czwartek, 2 lipca 2026

Meldunek z dzisiaj

Jaka cudowna pogoda dzisiaj! Polało deszczem i ochłodziło się, Oddycham z ulgą.

Na oddziale dzisiaj dzień był niezły, choć miałam chwilę kryzysu, gdy zrobiło się gwarno i głośno. Opanowałam się jednak, a i ludzie okazują się pomocni, gdy się im taką potrzebę zasygnalizuje. Kolega Boguś nawet zaproponował, że będą przy mnie mówić pojedynczo. Miło...
Jutro być może zostanę poproszona o podsumowanie swojej hospitalizacji, bo to już przedostatnia terapia grupowa, w której będę uczestniczyć. Za tydzień kończę swój pobyt. Podsumowanie nie będzie jednoznaczne, bo ten szpitalny czas był dla mnie słodko - gorzki. Ośmielę się nawet powiedzieć, że z przewagą trudności. Ale i z wartościową nauką: mamy realny wpływ na własny stan psychiczny, możemy w życiu wybierać, czy lepiej użalać się nad sobą, czy poszukiwać rozwiązań. To poszukiwanie to wyzwanie nie lada, o wiele łatwiej jest grzęznąć w emocjach. Żałuję, że tak późno zaczęłąm otwierać się na innych pacjentów i inne rozwiązania swoich problemów. Mimo że widzę możliwości, nie znaczy to, że w cudowny sposób zniknęły niemiłe uczucia. Nawet dzisiaj popłakałam się w ukryciu z przykrości i rozdrażnienia hałaśliwymi zajęciami.

Po wyjściu z oddziału przejechałam się do Urzędu Pracy po stosowne zaświadczenie potrzebne do starań o rentę. Mają mnie zawiadomić, kiedy będzie gotowe. Zapomniałam natomiast o poczcie (przyszło avizo) i rejestracji do lekarzy (neurolog, laryngolog). Jutro trzeba to załatwić - jak amen w pacierzu.

środa, 1 lipca 2026

Czereśniowe refleksje.

Oj! Huśta mną i huśta. Co dzień to inny nastrój, ale zauważyłam, że mam na to spory wpływ. Jak powiedziała koleżanka z oddziału - nikt tak nam nie potrafi spieprzyć życia jak my sami. W depresji trudno zmusić się do jakiejkolwiek aktywności a jednak warto. Podkreśla się znaczenie najmniejszych sukcesów w pokonywaniu siebie, porządkowaniu dnia, odnajdywania celu w swojej codzienności.
Depresji mi nie zdiagnozowano, ale zaburzenia nastroju są moim udziałem i potrzebuję sobie z nimi radzić. Miałam wypróbowane sposoby, o których ostatnio skutkiem różnych trudności zapomniałam. Trzeba je wpisać w plan dnia niczym zadania. Nie tylko małymi krokami realizować plany, ale też pamiętać o przyjemnościach, przed którymi często powstrzymuje zwykłe wygodnictwo. Najłatwiej przecież wylegiwać się na kanapie i snuć się z kąta w kąt. Znam jednak opowieści osób, którym w depresji zalecono spacery i te - początkowo wykonywane z niechęcią - po jakimś czasie pomagały.

Wczoraj skorzystałam z zaproszenia znajomej na czereśnie. Jedna z moich dwóch przyjaciółek, od lat mieszkająca za granicą, poprosiła mnie, bym skontaktowała się z jej mamą, która nie odbierała od niej telefonów. Niepokoiła się, jak mama radzi sobie w okrutne od kilku dni upały.
Zadzwoniłam więc. Pani A. nie od razu odebrała, ale w końcu się odezwała  i uspokoiła, że u niej wszystko w porządku. Popytała, co u mnie, zrelacjonowała pokrótce swoje sprawy, po czym zaprosiła mnie do siebie na czereśnie. Pomimo upału i niechęci do ruszenia się z domu, jednak wybrałam się na wieś - i nie żałuję.
Tam też oczywiście gorąco, ale jednak inne powietrze i inny świat. Zieleń, natura, spokój. Stojąc wysoko na drabinie nazbierałam wiadro słodkich owoców, naprawdę przepysznych. Potem rozmawiałyśmy na podwórku, przyglądając się zaniepokojonemu naszą obecnością kwiczołowi. Ptaszek polatywał z miejsca na miejsce, coś tam po swojemu wykrzykując, a ja miałam okazję sfilmować go za pomocą telefonu.

Pani A. już chyba dobiega osiemdziesiątki, jest, o ile mi wiadomo, starsza kilka lat od moich rodziców. Dzielnie radzi sobie w gospodarstwie, ale czułam cień smutku na jej widok. Po dłuższej przerwie w kontakcie zauważa się upływ czasu. Kilka lat temu owdowiała i teraz sama "ogarnia" ogród, dom, drób. Roboty jej nie brakuje. Wstępnie umówiłyśmy się na jesienny zbiór orzechów.

Ta wyprawa na wieś prawdziwie mnie wczoraj zrelaksowała. Miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, cieszył mnie też kontakt z drugim człowiekiem. Choć daję sobie radę we własnym towarzystwie, jednak prawdziwie ożywczo działają na mnie dobre relacje.

Potrzebuję je odbudować, bo odkąd D. poszła w odstawkę, zrobiło się w moim życiu... luźno.

Dziś natomiast poczyniłam pierwszy krok w drodze do renty chorobowej. Wybrałam w ZUS-ie stosowne formularze. Boję się tej drogi, ale czy cokolwiek mam do stracenia? Najwyżej mi tej renty nie dadzą.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

czwartek, 25 czerwca 2026

Przykrość i planowana konfrontacja.

Spotkała mnie przykrość, aczkolwiek niezamierzona.
Kolega Boguś alias Z. (niech będzie to pierwsze, bo bardziej mi się podoba) wspomniał na terapii grupowej, że czuje się przebodźcowany. Całkowicie to rozumiem, bo sama doświadczam tego do potęgi n-tej. Wspomniał, że jest gwarno i że "Marta głośno mówi". Nic takiego, ale poczułam ogromną, nieadekwatną wręcz przykrość. Potem, przy obiedzie on zauważył mój zwarzony humor i zapytał, nad czym tak rozmyślam. "O rozmaitych zawiłościach świata tego" - odparłam żartem. On wtedy coś tam dodał, czego już nie pamiętam, ale odpaliłam na to: "Skoro jestem za głośna, nie muszę wcale się odzywać". On zaczął tłumaczyć, że rozumie iż wynika to z mojego niedosłuchu. Nic już na to chyba nie odpowiedziałam albo coś zdawkowego i zajęłam się jedzeniem. On zapytał, czemu się tak zdenerwowałam, więc już z pewną irytacją odparłam: "Nieważne" i ostentacyjnie wpakowałam nos w książkę. Po chwili wyszłam z jadalni, aby nie okazać emocji.
Chodzę po tym już dwa dni jak struta. Jest mi serdecznie przykro. Liczyłam na powrót relacji, ciepła, rozmów, a niestety, nie ma na to szans. Pochłonęło go inne towarzystwo. Żałowałam, ale niebawem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam się zwracać w stronę innych osób. Nawet nieźle szło, czułam zadowolenie i otuchę. Wtedy właśnie usłyszałam, że jestem za głośna.
Wiem, że mam tendencję do głośniejszego mówienia, ale nie do końca jest to ode mnie zależne, często dzieje się to spontanicznie i bezwiednie. Czuję się też potraktowana niesprawiedliwie, bo ani nie gadam najwięcej w grupie, ani też nie brak innych dosyć donośnych głosów. Boguś ciągle jest w jakichś interakcjach, bo albo mu się zwierzają wspomniane koleżanki, albo sam dołącza do innych osób i gada, gada, gada. Ale to ja jestem za głośna.
Mimo to zdecydowałam się dzisiaj na SMS do niego z wiadomością, że trochę przesadziłam i chciałabym porozmawiać na ten temat, bo nie chcę między nami nieporozumień i konfliktów. Dodałam, że rozważałam też omówienie tego na grupie terapeutycznej, ale sama nie wiem, co lepsze. W domyśle, decyzję pozostawiam jemu. Napisałam to i wysłałam - raz kozie śmierć!
Teraz czekam na odpowiedź. Pewnie się tak szybko nie doczekam, bo zorientowałam się już, że takie sprawy "załatwia" dość późnym wieczorem.
Jeśli nie odpowie, wyciągnę to na forum grupy pomimo dużej tremy. Tremy, bo to jednak dość osobiste i śmiałe. Jest w tym wątek mojej zawiedzionej nadzieli na przyjazną bliskość.
Swoją drogą - te relacje... Jest na oddziale parka przesiadująca w objęciach i trzymająca się za ręce. Nie sądzę, by to było coś więcej niż potrzeba okazania sobie ciepła, ale jednak wygląda dwuznacznie. A na oddziele zapowiedziano nam jasno, że tu się raczej w tego typu relacje nie wchodzi albo automatycznie oznacza to zakończenie pobytu.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Przełom

Sakramencko przegadane to moje podsumowanie. W dodatku znowu zmieniły mi się emocje i dziś powiedziałabym nieco inaczej. Ale mniejsza już o to.

Weekend był dla mnie emocjonalnie trudny, rozhuśtany, a amplituda uczuć była duża. Ostatecznie jednak zwyciężyła refleksja nad sobą i nad tym, co mówili mi ludzie na oddziale. Mówili o akceptacji, o niepotrzebnym szarpaniu się. Refleksję poparła sobotnio - niedzielna lektura: "101 lekcji, które zmienią twój sposób myślenia" Brianny Wiest. Książkę tę nie bez wahania kupiłam w Biedronce i okazała się świetna.

W wyniku przemyśleń, postanowiłam dzisiaj nie dać się ponieść irytacji, że niedosłyszę. Usiadłam sobie spokojnie z boku nad książką. Potem dopiero przyłączyłam się do rozmowy ze wspomnianym po wielekroć kolegą i niezwykle rozmowną koleżanką, która ma dar wyraźnej dykcji i dość donośny głos. Posłuchałam, coś dorzuciłam od siebie, udało się i bezpośrednio z koleżanką wymienić kilka zdań. Uprzytomniłam też sobie, że na tej trójce przy stoliku świat się nie kończy i zagadałam dzisiaj młodszego kolegę. Rozmawiało się z nim bardzo dobrze, opowiedział mi chłopak trochę o sobie, ja jemu podobnie - była w tej wymianie zdań i myśli symetria.

Co do tego "ulubionego" kolegi przekonałam się, że sąsiadki od stolika traktują go jak darmowego terapeutę, gdyż słuchacz z niego cierpliwy i uważny. Aż zakpiłam dzisiaj lekko: "Boguś (imię zmieniam oczywiście), a ile ci płacą za godzinę?". Było też czego zazdrościć! Dziś rozumiem koleżankę, która rok temu z przekąsem komentowała podobną sytuację (której zresztą właśnie on byl uczestnikiem): "Psychoterapia odchodzi w jadalni". Wtedy się oburzyłam, dziś rozumiem. Bogusia chyba dowartościowuje ta poniekąd adoracja. A niech mu tam! Lubię go bardzo, ale o uwagę walczyć nie zamierzam ani już nie potrzebuję.

Po wyjściu z oddziału skierowałam swoje kroki do mojego "starego" gabinetu protetyki słuchowej.     
Pani M. obiecała zamówić urządzenie wspomagające aparaty i dać mi do przetestowania na parę dni. Jeśli "wypali" - podjęłam... żeńską decyzję - sprzedaję ten nowszy sprzęt, bo wszystko wskazuje na to, że jednak nie zdał egzaminu. No, cóż... ten się nie myli, kto nic nie robi. Stracę na tym oczywiście, ale lepiej stracić część pieniędzy niżby się miały aparaty zupełnie marnować.

W nagrodę za postępy psychologiczne wstąpiłam w drodze powrotnej do szmateksu, gdzie nabyłam klasyczny, stonowany żakiet do jesiennych zestawów odzieżowych.

Dobry to był dzień, choć nie pozbawiony wyzwań ani nie wolny od zmęczenia.

niedziela, 21 czerwca 2026

Podsumowanie

Mam psychologicznie, wewnętrznie intensywny czas. Dużo czuję, dużo myślę, wyciągam wnioski, choć niemało mnie to kosztuje.
Obmyślam, co chcę powiedzieć na forum oddziałowej grupy, żegnając się z nią (niebawem) i podsumowując swój pobyt:

Pobyt tutaj był dla mnie ekstremalnie trudny, ale też wydobył na powierzchnię wszystko, co mam ważnego do przepracowania. Jest tego dużo.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną cierpiącą ani też najbardziej cierpiącą na świecie. Pod wieloma względami jestem wręcz uprzywilejowana: pracuję, na przykład, już prawie trzydzieści lat w jednym miejscu, zarabiam może skromnie, ale nie martwię się o byt, spokojnie daję radę. Wyszłam ze zobowiązań finansowych i mogę sobie pozwolić na to czy siamto. Wychowałam się w domu bez alkoholizmu czy innych skrajnych patologii. Owszem, były nawet jakieś dysfunkcje, ale zawdzięczam swoim rodzicom bardzo wiele i nie brakuje mi ciepłych wspomnień. Mam swoje mieszkanie, dzięki wsparciu mojej trudnej skądinąd Mamy.
Naprawdę mogłam gorzej trafić, ale to nie zmienia faktu, że jestem przeciwna unieważnianiu swoich problemów. Każdy ma, jakie ma i po swojemu je przeżywa, nie nam oceniać. Jednak nie godzę się na to, by dominowały nade mną. Będę szukać rozwiązań, już szukam.

Przepraszam, jeśli byłam w tym swoim cierpieniu egocentryczna, zbyt ekspresyjna. Czasami się nie w porę i nie na temat wcięłam w jakieś rozmowy, próbując zaistnieć, albo na kimś moje emocje odbiły się w przykry sposób. Czasami mnie pokonywały. Czasami czułam takie przygnębienie i niechęć, że opadały mi ręce i najchętniej gapiłabym się na leżąco w sufit. Albo złościłam się na cały świat i płakałam gdzieś pod ścianą.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się tutaj nawiązać takich relacji i kontaktów, jakie kocham: z głębią i bliskością. Uniemożliwiły mi to warunki na oddziale i mój niedosłuch. Szkoda, bo jednak sporo słyszałam tu frapujących i inspirujących wypowiedzi, każdy z nas ma swoją unikalną historię, opowieść. W moim życiu najlepsze wspomnienia, to te związane z bliskością innych ludzi, rozmowami do świtu. Życie mnie tego pozbawiło, a raczej ograniczyło mi to.

Jak powiedziałam, zamierzam coś z tym robić i działać, ale jestem świadoma, że to może nic nie dać i po prostu będę musiała nauczyć się żyć "z dobrodziejstwem inwentarza". To jest najtrudniejsze, ale zawsze wierzyłam, że wszystko, co nas spotyka, ma swój sens i naszym zadaniem jest się go doszukać.
Mam nadzieję, że jeśli się spotkamy w bardziej sprzyjających mi warunkach, uda nam się wypić razem jakąś kawę i pogawędzić z Markiem czy Jola, zapytać o coś, co gdzieś, kiedyś usłyszałam jako strzępek rozmowy, podzielić się czymś swoim. Jeśli zdecydujecie się kontynuować nasze znajomości, to ja też się piszę, zaproście mnie do swojego grona.

Dziękuję za wszystko, a co złego, to nie ja... no, może trochę ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Bolączki i małe zwycięstwa

O, rany! chyba jestem z siebie dumna.

Nie bardzo pojmuję dlaczego moje zmagania z kursem korekty tekstów, a raczej końcowym testem egzaminacyjnym trwały tak długo. Rozciągnęło się to w czasie na lata - aż mi wstyd. Dziś odwaliłam kawał dobrej roboty, aczkolwiek - przyznaję - przy wydatnym wsparciu sztucznej inteligencji. Jednakże jest ona zdradliwa i wolałam na bieżąco weryfikować informacje. Nie zmienia to faktu, że praca przez to bardzo się usprawniła i przyspieszyła. Ten sukces niezmiernie podniósł mnie na duchu, bo złapałam wcześniej potężnego "doła".

W grupie wciąż mi trudno. Liczyłam na pogaduszki jeden na jeden z moim kolegą, ale "capnęły" go dwie rozmowne kobietki i całkowicie zdominowały jego uwagę. Zwierzają mu się, chichrają się wszyscy razem, a on wyraźnie jest z tego zadowolony. Nie żałuję mu, ale szkoda mi relacji i bywam zazdrosna jak podlotek.. Oczywiście nie przyznaję się ;)

Wczoraj dopadło mnie takie poczucie izolacji, przeładowania hałasem, samotność, że nie wytrzymałam i poszłam na stronę wypłakać się. Na oddziale jednak nigdzie i nigdy człowiek nie jest sam. Zauważono mnie, może ktoś "doniósł"? Oddziałowa pielęgniarka zaprosiła mnie do swojego gabinetu, pocieszała zapewniając o mojej wartości. Niespecjalnie to poskutkowało. Potem przyszła porozmawiać "przydzielona" mi psycholożka.

Po powrocie do domu czułam się tak wyczerpana i smutna, że odwołałam wszystkie swoje popiątkowe plany: warsztaty rękodzieła i dzisiejszą wycieczkę w Beskid Niski z PTTK. Rano snułam się przygnębiona, ale w końcu zdecydowałam zająć się czymś pożytecznym. A że wszystko leciało mi z rąk, wybrała zajęcie o "niskim progu wejścia" czyli zarzucony kurs korekty tekstów. Jestem w ciężkim szoku, jak wiele udało mi się dzisiaj zrobić! Jakiś umysł jaśniejszy i więcej pomyslów na usprawnienie sobie pracy... i sztuczna inteligencja. Chociaż trzeba ją sprawdzać, bo jest zdradliwa, bardzo mi pomogła. Wybitnie poprawiło mi to humor.

Poczytałam też na temat moich starych aparatów słuchowych. Z nimi jednak czuję większy komfort, więc postanowiłam sprawdzić, czy mają jakieś udogodnienia w postaci mikrofonów, by wzmacniać dźwięk w trudniejszych warunkach. Podobno takowe istnieją. Po niedzieli idę do gabinetu i proszę o przetestowanie.

A w konkursie przyrodniczym zajęliśmy z kolegą drugie miejsce na sześć drużyn. Do wygranej zabrakło nam wiedzy co do koloru sasanek oraz ilości ramion płatków śniegu.

czwartek, 18 czerwca 2026

Do pionu!

Są momenty, gdy czuję się gorsza, mniej zasługująca na uwagę, odrzucona, gdy do głosu dochodzą osoby bardziej przebojowe i gadatliwe. Bywam zazdrosna o cudzą uwagę i muszę sobie rozsądnie perswadować, że to co czuję i myślę pod wpływem emocji, nie jest jedyną ani obiektywną prawdą. Wymaga to pewnej pracy, ale działa. Wygodnie jest postępować według wyuczonego schematu, ale czy warto?

Dziś po południu brała mnie lekka "zniżka". Zatrzymałam się jednak, zanim automatycznie zareagowałam, i pomyślałam, jak mogłabym poprawić sobie nastrój. Odpowiedź przyszła szybko: zrobić coś przyjemnego i/lub pożytecznego. Na szczęście dzięki lekom mam już na to energię.
Co nieco zatem zdziałałam: szybki obiad na jutro dla mojej latorośli, pranie i wieszanie (za chwilę) prania do wyschnięcia, przetarcie części płytek w łazience, która już o to wola wielkim głosem, wymiana garderoby, bo część jej trzymam w piwnicy z powodu braku miejsca w domu (oj, uzbierało się tych szmat!), umycie kilku naczyń. No i niewielka partia egzaminu z korekty, do którego wracam po bardzo długiej przerwie.

Na jutro zgłosiłam się do konkursu przyrodniczego organizowanego dla pacjentów przez szpital. Liczę na miłą rozrywkę i może zabłyśnięcie wiedzą, bo mam na ten temat nieco wiadomości. Wraz ze mną wytypowano niedawno przyjętego na nasz oddział kolegę.

środa, 17 czerwca 2026

Energia i nadzieja.

Nareszcie energia na jakimś normalnym poziomie. Nie drzemałam dzisiaj po południu, ogarnęłam mieszkanie, poodkurzałam, wyniosłam parę sezonowych szpargałów do garażu. Jaki to inny stan od tego, gdy musiałam do wszystkiego się zmuszać i wymyślałam sobie od śmierdzących leni. Nie byłam leniwa, lecz bardzo zmęczona.

W grupie terapeutycznej poprosiłam dzisiaj o głos i przeczytałam swój zapisek z niedzieli: "Trudne nastroje". Otrzymałam wiele wsparcia, a także refleksji. Niektóre trudno było mi przyjąć, ale niepozbawione były racji. Problem z niedosłuchem, udziałem w rozmowach wydaje mi się taki niecodzienny, taki mało powtarzalny, a przecież na oddziale każdy dźwiga coś, co jest tylko jego. Każdy z nas jest inny, a jednak podobny w tej swojej niepowtarzalności
Jestem teraz jednocześnie na właściwym, pożądanym poziomie energii, a jednocześnie po tych zwierzeniach jakby wyczerpana. Nie jest to to złe wyczerpanie. To tak jakby spadł ze mnie wielki ciężar, ale jeszcze się go czuje w pamięci, jeszcze plecy obolałe.

Pojawia mi się myśl: a może ze wsparciem farmakologicznym dam radę wrócić do pracy i pracować w lepszej kondycji niż przed pobytem na oddziale? A nuż... Można przecież leczyć się psychiatrycznie tak jak leczę inne choroby.

niedziela, 14 czerwca 2026

Zgorszenie i obraza boska!

 Spędzam dzień w sposób  budzący zgorszenie. I dobrze mi z tym!

Chyba zaczyna działać lek, bo choć do szczęścia jeszcze mi sporo brakuje, złapałam się na zadowoleniu i uśmiechu. Dzień, mimo iż cały w negliżu i z przerwami w pościeli, upłynął mi dość produktywnie i satysfakcjonująco.
Po bardzo długiej przerwie wróciłam do kursu korekty. Żmudna to jest robota, ale jakoś może wreszcie się uda go dokończyć. Posłuchałam interesujących podkastów, poczytałam coś w internecie, a przed chwilą ucieszyło mnie ogromnie zaproszenie od koleżanki ze studium bibliotekarskiego na Facebooku. Kilkanaście lat temu straciłam z nią kontakt, gdy przepadły mi numery telefonów. Pomyślałam sobie, że natura naprawdę nie lubi próżni i jeśli tracę jednych ludzi, pojawiają się inni.

Kolega Z. obudził we mnie uśpioną tęsknotę za ciepłem. Niekoniecznie z nim. Co do niego nie robię sobie nadziei, choć jest dla mnie ważny. Oboje mamy swoje ograniczenia i jego nie są wcale mniejsze od moich. Nie na wszystko mam wpływ.

Ale czy ktoś zechce taką "ślepą, głuchą i schorowaną" - jak mnie kiedyś określił pewien niemiły znajomy?

Tak czy owak, cieszę się dziś lepszym nastrojem i tym, co dobre.

Trudne nastroje

Ewidentnie złapałam jakiś stan depresyjny. Zresztą wdrożono mi lek psychotropowy na oddziale. Biorę go już ponad tydzień i na razie trudno mi powiedzieć, czy działa. Aczkolwiek mam wrażenie, że jednak jestem ciut spokojniejsza w ten popiątek (bardzo mi się słowo "popiątek" podoba, chociaż czuję pewną sztuczność, gdy się nim posługuję ; to z pewnością kwestia przyzwyczajenia). Boję się, że gwałtowne emocje wrócą jutro wśród ludzi.
Bardzo chcę zwierzyć się z tych moich wewnętrznych boleści w grupie, wyrzucić z siebie balast, dać sobie przestrzeń na bycie zrozumianą i dostrzeżoną. Boję się jednak zabierać ten czas innym i wyjść na egocentryczny "pępek świata".

Ostatnio się odezwałam. Dostałam rady oraz informacje, że strasznie się wyniszczam przez emocjonowanie się.
Doskonale znam wszystkie racjonalne argumenty. Jestem osobą rozsądną i nie całkiem głupią. To nie unieważnia tego, że czuję tak, jak czuję, że zmagam się ze smutkiem i żałobą po stracie słuchu.

Wsparcia chciałabym w czym innym: odezwało się we mnie znane mi skądinąd poczucie bycia gorszą, nieudaną, skazaną na "drugi sort" i karaną za to, że próbuję jednak żyć i czerpać z życia dla siebie.

To czego doświadczam teraz, to największy koszmar z dotychczasowych, a przecież wiele już w życiu udźwignęłam.

Dźwigam, daję radę, podnoszę się po upadkach i jestem z tego dumna. Ale jak długo jeszcze i co jeszcze mnie spotka? Po ostatniej operacji straciłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam to i wcześniej, ale to nie to samo, co poczuć całą sobą: wszystko się może zdarzyć, nie ma limitu nieszczęść. Mój organizm jest obciążony i wcale nie jest powiedziane, że już nic strasznego się nie wydarzy. Mam chorobę mózgu, występują w niej upośledzenia umysłowe... kto wie, czy do końca życia pozostanę sprawna intelektualnie. Moje nastroje i reakcje są tym silniejsze, że doświadczam trudności czysto organicznych. Nie chcę się nimi usprawiedliwiać, ale są faktem.

Pracowałam nad sobą, nauczyłam się radzić sobie z moimi emocjami, ale w trudnych chwilach wymykają się spod kontroli. Całe lata już nie miałam głębszych stanów depresyjnych (dawniej były, choć nigdy nie leczone i w końcu mijały), a teraz po prostu tąpneło.

Będę pomalutku wyłazić z tego wielkiego doła, ale co mi jeszcze szykujesz, mój losie?

sobota, 13 czerwca 2026

Mało budująco

Cóż tu dzisiaj opisywać? Mało budująco i wczoraj, i dziś.

Mateuszowi pracownicy byli wczoraj oraz dzisiaj niedyspozycyjni, mieli swoje sprawy. Jemu zależało na czasie i szybkim posprzątaniu mieszkań, więc stanęło na tym, że obiecaliśmy posprzątać wspólnie z moim synem. Pięć godzin zajęło porządkowanie dwóch mieszkań, ganianie w tę i z powrotem z drugiego piętra na podwórze do garażu po różne rzeczy. Byłam mokra od potu, na prawej nodze zobaczyłam wieczorem krwawe wybroczyny, co jest jedną z "atrakcji" zespołu Sjogrena.

Dzisiaj znowu były dwa mieszkania do posprzątania, pościel do zmiany i wyprania. Praca sprzątaczki czy pokojowej to zajęcie zasługujące na prawdziwy szacunek! Mnie niestety, za wiele tym razem kosztowała i jestem rozdarta między sympatią do Mateusza, chęcią wsparcia go w imię przyjaźni, a potrzebą zadbania o siebie i całkowitej rezygnacji z tego zajęcia. Zwłaszcza że nie tylko fizycznie, ale i psychicznie mocno teraz niedomagam.

Niedosłuch wciąż aktualny. Wczoraj na oddziale na przemian płakałam i wściekałam się. Czuję się wykluczona społecznie. To ogromnie boli. Poruszyłam ten temat na grupie terapeutycznej, ale cóż oni, inni pacjenci mi mogli powiedzieć? To, co sama doskonale wiem: że emocje mnie wyczerpują, a nie rozwiązują moich problemów. Na Boga, przecież sama o tym wiem!

Postanowiłam na najbliższej grupowej terapii otworzyć się i poprosić o głos. I porządnie się wygadać ze wszystkiego, co mnie boli, a to nie tyko najświeższe sprawy.

czwartek, 11 czerwca 2026

Meldunek po południu

Huśtawka. No, prostu emocjonalny rollercoaster, o którym niedawno pisałam.
Wczoraj płakałam, dzisiaj rano też. Bardzo mi trudno z tą moją komunikacyjną barierą. Dzisiaj znowu na społeczności natarli mi uszu i słusznie. Dobrze, że dopingują, bo bywam mocno zniechęcona. Zapisałam się wczoraj do lekarki pierwszego kontaktu w sprawie skierowania do laryngologa i neurologa. Trzeba ruszać te cztery litery. Zatelefonowałam do Polskiego Związku Głuchych, licząc na jakieś wsparcie i wskazówki. Niestety, okazuje się, że w naszym mieście działa tylko świetlica dla osób migających. Ja o miganiu nie mam pojęcia. Jednak pani przy telefonie podpowiedziała mi kilka sensownych kroków. Obiecuję sobie, że je wdrożę.

Na oddziale poczyniłam dziś kolejne podejście do Rogera, mikrofonu przesyłającego głosy rozmówców do aparatu słuchowego. Do tej pory jakoś nie umiałam się nim posługiwać, a dziś okazało się, że on najlepiej "zbiera" głosy, gdy leży w pewnej odległości. Och, co za ulga! Wyszłam dzisiaj z oddziału w znacznie poprawionym nastroju. Nawet mój kolega Z. jakoś chętnie podjął ze mną konwersację. Rozumiem, że jego też mocno blokowały przeszkody w rozmowie. On ma problemy z wyraźnym mówieniem i nie ukrywał przede mną, że stresuje go mówienie do mnie. Ech!
Ale i tak mu kiedyś wytknę mimochodem, to przeniesienie się od innego stolika bez słowa wyjaśnienia.

Biorę się za chwilę za obiad. Syn po długich łajaniach wziął się wreszcie za mycie naczyń i wspaniałomyślnie oznajmia, że mogę już gotować. Pobędziemy sobie razem w kuchni i pogawędzimy. Każda sposobność do interakcji z młodym gniewnym jest na wagę złota! :)

środa, 10 czerwca 2026

Żal i ból

Bardzo zły dzień i wczoraj, i dzisiaj. Zmęczenie okropne. Złość, żal, frustracja.Może to infantylne, ale zabolało bardzo, że kolega, ten z którym tak dobrze się dogadywałam rok temu, który dał mi odczuć, że jestem lubiana, przesiadł się od nas (mnie i koleżanki) do innego stolika, przy którym zwolniło się miejsce. Podobno to jego ulubione stanowisko, ale uważam, że należało mi się jakieś słówko wyjaśnienia, koleżance zresztą też. Odebrałam to bardzo przykro, bo wiem, jak trudnym jestem teraz rozmówcą.

Zalały mnie emocje. Czuję żal i zniechęcenie. Na porannej społeczności wypomniano mi, że narzekam, a nie działam, by poprawić jakość swojego życia. Zgadzam się z tym, ale brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś ciepłego słowa. Poczułam się winna. A co do działania, oczywiście pełna zgoda, ale czuję się tak bardzo zniechęcona i bez sił.

Czuję się poza marginesem życia.. Chwilami czuję, że moje życie się skończyło. Przeraża mnie wizja długotrwałej, mozolnej walki o lepszy los. Przecież ja jestem wykończona!!!

niedziela, 7 czerwca 2026

Onufry* (nie Zagłoba!)

Dobiega końca zupełnie udany popiątek.

Wczoraj do popołudnia sprzątałam u Mateusza, bo jego "robotnicy" byli niedyspozycyjni. Żartowałam, że zapłacił mi w naturze, bo w lodówce znalazłam dwa koszyczki truskawek i gdy zapytałam, co z nimi zrobić, odpisał: "Weź je sobie". Dzięki temu na obiad miałam dziś owocową rozpustę z makaronem :)
Druga połowa upłynęła mi w domu na jakichś banalnych czynnościach i płytkiej drzemce w międzyczasie. Z tej drzemki wyrwał mnie telefon od byłego męża koleżanki D. Były D. pytał, czy może mnie odwiedzić, bo jest w naszym mieście. Zgodziłam się.

Były - dajmy na to, Onufry zaimponował mi poniekąd. Nigdy nie stronił od alkoholu, a piwa stanowczo nadużywał. Nie był typowym uzależnionym, ale chętnie korzystał z różnych okazji i był to stały element jego życia towarzyskiego. Po rozstaniu z D. zagłuszał ból i "pił wódkę jak dzieci mleko" (rozbawił mnie tym powiedzonkiem). Trwało to do momentu, gdy w maju rok temu wybudził się w środku nocy, rozpłakał się i od tamtej pory nie tknął ani kropli żadnego trunku. Byłam świadkiem, jak odmawiał poczęstunku na wycieczce organizowanej przez PTTK, gdzie się spotkaliśmy w same walentynki.

