niedziela, 17 maja 2026

Dobrzy ludzie wśród nas tudzież wyznania starszej pani

Miałam już kłaść się spać, ale podkusiło mnie postukać (w klawisze) na blogu.

Mój kolega jest kochany! Wariat kompletny, bez mojej wiedzy pofatygował się do pracowni protetyki słuchowej i tam wypytał dokładnie o udogodnienia technologiczne dla mnie. Zdał mi potem z tego relację, informując, że trwa właśnie promocja na urządzenie, które pomogłoby mi skupiać dzwięki w czasie grupowej rozmowy. Urządzenie kładzie się np. na stole. Hmm... ciekawe. Mnie też o tym mówiono w zakładzie, ale zapomniałam o tym, bo wtedy nie byłam jeszcze nim zainteresowana.
Urządzenie kosztuje, bagatelka, trzy tysiące, ale po zakończeniu największych finansowych zobowiązań udaje mi się co nieco odłożyć z wypłaty. Bez wielkich "boleści" mogłabym sobie na nie pozwolić. A może by tak...?
Trochę pomarudziłam: "Wiesz, myślałam właśnie, żeby 'se' kupić rower elektryczny". "Rower se jeszcze kupisz", skwitował Z.

Wzruszył mnie chłop! Miałam ochotę go uściskać i serdecznie ucałować. Musiał jednak wystarczyć zwykły "niedźwiedź" na zakończenie naszego kilkuosobowego spotkania.

Było to w czwartek, a dziś niedziela. Pracowicie ją spędziłam sprzątając Mateuszowe dwa mieszkania, ponieważ dziś oboje jego pracownicy okazali się niedyspozycyjni. Stwierdziłam, że skoro mam więcej czasu, korona z głowy mi nie spadnie, a i grosik od kumpla jest nie do pogardzenia.
Nie mogę się jednak nadziwić, jak "połamała" mnie ta robota. Sztywność stawów, ból kręgosłupa i krzyża daje się we znaki. Mój Boże, a kiedyś szedł człowiek na imprezę, wracał o czwartej nad ranem, szedł na ósmą do pracy i nic mu nie było - mówiłam do syna po powrocie.

piątek, 15 maja 2026

Umrzeć... na pół godzinki

Pisałam już kiedyś o tym, czy nie? Mam wrażenie, że gdzieś się to przewinęło.

Na neurochirurgii w pewnym momencie straciłam przytomność, po prostu wyłączyło mnie z życia, odcięło. Stan bardzo kojarzący mi się ze śmiercią...

Wcale nie straszny!

Niesamowity, zupełny, absolutny spokój. Ciiiisza. Brak bólu i wszelkich doznań poza tym bezbrzeżnym spokojem.

Śmierci po tym zdarzeniu nie przestałam się bać, ale lubię teraz żartować, że jest ona do przeżycia. Do przejścia, ot co.

Dziś na oddziale powiedziałam koleżance, że tak na pół godzinki umarłabym sobie z przyjemnością.

Padnięta

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chyba już tego za dużo na nie jedną i na moje ograniczone możliwości. Na oddziale jest mi bardzo ciężko, wracam do domu wykończona, potrafię się położyć, przespać popołudnie (lub przewegetować bez sensu), w nocy zasnąć bez najmniejszych kłopotów z uśnięciem... i rano od nowa.

Odstawiłam wczoraj istną wiochę - jak mawiała i może mawia jeszcze młodzież.
Zaczęło się od tego, że w świetlicy kolega włączył dość głośno muzykę z Yotube w telewizorze. Oddziałowa pielęgniarka, pani S. przezornie zapytała mnie, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Zażartowałam, że zniosę z godnością. W końcu trzeba i ze swojej strony wykazać nieco tolerancji dla potrzeb bliźnich, a do oddziałowej społeczności, która wymagała wyłączenia sprzętu, było już niewiele czasu.
Słuchałam sobie tej głośnej muzyki i nawet sprawiało mi to przyjemność, kiwałam stopą do taktu, nuciłam... dopóki nie zeszli się do sali ludzie i nie zaczęli mówić jeden przez drugiego przy akompaniamencie Lady Punk i Budki Suflera. Na próżno próbowałam się połapać, o czym mowa. "Na maksa" mnie to zdenerwowało, po prostu wściekło, prysł mój całkiem niezły nastrój. I gdy przyszła moja kolej "spowiadania się" z poprzedniego dnia po powrocie z oddziału, nastroju, samopoczucia - wybuchłam z siłą tornada. Wrzasnęłam, że szlag mnie trafia, że mam dosyć... Potem oczywiście było mi wstyd.
Przez całą resztę tego dnia czułam się wyczerpana. Zmobilizowałam się, by po wyjściu z oddziału udać się do zakładu protetyki na regulację aparatów słuchowych, potem spotkałam się moim ulubionym kolegą z zeszłorocznej hospitalizacji oraz dwiema koleżankami. Było naprawdę miło, ale miałam chęć ze zmęczenia położyć głowę na stole. Wróciłam do domu i po prostu padłam.

Dzisiaj też czuję się "padnięta", chociaż nie śpię. Nie robię nic poza czytaniem, słuchaniem podcastów Mai Wąsały i pisaniem bloga. Obiecuję sobie jutro doprowadzić zaniedbane mieszkanie do jakiego takiego wyglądu.

wtorek, 12 maja 2026

Raporcik szpitalno - domowy

Jeszcze garsteczka moich prywatnych aktualności.

Na oddziale dziś kryzys. Ponura pogoda skutkowała moją ospałością i spowolnieniem. Zauważyłam też rozdrażnienie, bo wrócił mój problem sprzed roku. Mianowicie pojawiły się różne rozmowy, wpadający sobie w słowo interlokutorzy i ja rozpaczliwie próbująca połapać się, nadążyć, uczestniczyć. Sfrustrowana i zirytowana nie potrafiłam tego dostatecznie ukryć ani opanować, chociaż się starałam.

Nie uszło to chyba uwadze personelu, zresztą nie trzeba było wielkiego psychologa, by dostrzec moje rozdrażnienie. Za jakiś czas psychoterapeutka poprosiła mnie na osobistą rozmowę. To normalna część procedury na oddziale i taką rozmowę raz na tydzień odbywa każdy pacjent. Dziś dopiero zapoznałam psycholożkę ze swoimi życiowymi perypetiami i z tym, jak trudno mi czasem sobie poradzić. Zwierzyłam się z powracających wątpliwości co do sensu hospitalizacji. Konkluzja oczywista: trzeba dać sobie czas i cierpliwość. Usłyszałam też, że dużo myślę i przyznałam, że owszem, to moja stała cecha.

Dziś po południu odnotowuję lepsze samopoczucie, więcej sił i jakby przebłyski energii. Mam jednak szczerą ochotę na lenistwo i robienie tylko tego, co mi się podoba. A podoba mi się pisać i dumać (jak to "myśliwy"!). Podoba mi się usmażyć sobie wspaniałą jajecznicę z czosnkiem niedźwiedzim na kolację, więc przy okazji wyegzekwuję jednak od siebie nieco powinności: umyję te wszystkie nazbierane przedwczoraj liście i poczytam, jak je przechować, by się nie zepsuły, bo przywiozłam ich sporo. Zmyję też kilka naczyń i nastawię pranie, bo syn zapomniał pomimo wczorajszych deklaracji.
Wieczorem do Biedronki niech już idzie sam.

Fontanna

Kiedy tak pisałam o Mai, przyszło do mnie wspomnienie:
Byłam z koleżankami w Sanoku. To X wyszła z inicjatywą, abyśmy spędziły tam dwa dni we czwórkę, bo jeszcze z D. i siostrą X.
Absolutnie zauroczył mnie sanocki skansen, jednak reszta wycieczki była dla mnie trudna. Fatalnie bowiem znoszę upały, męczą mnie i wszystko mnie wtedy podwójnie drażni. Toteż uznałam potem, że bardzo poważnie rozważę wszystkie za i przeciw, zanim przyjmę jakąkolwiek atrakcyjną, zdawałoby się, propozycję. Bo na wycieczce o mało nie pokłóciłam się z D., a poza tym okrutnie zgorszyłam te moje towarzyszki. A czym? Fontanną właśnie.

Przechodziłyśmy przez sanocki rynek, na którym między innymi zainstalowano fontanny. Jakoś tak przyjaźnie wyglądały, inaczej niż taka jedna w moim mieście, w miejscu, które kiedyś "cieszyło się" fatalną reputacją. Półgłosem wyznałam X., że chętnie zanurzyłabym w niej stopy, ale trochę się wstydzę. X. bez wahania skwitowała, że postąpiłabym jak najgorsi menele, więc powstrzymałam swoje zamiary. W drodze powrotnej jednak nie wytrzymałam. Rzuciłam żartobliwie: "Dziewczyny, nie musicie się do mnie przyznawać!" i - o rozkoszy!...

Obolałe nogi były mi za tę kąpiel bezgranicznie wdzięczne. Ja poczułam ulgę i - dosłownie niemal - ostudzenie emocji. Mrużyłam oczy, przekrzywiałam głowę do słońca i było mi po prostu dobrze. Jacyś przechodnie spoglądali na mnie raczej z rozbawieniem niż z naganą.

"Moje dziewczyny" nie komentowały tego, ale po czasie dowiedziałam się, że uznały mnie za niekulturalną. Ubodło mnie to i nawet speszyło, dopiero znacznie później uznałam, że to nie ich problem.
Aż tu Maja Wąsała z tą swoją rozbrajającą, bezpretensjonalnością. Oczywiście nie potrzebuję niczyjego "błogosławieństwa", lecz jednak takie przykłady wzmacniają moją pewność siebie.
Nie tylko włożyła stopy, ale bezwstydnie w tej "swojej" fontannie usiadła. I czy stało się coś strasznego? Ależ skąd.

Kocham takich wolnych ludzi i uczę się od nich odwagi. Mam jej w sobie sporo, ale jeszcze daję się "gasić", jeszcze powątpiewam, czy mi wolno. Ależ wolno, dopóki nikogo nie krzywdzę!

Niech żyje wolność, wolność i swoboda! niech żyje zabawa i... dusza wiecznie młoda! - że tak sobie pozwolę sparafrazować hicior nad hitami z niegdysiejszych wiejskich zabaw (mówcie, co chcecie, fajnie się przy tym tańczyło)

Ważne pytania.

Wczoraj leżałam "odłogiem" po powrocie z oddziału. Nawet nie spałam, drzemałam tylko i nie chciało mi się totalnie nic. A ponieważ stołuję się teraz w szpitalu, Syn ma gar zupy pomidorowej na kilka dni, a zresztą sam jest w stanie "ogarnąć" sobie obiad jako zupełnie już dorosły człowiek - bezwstydnie pozwoliłam sobie na bezproduktywność.

Żeby się jednak czymś zająć, posłuchałam sobie podcastów Mai Wąsały z cyklu "Dotykam życia" (są na Spotify). Co za cudowna i cudownie żyjąca kobieta! Chciałabym prowadzić podobne życie - w rozluźnieniu, z przyzwoleniem na własne marzenia, przyjemności - i z możliwościami, by je zaspokajać.
Oczywiście z nieba nikomu takie możliwości nie spadają i ona także ma za sobą trudne lata. Tak samo mają je za sobą inne znane mi osoby, niektóre nawet znane osobiście. Chwalą teraz lekkość życia, ale - "per aspera ad astra" dotyczy ich niewątpliwie. A jednak odnalazły swoje miejsce - jakżeż one to robią??? Czy ja jeszcze zdążę pożyć tak, jak bym chciała? Chciałabym w tej odmienianej przez wszystkie przypadki (na portalach rozwojowych i duchowych) lekkości.

Moje teraźniejsze życie od lekkości jest dalekie. Mam ogromne deficyty energii, które dawniej wzięłabym za lenistwo. Dziś nie jestem dla siebie tak surowa, zauważam przyczyny i skutki - a jednak nie godzę się na marazm i nijakość.
Wiem z licznych lektur, że ten trudny etap jest niemal niezbędny, by tupnąć nogą i zawołać: "Dość!". Potrzebujemy przejść przez - kolejne "uduchowione" słowo - ciemną noc duszy, a więc czas chaosu i cierpienia. Coś mi się zdaje, że jest to właśnie teraz moim doświadczeniem.

Nie dam rady pracować tak, jak do tej pory. Potrzebuję zmiany tryby życia, dostosowania go do siebie. Obserwuję, że energia wraca mi, gdy daję sobie przestrzeń na to. Odpoczywam i nie karzę się za nicnierobienie. Wiem już, że to procentuje, ale nie ma kiedy w pełni wybrzmieć, bo jednak człowiek funkcjonuje w określonych ramach.
Nie chcę żyć pod dyktando sztywno ustalonych godzin i nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Może ktoś, kto to czyta uzna za wydumane i przesadne, że męczy mnie, gdy nie wypada mi pogadać do siebie przy pracy, zaśpiewać, wstać od biurka, by zatańczyć, albo łyknąć świeżego powietrza w godzinach oficjalnie przeznaczonych na pracę. Ja o tym marzę jak o powietrzu!

Mam wobec tego wszystkiego pytania warte świeczki*: Czy można utknąć w ciemnej nocy duszy i jak temu zapobiec? Jak pójść naprzód, nie cofnąć się w stare i już niechciane? Jak rozpoznać swoją drogę i miejsce? No, kurrrde, jak?!


*Warta świeczki jest raczej gra. Jednakże po zapoznaniu się z hipotezami na temat powstania tego związku frazeologicznego dochodzę do wniosku, że warte światła (kosztownych niegdyś świec) są moje pytania - a raczej poszukiwane odpowiedzi. O tak! bardzo pragnę rzucić na nie światło!


PS. O Mai pisałam nie tak bardzo dawno. W tej kobiecie najbardziej urzeka mnie jej zupełna zwyczajność, prostota i brak tego, co nazwałabym duchowym zadęciem. Nie ma u niej wielkich słów, ezoterycznej nomenklatury. Maja naprawdę dotyka życia! A dotyka tak, że najzwyklejszą zwykłość zamienia w magię.
Rozbroiło mnie zupełnie, jak Maja opowiadała o tym, jak przydarzyło jej się wyjście do przyjaciółki bez dzieci (a ma ich gromadkę). Była tak szczęśliwa, że wskoczyła do fontannny, by zamoczyć w niej nie tylko stopy, ale nawet... siedzenie. Poczułam: swój człowiek! - spontaniczny i szczery, nie z takich, co to "kij połknęli".

niedziela, 10 maja 2026

Kuchenne - i nie tylko - rewolucje

Masz to, na co godzisz się - śpiewała Kasia Kowalska. Brzmi to jak truizm, a przecież - jak to truizmy - jest świętą prawdą.

Dzisiaj zwróciłam uwagę na rzeczone zjawisko. Jest przepiękny dzień, a ja na bank - jak mawiało się w mojej młodości - reaguję na pogodę i jestem od niej wręcz uzależniona. Więc o ile wczoraj przespałam pół dnia, o tyle dzisiaj czuję chęć na aktywność, spragniona jestem słońca i wiatru we włosach.

A co mi stoi na przeszkodzie, by z tego skorzystać? Głupie wyuczone schematy: przecież trzeba najpierw zrobić obiad, nastawić pranie, coś tam jeszcze... Gdy już to wszystko za mną, brakuje mi siły, czasu i zapału. Wniosek? Czasami naprawdę niech się pali, niech się wali, wybierzmy najpierw siebie, a reszta nie ucieknie. A czasami da się pójść na sensowny kompromis. Nastawiłam zatem zupę pomidorową, którą gotuje się szybko, a na resztę macham ręką. I pilnuję się, by nie próbować nadrobić wszystkiego w krótkim czasie, bo już wiem, jak bardzo "nerwówka" odziera mnie z sił.
No, mam uszkodzony, mniej wydolny system nerwowy niż "normalni" ludzie i nie ma co z tym walczyć. Akceptacja to najlepsze. co mogę sobie podarować. Czasami lepiej procentuje przerwa w pracy, gdy czuję niedogodności w ciele. A czuję, bo moje ciało też jest dosyć kapryśne.

Zupa więc się gotuje, a ja, ponieważ zmarzłam i ścierpły mi nogi (kłopoty z krążeniem też są moim udziałem), zaszyłam się na chwilę pod koc i nie marnując czasu, zaglądam do swojego blogowego zakątka.

Naczytałam się swego czasu o ruchu zero waste i propozycjach wykorzystywania kulinarnych resztek oraz odpadów. Lubię takie pomysłowe zabawy. Jednak po kilku eksperymentach odważę się powiedzieć: mocno przereklamowana i naciągana sprawa!

Bulion z obierek warzywnych zawsze wychodził mi gorzki i niesmaczny. Poczytałam stosowne porady i co się okazuje? Obierki muszą być niezwykle starannie wyselekcjonowane i po tejże selekcji - czasochłonnej przecież - pozostaje niewiele, musiałabym bardzo długo czekać, by zgromadzić wystarczającą porcję.
Czipsami z ziemniaczanych obierek popisywała się nawet Magda Gessler. Spróbowałam kilka razy i - zawsze, za przeproszeniem, sraczka.

Całe to zero waste to w dużej mierze sztuka dla sztuki, zawracanie gitary.

Aczkolwiek dziś, biorąc się do gotowania, stwierdziłam brak włoszczyzny w lodówce (tak to jest, jak się wcześniej nie sprawdzi). Sięgnęłam zatem do zamrażarki, gdzie trochę takich "zero waste" zamroziłam. Tym razem poratowałam się obierkami marchewki, mrożonymi liścmi pora, fragmentami cebuli. Dorzuciłam do wody ostrożnie, by nie zdominowały smaku... Odpukać, wychodzi to przyzwoicie. Zaraz machnę genialne kluseczki, których nauczyłam się od przyjaciółki: miesza się kaszę mannę z jajkiem i gdy stężeje, uciera się na tarce wprost do zupy. Przepyszne są! Miła to odmiana od ryżu.

To lecę do kuchni, bo nogi już odpoczęły i post się napisał :)

piątek, 8 maja 2026

Żałoby

Lubię czasem wrzucić post na GPT i poprosić o komentarz, recenzję. Dziś raczył mnie poinformować, że mogę być odbierana jako stylizująca się melancholijną romantyczkę czy coś koło tego. Wyjaśniłam, z czego to wynika, wtedy zaczął inaczej gadać - a zresztą, niech się pocałuje... ;)

Fakt, że bardzo świadomie teraz wybieram, ograniczam bodźce, decyduję niczym strateg, w co zainwestuję swoje zasoby. Chcę żyć i z życia korzystać, ale nie dam rady już brać wszystkiego "jak leci". Mam świadomość, że nie starczy w życiu miejsca ani czasu na wszystko, choćbym pękła, i nie warto nad tym rozdzierać szat. Za to trzeba tym bardziej cenić to, co mi dane i odsiewać ziarna od plew.
Fajnie napisała kiedyś autorka blogu "Minimalissmo" (link na moim blogu), że lubi ograniczenia w doborze ubrań, bo zmuszają ją do większej inwencji i kreatywności. Myślę, że to uniwersalna refleksja. Stworzyć danie z zaledwie kilku składników, to dopiero sztuka! A gdy jest za dużo opcji, pojawia się słynne "osiołkowi w żłoby dano".

W imię tego ograniczam również scrollowanie telefonu, chociaż oczywiście przyłapuję się na tym niejednokrotnie. Zagląda się "tylko na chwilę", a potem tu link, tam link i ciekawość... a że oprócz tony śmiecia, spotyka się tam również wartościowe rodzynki, więc to zatrzymuje mnie na dłużej. Uświadomiłam sobie ten mechanizm, oraz to, co wyżej napisałam - że nie starczy mi miejsca na wszystko. Zatem gdy zauważę, że "znowu zaczynam", bezlitośnie odkładam telefon. Bardzo szybko zauważyłam korzyści, bo jakoś lepiej mi się teraz czyta książki, jestem bardziej skupiona i więcej z nich zapamiętuję. I wcale mnie aż tak do telefonu nie ciągnie, dopóki jednak po niego nie sięgnę. Wtedy się nieraz jeszcze zapomnę.

Właśnie jednak w internecie napotkałam dzisiaj myśl o tym, jak nieoczywiste są przeżywane przez nas żałoby. Pierwsze skojarzenie narzuca nam dramat, intensywność, zdarzenia oczywiste. A przecież swoistą żałobą okupujemy wiele strat i całe nasze życie właściwie to tracenie i rozstania. Wyzbywamy się różnych złudzeń, tracimy zdrowie i świeżość cery. Weryfikujemy znajomości, co odczułam ostatnio bardzo wyraźnie.

Mam poczucie, że ten proces u mnie bardzo zintensyfikowała przebyta operacja. Realnie ubyło mi sił i energii, nie sposób tego zbagatelizować. Straciłam pewną beztroskę i spontaniczność, w moim życiu pojawiła się potrzeba wybierania i planowania... A więc i coś się rodzi!

Te wszystkie sprawy nie są mi obce, ale jak żartuję - dostałam turbodoładowanie. Szybciej teraz dostrzegam: nie, to nie dla mnie, to nie moje. Nie chce mi się tracić czasu na to, co nic mi nie daje, na ludzi, którzy zamiast mnie cieszyć, denerwują i męczą. Łatwiej mówię nie i bardziej sobie wierzę. Nawet wczorajsze zakończenie rozmowy z przyjaciółką jest tego dowodem i przykładem. Kiedyś gadałabym i słuchała do upadłego, przekonana, że to wartość sama w sobie. Kiedyś dla samego towarzystwa szłam na hałaśliwą miejską imprezę, a dziś wiem, że to mnie zmęczy, a niewiele da poza zabawą dla samej zabawy.
Nie neguję tego, widocznie taka była wtedy potrzeba i może po prostu już się tym wszystkim nasyciłam.

Nie biorę dzisiaj wszystkiego, co mi dają. A czy mi żal? Chyba coraz mniej.
Więc chyba jednak nie żałoba, chociaż na pewno utrata.
Ergo - utraty nie są takie złe :)

Zostaję w domu

Obudziłam się dzisiaj bez większego przymusu. Z rozsądku ukróciłam wieczorne rozhowory z przyjaciółką i to zaprocentowało.

Swoją drogą - bo lubię dygresje - co za ładne słowo mi się przypomniało. Te rozhowory... Lubię bogactwo naszego języka i rozkoszowanie się nim.

Po przebudzeniu czułam jednak, że każda moja komórka prosi o sen i nie ma ochoty brać się do galopu. Już planując wycieczkę czułam lekkie powątpiewanie, czy na pewno mi na niej zależy. Roztocze jest mi bliskie, o czym wspominałam, jednak to akurat zwiedzanie ma raczej "miastowy" charakter, a ja wolę przyrodę, lasy, pagórki i malownicze dzieła natury. Swoją drogą - znów dygresja! - łączy mnie to z moim rodzeństwem, o czym niedawno przekonałam się w rozmowach. Nasze dzieci już niekoniecznie i nawet żartowałam, że one chyba nie nasze.
Przeczytałam też wczoraj, że pod koniec miesiąca szykuje się wycieczka w Bieszczady i poczułam, że ta "woła" mnie głośniej. Powołując się na powiedzonko mojej Mamy stwierdziłam, że Roztocze tym razem sobie daruję. Napisałam do kolegi, by przekazał to organizatorom, trochę "naściemniałam", że źle się czuję, co zresztą poniekąd jest prawdą.
A Mama mawiała: z jedną d...ą na dwa targi nie jadą, Miała wiele takich charakterystycznych powiedzonek.
Wybieram zatem w maju Bieszczady. Oprócz ograniczonych zasobów energii, mam też na względzie własny portfel.
Dzisiaj zostaję w domu i zamierzam spędzić ten dzień spokojnie i w miłej melancholii - jak ta pogoda za oknem, która zachęca do wyciszenia i zatrzymania się w biegu.

A dziś...

Dziś drugi dzień na oddziale. Dobrze mi było i spokojnie. Towarzystwo życzliwe, a przy tym nienachalne, nieprzytłaczające. Rok temu prym wiodły osoby dość intensywne, a i ja chyba jednak byłam w znacznie gorszej formie niż tego roku. Ten poprzedni pobyt oceniam jako wartościowy, lecz niełatwy. Bywałam przebodźcowana i rozdrażniona aż do łez.
Możliwe, że wpływ na moje samopoczucie mają też nowe aparaty słuchowe, którymi posługuję się na przemian ze starymi. W zależności od sytuacji różnie się one sprawdzają i nie odważę się stwierdzić, że te nowsze są lepszej jakości. Inaczej przetwarzają dźwięki (może jeszcze nienależycie ustawione, bo to wymaga czasu, testowania rezultatów i regularnych wizyt w zakładzie protetyki słuchu). Bardzo mi odpowiada, że mogę je wybierać w zależności od potrzeby.

Śmiało mogę powiedzieć, że tym razem na oddziale się regeneruję.

Po ostatniej nocy i długim śnie czułam się rano jeszcze trochę niemrawa i wahałam się, czy nie zrezygnować z planowanej na jutro wycieczki na Roztocze organizowanej przez PTTK. Teraz jednak decyduję: jadę! co zobaczę i przeżyję, to moje. Będzie wśród uczestników były mąż D., więc liczę na jakieś "ciekawostki" o tej osobie. Może to plotkarskie trochę z mojej strony, ale przyznaję, że cała ta historia z nią w roli głównej nie jest mi obojętna i chętnie skonfrontuję własny punkt widzenia z oglądem z innej, także bliskiej perspektywy. Oczywiście jeżeli on sam cokolwiek na ten temat wspomni

Roztocze natomiast, cel jutrzejszej wyprawy, jest mi bliskie, bo to miejsce pochodzenia mojej Mamy. Wyjechała stamtąd jako dziecko, ale odwiedzała bliskich, którzy tam pozostali. Mając w pamięci jej wspomnienia, odnoszę wrażenie, że kochała to miejsce i tęskniła. Mam i ja przez to sentyment do tego regionu.