sobota, 4 kwietnia 2020

Zostań w domu!

Zostań w domu! - nawołuje się ze wszystkich stron. Poniekąd słusznie zresztą. Niestety, nie dla wszystkich to realne.
Ponieważ nie dysponuję środkiem transportu, zakupy targam na własnym grzbiecie (lub targa je R.), więc zapasy żywności raz w tygodniu są zupełną abstrakcją. Bywam w Biedronce co drugi dzień przynajmniej. Przed chwilą też wróciłam z zakupów.
Nie jest dla mnie żadną torturą spędzanie czasu w domowych pieleszach, jednak łyk świeżego powietrza i przestrzeni poprawia mi samopoczucie i pozwala nie zwariować po całym dniu w pracy, gdzie mówi się wciąż o jednym.
Stanowczo odcinam się od dramatycznych wieści. Nie mam dziś pojęcia, ile osób zmarło, ile zachorowało i czuję się o niebo lepiej, niż gdy bombardują mnie te informacje.
Jeśli mam zachorować - zachoruję niezależnie od wiedzy o ofiarach choroby. Jeśli mam umrzeć - umrę, choć niespecjalnie mi się to uśmiecha.
Powtórzę: dziwi mnie brak dystansu osób, które zachowują się tak, jakby dopiero teraz odkryły kruchość życia.
Chciałabym jeszcze pobyć tu, na ziemi. Wychować syna, może spełnić kilka marzeń i planów. Mimo to jestem wdzięczna Bogu za każdy dotychczasowy dzień i mam świadomość, że  nie każdemu podarował ich tyle, co mnie.
Jako osoba "wierząca po swojemu", osoba, która z instytucją kościoła niewiele ma wspólnego, oświadczam: mój los w Twoich rękach i przyjmę, co mi dasz, bo jesteś większy i mądrzejszy niż ja, bo Twoje wyroki mają sens, którego często nie pojmuję, ale wierzę, że jest.
Jestem częścią większego planu, większej całości.
I dziękuję za dzisiejszy pełen słońca i gwiżdżących kosów dzień. Jeszcze jeden z moich dni.

wtorek, 31 marca 2020

Kryzys

Nie wyrabiam jednak.
Chodzę do pracy, zajmujemy się swoimi wewnętrznymi sprawami, dla interesantów zamknęliśmy na czas pandemii. Atmosfera w pracy bardzo, bardzo ciężka, mocno mnie obciąża.
Koleżanki mają dzieci za granicą, martwią się. Bardzo opanowana i subtelna kierowniczka niemal się dzisiaj rozpłakała i rzuciła: "Szlag by to trafił!", gdy myszka komputera odmówiła jej posłuszeńtwa.
Ja szczególnie teraz mocno odczuwam świadomość śmierci - po prostu, bez owijania w bawełnę. Jestem w grupie podwyższonego ryzyka z powodu autoimmunologicznej choroby. Wiem, że kiedyś na każdego przyjdzie kres, że mądrością jest akceptować wyroki boskie, a jednak ciężko... To nawet nie jest strach... To ciężar, którego nie sposób zrzucić, o którym można jedynie na chwilę zapomnieć.
Chcę tylko przetrwać do końca (jaki by nie był) i nie zwariować. Chcę zachować spokój i równowagę.
Smutno mi, wiecie?
Moje dziecko nie ma już ojca...
Jeśli straci matkę?
Ma ciocie, które je kochają...
Jakoś się ułoży...
Świat się nie zatrzyma...

Nie moje to rządy... nie moje...

środa, 18 marca 2020

Moj eskapizm

Wirusy-świrusy szaleją, świat wokoło oszalał, a gołębie grzywacze żyją jak żyły, dając mi cenną lekcję:



To mój prywatny eskapizm, bo jednak nie do końca jest mi obojętne to, co dookoła, jednak mnie dotyka. Jestem zmęczona i rozbita, w czym zapewne "pomaga" mój niezależny od aktualnej sytuacji na świecie stan zdrowia. W ramach dbania o siebie uciekam w swój świat.

wtorek, 17 marca 2020

Okruszki

Okruszkami nazywam te wszystkie małe i błahe rzeczy, które po zsumowaniu owocują dobrym nastrojem i przyjemnością z życia. "Pierdoły tworzące codzienność" - skwitowała znajoma, jednak ja pierdół bronię i cenię je, bo właśnie codziennonść chcę przeżywać pozytywnie. Co za sztuka znajdować radość w odświętnych zdarzeniach przeżywanych raz do roku, a może kilka razy w życiu? Mogę być szczęśliwa już, teraz, zaraz... i jestem w ogólnym rozrachunku, bilansie :)
Dlaczego mam się nie cieszyć, że:

- Zrobiliśmy sobie na kolację z R. przepyszne drobiowe wątróbki. Miały być na obiad, ale zostały unicestwione natychmiast po usmażeniu.
- Ugotowałam zupę z kurykurydzy z puszki. Została mi taka jedna, więc postanowiłam wykorzystać na coś innego niż oklepaną sałatkę, i wyszło przepysznie, choć nie kierowałam się żadnymi gotowymi przepisami, a jedynie własną inwencją. R. pochwalił - ach, jak to przyjemnie karmić takiego wszystkożernego faceta! :D
- Słoneczko świeci aż miło, marzę o jakiejś wycieczce do lasu.
- A kilka dni temu w drodze z pracy spotkałam przebudzone już ze snu kowale bezskrzydłe - robaczki takie 😏 :

Precz z histerią!

Gryzę się w język przez szacunek do cudzych emocji. Gryzę się, by oszczędzić sobie konfliktów i nie obrażać innych. W duszy jednak narasta we mnie irytacja, złość (nawet złośliwość, o zgrozo), ironia.
Amerykę ludzie odkryli! Nagle się okazało, że istnieją choroby i istnieje śmierć. Nagle się okazało, że w domu się "siedzi", a z bliskimi rozmawia. Nagle mędrcy na Facebooku zaczęli nam doradzać, jak spędzać czas z dziećmi, małżonkami, rodzicami.
Na litość boską, czy to nie są codzienne, zwykłe sprawy? Czy dostąpiliśmy objawienia w obliczu Apokalipsy? Czy trzeba nienormalnej sytuacji, by zwrócić uwagę na... normalność?
Normalnym jest dla mnie, że się spędza czas we własnym domu: gotuje się, sprząta, rozmawia z bliskimi. Gra się z synem w szachy i rozmawia z mężem (wstaw właściwe ;) ). Czyta się książki i ogląda filmy. Niczego innego nie robiłam w czasach sprzed koronawirusa.
Wkurza mnie też atmosfera paniki siana przez co niektórych. Nie wierzę w cuda, że samym siedzeniem w domu uchronię się przed chorobą, choć oczywiście zmniejszam prawdopodobieństwo zarażenia. Nie wierzę też, że niewystawianie nosa poza swój próg jest realne.
Na litość boską, ograniczmy nieco swoje aktywności, wyjścia, nie gromadźmy się bez potrzeby, ale żyjmy, do kroćset, normalnie!  Czasem i tak, mimo ostrożności, błahy przypadek wystarczy, choćby się nawet uważało...
Przebywam więc w w domu zupełnie jak przed zarazą. Wychodzę z domu też właściwie tak samo, bo na co dzień spacery po galeriach do niczego nie były mi potrzebne, a i w kinie czy innych gromadnych przybytkach codziennie wszak nie bywałam.
Bywam w sklepie po chleb i mleko, gdy mi trzeba leków (a trzeba), maszeruję do apteki. Żyję zwyczajnie i wydaje mi się, że rozsądnie. Jak mam złapać wirusa, to go złapię, a i to jeszcze nie wyrok śmierci. A nawet jeśli? Niespieszno mi, jeszcze kilka spraw na tej ziemi mnie trzyma, jeszcze mi się tu bardzo podoba (mimo wszystko), ale śmierć w końcu każdego z nas czeka, nad czym tu wydziwiać?
Że trzysta osób w jakimś kraju zmarło w ciągu doby? Według statystyk każdego dnia w naszym nie największym kraju dziennie umiera ich znacznie więcej. Ile osób odchodzi z tego świata po długich nowotworowych cierpieniach, ginie w wypadkach?
Jestem pełna "podziwu" dla szerzącej się tu i ówdzie ciemnoty, powtarzanych bzdur i plotek, dla ludzkiej arogancji i naiwności (ta wiara, że na wszystko mamy wpływ), które teraz obnażają się tu i ówdzie w pełnej krasie.
A może i mnie udziela się wszechobecny stres, powodując moje podenerwowanie wyżej wymienionymi sprawami?
Gryzę się przeto w język i tylko na blogu pozwolę sobie ulżyć.

środa, 11 marca 2020

Nasze dialogi dwa

Lubię zbierać z tego, co przeżywam, co mnie otacza różne "okruszki", drobne radości, małe wielkie mądrości itp. Za pewną nastoletnią poetką (niestety nie pamiętam jej nazwiska) z niegdysiejszej "Filipinki" (ach, gdzież są pisma z tamtych lat?!) powtarzam, że "właśnie to jest ważne, co nieważne". Że skrzypią drzwi od łazienki, mama posypała rosół pietruszką, a jej ręka jest wąska. Przemawia do mnie bardzo poezja codzienności i zwykłych rzeczy - tylko pozornie banalnych.
Banalne zapewne są dialogi z R., ale gdy tylko je sobie przypomnę, zakwita mi na twarzy uśmiech.

Dialog I:
Ja: - Kurczę, chce mi się piec chleb czy nie?
On (z mocno podejrzaną gorliwością): - Chce ci się!!! Nawet o tym nie wiesz, ale widzę to w twoich oczach!

Dialog II:
R. jest chory, więc donoszę mu herbatki, głaszczę po główce i opieprzam za zwlekanie z wizytą u lekarza.

On: - Dziękuję ci, że jesteś taka dla mnie dobra.
Ja: - Bo ja w ogóle jestem miła i dobra... tylko czasem wredna.
On: - Wiadomo, ideałów nie ma... Ideałem to tylko ja jestem!

...I moje post dictum: - A nieprawda, bo ja!

wtorek, 10 marca 2020

Motyl i... sukienka

Szafiarką nie jestem, nie mam cierpliwości ani zamiłowania do szczegółu, aby każdego dnia pracowicie cyzelować swój wizerunek. Nie jest dla mnie problemem, że mi torebka nie pasuje do butów, jednak bliskie mi jest wyrażanie siebie poprzez strój. Lubię to, lubię w ubiorze rozmaite "klimaty", lubię gdy strój "opowiada" o jego właścicielu.
Wpadło mi dziś do głowy, że te błahe na pozór wycinki naszego życia opowiadają o nas bardzo wiele, wiele też mają do powiedzenia nam, stając się przyczynkiem do iście filozoficznych dywagacji..
Choćby to komponowanie garderoby, pragnienie posiadania tego czy tamtego, zazdrość, że ktoś coś ma, a ja nie...
Uważam, że trzeba być sobą, a jednak nieobce mi takie zachwiania równowagi, chwilowe utraty umiaru i rozsądku.
A przecież nie muszę mieć wszystkiego. Przecież nie muszę brać każdej rzeczy, jaką mi ofiarowują, w nadziei, że coś da się z nią zrobić (aczkolwiek to też bardzo przydatna umiejętność). Przecież o wiele korzystniej wychodzę na tym, że podążam za własną intuicją, wybieram to, co naprawdę "czuję". Przecież tyle razy się zdarzyło, że moja intuicja mnie nie zawiodła, że moje wątpliwości co do ulegania jej podszeptom, jednak rozstrzygały się na moją korzyść.
Coraz bardziej polegam na sobie w swoich wyborach i tak jest nie tylko w sprawie ubioru. I coraz więcej satysfakcji, radości daje mi bycie sobą.

...W piątek wygrzebałam sobie za złotówkę fantastyczną sukienkę-szmizjerkę w moim ulubionym stylu etno. Drobne kolorowe elementy ożywiają stonowaną, granatową całość. Jako że przypomina długą koszulę (aż za kolana), potraktowałam ją jak tunikę i zestawiłam z wąskimi dżinsami oraz ciężkimi buciorami (mam takie jedne charakterne i ukochane). Czuję się bardzo "klimatycznie" i w swojej skórze, choć koleżanki z pracy opowiedziały się za bardziej tradycyjną stylizacją, stwierdziły, że lepiej wyglądałyby do tej sukienki legginsy lub rajstopy z kozakami albo w ogóle lżejsze obuwie.
Ale ja i tak się sobie podobam, a wielość możliwości, jakie daje moja szmizjerka, jest wielkim atutem.

Zaliczam owe ciuchowe zdobycze do swojego programowego pielęgnowania małych radości, które budują wielką radość życia.
Dorzucę jeszcze jedną cegiełkę do tego budowania:
Ludzie, widziałam motyla!!! Na chwilę podniosłam wzrok znad roboty i spojrzałam w okno. A tam - najprawdziwszy cytrynek!
Wiosna zbliża się wielkimi krokami. Wcześnie przybywa w tym roku.

piątek, 6 marca 2020

Chwila słabości

Dziś mam ochotę pomarudzić, ale postaram się o zwięzłość.
Koronawirus, o którym tak głośno ostatnio, to zapewne nie jest, ale ewidetnie "rozbiera" mnie. Jestem zmęczona i rozbita, a moim marzeniem jest błogi sen po południu. Pozwolę sobie na niego z pełną odpowiedzialnością.
I tak czasem bywa, i tacy bywamy.
Przytulmy wtedy siebie z troską i uwagą.
"Nauczyłam się być dla siebie dobra, bo to mi daje siłę" - powiedziała pewna moja mądra i dobra koleżanka.
A filozof powiadał już wieki temu, gdy jeszcze świat nie słyszał o psychoterapeutach:


Źródło zdjęcia: internet

poniedziałek, 2 marca 2020

Piec - serce domu

Źróło zdjęcia: internet, fotka nie należy do mnie

Kuchnia węglowa była w pierwszym zapamiętanym przeze mnie domu, na Warmii.
Byłam wtedy sześcioletnim brzdącem.
Pamiętam plastry kartofli pieczone na blasze tej kuchni.
Pamiętam szmacianego pajaca, wrzuconego przez mamę do pieca przez fajerkę, bo był mocno zniszczony i sypały się z niego trociny.
Druga kuchnia była u moich dziadków, rodziców mamy. Ogrzewała całe mieszkanie, połączona z kaloryferami. Nie zwracałam na nią specjalnej uwagi - ale była, pamiętam.
Trzecia kuchnia stała u pani S., dobrej znajomej rodziców. U pani S. było zawsze tak czysto i przytulnie, piec białością kafli zapraszał: czekam, przyjdź, przytul się :)
Czwarta była i nadal jest u przyjaciółki. Suszy się nad nią pranie, na przypiecku drzemią koty, a na blasze parują garnki z wodą i przygotowywanymi posiłkami, szumi czajnik z wodą na herbatę.
Dziś i ja mam piec. Zawalidrogę w małym mieszkanku, producenta kurzu i brudu, do którego trzeba taszczyć opał i żmudnie rozpalać. Ile nerwów i przekleństw kosztowała mnie nauka rozpalania w zeszłym roku! Dziś jednak palę już jak "stary palacz" i nie sprawia mi to żadnego kłopotu. Wyprawy po węgiel traktuję jak formę rekreacji i ruchu na świeżym powietrzu. Nie dźwigam, bo sprawiłam sobie stary dziecięcy wózek do przewożenia ciężkiej węglarki. A piec polubiłam jak starego przyjaciela.
Za ciepło, którego nie da żaden kaloryfer. Za ogień, w który mogę się zapatrzeć (marzę o drzwiczkach z szybą, ale szkoda pieniędzy na rzeczy, które nie są priorytetem). Za wciąż ciepłą herbatę z "baniaka" na blasze. Za wieczory z książką i plecami przy kaflach. Za kartofle, choć ich jeszcze nie smażyłam, bo wciąż sobie obiecuję solidnie najpierw wyszorować blachę. I za proziaki - kto z Podkarpacia, ten wie, o czym mówię, a kto nie wie - zagadka do rozwiązania 😀
Żałuję tylko, że poprzednia właścicielka mojego mieszkania nie pomyślała o zainstalowaniu prawdziwej węglowej kuchni w pomieszczeniu do tego przeznaczonym. Mój piecyk na nóżkach stoi w rogu pokoju, nie ma fajerek i jest niewielki. W kuchni króluje płyta indukcyjna na prąd elektryczny - pomysł Mamy, która uznała, że tak mi będzie wygodniej, skoro w domu nie ma podłączenia do gazociągu. Kuchenka na węgiel zimą byłaby świetnym rozwiązaniem dającym przysłowiowe trzy pieczenie na jednym ogniu: zagrzałaby wodę na kąpiel, umożliwiłaby gotowanie i oczywiście ogrzała ciało i duszę.

czwartek, 27 lutego 2020

Wdzięczność

Korci poleniuchować, a tu praca czeka. A więc tylko na chwilę. Chwilunię... :)
Jestem z siebie dumna, że potrafiłam wydobyć się z "dołka", cenię sobie tę umiejętność i niepotrzebnie czasem o niej zapominam.
Powiedziałam kiedyś koleżance, że nie wierzę w słabych ludzi. Ludzie "słabi" nie wiedzą po prostu, że mają narzędzia do radzenia sobie z życiem i jego przeciwnościami.
Paradoksalnie nie wierzę więc również w ludzi silnych. Bo co to znaczy silny? Słabość często bywa siłą. Silny dla mnie to nie ten, który wszystko udźwignie, ale który nie boi się poprosić o pomoc, przyznać do lęku czy niewiedzy, który wie, jak sobie pomóc, gdy zawodzą go własne kompetencje. Nie wierzę w samowystarczalność jednostki, uważam przeświadczenie o niej za przejaw pychy.
Wydobyłam się zatem z dołka. Pomogła odrobina refleksji i zachwalana od wieków (nie tylko przez współczesną psychologię) praktyka wdzięczności - może Bogu, a może po prostu życiu. Lubię używać imienia Boga, choć nie zaliczam siebie do tradycyjnie religijnych osób.
Dziś wstałam wcześniej niż zwykle i z wdzięcznością przywitałam pogodny dzień. Wyskoczyłam po opał do garażu, delektując się po drodze haustami rześkiego powietrza. Stwierdziłam, że "chyba rozumiem tych zboczeńców", którzy rano wychodzą pobiegać - co za dawka energii! Wystarczyło mi czasu i na poranną herbatę (jak fajnie mieć piec, na którym stale podgrzewa się garnek z piciem!), i na miłą pogawędkę z synem.
Jestem radosna - da się? A jakże!

środa, 26 lutego 2020

Bądź dzielny, pingwinku, czyli jak się wnerwiłam

Wiecie, wnerwiłam się. A na kogo? Na tę marudną babę Martę.
Piszą różni mądrzy ludzie, że trzeba akceptować siebie w każdym momencie swojego życia, również tym nie najlepszym, równnież w tym całkiem do bani.
Owszem, zgodzę się z tym, ale dla własnego komfortu i zadowolenia warto jednak wziąc się w garść i od czasu do czasu ustawić samą siebie do pionu. Co też niniejszym czynię.
Dałąm się ostatnio ponieść negatywnym emocjom. Pora powiedzieć sobie DOŚĆ!
Pora przestać truć na blogu, za to poszukać w życiu powodów do uśmiechu. Pora przypomnieć sobie, co mi pomaga odzyskać optymizm i odpędzić czarne myśli.

Chlubnym, wspominanym już tutaj zwyczajem, zapisuję moje okruszki szczęscia:

- R. czeka na mnie z obiadem ;
- ...i z chlebem, który upiekł z przygotowanego przeze mnie ciasta ;
- Syn był ze swoją klasą na miejskim turnieju piłki nożnej, a tam spotkał pewną znaną w świecie sportu osobistość - o której nie miałam zielonego pojęcia, że pochodzi z naszego miasta! Opowiedziałam o tym R. i okazało się, że zna go osobiście, bo to kolega ze szkoły średniej ;
- sarkastycznie opowiedziałam koleżankom z pracy, że rozważam pomysł stania się tzw. żulem, jako że tacy zdają się żyć beztrosko, leniwie i radośnie (rzecz jasna, to kpina). K. wykazała refleks, entuzjatycznie wykrzykując, że właśnie wczoraj skończyła czytać "Tortilla flat" Steinbecka i że to dla mnie wymarzona instrukcja żulowskiego życia. Książka ponoć pełna specyficznego humoru. Wieczorem zabieram się do lektury! ;
- Ulubiona Sąsiadka uraczyła mnie mnóstwem słoików z żywnością, w którą firma zaopatruje jej męża-budowlańca. Jemu trochę się te słoiki przejadły, a ja cieszę się, że mam "gotowce" na te dni, kiedy nie chce się lub nie ma czasu gotować.

- I szczypta humoru na ostatek. Oto, co znalazłam dziś wśród bibliotecznych książek:





Podobno nic nie spotyka nas przypadkiem :)
A w dedykacji do książki - "Zawsze miejcie odwagę skoczyć". Znaczące, zaiste!


- I jeszcze: znowu znalazłam świetny blog. Tym razem Dojrzała mandarynka
 zaraża ciepłem i pogodą ducha.

środa, 22 stycznia 2020

Pochwala normalności

Z motyli w brzuchu, miłosnych ochów i achów chyba już wyrosłam. Raczej nie zaliczam siebie do romantyczek, a dokładniej - zżymam się na utożsamianie romantyzmu z ckliwym sentymentalizmem i tanią symboliką, z gwałtownymi namiętnościami.
Stanowczo bardziej cenię spokojną codzienność, wzajemną życzliwość, bliskość i ciepło niż szalone porywy. Osławiona adrenalina do niczego mi nie jest potrzebna i wcale mi się dobrze nie kojarzy.
Nie zachwycam się bezkrytycznie moim aktualnym przyjacielem, nie jest to człowiek bez skazy, ale niezmiernie doceniam NORMALNOŚĆ tej relacji. To że i ode mnie nie oczekuje się bycia ósmym cudem świata, kobietą bez wad, a jednak ceni się i podkreśla moje zalety, akceptuje się mnie w całości - co wcale nie znaczy, że R. nie zdarza się ofuknąć mnie, gdy zbytnio pozwalam się ponieść swoim gorszym nastrojom: złości, zmęczeniu, rozdrażnieniu. Czasami z kolei to ja tonuję jego ale to nie zmienia faktu, że to jest człowiek, który mi po prostu odpowiada. Który pasuje.
Jeszcze testuję, jeszcze się przyglądam, bo mam powody, ale gdy słucham zwierzeń koleżanki, która po rozwodzie związała się z nowym mężczyzną i szybko za niego wyszła, a teraz przeżywa duże rozczarowanie, czuję satysfakcję (wybacz, koleżanko!), że potrafiłam poczekać i nie zachłysnęłam się samym faktem, że ktoś się mną zainteresował.
Dla przykładu: wczoraj przyszłam z pracy zmęczona i rozdrażniona (między innymi pod wpływem pogody). Zbyt impulsywnie zareagowałam na zawód sprawiony mi przez R. (coś mi obiecał, lecz zwyczajnie zasnął, bo i jemu pogodowe przykrości dają się we znaki). On oczywiście nie dał sobie wejść na głowę, ale po chwili już rozmawialiśmy normalnie, dał się przeprosić (no, cóż... ewidentnie "przegięłam"), przytulił i stwierdził, że zdarza się w najlepszych rodzinach.
W moim dawnym związku miałabym kilka dni tzw. focha. Na nic zdałyby się moje przeprosiny.
Czy taka przychylna reakcja nie motywuje do pracy nad sobą bardziej?
Kocham normalność!

wtorek, 21 stycznia 2020

Potęga samoświadomości

Latałam swego czasu do psychologa.
Było to w czasach mojego bardzo trudnego i nieudanego małżeństwa ; próbowałam sobie z tym wszystkim poradzić, szukałam pomocy, więc bez wahania przystałam na propozycję spotkań z terapeutką. Mąż nie zgodził się na wspólne spotkania, ale i w pojedynkę sporo skorzystałam, poznałam lepiej siebie i rządzące ludźmi mechanizmy.
Nie zamierzam się na ten temat rozpisywać, to dawne już dzieje, ale jedną, najważniejszą moim zdaniem, lekcją wyniesioną z tych psychologicznych spotkań (oraz wielu lektur o ludzkich emocjach i międzyludzkich relacjach), podzielę się z Wami czytającymi ten blog.
Otóż w życiu ogromnie ważny jest wgląd w siebie, refleksja nad własnym postępowaniem, zadawanie sobie pytań, dlaczego tak się zachowuję, a nie inaczej, o co tak naprawdę mi chodzi, co mnie doprowadziło do takiego a nie innego stanu lub czynności.
Ja zawsze przejawiałam sporo cech introwertyka, więc zaglądam w siebie z ciekawością i bez przymusu. Od kiedy zaś zwróciłam na siebie większą uwagę, żyje mi się łatwiej wśród innych ludzi.
Na przykład przychodzę z pracy w kiepskim nastroju i jestem opryskliwa dla mojego Bogu ducha winnego przyjaciela (jeszcze jest :) ). Ogromnie doceniam jego umiejętność niechowania urazy, dążenia do zgody i porozumienia, ale i sama pracuję nad sobą.
Robię zatem "rachunek sumienia", który wykazuje, że tego dnia się nie wyspałam, że R. niespodziewanie zmienił nasze wspólne plany, co wytrąciło mnie z równowagi i niemile zaskoczyło, że denerwowałam się przed jakąś spodziewaną przykrością (do której nie doszło), że zwyczajnie jestem głodna i/lub zmęczona. Potrafię to już wyjaśnić, przeprosić i sama dzięki temu zadbać o poprawę swojego nastroju.
Często świadomość siebie pozwala mi też zapobiec niepożądanym sytuacjom. A mojemu przyjacielowi jestem wdzięczna za... normalność.
W relacji z moim byłym być może te moje umiejętności pomogłyby, lecz, jak powiadają, do tanga trzeba dwojga.

Pudding czyli prosto, szybko i... ekonomicznie

Miarą dobrego nastroju Marty jest chęć do działania.
Gdy Marta kombinuje w kuchni i ma milion pomysłów na obiady oraz kolacyjki, to znaczy, że dopisuje jej i humor, i energia. Widomym (tudzież pachnącym i smakowitym) tego znakiem jest wczorajszy puddingowy debiut.
Jaka to prosta i przyjemna rzecz - ten cały, pudding, znany mi jedynie z książek, ale za to licznych, jak chociażby "Ania z Zielonego Wzgórza"!
Nazbierało mi się w domu różnych chlebowych obrzynków, niezjedzonych przylepek i kromek ; tak to bywa, gdy się nie ma pewności, czy jest jeszcze w domu pieczywo i kupuje się nowe. Trzeba było zagospodarować resztki (niemarnowanie żywności zawsze  było dla mnie ważne), a że nie lubię mozolnego ucierania czerstwego chleba na panierkę do kotletów, postanowiłam zasięgnąć rady w niezmierzonej kopalni pomysłów - internecie. Na jakiejś kulinarnej stronie wyszperałam przepis na pudding z chleba, popularne danie kuchni angielskiej.
Puddingi przyrządza się na milion sposobów i ten chlebowy to tylko jedna z licznych wariacji.
Dziecinnie prosta sprawa! Suche kromki i przylepki (zwane tu i ówdzie także piętkami) zalałam mlekiem i pozostawiłam na noc w lodówce. Nazajutrz pogniotłam je tłuczkiem do kartofli, aby nadać jednolitą konsystencję powstałej masie. Do masy dodałam dwa jajka roztrzepane ze śmietaną, wymieszałam, przyprawiłam całość cukrem, cynamonem, sypnęłam garść rodzynków (rodzynek?), po czym wstawiłam w brytfannie do nagrzanego do 175 stopni piekarnika na jakieś 30-40 minut.
Wyszło proste, smaczne, bardzo sycące danie. Syn odniósł się do niego z umiarkowanym entuzjazmem, ale dość życzliwie (a to już nie byle co, bo syn ma dość wąski wachlarz ulubionych dań).
Puddingi przyrządza się przeróżnie, a więc także na wytrawnie, z dodatkiem warzyw, myślę, że można dodać i nieco wędliny, zastępując mleko wodą i adekwatnie przyprawiając. Włączam je na stałe do swojego kulinarnego repertuaru.

środa, 15 stycznia 2020

No i dobrze.

Znowu słońce. Ach, jak to lubię!
Ożywają marzenia o rowerze, spacerach w blasku dnia, kawie pod gołym niebem i rozmyślaniach nad wodą.. Dopiero połowa stycznia, a ja mam poczucie budzenia się z zimowego odrętwienia.
Myśląc o zmianach na lepsze, myślę też o swojej znajomości, której jeszcze nie śmiem nazwać związkiem, choć sporo drogi już przeszliśmy razem. Dałam szansę kontrowersyjnemu, ale pociągającemu mnie człowiekowi. Nie zachłysnęłam się tą relacją, postanowiłam przyjrzeć się, przetestować, zweryfikować. Czas pokazał, że to niekoniecznie tzw. człowiek na życie, ale jestem spokojna i pewna, że cokolwiek się stanie, poradzę sobie i nie będę żałować wspólnego czasu. Jeszcze trwamy, ale przygotowuję się na zakończenie tej historii. No, trudno...
Ta znajomość jednak coś mi dała, czegoś nauczyła, coś mi o mnie samej powiedziała. Mam poczucie, że zaspokoiła moje ważne emocjonalne deficyty i nawet jeśli była tylko na chwilę, warto było ją przeżyć. Poczułam, jak inaczej mogę być traktowana, niż to miało miejsce w moim małżeństwie. Co to znaczy doświadczać wsparcia, akceptacji, przyjaźni w związku, nie obawiać się reakcji na moje ciepłe gesty i tak dalej.
Niestety, nie wszystko między nami jest tak pozytywne. Zauważam niebagatelne trudności.
Latem pewnie będę znowu sama wygrzewać się przed domem w słońcu...
No i dobrze...

wtorek, 14 stycznia 2020

Zwykła, najzwyklejsza radość

Dzień dobry! :)
Kilka lat temu ktoś mi podpowiedział, abym załozyła sobie gruby zeszyt i notowała w nim wszystkie pomysły na "doła" jakie tylko przyjdą mi do głowy. Zmienne nastroje są bowiem moim dużym problemem, a gdy się już człowiek znajdzie w ciemnej dolinie, zwykle nie pamięta, jak w gruncie rzeczy nietrudno z doliny się wydostać.
Kupiłam zatem najpiękniejszy notes, jaki znalazłam w księgarni, duży i grubaśny jak się patrzy, ulubiony cienkopis, bo jakże celebrować pisanie byle jakim pisakiem - i ochoczo zabrałam się do notowania.
W zeszycie tym było wszystko, poszłam zbacznie dalej niż spisywanie pomysłów na chandrę. Notowałam wszystko, co pozytywne, choćby skończone błahostki. Były i zabawne powiedzonka syna, i przepisy na smaczne drobiazgi, takie co to w pięć minut poprawiają humor, gdy dzień chmurny i mglisty, i podnoszące na duchu sentencje wielkich oraz całkiem zwykłych ludzi.
Spisywałam też, wzorem Jamiego z "Pollyanny", radości, jakie mnie spotykały. Kolekcjonowałam je niczym perełki i nie było niemal dnia pozbawionego tychże.
Uwierzcie, zeszyt był prawdziwym przyjacielem i choć z czasem spowszedniał, zarzuciłam systematyczne pisanie, do dziś nie potrafię go otworzyć bez uśmiechu.
Dlaczego o tym piszę?
Bo dziś przyszła mi ochota zanotować moje drobne wielkie radości na blogu. Oto one:

- syn ma ferie zimowe, więc mogłam pospać pół godzinki dłużej, a śpiochem jestem nie lada;
- cudna, słoneczna, niemal wiosenna pogoda. Ja jestem na baterie słoneczne!;
- jest już widno, gdy wychodzę z pracy ; niedługo będzie można cieszyć się słońcem całe popoludnia. To prawie jak zmartwychwstanie po zimowym mroku!;
- na Youtube przygrywa mi Edward Simoni. Uwielbiam fletnię Pana;
- po kilku latach jakiejś intelektualnej niemocy przeczytałam szybko i sprawnie kilka książek. Z pasją i bez rozkojarzenia.
- dostałam trzy małe ciasteczka od koleżanki z pracy. na miły początek dnia;
- od miesiąca pracuję u nas moja Ulubiona Sąsiadka. Odbywa staż, a to dzięki mojemu wstawiennictwu. Fajnie komuś chociaż odrobinę pomóc i świetnie mieć w pracy "swojego" człowieka.

...A najfajniej na świecie jest czuć zwykłą, najzwyklejszą radość życia. Jest mi dobrze :)
Czego i Wam życząc, zmykam do swoich obowiązków.