niedziela, 6 września 2026

Takie tam...

Niezbyt często zdarza mi się popełnić kilka postów jednego dnia, dziś jednak jest taki właśnie dzień.

Zbliża się wieczór i już raczej nie zdążę wybrać się na spacer polnymi ścieżkami wzdłuż torów. Nic to, pójdę innym razem i postaram się, by nie odkładać tego w nieskończność. Chcę zobaczyć, co się dzieje z kaliną o tej porze roku. Jakoś mi ta kalina utkwiła w głowie podczas zeszłorocznych spacerów z Rikiem, psem koleżanki, który trafił wtedy pod moją opiekę. Kaliny wcześnie zupełnie nie rozpoznawałam, ale dobrze znam wiersz Lenartowicza, jak "rosła liściem szerokim". Zauroczyłam się też odsłuchaną w internecie piosenką do tych słów. I został mi sentyment. Tak już mam, że różne emocje kojarzą mi się z bardzo konkretnymi rzeczami i odwrotnie. Czasami jest to zapach, czasem piosenka, czasami zapamiętany widok. Kalina stała się takim moim wyzwalaczem sentymentów. Mam ich wiele.

No, więc z kaliną spotkam się innym razem i potraktuję to jak punkt w kalendarzu. Chcę "zaliczyć" spacer w ten graniczny czas. Tak lubię przełomy w przyrodzie, te ledwo dostrzegalne anonse kolejnych pór roku. Nazywam to chwytaniem ich na gorącym uczynku.

Dziś zostaję w domu. W kuchni krzątałam się sporo czasu. Przygotowałam zapiekankę z kupionych w sklepie ścinków wędlin i przedwczoraj ugotowanych ziemniaków ; część ich poszła do piątkowego obiadu i wczorajszej mojej kolacji, ale sporo jeszcze zostało. Lubię tak gotować "na zakładkę", skraca to czas przyrządzania kolejnych posiłków. W piekarniku "dochodzi" placek ze śliwkami. Śliwki, ich zapach to też wyzwalacz moich dobrych emocji. Resztę owoców miałam wykorzystać do powideł, ale nie zostało ich już wiele ; jeszcze z jedno claffoutis albo biszkopt i będzie po nich. Raczej to drugie, bo cierpiąc na przewlekłe zmęczenie, długo biszkoptu nie piekłam, nie chciało mi się.

Uśmiałam się z tego mojego pieczenia, bo przed chwilą okazało się, że owszem, uruchomiłam piekarnik, ustawiłam czas pieczenia, tylko zapomniałam o temperaturze! Zero stopni raczej pieczeniu nie sprzyja.

Jutro do pracy, będzie okazja coś ładnego na siebie wrzucić 😊 Mam parę naprawdę fajnych (jak dla mnie) zdobyczy. 

Do wyboru, do koloru

Cha, cha! Dzień mi wyszedł jak zwykle. A raczej wychodzi, bo jeszcze do wieczora trochę czasu.
Wstałam nawet wcześnie, ale tu kawka, tu posiedzenie przed laptopem, tu parę chwil z synem na... wspólnym szperaniu w internecie (młodego zafascynowała cyrylica) i tak jak sama sobie z ironią przepowiadałam - zastaje mnie czternasta z hakiem. A mam to w nosie!

Sto razy pisałam o przebudowywaniu swoich przekonań, świadomości. podejścia do życia. Zaczynam mianowicie akceptować swoje funkcjonowanie, widzę w nim element własnego wyboru. Tylko ode mnie zależy, na co sobie pozwolę - więc pozwalam sobie dziś na wybebeszone łóżko, pałętanie się w nocnej koszuli i niegotowy jeszcze obiad. Ale cieszę się, że zrobiłam szybkie pranie... i chromolę, że dzisiaj niedziela i hałas pralki być może nie zachwyca konserwatywnej sąsiadki. Zresztą sąsiedzi poznali już sporo moich dziwactw...

Plan na obiad mam sprecyzowany ; szybko pójdzie i będzie smacznie. U kolejnego z "dynastii" gotujących Kuroniów znalazłam przepis na powidła bez mieszania, pieczone w piekarniku, więc niebawem wstawię garnek śliwek. Część odłożę do ciasta, nie mogę się tylko zdecydować: kruchego czy biszkoptowego. Ale chyba jednak kruche. Ach, jak będzie pachniało!

I zestawię sobie ładne ubranie na jutro, bo sporo ostatnio upolowałam na szmateksowych łowach :)

I zrobię sobie "wypasioną" kąpiel z układaniem fryzury innej niż zwykle. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

I poczytam, i pospaceruję i zrobię to, na co przyjdzie mi ochota.

Większość z tego - do wyboru. I to jest najlepsze w tym wszystkim.

Co by było, gdybym...?

Strzeliło mi coś do głowy, ale się jeszcze waham, czy za tym pójść.

Może i pójdę. Eksperymentalnie.

Otóż prośby o postawienie wirtualnej kawy na blogach uważałam za cokolwiek niemoralne. Jakże pobierać pieniądze za coś, co robi się dla czystej przyjemności, co i tak robiłabym (i przecież robię) nie otrzymując za to ani grosza? Częściowo to przekonanie rewiduję... ale częściowo tylko.

Pierwszy raz zadziwiłam się u Minimalismmo. Uzasadniła swoją prośbę, że wiele czasu poświęca na prowadzenie bloga, wymaga to od niej wkładu pracy - te wszystkie zdjęcia, czasami zapewne poszukiwanie materiałów np. do artykułu o nadchodzących trendach na jesień... No, ale kto - i co -  jej każe to robić? I znowu "no, ale...". No, ale pracy zawodowej też nikt nam nie każe wykonywać. Wychodzi na to, że to kwestia wolnej woli: chcesz - zarabiaj, nie chcesz - nie.

Pojawiła się we mnie chęć sprawdzenia: czy ktokolwiek uważa, że moja pisanina ma jakaś wartość dla kogokolwiek poza mną samą? Czy ktoś to czytuje i powraca w to moje miejsce. Tak, wiem, że niektórzy to robią, ale jednak mam ochotę przekonać się, czy są to pojedyncze osoby, czy grono czytelników jest większe.

Kolejnym powodem jest potrzeba i chęć weryfikacji:

Od bardzo dawna słyszę, że pisanie wychodzi mi nieźle, że mam w tym kierunku zdolności i powinnam poważniej o tym pomyśleć. Zdaję sobie sprawę, że mam "dryg", chociaż do samouwielbienia mi daleko, świadoma jestem własnych niedoskonałości. Szukając potwierdzenia bądź zaprzeczenia na GPT i Gemini, przeczytałam, że serio mogłabym pomyśleć o uczynieniu ze swoich zainteresowań i umiejętności źródła zarobku.

I tak "se" myślę... A gdybym i ja poprosiła o złotówkę na wirtualną kawę? Chociażby zupełnie symbolicznie (chociaż za milion dolarów bynajmniej się nie obrażę 😉 ) na znak, że moje pisanie ma sens, wartość i na coś się ludziom przydaje, że faktycznie mogłabym gdzieś z tym wyjść do ludzi.

A może po prostu zostawicie mi jakieś informacje zwrotne?

Za grosz się nigdy nie pogniewam, ale oprócz pokonania wszystkich obiekcji, musiałabym też zapoznać się z instalowaniem takiej funkcji na blogu. Ale zapewne to proste.

sobota, 5 września 2026

Ot, tak sobie piszę

Dzień minął szybko i pracowicie. Z moim synem i bratem pomagaliśmy siostrze w pracach na działce. Oni stawiali wiatę na siano dla koni, a ja grabiłam ścięte gałęzie i trawę w zagrodzie zwierzaków. Na koniu dzisiaj nie pojeździłam. Nie było czasu.

Owocuje już głóg pięknie i czerwono. Jego owoce kontrastowały z błękitnym tłem nieba i zielonymi jeszcze liśćmi. Bocianie gniazda. które mijaliśmy w drodze już puste. Na jakimś polu niebieściła się... chyba facelia, którą wysiewa się na poplon. Nie znam tej rośliny, ale wiem, że kwiaty tak właśnie niebiesko kwitną.

Anonsuje się jesień.

Po powrocie do domu pospiesznie odbębniłam zakupy na jutro, zjadłam kolację. Odebrałam też telefon od koleżanki z oddziału. Serdeczna, miła kobieta, niedawno owdowiała i z tego powodu hospitalizowana na oddziale. Dobrze nam się rozmawia i widzę, że nie mam co żałować D., bo miejsce po niej zajmują inne, lepiej ze mną rezonujące osoby. Mam nadzieję, że to początek bliższego koleżeństwa. Intencja jest widoczna po obu stronach.

Koleżanka zapytała mnie, bo też jestem poniekąd wdową, czy chciałabym jeszcze kogoś poznać, spotkać. Jej obecnie trudno to sobie wyobrazić. Męża dobrze wspomina, to wielka strata dla niej.

A ja? Mnie bez mojego męża lepiej niż z nim, niestety. Mam święty spokój od jego złośliwości, chociaż żałuję go jako człowieka, że musiał przedwcześnie odejść z tego świata, a jeszcze przedtem tyle się nacierpieć. Czy pragnę związku? Wiele razy pisałam, że odczuwam ambiwalencję. Niby chcę, ale... ale... ale... Jednak znajomość z B. uświadamia mi, że gdy się spotyka "tego" człowieka, po prostu się czuje pociąg, radość ze wspólnego spędzania czasu. I tak powiedziałam koleżance: jeśli poczuję, że naprawdę mnie do kogoś ciągnie, to owszem. O B. jej nie mówiłam, wolę zachować te emocje dla siebie, jest naszym wspólnym znajomym.

Aczkolwiek... inna wspólna koleżanka stwierdziła niedawno, nie mając pojęcia o tym, co napisałam powyżej, że według jej obserwacji pasujemy do siebie.

No, cóż... miło słyszeć... 😊

piątek, 4 września 2026

Potrzebna pomoc

Martwi mnie sprawa koleżanki poznanej latem na oddziale.
Na oddział bez powodu się nie trafia. Są tu ludzie mniej i bardziej poturbowani życiem. Ta koleżanka ma "pod górkę" jak mało kto. Klepie po prostu biedę, bo nie może znaleźć pracy, a głównym źródłem utrzymania jest renta pobierana przez córkę po zmarłym ojcu, mężu mojej znajomej. Żałosne tysiąc siedemset (według "mojego" kursu korekty w tekstach literackich unikamy cyfrowego zapisu liczebników, poza pewnymi konkretnymi sytuacjami) złotych. Koleżanka dorabia do tego sprzątaniem jakiegoś terenu, ale raz w tygodniu i również za marne pieniądze. Jest znerwicowana i bardzo się wszystkim przejmuje, czasem zupełnie niepotrzebnie.
Jakby mało było tych wszystkich bied, w pierwszych dniach sierpnia w dach jej starego drewnianego, niedużego domu uderzył piorun podczas burzy. Na naprawę szkód zupełnie jej nie stać. Gmina zaoferowała prześmieszny zasiłek celowy w wysokości pięciuset złotych i orzekła, że wypadek nie spełnia kryteriów klęski żywiołowej.
Zachęciliśmy koleżankę do otwarcia zbiórki w internecie, na Zrzutce. Niestety, z mizernym skutkiem. Od miesiąca wpłynęło raptem kilka datków, zrzutka utknęła w miejscu. Promuję tę zbiórkę, gdzie się tylko da, ale niewiele to daje. Sprawę utrudnia fakt, że X. boi się informować w swoim profilu na Facebooku o zbiórce z obawy, że ludzie z jej rodzinnej miejscowości ją "zjedzą", gdy się dowiedzą. Zbieram siły, by ją przekonać, że głupimi ludźmi nie warto sobie zawracać głowy, a dobrzy potrafią naprawdę dobrocią zaskoczyć. Ale cóż...?

Uwidacznia się tu zagadnienie, o którym czytałam, kwestia nastawienia do ludzi. Nie chcę wartościować, stopniować, ale X. doznała w życiu wiele krzywdy od bliskich i nie tylko. To sprawia, że z nieufnością i lękiem odnosi się do świata. I niestety - chociaż wiem, że to brzmi niczym z kiepskiej literatury - świat na to odpowiada. Mnie wsparło naprawdę wiele osób, gdy zbierałam na nowe aparaty słuchowe. Pomimo skrupułów miałam więcej śmiałości, by się ujawnić, prosić... no i chyba mam więcej przyjaznych relacji, trochę też zapewne więcej szczęścia.

Tak czy siak - moja koleżanka rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Myślę usilnie, jak znaleźć rozwiązanie problemów, a także ośmielam się prosić na "łamach" tego blogu: jeśli gotowi jesteście udzielić jej wsparcia, wpłacić choć niewielką sumę na jej zbiórkę - napiszcie, proszę, o tym w komentarzu pod postem. Udostępnię "namiary" pocztą, bo tutaj pragnę zachować anonimowość i choć odrobinę dyskrecji.


PS. Z rzeczy przyjemniejszych - pod koniec dniówki w pracy otrzymałam wiadomość od Bogusia. Zapytał, czy wychodzę z pracy o zwykłej porze i czy mam ochotę oraz czas się spotkać i pogadać, bo akurat ma wolną chwilę, zanim przyjedzie jego autobus. Jasne, że się zgodziłam.
Wspólny czas upłynął jak zwykle przyjemnie. Lubię Bogusia za jego uważność, kulturę, inteligencję. Rozmowy płyną nam swobodnie, mamy wiele wspólnych tematów. Ba! Nawet nasze daty urodzenia różnią się zaledwie o jeden dzień (tylko rocznik inny, ja jestem młodsza) :)
Mrzonek jakichś romantycznych sobie nie stwarzam, ale fajnie było mieć świadomość, że ładnie się dzisiaj ubrałam, Ha, ha (podobno można to pisać zarówno przez "h", jak i "ch").

czwartek, 3 września 2026

Wprawki do jesieni

Skradają się jak koty jesienne wieczory. Na razie nieśmiało, niepewnie, ostrożnie, a jednak już dają się zauważyć. Na razie dobrze mi z nimi ; może dzięki mojej lepszej formie psychicznej uda nam się zaprzyjaźnić?

Niewątpliwie mają urok - taki miękki, koci, stonowany. Każą zwolnić, zwinąć się w kłębek nad książką, z kubkiem herbaty czy kakao, ozdabiać wieczory zapachem ciasta ze śliwkami. Dostałam całą siatę od koleżanki, wczoraj je wydrylowałam, a dziś piekę z nimi claffoutis. Sezon na celebrowanie domowości otwarty.

Jakoś mi tak dobrze, ostatnio, nie brakuje energii, efektywniej zarządzam czasem i jeszcze zostaje trochę chęci na wieczorne blogopisanie, książkę do poduszki. A przecież nie wróciłam dzisiaj z pracy prosto do domu. Zachciało mi się zapolować na granatową bluzeczkę za kilka złotych. Bluzeczki nie udało się znaleźć, ale za to co innego wpadło... Rozgrzeszam się z naruszenia postanowienia nieodwiedzania szmateksów, bo szmatki były dziś przecenione.

Muszę przyznać, że z komponowania strojów satysfakcję mam niemałą. To rodzaj twórczości, wyrażania siebie. Dziś "przeprosiłam się" z bluzką, której z powodu pokaźnego dekoltu przez kilka lat unikałam. Wczoraj stwierdziłam jednak, że fantastycznie pasuje do spodni z szerszymi nogawkami. Czułam się naprawdę szykownie. Do tego balerinki w szpic - dawniej nie lubiłam ostrych nosków, a potrafią dodać sznytu.

Miły pan w szmateksie poinformował mnie, że ostatnim razem zostawiłam u niego siedem złotych i tyle mi dziś odliczył, gdy płaciłam za zakupy.

Miło było także otrzymać wiadomość od Bogusia. Boguś uczęszcza na spotkania terapeutyczne i zaproponował mi, że zapyta w grupie, czy mogłabym się przyłączyć. Zgodziłam się, chociaż spotkania są płatne. Nie muszę jednak uczestniczyć w każdym z nich, odbywają się zresztą tylko raz w miesiącu, a cena przesadnie wygórowana nie jest, wziąwszy pod uwagę dzisiejsze zwariowane stawki. Podobno spotkaniom towarzyszy bardzo przyjazna atmosfera. Jestem po raz kolejny mile przez kolegę zaskoczona i cieszę się, że będzie okazja do regularnych spotkań. Lubimy się, ot co.

W internecie znalazłam bardzo przyjemny blog: "Mało kasy, godne życie". Poza tym, że jest praktyczny, tchnie ciepłem i przytulnością - jakby w odpowiedzi na moje rozmyślania o nadchodzących jesienno - domowych wieczorach. Poczytam go sobie za chwilę do przysłowiowej poduszki, zajadając gorące claffoutis ze śliwkami, popijane zimnym mlekiem, tak jak lubię.

niedziela, 30 sierpnia 2026

W radości

Uśmiałam się ze zdjęć wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Poprosiłam o fotkę w roli dzidzi-piernik, ciotki Klotki, hożej wiejskiej dziewoi. Napisałam po tej ostatniej. że jeśli to dziewoja, to ja jestem ksiądz, i w odpowiedzi dostałam Martę w sutannie, ale z koszem polnych kwiatów. Tak mnie to rozbawiło, że pokazałam te moje podobizny na Facebooku, dodawszy na koniec wizerunek z podpisem: "Świtezianka, psiakrew!".

Cały weekend upłynął mi tak pogodnie i w radości.

Wczoraj siostra porwała mnie i syna na swoją działkę. Potrzebny był "chłop" do pracy wymagającej siły, bo siostry mąż nie miał wczoraj czasu, zajęty był inną ważną robotą. Drugim robotnikiem był siostrzeniec. Ja pojechałam głównie dla rozrywki, ale rozpaliłam ognisko na pieczenie kiełbasy i warzyw, przypilnowałam, żeby nie wygasło. Rozpalić ognisko to nie taka prosta sprawa, nie każdy potrafi, a ja umiem i dumna jestem z tego. Nauczyłam się paląc we własnym domowym piecu. Ogień ma swoje zwyczaje i trzeba je poznać.

Oswajam się z końmi. Teraz, gdy zmniejszył się między nami (mną i zwierzętami) dystans, jesteśmy częściej blisko siebie, mój lęk stopniowo się zmniejsza. Nie uciekam już, gdy zwierzę podejdzie do mnie bliżej, a nawet odważyłam się przytulić do jednej z klaczy. Kiedy pierwszy lody zostały przełamane, zaprzyjaźnianie się idzie już o wiele łatwiej i wczoraj wreszcie odważyłam się - dosiąść klaczy! Bałam się, ale zrobiłam to i cieszyłam się niczym dziecko. Konie, przynajmniej te siostry, to takie cudowne, kojące zwierzęta. Siła spokoju i spokój siły. Cudownie przytulić się do ciepłego wielkiego ich ciała. A sierść jaka gładka i miła w dotyku... chociaż czasami spocona.

Chętnie nauczyłabym się konnej jazdy, ale zbyt to ryzykowne przy moich kłopotach ze zdrowiem. Źle mógłby się skończyć upadek z tak wysoka, nie daj jeszcze Boże w pędzie. Jednak na spokojnej, statecznej i posłusznej klaczce siostry pospaceruję jeszcze wiele razy, z największą ochotą i przyjemnością. Sama będę o to prosić ; wczoraj namówiła mnie siostra.. 

Dzisiaj dzień raczej leniwy. Boli mnie łydka, a ból przywodzi mi na myśl moje skłonności do zapalenia naczyń krwionośnych - wątpliwy urok Sjogrena. Dałam sobie więc spokój z rowerowymi planami. Nie miałam pomysłu na obiad, więc zamówiliśmy z synem pizzę na "obiadośniadanie". Popisałam w internecie, poczytałam, po czym wreszcie stwierdziłam, że czas przecieka mi przez palce, więc trzeba coś ze sobą zrobić. Korzystając z porad sztucznej inteligencji wystroiłam się w spódnicę dobraną do odpowiedniej bluzki. Zestaw uznałam za bardzo udany i jutro wybiorę się w nim do pracy.

AI okazuje się bardzo praktycznym narzędziem. Ostatnio z zapałem konsultuję z nią swoje garderobiane kreacje. Muszę przyznać, że wiele się dzięki temu uczę, zdobywam wiedzę o komponowaniu stroju, dobieraniu dodatków. Zawsze lubiłam się ładnie ubrać, nie znaczy to jednak, że za każdym razem osiągałam dobry efekt. Zdarzały mi się wpadki jak ostatniopiątkowa biała bluzka z dość sztywnego materiału do bardzo zwiewnej granatowej spódnicy. Kolorystycznie było bez zarzutu, a jednak wypadło jakoś tak nijako, nieprzekonująco... Konsultując się z GPT odkryłam, że bez porównania lepiej pasuje dzianinowa luźna bluzeczka z krótkim rękawem. Mam taką jedną beżową za kolosalną sumę trzech złotych.

Wystroiłam się zatem ładnie i podeszłam nieopodal do Żabki, gdzie nabyłam lody oraz coś na jutrzejsze śniadanie. Zjadłam je przed domem, popijając kawą i gawędząc z sąsiadami. Jednej z sąsiadek urodził się niedawno wnuczek, a sąsiad, pan K. wyjaśnił mi, że tzw. "pastuch", drut pod napięciem, którym grodzi się pastwiska, "kopie" bardzo nieprzyjemnie, ale nie jest w gruncie rzeczy groźny. Wczoraj takowym pastuchem oberwałam trzy albo cztery razy, nieostrożnie przechodząc pod drutem.

Pan K. to dawny pracownik i dyrektor PGR-ów. Rozbawił mnie dzisiaj historią, jak to ogrodził pastuchem pole, dla ochrony przed dzikami z lasu przylegającego do gruntu. Dziki początkowo respektowały granicę, ale wreszcie locha wpadła na rozwiązanie: brała rozpęd i z impetem wpadała na drut, przerywając go. A to dobre!

Jutro, albo jeszcze dziś zapewnię moją przyjaciółkę, że "pastuch", aczkolwiek niemiły, nie stanowi zagrożenia dla życia nawet dla drobiu. Jej sąsiad w ten sposób ogrodził swój teren, a przyjaciółka ma nieogrodzone podwórko i obawia się o swoje chodzące swobodnie ptactwo.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Przewrotnie

Życie przewrotnym, jak wiadomo, bywa.
Próbowaliśmy się spotkać ze znajomymi z zeszłorocznej hospitalizacji. Niestety, nie udało się, bo ta ma dzieci, ta zachorowała itp. Z garstki chętnych na spotkanie zostałam tylko ja i ulubiony kolega. Ponieważ kolegę lubię niezmiernie, nawet się skrycie ucieszyłam, że zostało nas tylko dwoje. Jednak nie chciałam wyrywać się przed szereg i milczałam, czekając, aż odniesie się do sytuacji. W końcu nie wytrzymałam i napisałam w internetowej grupie: "No i co z tym fantem zrobić?". Kolega zareagował natychmiast i... zaproponował przełożenie spotkania na inny termin. Honorowo nie przyznałam się do zawodu i napisałam, że może to i lepiej, bo jakaś jestem dzisiaj zmęczona.

Po pracy wybrałam się do szmateksu w celu nabycia jakiegoś paska do ubrań, bo stare są już zniszczone albo zupełnie nie pasują. Nie dość, że "ustrzeliłam" aż cztery, w oko wpadła jeszcze unikalna spódnica w hippisowskim stylu, różowe szerokie letnie portki, jasny cienki żakiet (a ja tak długo polowałam na taki!) i elegancka bluza. Z jednej strony ucieszyły mnie te zakupy, a z drugiej - byłam trochę zła, że złamałam swoje postanowienie niezaglądania do szmateksów przez cały sierpień. Ciuchów mam naprawdę nadmiar, niektórych nawet nie miałam kiedy wykorzystać.

Taka wypełniona mieszanymi uczuciami wracałam już do domu, gdy nagle naprzeciwko ujrzałam - wyżej wymienionego kolegę. Szedł z naszym wspólnym znajomym. Zatrzymałam się, by zamienić kilka słów. Niebawem znajomy nas pożegnał, a ja - koniec końców, wylądowałam na kawie z kolegą i to z jego inicjatywy. Pogawędka była jak zawsze bardzo zajmująca, mój towarzysz przepuścił chyba ze dwa pociągi do swojego miasteczka.

A to ci dopiero!

niedziela, 23 sierpnia 2026

Niedzielnie

Zaufać? Tak zatytułowałam ostatni post.

Właściwie - tak myślę - wszystko w życiu sprowadza się do tego krótkiego słowa. Robiąc swoje, po prostu ufać, że "płatki kwiatów sypią się w dół, jak trzeba". A mówiąc jeszcze prościej i dosadniej - co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak mawiają niektórzy moi starsi znajomi.

Przykłady można mnożyć, jak to szukał ktoś daleko, a znalazł tuż pod nosem.

Jak ważny jest spokój w tym naszych zwariowanych głowach.

Nieco bezładny ten wstęp, a wynikł z tego, że znowu życie mi pokazało: nie szalej, nie świruj, nie czekaj. Co ma być, przyjdzie, a jeśli nie - może tak właśnie jest najlepiej.

Mój znajomy jakiś ostatnio bardziej otwarty, a mnie z kolei z różnych stron i źródeł przyszła zachęta, by jednak wykazać więcej odwagi i inicjatywy, nie bać się... samej siebie. Przeto po dłuższych wahaniach pt. "Wypada - nie wypada", wysłałam wiadomość z pytaniem, co słychać, z krótką wzmianką o moich sprawach oraz o wspólnych znajomych. Reakcja była, nawet dość emocjonalna, bo na jedną towarzyską ploteczkę kolega odpowiedział, że jest w szoku, zupełnie podobnie jak ja. Dopisał, że pogadamy później, bo nie ma teraz czasu. Odpisałam: "jasne, nie ma sprawy", ale podskórnie czekałam... i nici z oczekiwań, odpowiedzi brak. Oczywiście liczyłam się z tym, więc przeszłam do porządku dziennego, ale widzę wyraźnie i nie pierwszy raz: drugi człowiek ma swoje granice i nic z tym nie zrobię. Jest po prostu, jak jest i nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakty. Mój znajomy jest uczciwym, wartościowym człowiekiem, ale ma swoje progi i ściany na drodze do innych ludzi.

Jeśli zaś chodzi o towarzyskie newsy, dotyczą one związku, który narodził się między naszymi wspólnyim znajomymi. Dla mnie to istny, zaskakujący mnie mezalians. Ona jest kobietą subtelną, kulturalną, wrażliwą. On - no cóż... Moim zdaniem cwaniaczek i manipulant. Wczorajsze spotkanie z nimi utwierdziło mnie w tym wrażeniu. Owszem, da się z nim "całkiem po ludzku" porozmawiać, więc trochę złagodziłam swój sąd oparty na pierwszym wrażenie, ono jednak okazuje się nie bezpodstawne. Z zainteresowaniem zawsze obserwuję ludzkie relacje, więc i tym razem jestem ciekawa, jak to się potoczy i jak długo potrwa. Koleżanka twierdzi, że przepracowała swoje schematy i psychologiczne mechanizmy, a jednak wydaje mi się, że daleko od nich nie uciekła i padła ofiarą własnej empatii. Może jednak się mylę, kto wie?

A u mnie spokojnie. Wstałam dosyć późno i snuję się po domu w negliżu. Na dłuższą metę tego stanu nie lubię. Jest piękna niedziela, wzywa z daleka las, rzeka, polne ścieżki za miastem. Nie chcę, by czas wolny przeciekł mi przez palce. Wezmę się zaraz za gotowanie ogórkowej na obiad, a potem wskakuję na rower :)

P.S. W piątek po dłuższej przerwie odwiedziłam "sektę". Odpuściłam swoje dawne oczekiwania, przyjęłam do wiadomości, że sekta to nie pogaduszki z przyjaciółką, ale pewna struktura i ramy. I to okazało się bardzo dobrym podejściem. Spotkanie wypełniły szczere rozmowy i cenne wglądy. Wróciłam bardzo usatysfakcjonowana i - o dziwo - z poczuciem duchowej wspólnoty.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Zaufać.

Dziś chłodniej - co za ulga! Jednak to chyba pogoda sprawiła, że energię mam cokolwiek niższą, ziewam i nie chce mi się za wiele robić. Na szczęście nie muszę, bo znowu nagotowałam na zapas, a i porządek względny mnie otacza. Jakoś mi jednak dziwnie bez tych wszystkich "muszę" i "powinnam". Jakoś tak sama nie wiem, czego chcę. Myślę, by wcześniej pójść spać, ale obawiam się, że obudzę się w środku nocy i nie będę mogła zasnąć. Minionej nocy też długo przewracałam się z boku na bok. Odzywa się też lęk, by nie wrócił depresyjny "zjazd", skoro odczuwam znużenie. Ale może nie, może to tylko strach ma wielkie oczy.

Wczoraj życie wyraźnie mi pokazało, że nie ma w nim próżni lub, że nie trwa ona długo.

Chociaż D. stanowczo mi się odechciało, tęskniłam za częstymi spotkaniami, towarzystwem. I wczoraj - co za traf! - zadzwoniła do mnie koleżanka poznana za pośrednictwem kolegi z hospitalizacji. Pogadałyśmy sporo czasu i czuję, że chyba mam nową koleżankę. Kolega podobno zachwalał, że byłabym dobrym towarzystwem dla niej, gdyż jesteśmy na podobnym etapie życia i sporo nas łączy. To miłe z jego strony. Wcześniej mówił mi, że ona mnie polubiła. To dla mnie znak, że biegowi rzeczy warto ufać.