Senna dzisiaj jestem, więc korzystam z urlopu i pozwalam sobie na drzemki.
Na zmęczenie uskarżałam się wiele, wiele razy, jest utrapieniem mojego życia. Dziś miałam okazję poruszyć ten temat z psycholożką. Nie psychoterapeutką, ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu, ale i tak warto było się z nią spotkać.
Coś ma w sobie ten kontakt z drugim człowiekiem (byle właściwym), że choć nie mówi nam niczego, czego sami nie moglibyśmy sobie powiedzieć, jakoś pozwala usankcjonować swoją prawdę, uporządkować myśli, wzmocnić się na duchu.
Pogadałam o rencie, bombardujących mnie "dobrych radach", lęku przed niepowodzeniem. Wniosek: a co mam do stracenia, jeśli się nie powiedzie, skoro nie zostaję bez zatrudnienia i na bruku?
Poskarżyłam się na stany zmęczenia, moje "lenistwo". Opowiedziałam, jaka czuję się leniwa i mało wydolna. Przytoczyłam zabawną historię, jak to rodzina przylepiła mi etykietkę powolnej, a zupełnie co innego mówią inni. Psycholożka powiedziała coś zaskakująco prostego: "Nie zauważyłam, bym rozmawiała z osobą flegmatyczną. Po prostu szybciej się pani wyczerpuje". Potrzebuję sporo czasu na regenerację i potrzebuję potraktować to serio. Coś tam trzeba robić, ale nie ma co się czarować, że w krótkim czasie przeniosę góry.
Czuję większy spokój po tym spotkaniu. Kolejna wizyta pod koniec kwietnia.
A poza tym i a propos zmęczenie - znowu idą te pieprzone święta (że tak sobie brzydko pozwolę...) :(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz