Równiutko tydzień temu skręciłam staw skokowy na jakiejś nierówności terenu. Ból był silny, lecz krótkotrwały, chociaż przez wszystkie te dni dało się odczuć, że noga nie jest w normalnym stanie.
Dziś szłam pospiesznym krokiem na przystanek autobusów miejskich i w drodze - trrrrach! Ta sama noga znowu powinęła się na jakimś wyboju. Aż zawyłam z bólu. Po chwili przeszło nieco, ale stwierdziłam, że lepiej "pokazać się" lekarzowi.
Tym oto sposobem trafiłam na SOR, co zajęło mi jakieś dwie, może trzy godziny. Staw prześwietlono, przepisano ortezę i środki przeciwzakrzepowe, które osobiście mam sobie wstrzykiwać w brzuch lub kogoś o to poprosić. Może przełamię opory i spróbuję sama, bo to podobno żadna filozofia. Na zwolnienie z pracy się nie zdecydowałam, bo dość już się nachorowałam w minionym roku. Nie jestem aż tak chora, by nie dotrzeć samodzielnie do swojej biblioteki bez ortezy i dopiero na miejscu ją włożyć. Do pracy mam dziesięć minut piechotą.
A miałyśmy dzisiaj z koleżanką zwiedzać miejscowy klasztor Niepokalanek. Przewodnicy turystyczni zorganizowali oprowadzanie po obiekcie z okazji swojego dorocznego święta.
Zabytki i interesujące obiekty naszego miasta w większości zwiedziłam po kilka razy, ale ten klasztor pozostawał mi nie znany. Usytuowany jest w takim miejscu, że zawsze sprawiał wrażenie bardzo odizolowanego i jakoś nigdy nie śmiałam wejść na jego teren. Mieszkam też od niego dosyć daleko.
Pewien mój znajomy, gdy się dowiedział o moich dzisiejszych planach, napisał mi: "Tylko zakonnicą nie zostań", więc raczyłam mu donieść, że siły nieczyste czuwały, by do tego nie doszło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz