poniedziałek, 30 marca 2026

Świąteczny plan

Cha, cha, cha! Pogadałam sobie z GPT, jak zorganizować święta, by się nie przemęczyć, a jednak odrobinkę się do nich przyłożyć, by je "poczuć".

Jest plan! :)

Publikuję, a nuż się komuś jeszcze przyda.

Świąteczny plan i przepisy Marty – minimalny wysiłek, maksymalny efekt

1. Atmosfera

  • Kwiaty: żonkile na stole + ewentualnie kilka gałązek forsycji (skrócone końcówki, wstawione do wody)
  • Efekt: natychmiastowy świąteczny klimat przy minimalnym wysiłku.

2. Słodkości

🍫 Brownie w formie na babkę

Składniki:

  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 150 g masła
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 100 g mąki
  • szczypta soli
  • opcjonalnie: orzechy lub kawałki czekolady

Przygotowanie:

  1. Rozpuść masło z czekoladą (mikrofala lub garnek).
  2. Dodaj cukier i wymieszaj.
  3. Dodaj jajka, zamieszaj.
  4. Wsyp mąkę i sól, wymieszaj.
  5. Przełóż do natłuszczonej formy na babkę.
  6. Piecz w 180°C, ok. 25–35 min (sprawdź patyczkiem).
  7. Odstaw do przestygnięcia.
  8. Opcjonalnie: posyp cukrem pudrem lub polej czekoladą.

Dlaczego dobre: jedna miska, łatwe, pachnie świętami, efekt „wow”.


🍰 Sernik „mieszany łyżką” (bez spodu)

Składniki:

  • 1 kg twarogu (z wiaderka)
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 1 budyń waniliowy (lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej)
  • 100 ml śmietanki lub mleka
  • opcjonalnie: wanilia, skórka cytrynowa

Przygotowanie:

  1. Wszystko wrzucasz do miski i mieszaj łyżką lub mikserem krótko.
  2. Przełóż do formy.
  3. Piecz w 160–170°C przez 50–60 min.
  4. Normalne: może opaść lub lekko popękać – nic złego.

Opcja ultra-light: wymieszaj twaróg + śmietankę + wanilię → „oszukana pascha” bez pieczenia.


3. Obiady i dodatki

🥣 Żurek

  • Tradycyjnie, jak zwykle u Ciebie.

🥚 Jajka

  • Gotowane, dekoracyjne lub do sałatki.

4. Sałatki

🥗 Sałatka jajeczna „bez filozofii”

Składniki:

  • 4–6 jajek
  • 2–3 ogórki kiszone
  • cebula lub szczypiorek
  • 1–2 łyżki majonezu
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  1. Jajka ugotować i pokroić.
  2. Ogórki + cebula drobno.
  3. Wymieszać z majonezem, doprawić.

Opcje:

  • Zamiast cebuli: tylko szczypiorek
  • Dodaj łyżeczkę musztardy lub jogurtu dla lżejszej wersji
  • Alternatywa ultra-prosta: rukola + pomidorki + feta/mozzarella + oliwa, sól, pieprz

5. Pięciominutowa wędlina

🍖 Pierś z kurczaka (podstawowa)

Składniki:

  • 1–2 piersi z kurczaka
  • sól, pieprz, papryka słodka, czosnek
  • 1 łyżka oliwy

Przygotowanie:

  1. Natrzyj mięso przyprawami i oliwą.
  2. Zawiń w folię lub włóż do naczynia.
  3. Piecz w 180°C, ok. 35–40 min.
  4. Odstaw do wystudzenia i kroisz jak wędlina.

🍯 Wersja świąteczna

  • Dodaj 1 łyżeczkę miodu i 1 łyżeczkę musztardy do przypraw → posmaruj mięso.
  • Postępuj jak powyżej.

Tipy:

  • Nie kroić na gorąco → mięso zachowuje soki
  • Może być lekko niedopieczone, zawsze można dopiec

Opcjonalnie: wersje z karkówką lub schabem, też banalne, tylko trochę dłużej w piekarniku.


6. Drobne tipy organizacyjne

  • Robić „mikro-etapy”: np. najpierw przygotować składniki, potem mieszać, potem pieczenie.
  • Minimalny standard: coś upieczonego + w miarę czyste okna + Ty nie wykończona energią = święta zaliczone.
  • Wszystko ekstra jest „bonusowe”, nie obowiązkowe.

Jeśli chcesz, mogę zrobić wersję PDF/ściągę do wydrukowania, z listą zakupów i kolejnością działań, żebyś miała wszystko w jednym miejscu bez scrollowania.

Chcesz, żebym taką przygotowała?

U psycholożki

Senna dzisiaj jestem, więc korzystam z urlopu i pozwalam sobie na drzemki.

Na zmęczenie uskarżałam się wiele, wiele razy, jest utrapieniem mojego życia. Dziś miałam okazję poruszyć ten temat z psycholożką. Nie psychoterapeutką, ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu, ale i tak warto było się z nią spotkać.

Coś ma w sobie ten kontakt z drugim człowiekiem (byle właściwym), że choć nie mówi nam niczego, czego sami nie moglibyśmy sobie powiedzieć, jakoś pozwala usankcjonować swoją prawdę, uporządkować myśli, wzmocnić się na duchu.

Pogadałam o rencie, bombardujących mnie "dobrych radach", lęku przed niepowodzeniem. Wniosek: a co mam do stracenia, jeśli się nie powiedzie, skoro nie zostaję bez zatrudnienia i na bruku?

Poskarżyłam się na stany zmęczenia, moje "lenistwo". Opowiedziałam, jaka czuję się leniwa i mało wydolna. Przytoczyłam zabawną historię, jak to rodzina przylepiła mi etykietkę powolnej, a zupełnie co innego mówią inni. Psycholożka powiedziała coś zaskakująco prostego: "Nie zauważyłam, bym rozmawiała z osobą flegmatyczną. Po prostu szybciej się pani wyczerpuje". Potrzebuję sporo czasu na regenerację i potrzebuję potraktować to serio. Coś tam trzeba robić, ale nie ma co się czarować, że w krótkim czasie przeniosę góry.

Czuję większy spokój po tym spotkaniu. Kolejna wizyta pod koniec kwietnia.

A poza tym i a propos zmęczenie - znowu idą te pieprzone święta (że tak sobie brzydko pozwolę...) :(

sobota, 28 marca 2026

Kwintesencja

Gadajcie, co chcecie, a ja lubię GPT. I Gemini też :)

Za co? Za to samo, co cenię w psychologii i dobrej literaturze: ubieranie moich nienazwanych odczuć w słowa, które okazują się trafne i jakże moje.

Wrzuciłam na GPT mój post o ostatniej podróży i w kolejnej odpowiedzi przeczytałam to:


W Twoim myśleniu nie chodzi o to, że rzeczy niezwykłe tracą znaczenie. Raczej o to, że przestają być warunkiem dobrego przeżywania. Nie trzeba ich „zdobywać”, żeby coś poczuć.

I może dlatego podróże przestają być celem samym w sobie — stają się jedną z wielu form doświadczania. Nie lepszą, nie gorszą. Po prostu inną.

A zwyczajność?
To jedyne miejsce, w którym naprawdę da się zamieszkać na stałe.


O, tak! To jest moja filozofia i cała jej kwintesencja. Z wiekiem coraz mi bliższa. "Wszystko jest poezja" (E. Stachura)... proza też :)

Podróżowanie bez lukru

Najpiękniejsze w podróżach są dla mnie... powroty.

Miniony tydzień upłynął nam (synowi i mnie) w okolicach Neapolu, gdzie od ponad dwudziestu lat mieszka moja siostra. Dopiero drugi raz w czasie jej emigracji miałam okazję ją odwiedzić.

Powracam odświeżona psychicznie, z tym po raz kolejny na nowo odkrytym: wszędzie dobrze, ale domu najlepiej. Och, jak dobrze!

Nie lubię latać samolotem, choć potrafię opanować swój lęk przed wypadkiem i w spokoju znieść lot, a nawet przespać się w czasie podróży. Niechętnie jednak korzystam z tego środka lokomocji. Na szczęście już długo nie będę musiała mieć z nim do czynienia.

Piękne miejsca są... piękne. Są interesujące i warto doświadczać ich bliskości, ale z wiekiem pogłębia się moja refleksja: wszędzie, gdzie jestem, to ja decyduję, na ile jest wspaniale, a na ile beznadziejnie. Ile piękna dostrzegę, a ile ominę nieuważnie. Nie potrzeba go szukać daleko. A już szczególnie warto samodzielnie je kreować i nie tylko o dosłowną twórczość tu chodzi, ale przede wszystkim o sposób przeżywania.

Absolutnie zachwyciło mnie Sorrento ze słynnym Bagni di Regina Giovanna - skoro już mowa o wrażeniach i obowaniu z pięknem. Niezwykły klimat tworzą wąskie, tłoczne uliczki starego Neapolu i kosmopolityczny tłum ludzi. Bajeczne były kolory straganów w Sorrento, widok ogromnych, mało nam, Polakom znanych odmian cytryn, których używa się nie jako przyprawy, ale owocu np. w sałatkach. Są bardziej soczyste i mniej kwaśne od "naszych". Pomarańcze na drzewach cudnie kontrastowały z zielenią liści, wśród których rosły. W typowo neapolitańskim friafrielli, rodzaju liściastego brokułu zakochałam się absolutnie, bo jest jeszcze smaczniejszy, bardziej wyrazisty niż szpinak, a mało dostępny nawet poza okolicami Neapolu. Roślina ta znakomicie "czuje się" na wulkanicznej glebie, jaką zapewnia bliskość Wezuwiusza. Nawiasem mówiąc, u nas - moim zdaniem - nieźle zastąpi go... najzwyklejsza pokrzywa, którą osobiście miałam okazję kiedyś przetestować.

Z siostrą pobyłam niezbyt wiele. Prowadzi intensywny, zabiegany tryb życia. Szczerze jej wyznałam, że nie zamieniłabym się z nią. W czasie naszej wizyty była wprawdzie na urlopie, lecz ponieważ przyjechał również jej syn, pracujący w Szwajcarii, była zajęta załatwianiem z nim różnych ważnych i pilnych spraw. Z moim synem całymi dniami chodziłam po Neapolu, Sorrento, Torre del Greco i do domu wracaliśmy zmęczeni, szybko szliśmy spać. Raz posiedzieliśmy dłużej przy limoncello, cytrynowej nalewce kupionej w Sorrento. Sorrento bardzo słynie z cytryn, a ich wizerunek pojawia się na wielu akcesoriach dla turystów: odzieży, magnesach na lodówkę, ceramice... gdzie się tylko da!

Gwar, ruch, pędzące w wąskich zaułkach skutery - to wszystko widzę i słyszę, gdy przymykam teraz oczy i wspominam. Kierowcy skuterów sprawiają szalone wrażenie, ale imponuja zręcznością i wbrew pozorom ostrożnością w czasie jazdy. Oczywiście to nie znaczy, że piesi nie powinni mieć otwartych oczu.

W tych wąskich uliczkach toczy się swobodne życie: stragany, stoiska z pizzą i kawą, Suszarki na ubrania wystawione pomiędzy tym wszystkim, wprost na brukowaną przeważnie ulicę. Starsi panowie grają sobie w karty przy gdziekolwiek przed kamienicą umieszczonych stolikach. Na balkonach powyżej także suszy się pranie, co chyba od zawsze kojarzy mi się z Neapolem.

Mój syn to wielki przyjaciel kotów, a w tych miastach wiele ich żyje na ulicy. Te z Pompei, bo i tam byliśmy, prezentowały się dorodnie, najwidoczniej rozpieszczane przez turystów. U siostry natomiast na podwórku grasują terroryści! Niedożywione chudziny, z matową sierścią nie budziły mojej sympatii. Sąsiedzi umówili się, że koty mają łapać okoliczne szczury, zamiast liczyć na resztki z pańskich stołów. Te koty tylko czekały na okazję, by wpaść do mieszkania i capnąć coś jadalnego. Siostra zwraca uwagę na domykanie drzwi i zabezpieczanie okien, lecz syn, nieświadomy zagrożenia, zostawił raz uchylone tarasowe wejście. Złodzieje wpadli do kuchni, zwalili z kuchenki całą patelnię z przygotowaną na obiad kiełbasą, i z porwanym łupem czmychnęli na podwórko. Obiad trzeba było improwizować od nowa, a siostra ani za gotowaniem nie przepada, ani niema na nie zbyt wiele czasu.

Złodziei nie brakuje nigdzie, a o tych włoskich opowiada się wręcz legendy. Syn na własnej skórze przekonał się o ich możliwościach, których, jak przyznał, nie docenił. W pełnym ludzi autobusie spryciarz wyciągnął mu z zasuniętej kieszeni kurtki telefon. Kieszeń była zasunięta na suwak, syn trzymał dłoń na niej, a jednak złodziej poradził sobie z zamkiem błyskawicznym, który znalazł się poza dłonią. Bardzo sobie wyrzucałam, że nie napomniałam wcześniej, by syn schował cenniejsze rzeczy pod ubraniem, ale sam przyznał, że być może nie usłuchałby rady. Ja tej ostrożności nauczyłam się w czasie, gdy regularnie bywałam na krakowskim dworcu i na szczęście nigdy jeszcze nie spotkała mnie zła przygoda.

Swój post rozpoczęłam lekko zmęczona ponurą, polską już pogodą, z poczuciem przytłoczenia po podróży i stąd jego tytuł. A jednak fajnie było! Lubię podróże i lubię powroty.

Ale samoloty niekoniecznie ;)

Niebawem dołączę kilka zdjęć z naszej wycieczki.

środa, 11 marca 2026

Newsiki

Raczej skrótowo i w tonie sprawozdania, a nie rozmyślań, bo zmęczona już jestem i chcę się dobrze wyspać przed kolejnym dniem.

Byłam dziś w Klubie Pacjenta. Nie dałam się zdominować przez Olę, zresztą okazuje się ona pomimo swojej rozmowności dobrym słuchaczem i wystarczyło tylko zakomunikować, że potrzebuję porozmawiać. Rezultat: umówiona, i to na nieodległy termin wizyta u psychoterapeutki z perspektywą systematycznego wsparcia. Jak warto było zdecydować się na spotkania w Klubie - zupełnie dobrowolne i niezobowiązujące, a w dodatku w godzinach pracy. Nauczyły mnie ostatnie doświadczenia nie odmawiać sobie prawa do przyjmowania pomocy i czerpani wsparcia, skąd się tylko da. Porzekadło powiada: jak dają, trza brać! Wsparcie ma obiecane także Ola (nie pamiętam, jak ją nazwałam we wcześniejszych wpisach, ale mniejsza o to - tak czy owak, imię jest zmienione). W piątek idę też do psychiatry poważnie porozmawiać o moich problemach i ewentualnej hospitalizacji na oddziale dziennym.

Testuję nowe aparaty słuchowe. Jutro wizyta w pracowni i zakup, bo decyduję się na nie.

Rozmówiłam się też radykalnie i chyba ostatecznie z D. Początkowo sądziłam, że zostawię tę sprawę bez komentarza, ale przecież ja się uduszę, jeśli nie domknę sprawy i nie powiem, co myślę. Napisałam, jak czułam: że to, co się wydarzyło, nie jest w porządku ani wobec mnie, ani wobec wieloletniego dobrego kolegi. Nie o to mam żal, że musiałam go przenocować, bo zrobiłam to z przekonaniem a nawet przyjemnością (pogawędziliśmy sobie we dwoje, jak rzadko, bo widujemy się tylko raz na jakiś czas). Chodzi o koleżanki krętactwo i niekoleżeństwo. Szanowna koleżanka zareagowała oburzeniem, kazała mi się puknąć w głowę. "Marta, jakby to wyglądało? X. u mnie z poważną wizytą, on wychodzi a Mateusz zostaje?". Odpowiedziałam jej, że można było otwarcie postawić sprawę, zamiast kręcić i zasłaniać się gratami w pokoju. Wystarczyło poprosić mnie wprost o przysługę zamiast wymyślać wykręty i rzeczy niewypowiedziane (ta rzekoma wzmianka Mateusza o nocowaniu u mnie). Mateusza też można było wziąć na stronę i wyjaśnić poczucie niezręczności. Dorośli ludzie otwarcie rozmawiają i rozwiązują problemy. Swoją drogą słabo świadczy o związku brak zaufania i podważanie lojalności.
D. zaczęła mnie też atakować, wypominać moje rzekomo głupie wypowiedzi (wspominałam żartobliwie, jak rozczarowała mnie wizyta u cioci w Szwecji, bo było pełno ciemnoskórych na ulicach, a żaden mnie nie zgwałcił - dużo się wtedy gadało o rzekomej wysokiej przestępczości wśród imigrantów), stwierdziła, że moje zachowanie jest niedojrzałe. Wisienką na torcie było: "Zazdrościsz mi, że kogoś mam!". Wyjaśniłam uprzejmie, że to jej krętactwo było dziecinadą, po czym oznajmiłam, że blokuję nasz kontakt, by nie ciagnąć dyskusji niepotrzebnie ("bo jestem gadatliwa" - dodałam). Nie odmówiłam sobie złośliwości: "Normalnie skręca mnie z zazdrości, że co pół roku inny".
Na reakcję nie czekałam.
Prawdopodobnie mam już "pozamiataną" tę znajomość. Dziwnie mi jakoś nie żal.

niedziela, 8 marca 2026

D. raz jeszcze.

Trochę się boję pisania o znajomych, a mało co mnie tak porusza jak relacje z innymi, wszytkie te ludzkie historie.

Napiszę, a czy opublikuję, to się okaże.

Dał wczoraj znać Mateusz, że będzie w naszym mieście i zaproponował spotkanie u D. Ochoczo przyjęłam tę propozycję, bo ogromnie go lubię. Za chwilę zadzwoniła D. i potwierdziła zaproszenie. Dodała, że będzie jeszcze u niej "przyjaciel". Zaskoczyła mnie ta nowina, ale zażartowałam tylko: "Skąd ty ich bierzesz? Podzieliłabyś się może". D. z zadowoleniem i rozbawieniem w głosie odparła, że na brak powodzenia nigdy nie narzekał.

D. jest jakieś półtora roku po rozwodzie z drugim już mężem. Potem zaliczyła krótki epizod ze starszym o pokolenie facetem, co pomogła jej wybić sobie z głowy nasza wspólna koleżanka. Poznałam tego gościa - mocno ograniczony, nieciekawy typ. Z jego powodu miałyśmy ostrą kłótnię, bo odwiedzili mnie razem, gdy nieprzytomna leżałam w szpitalu i nieproszeni przez nikogo udali się do lekarza na rozmowę w mojej sprawie. Była to jego inicjatywa, bo ona nie z tych, co wychodzą z inicjatywą. Dowiedziałam się o tym już po wyjściu ze szpitala i zwróciłam uwagę na niewłaściwość zachowania.

Ten "dziadek" to całkiem niedawny epizod, a tu już kolejny mężczyzna pojawia się nie wiadomo skąd. Na Jowisza, skąd ona ich bierze?!

Nie mam prawa oceniać cudzego życia i cudzych wyborów. Ten gość wydaje się w porównaniu z poprzednimi całkiem do rzeczy. Oboje jednak z Mateuszem stwierdziliśmy już po wspólnym spotkaniu, że D. za szybko wchodzi w relacje i potem przez to cierpi.

Co mnie bardzo wczoraj uderzyło?

Do Mateusza zadzwonił interesant w sprawie wynajmu mieszkania. Pospiesznie nas opuścił, okazało się jednak, że zostawił u D. swój plecak. D. coś mętnie zaczęła mówić, że miał zamiar przenocować u mnie. Bardzo mnie to zdziwiło, bo o niczym takim nie słyszałam. Ale uznałam, że może rozmawiali o tym wcześniej, zanim do nich spóźniona dotarłam. Ewidentnie jednak była jakaś spłoszona, miała niepewną, znaną mi już minę. Nie wdając się w domysły, zatelefonowałam do Mateusza i wyjaśniło się. Wspominał D., że jeśli nie będzie miał gdzie nocować, chciałby wrócić do niej na nocleg. D. jak to D.  nie określiła się wyraźnie wobec niego, czego się domyśliłam po jej "mętnej" reakcji. Powiedziałam Mateuszowi: "Dam ci ją do telefonu, bo widzę, że jakaś zdezorientowana". D. przejęła telefon i zaczęła coś marudzić, że drugi pokój ma zagracony rowerkiem stacjonarnym i czymś tam jeszcze... Tak jakby ten, za przeproszeniem, fagas, całkiem niezłej postury, nie mógł jej pomóc w przeniesieniu przedmiotów, by swobodnie rozścielić łóżko dla gościa.

Nie dyskutowałam, bo nie wypadało. Oświadczyłam Mateuszowi, że nie ma sprawy, może spać u mnie.

Gwoli wyjaśnienia, rodzinny dom Mateusza znajduje się w sporej odległości od naszego miasta, na wsi, a lokatorzy zajęli jak nigdy wszystkie kilka mieszkań. Rano Mateusz musiał być na miejscu, więc późna jazda do rodziców byłaby sporym kłopotem.

Przenocowałam kolegę, pogawędziliśmy jeszcze przed spaniem. Ulokowałam go w moim "salonie", a sama zajęłam okropnie zabałaganiony pokój syna. Daliśmy radę, jak mawia młodzież. Żartowałam: ciekawe, co na to moi sąsiedzi, że nocował u mnie mężczyzna :)

A D.? Też mi koleżanka! Marzyło jej się sam na sam z ledwo co poznanym fagasem i tyle. Nieważna przyjaźń i lata znajomości. Odwagi, by otwarcie odmówić, zabrakło. Poczułam... pogardę? Może za mocne określenie, ale - trochę tak.

Ani ja, ani Mateusz nie mówiliśmy za wiele o tej sytuacji, ale mam wrażenie, że nasze odczucia są podobne.

Dziś D. prezentuje na Facebooku zdjęcie, jak przytulają się z fagasem (tak, wiem, że jestem złośliwa, a "fagas" Bogu ducha winny) nad jakimś jedzeniem w restauracji. Powstrzymałam się nie bez wysiłku od komentarza: "Nowy pan, nowy kram!"

piątek, 6 marca 2026

(P)o D.

Pisałam kiedyś o swoich silnych dość rozterkach dotyczących D.
W końcu czas pokazał. Znajomość spokojnie dogorywa. Bez kłótni i dramatów, lecz ewidentnie kontakt się rozluźnia.

Nie jest łatwo krótko, zwięźle i bez pewnego okrucieństwa pisać, co przeszkadza mi u D. więc już to pominę.

Bardzo mi się poprzez zestawienie tej znajomości z innymi pokazuje, jak warto nie zdawać się na przypadek w dobieraniu sobie towarzystwa. Dobrze jest wybierać ludzi świadomie, szukać tego, co łączy, ale nie za szybko wchodzić w swoje światy. Mnie jednak potrzebna jest odrobina dystansu, stopniowanie zażyłości, częstości i intensywności kontaktów. Z czasem samo się pokazuje, z kim mi bardziej, a z kim mniej po drodze. Z D. było jakoś tak za szybko, od razu za blisko. Nie żałuję, bo mamy teraz wiele miłych wspomnień, ale wcześniej, nawiązując przyjaźnie po swojemu, nie przeżywałam rozczarowań, jakie spotkało mnie z D. Z natury należę do osób powoli wchodzących w relacje i po tym odstępstwie stwierdzam, że "ustawienia fabryczne" mają głęboki sens.

Ale może jednak to doświadczenie było mi potrzebne? Poszerzyło horyzonty, perspektywę, dostarczyło lekcji i wiedzy o ludziach? I jednak dodało pewności siebie, pozwalając przekroczyć dawne przyzwyczajenia.

Dziś, dzięki temu, czego nauczyła mnie D. śmielej wychodzę do ludzi. To cenne.

Newsy mniejsze i większe

Dzień miałam dzisiaj bardzo udany, chociaż oczywiście niewyczerpywanie się skupieniem w pracy wymaga całej strategii: jak najmniej rozpraszania się bzdurami, jednocześnie dbanie o krótkie przerwy na oddech, jakieś porozciąganie się w toalecie, zrobienie sobie kawy lub herbaty. Wszelako dziś się udało i wyszłam z biblioteki jeszcze z niezłym zapasem energii.

Podjęłam żeńską ( 😀 ) decyzję, by udać się do pobliskiego szpitala psychiatrycznego i zapisać się na wizytę u specjalisty. Zrobiłam to, bo dosyć już dręczenia się rozterkami i poczuciem winy. Jestem w potrzebie i zasługuje na wsparcie!

Kolejny milowy krok to wizyta w pracowni protetyki słuchowej. Mam już pieniądze na nowy sprzęt! Na Zrzutce wprawdzie uzbierałam tylko połowę potrzebnej na nowe aparaty sumy, ale co nieco dostało mi się poza zrzutką od dobrych znajomych i krewnych. Mamy siostra, na przykład przelała tysiąc złotych na moje prywatne konto, od wielu osób pieniądze otrzymałam bezpośrednio. Piesek Riko też nie za darmo był moim podopiecznym przez prawie trzy miesiące.
Stwierdziłam wreszcie, że już mnie stać na "lepsze zabawki", które na razie zdecydowałyśmy się z panią z pracowni wstępnie jeszcze raz przetestować.
Ach! Czuję sprawczość i moc!

Mniej nieco będą kosztować te słuchowe protezy, niż się spodziewałam, toteż postanowiłam za resztę kupić sobie "uczciwy" odkurzacz. Taki z porządnym ssaniem i niewyłączający się po dwudziestu minutach używania jak ten, na który nabrałam się kiedyś w Biedronce i teraz tylko zajmuje miejsce w kącie, bo już szczotka na kiju lepiej się spisuje i przynajmniej nie strajkuje w połowie pracy. A tego starego grata komuś po prostu oddam.

Skoro mowa o pieniądzach - wojuję z sąsiadem. Kilka już miesięcy temu pomógł mi naprawić awarię pieca i centralnego ogrzewania, ale skubany dobrze wiedział, co robi i w co inwestuje. Zapłaciłam mu, aczkolwiek skromnie za fatygę, ale to mu nie wystarczyło. Sąsiadunio migiem wykorzystał moją wdzięczność, przymilił się, uśmiechnął (a umie!) i wydębił ode mnie pokaźną pożyczkę. Pomna wcześniejszych niemiłych doświadczeń, doskonale wiedziałam, czym ryzykuję, ale świadomie podjęłam ryzyko. A nuż mnie tym razem zaskoczy? Bo oczywiście były obiecanki w stylu: "Sąsiadka! Do końca tygodnia / do przyszłego piątku, w przyszłym miesiącu już na pewno!". Najnowsza wersja głosi, że do piętnastego marca. Kiedy wyraziłam złość - przytulił mnie, rzucił jakiś żarcik. Szczerze mnie już irytuje ta sytuacja. Bez ogródek - to czysta bezczelność! Facet jest kawalerem, mieszka u matki, pracuje - i notorycznie pożycza, zdaje się, że nie tylko ode mnie.
Obiecałam mu, że go nie zdradzę przed matką, by jej nie denerwować, korci mnie jednak, by to zrobić i aby nie czuł się bezkarny. Aczkolwiek jestem zdania, że to sprawa między nami i wciąganie w to rodzica jest dziecinadą. Ale skoro on sam zachowuje się jak dzieciuch...

Cóż jeszcze z newsów? Koleżanka, którą kilka lat temu poznałam na rajdzie rowerowym, skrzyknęła przez Facebook grupkę chętnych na wspólne uprawianie sportu i turystyki. Byłam już na pierwszej koleżeńskiej przechadzce z kijkami, a jutro kroi nam się wyprawa za miasto na leśne ścieżki. Jeszcze nie znam szczegółów, ale już sobie układam plan działania, by mieć czas na tę niewątpliwą przyjemność i by nie ucierpiało na tym domowe gospodarstwo.

Tymczasem jednak odpoczywam, bo i to jest teraz ważnym punktem w moim życiu. Za chwilkę skok na jakieś spożywcze zakupy i wstępne przygotowanie jutrzejszego obiadu.

A potem poczytam. Przytargałam z biblioteki "Odpowiedź Hiobowi" Carla Gustava Junga. Rzecz to poważna i nie obiecuję sobie, że zgłębię od deski do deski. Raczej poczynię wstępne rozpoznanie treści. A potem zadecyduję: Jung czy Osho, którego "Miłość, wolność, samotność" zaczęłam w mijającym tygodniu.

O tym ostatnim jeszcze pewnie napiszę, bo jest fascynujący, a zarazem budzący mieszane uczucia.

Ach! Jeszcze byłabym zapomniała: w bibliotece odwiedziła mnie dzisiaj kobieta poznana w Klubie Pacjenta, do którego uczęszczam. Co za miła niespodzianka! Jak to fajnie spotkać... drugiego człowieka. O spotkaniach chyba też niebawem popełnię post, bo zaiste są spotkania i spotkania, ludzie i ludziska.

czwartek, 5 marca 2026

Veto!

Coś się robi, coś się realizuje. Było się na rajdzie, poszło się z koleżanką na spacer z kijkami w ramach powołanej przez nią do życia grupy do wspólnych sportowo - towarzyskich aktywności. Nie zmienia to faktu, że codzienne funkcjonowanie stało się wyczerpujące i trudne. W weekendy, gdy można pozwolić sobie na własne tempo i ma się po prostu więcej czasu - odżywam, ale potem nieubłaganie przychodzi tydzień pracy zawodowej, nieruchomego tkwienia przy biurku i koncentrowania umysłu, który tak chciałby się wyłączyć, oderwać...

Dręczyła mnie bardzo długo myśl, obawa, że to może tylko figle leniwej psychiki, by uciekać od tego, co niezbyt przyjemne. Ale, na Boga, zależy mi na pracy i na szacunku do samej siebie, więc i na przyzwoitym wykonywaniu obowiązków. A więc i na satysfakcji, że buduję ten cały katalog i dzięki mnie te wszystkie opisy dla czytelników. Niewiele mi pomaga ta świadomość, po chwili mobilizacji wraca poczucie wyczerpania i modnie tak ostatnio zwanej mgły mózgowej.

Wróciłam dzisiaj z pracy tak zmęczona, że nie chciało mi się nawet zjeść tego, co przyniosłam ze sklepiku przy pewnej restauracji. Padłam na kanapę jak stałam i dopiero po drzemce odgrzałam krokiety oraz barszcz z kartonika. Umyłam naczynia, bo jednak pilnuję, by nie zbierało się ich w zlewie zbyt wiele i przesmażyłam szybko mięso na jutrzejszy obiad, by nie leżało za długo surowe w lodówce. Resztę obiadu dorobię jutro, bo mam plan i pomysł na szybkie danie.

Ale wróć, Marto, do rozpoczętej myśli: dręczyłam się, że może tylko moja podświadomość próbuje odciągnąć mnie od niezbyt przyjemnych obowiązków i zwyczajnie ogarnia mnie lenistwo. Może wystarczyłoby się wziąć w garść, zdyscyplinować się?
Dziś przyszłam do pracy już od rana nieszczęśliwa i znużona. Przy biurku zastosowałam genialne sposoby niejakiej Sylwii Kocoń, udzielającej się w internecie terapeutki na regulację układu nerwowego. Techniki oddechowe, stymulacja nerwu błędnego pomogły wspaniale... ale nie na długo. Cała dniówka to była walka o skupienie.

Potem jeszcze przeczytałam swój wypis ze szpitala psychiatrycznego (przyniosłam do wglądu dla tej pracującej w ZUS znajomej koleżanki), a tam wyczytałam coś o "kontynuowaniu wsparcia".

I to mnie olśniło! Moje leczenie to nie rozdział zamknięty. Ma być podtrzymywane!

Koniec dylematów i snucia wątpliwości: dzwonię jutro do rejestracji psychiatrycznej i niech się dzieje, co chce. Moje życie teraz to jakaś tragiczna wegetacja. Nie wyrażam zgody na wegetowanie!