromadził nieliczną, ale bardzo zainteresowaną nim publiczność, odbywał się w maleńkim, jazzowym ponoć, klubiku przerobionym ze starej chałupki. W środku knajpka, w knajpce scena i nagłośnienie. 
Pierwszy raz byłam na tak kameralnym, artystycznym wydarzeniu, do tej pory na koncerty chodziłam do jakichś domów kultury, przestronnych sal...
Towarzyszył mi mój "były". Z byłym rozstałam się z ważnych i poważnych powodów, powrotu zdecydowanie nie biorę pod uwagę. Mimo że jest już w nowym związku, gdzieś tam się koło mnie kręci. Właśnie wczoraj zadzwonił do mnie z pytaniem: "Co to za koncert będzie jutro w P.? (zamieściłam informację w swoim profilu na Facebooku). Gdzie i o której godzinie?". Gdy już dowiedział się wszystkiego, oświadczył: "To ja jadę". Nie myśląc wiele, odparłam: "To ja z tobą". Dojazd samochodem to przecież nie byle gratka, z powodu kłopotów z autobusem powrotnym byłam już o krok od rezygnacji z wyjazdu.
I wszystko fajnie...
Koncert się nam podobał, atmosfera była "magiczna" przez tę swoją kameralność. Repertuar Kondraka do łatwych nie należy i nie będę udawać, że wszystkie pieśni jednakowo mnie porwały. Jednak warto było go wysłuchać i zobaczyć na żywo.

 Całe zadowolenie prysło, gdy się komuś pochwaliłam naszą wyprawą. Zmyto mi głowę za zadawanie się z byłym i do tego zajętym facetem, zarzucono mi uzależnienie od tego człowieka, wikłanie się w niezdrową relację. Dopiero wtedy poczułam przykrość i ogromny dyskomfort.

A teraz, kilka godzin po tej dyskusji myślę sobie: dlaczego pozwalam, by inni decydowali o moim nastroju i samopoczuciu? Dlaczego dręczę się opiniami innych, zamiast zdać się na własny rozum, instynkt i uczucia?
Nie czuję się zagrożona, nie czuję się też nie w porządku. Postępuję uczciwie, nikogo nie oszukuję, a głównym źródłem stresu jest to słynne: "powinnaś - nie powinnaś" z zewnątrz.
Co mnie, na litość boską, obchodzi opinia innych? Sama na bieżąco powinnam weryfikować swoje życie i nie dawać się traktować niczym nieporadny przedszkolak.

niedziela, 3 października 2021

Zrobiło sie poważnie

 Próbuję wskrzesić bloga, zreanimować, zrehabilitować. Ciężko...

Zmęczenie, smutek, niechęć - oto dominujące nastroje Marty.

Nie żebym rozpaczała, płakała - nawet sporo się śmieję, ale gdzieś ulotnił się entuzjazm i energia.

Dopada mnie samotność i poczucie przemijania.Tyle osób umarło w ostatnich dwóch latach.... Tyle się zmieniło....

Mój syn coraz starszy, coraz mnie potrzebna mu mamusia.

Koleżanka od wypadów i imprez musi poddać się operacji wszczepienia endoprotezy. Poza tym wyszła za mąż i raczej nie jest w małżeństwie szczęśliwa - zrobiło się poważnie.

R., który długo po zakończeniu przeze mnie tego związku wciąż się jeszcze kręcił, chyba wreszcie odpuszcza. To raczej dobrze, tak będzie zdrowiej - ale pusto, cholera!

I jakoś mnie dawne pasje nie "kręcą", nie wiem, co ze sobą zrobić.

Spać? Płakać?

Upiekłam ciasto jogurtowe i pomogło tylko na chwilę.

Obejrzę zaraz zaległe odcinki "Wojennych dziewczyn". Trochę zapomnę.

Kiedyś już byłam w wielkim dole i wydobyłam się. Tym razem też musi się udać.

Musi, psiakrew!

O koncercie słów kilka

 Pomyślałam, że napiszę coś o Jacku Wójcickim, bo mi to zaproponował Zenza.

Rzeczywiście warto wyjść poza czubek swojego nosa i nie ględzić wciąż o tym, jaki to mam kiepski nastrój.

Aczkolwiek z nastrojem bywało lepiej.

Jacka Wójcickiego chyba nie trzeba przedstawiać. To artysta o ugruntowanej renomie. Niekwestionowany na scenie.

Poznałam go (tzn. dowiedziałam się o nim) jako smarkata licealistka. Gdy Tata odwoził mnie do szkoły, zobaczyliśmy ogromny afisz informujący o nadchodzącym koncercie. Nie pamiętam już dobrze, ale była chyba pełna albo późna wiosna.

Tata zareagował na wiadomość z entuzjazmem, potem się jednak okazało, że nie mógł wybrać się na występ (nie wiem, czy chodziło o pieniądze, czy o brak czasu), więc poszłam sama i... zakochałam się w tym głowie, w tych piosenkach. Już ponad 20 lat postać pana Jacka budzi we mnie sympatię i sentyment.

Taty już nie ma (materialnie,bo niematerialnie jest i będzie), ale pozostało wspomnienie, skojarzenie, ciepłe myśli.

Na koncert wybraliśmy się we czworo: mój były - R., jego kuzynka, z którą jestem dziś w przyjaźni, oraz druga moja serdeczna koleżanka, poznana kilka lat temu w jednym z moich licznych miejsc zamieszkania ; już tam nie mieskam,a przyjaźń trwa.

Pan Jacek to klasa. Nie darmo w jednej z piosenek wyśpiewuje: "Bo ja jestem kształconym aktorem". Widoczny i wyraźny był ten profesjonalizm, przygotowanie, warsztat. To nie był zwykły koncert, lecz mały spektakl, z mową gestów, spojrzeń, intonacji. Nie tylko słuchałam, ale i patrzyłam z przyjemnością!

Uwieńczeniem wieczoru były zdjęcia z bohaterem wieczoru. Nie mam zwyczaju pchać się przed obiektyw z celebrytami, dobijać się o autograf, bo mam w pamięci niejedną ich wypowiedź, jak męczące bywają przejawy popularnośći. Wystarczy mi, że byłam i zachowam wspomnieniaa. Skoro jednak wszędobylski R. popędził prosić o fotkę zaraz po koncercie, skorzystałyśmy z okazji i my. Pan Wójcicki to bardzo miły w obejściu człowiek.

Wróclłyśmy do domu z poczuciem miłęj odmiany w codzienności, zadowolone i jak to się mało subtelnie określa - "odchamione" :)

niedziela, 19 września 2021

Ja i depresja?

 Ot, taki poranek. Jesienny już, więc ciemny. I deszczowy.

Poderwało mnie z łóżka przed piątą. Nie lubię niepotrzebnie i bezskutecznie przewracać się z boku na bok, więc wstałam, zaparzyłam kawę, otworzyłam laptopa, by coś poczytać w "internetach".

Dużo treści, istny gąszcz. I przygotowanie ogródka na zimę mnie interesuje i odzyskanie równowagi po rozstaniu z kimś, kogo mimo woli obdarzyło się sentymentem, i spełnianie życiowych planów oraz marzeń.

I takie poczucie... Tyle możliwości w życiu i ścieżek do wyboru, że sztuką jest rozeznać się, czego naprawdę chcemy. Co ma szansę na zrealizowanie, a co jest jedynie naiwną mrzonką?

Zwierzyłam się komuś z chęci nauczenia się szycia. Jaka reakcja? "Marta, przecież ty jesteś intelektualistka, gdzie tobie do szycia?". Zwierzyłam się z nieśmiałych myśli o prawie jazdy - "Marta, Ty się nie nadajesz. Tu trzeba mieć refleks, podzielną uwagę ; byłabyś zagrożeniem na drodze!".

No, szlag!...

Nauczona doświadczeniem nie dyskutuję już, lepiej spokojnie spróbować, zrobić swoje. Ale ruszyć z miejsca jakoś strach, gdy się ma za uszami te wszystkie zniechęcające i krytyczne głosy z całego życia. Dotyczy to wielu sytuacji. Część ograniczeń jest z pewnością realna, chciałabym jednak mieć wiedzę, rozeznanie, na co mnie nie stać, a co tylko mi się wydaje niemożliwe.

Podziwiam ludzi z chęcią do działania, z "powerem"...

Wczorajszy dzień przeleżałam, przełaziłam z kąta w kąt. Zmusiłam się do zrobienia obiadu, kilku drobnych domowych prac, a to wszystko bez entuzjazmu jakoś. Nudziły mnie książki, nad żadną nie potrafię się teraz skupić, odkładane już długo oglądanie filmu jakoś było ponad moje siły. W końcu z nudów (a przecież nigdy się nie nudzę!) odnalazłam w internecie serial "Wojenne dziewczyny" i obejrzałam przegapione kiedyś w telewizji odcinki. Cóż... film jak film, ale zajął uwagę i oderwał od nie najlepszych nastrojów.

W tygodniu zrobiłam przez internet test na depresję. Wyszła umiarkowana.

Ja i depresja? Ludzie! 😱


A ponieważ umiarkowana, wybieram się wieczorem na koncert Jacka Wójcickiego. Z moim byłym facetem, o zgrozo. Zajętym już ponownie, o zgrozo zgróz, tyle że jego dziewczyna na koncert nie ma czasu.

Tak się złożyło, że nasza wspólna znajoma, a jego sąsiadka załatwiła nam wejściówki.

To mnie nie przeraża wprawdzie, bo decyzję o zakończeniu związku podjęłam z całą świadomością, ale cokolwiek nietypowa to sytuacja.

Cóż... skupię się na panu Wójcickim, którego artyzm cenię od wielu lat.


A chwaliłam się, że maszynę do szycia już mam? Ponad 30-letniego elektrycznego Singera od Mamy.

piątek, 17 września 2021

I znowu marudzę!

 Znów o tym samym, ale utrzymuje się we mnie stan znużenia codziennością, zniechęcenia, braku zapału. Nawet nie bardzo chce się podjąć jakieś działania, by to zmienić. Ot,trwać tak z dnia na dzień... Tak sobie spokojnie i bez większych pretensji do życia - żyć.

Nie czuję smutku, depresji, ale nie czuję też entuzjazmu do życia, a miałam go sporo nawet w najtrudniejszych momentach. Czuję pewną irytację tym stanem, bo mi życie ucieka!

Piętrzą się przede mną banalne zadania, a brakuje mi sił i ochoty, by z energią i stanowczością zabrać się do roboty i mieć je już za sobą. Zmuszam się do niezbędnego minimum jak pójść do pracy, wykonać swoje obowiązki na tyle, ile nakazuje przyzwoitość, nie pozwolić, by dziecko chodziło głodne.

Lubiłam zawsze gotować, a dziś często zdarza mi się kupić w sklepie coś gotowego albo zamówić pizzę czy uwielbiany przez syna kebab.

Kochałam czytać, a dziś nic nie przykuwa mojej uwagi. Zaczęłam ostatnio okrzyczaną Nosowską i znudziła mnie w połowie lektury.

Najchętniej nie robiłabym NIC. Spała i miała wszystko gdzieś. Robiła wyłącznie to, na co mam ochotę: na przykład w przerwie między jednym spaniem a drugim wyskoczyła na spacer. A potem znowu spała i miała w nosie obmierzłą codzienność.

Co jest ze mną, do czorta?!

Czyta to jakiś psychiatra? ;)

piątek, 10 września 2021

Inspiracje oraz irytacje

 Ponad dwadzieścia lat już tkwię w bibliotece. Czy jestem z tego zadowolona?

Lubię te moje książki, nieustanne inspirowanie się tym, co w nich wyszperam, obcowanie z wielką różnorodnością refleksji, emocji, odkrywanie zaskakującej życiowej mądrości w książeczkach dla dzieci, czerpanie pomysłów z praktycznych poradników i tyle, tyle jeszcze...

Z drugiej strony - czy się już trochę nie wypaliłam? Czy to w moim wieku normalne, czy też świadczy o jakimś "zmęczeniu materiału", o jakichś nierozpoznanych ukrytych pragnieniach, by odmienić odrobinę swą bibliotekarską egzystencję..

Trochę (a nieraz baaaardzo!) nudna ta praca. Wymaga skupienia i uważności, a ja przez całe życie zmagam się z rozkojarzeniem i zdaję sobie sprawę, że jest to nie tylko cecha charakteru, ale też męczliwość spowodowana chorobą ukłądu nerwowego.

Złości mnie to, obniża poczucie własnej wartości, wywołuje żal i pretensje do samej siebie. Miewam już serdecznie dość.

Wymieniając w tytule postu "inspiracje" miałam na myśli czytywane w internecie blogi oraz artykuły psychologiczne.

Zetknęłam się z zagadnieniami autohipnozy, medytacji i przekonałam się, że są to pomocne narzędzia do odnajdywania siebie. Spróbowałam osobiście podobnych praktyk i już ich nie lekceważę jak dawniej. Szkopuł jest w jednym: wymagają cierpliwości w oczekiwaniu na efekty. Cierpliwości, konsekwencji i spokoju - ale czy cokolwiek wartościowego na świecie tego nie wymaga?

Inspirują mnie też i zachęcają, by iść w ślady autorek, blogi kobiet pełnych energii, optymizmu, radości życia. "Zapiski roztrzepane" tylko pozornie są blogiem o ubieraniu się. Edyta-Tara to chodząca energia, pogoda ducha, luz i kreatywność. Tylko brać przykład. Joanna Glogaza jest żywym przykładem brania życia w swoje ręce i odważnego realizowania swoich zamierzeń.

Kurczę, a przecież i one zapewne miewają katar, migrenę, kiepski dzień.

Dlaczego mam wrażenie, że miewam takowe częściej niż "normalni" ludzie.

Ja też chcę iść do przodu i mieć odwagę spełnić parę marzeń.

Ja też chcę zakosztować nowych aktywności, popróbować innej pracy i sprawdzić, czy mi odpowiada.

Chcę coś zmienić, a nie mam odwagi zacząć.

Aczkolwiek powolutku, powolutku - coś w tej sprawie robię.

Ale w tym tempie zdążę prędzej na Wesołą Górę* (na tej górze mieści się w naszym mieście cmentarz komunalny).


*Nazwa zapewne powstała przez przekorę, ale początek nadała jej karczma, która mieściła się tu w dawnych wiekach - o czym wiem, ze źródeł historycznych.

Kulejąca wena

Kiedyś pisałam bloga pełna zapału, pomysłów, a dziś jakby z mniejszym przekonaniem. Są sprawy, które uznaję za zbyt osobiste, by się nimi dzielić, niektóre wydają się zbyt banalne, choć zawsze powiadam, że sztuką jest niebanalnie przeżywać i opisywać banały. Jakieś powtarzalne i mało kogo obchodzące wydaje mi się pisane wciąż o... właściwie tym samym.

Moje życie lubię,ale do szczególnie spektakularnych nie należy. Ot, rozrabiający w kącie kot  - jak zwykle ściągnął, łobuz serwetę ze stolika i radośnie się w nią zaplątał. Ot, kawa i mruczenie laptopa... Uroczo, ale czy mam wciąż o jednym pisać?

Ano, spróbuję. Może przyjdzie dawna przyjemność z pisania? Od dłuższego czasu jestem w stanie, który cokolwiek mnie irytuje, a jednocześnie sugeruje, że to pierwszy krok do pozytywnych zmian, kroków w moim życiu. Jakaś rozedrgana jestem, nie wiem, czego chcę, nie wystarcza mi już to, co miałam do tej pory, a sięgnąć po nowe - brak odwagi i zdecydowania. Wciąż wątpliwości, czy to na pewno dla mnie.

Nie przekonam się, jeśli nie spróbuję.

Na przeszkodzie stają NIEZIEMSKO mnie wkurzające stany zmęczenia  i braku koncentracji. Nie wiem, czy problem tkwi w zakamarkach psychiki, która czegoś - nie bardzo wiem jeszcze, czego - się domaga, czy też jest to wynik nie najlepszego stanu zdrowia, kaprysów neurologii.

Byłam wczoraj okrutnie zmęczona. W pracy z trudem wykonałam podstawowy zakres obowiązków, wciąż się mitygując, by nie bujać myślami gdzieś w przestworzach. W domu po prostu padłam, przespałam kawał popołudnia i całą noc bez najmniejszych problemów z zaśnięciem.

Okropnie jest to dokuczliwe i irytujące. Gdy czytam blogi radosnych i kreatywnych kobiet, odnoszę wrażenie, że im takie stany są obce, w co przecież rozsądny człowiek nie może uwierzyć.

Cóż... zapewne dzielą się tylko jasną stroną życia. I ja miałam taki "zamysł artystyczny", ale że ostatnio dosyć często przeżywam te moje gorsze stany, to i niewiele mam do napisania.

środa, 1 września 2021

Żale

Są takie dni, kiedy pusto i samotnie, choćby nie wiem jak temu człowiek zaprzeczał.

Wczoraj miałam taki dzień i dziś.

A jak się pożalę, to - kazanie: nie użalaj się, gorzej ludzie mają, a po co Ci jakiś facet? I zawstydzony się człowiek czuje, i upokorzony, że takie żale ma.

Tylko większość ludzi w tych związkach jest, niektórzy nawet w udanych. I to tacy mnie przekonują, że nawiedzające mnie czasami tęsknoty to fanaberia i bzdura. Tacy najgorliwiej zapewniają, że bez związku można sobie świetnie radzić.

Lubię swoje życie, swoje mniejsze i większe radości, ale to nie znaczy, że tylko z tego się składa moja egzystencja.

Rozstawałam się z kimś długo, na raty, choć znajomi radzili radykalnie się odciąć. Lubiłam pomimo wszystko te nasze spotkania, nie widziałam w nich nic złego, wręcz przeciwnie nawet. Dopatrywałam się szacunku i sympatii. A może byłam tylko wygodnym przystankiem? Już sama nie wiem, kim jestem, kim byłam. Już sama nie wiem, kim dla mnie jest ta osoba.

Zapewne zdrowiej byłoby się odciąć od przeszłości, ale siłą tego robić nie chcę. Wnosi w moje życie trochę pogody, rozrywki, towarzystwa, nawet wsparcia w praktycznych sprawach - ale bywa to też trudne.

I już sama nie wiem, czy przyczyna jest we mnie, w moim nierównym charakterze i zmiennych nastrojach, czy też w tej niezakończonej definitywnie relacji.

Osobiście uważałam zawsze za wyraz dojrzałości umiejętność zachowania życzliwości po związku.

Tyle że ten człowiek, pomimo całego dobra, jakie od niego otrzymałam, wyrządził mi sporo zła, nadszarpnął zaufanie. Nie wiem, co w nim siedzi. Niby jest rozmowny, nie zamknięty w sobie, a jednak jego intencje nie są dla mnie jasne.

Układa sobie życie osobiste z kimś innym. Życzę szczerze powodzenia, a jednak żal mam do siebie, że nie miałam takiej mocy ani wystarczającej woli, by na niego wpłynąć i żal do niego, że tak łatwo zaczął wszystko od nowa i że dla kogoś innego zrobił to, czego nie dokonał dla mnie.

Istne żale pensjonarki.

Głupia ja.

Dobrze, że jakieś słońce usiłuje przebić ciężkie niebo, to i ja się rozchmurzę. Zawsze byłam bardzo wrażliwa na pogodę i skłonna do przygnębienia w pochmurne dni.


P.S. Uprzedzam, że choć dojrzałość nakazuje z godnością przyjmować krytykę, daję sobie prawo do niedopuszczania komentarzy niewspierających i nieżyczliwych i zabraniających mi własnych uczuć oraz pogarszających samopoczucie.