Wygląda na to, że Onufry otrząsnął się po tej uczuciowej porażce i rozpoczął swoje życie od nowa. Z optymizmem opowiadał mi o regularnych wyjazdach na rajdy, o ludziach, których poznał, o mozolnym odbudowywaniu relacji z własnymi dziećmi, bo i tu miał kiedyś zawirowania. Mówił, że życie bez picia smakuje zupełnie inaczej, nieporównywalnie lepiej. Mam wrażenie, że to taki zapał neofity, pierwsza euforia po odzyskaniu siebie, ale wiem, jak budujące przeżywa się wtedy emocje (budowałam życie od nowa po rozstaniu i otarciu łez). Życzę mu dobrze. Chociaż zachował się swego czasu bardzo niestosownie wobec mnie, zrehabilitował się później i teraz mamy relację opartą na koleżeństwie i wzajemnym poszanowaniu.

*Jasne, że kolega ma na imię inaczej, ale dla "ochrony danych" pozwoliłam sobie na żart z tym Onufrym.

piątek, 5 czerwca 2026

Kolejne wieści

Doszłam do wniosku, że najwyższy już czas na decyzję: zostać na oddziale czy opuścić go na własne żądanie? Odstawiając na boczny tor wahania i wątpliwości poprosiłam oddziałową kierowniczkę o rozmowę. I co wynikło z rozmowy?
Zostaję, ale w poniedziałek proszę oddziałowego pana doktora o konsultację w sprawie farmakoterapii. Średnio mi się uśmiecha dodawanie kolejnych tabletek do tych, które zażywam od lat, ale jeśli ma to poprawić jakość mojego życia - nie zawaham się. Pani C. powiedziała, że moja wzmożona potrzeba snu może świadczyć o zaburzeniach depresyjnych. Liczę na podniesienie energii i wyciszenie wahań nastroju, bo mam spore.
Tu zaskoczenie: sądziłam - o, naiwna! - że decyzja co do leków należy do lekarza. Tymczasem dowiedziałam się, że na oddziale zakłada się, że pacjenci są pod stałą opieką psychiatry (skoro takowy kieruje na odział), który przepisuje (bądź nie) lekarstwa. Na oddziale pacjenci sami decydują, czy życzą sobie kontynuować farmakoterapię, czy też próbują sobie radzić bez niej. Nigdy bym nie pomyślała... Cokolwiek mnie to złości, że pacjent, który nie drąży, nie docieka, pozostawiony jest sam sobie. Przecież nie zawsze nawet wiadomo, że o coś można zapytać, nad czymś dyskutować.

Mojego niedosłuchu nie przeskoczę, muszę się nauczyć z nim współpracować i nie bać się prosić innych o wsparcie. Postanowiłam jednak, a dziś umocniłam się w tej decyzji, że odwiedzę Polski Związek Głuchych w naszym mieście. "Głuchych" brzmi okropnie, ale jak zwał, tak zwał - byle tylko pomogli. Poproszę o pomoc, wskazówki, jak żyć z aparatami, poznam może ludzi, którzy poradzili sobie z takimi problemami, jakie obecnie są moim udziałem.

No i dupsko trzeba ruszyć w sprawie renty. Boję się, odwlekam, a mam realną szansę ułatwić sobie życie. Dookoła oczywiście defetyzm, straszenie nieżyczliwymi, nawet chamskimi komisjami - ale przecież nie każdy ponosi na tym polu porażkę, więc czemu akurat mnie nie mogłoby się udać? Mam takie schorzenia, że moja "rodzinna" lekarka zrobiła wielkie oczy na widok mojego wypisu z neurochirurgii. Mam leczenie psychiatryczne, mam przewlekłe autoimmunologiczne schorzenie. Mam w cholerę argumentów.
Eeech! Mogłabym pracować na pół etatu i mieć siły na te wszystkie spacery, pisanie wierszy po godzinach, dokończenie kilku planów, na które teraz sił brak. Odżyłabym może.

czwartek, 4 czerwca 2026

Płodna próżnia czyli pochwała ciszy

Jakoś przeciekł dzień przez palce. Połowę przespałam. W międzyczasie zrobiłam pranie, odrobinkę posprzątałam, przetarłam podłogę w łazience, zmyłam naczynia. Czyli dzień nie taki znowu bezproduktywny. Ale nijaki jakiś (czy nijaki może być jakiś? ;) ). Bez energii, bez konkretnego nastroju. Nawet bez specjalnego "doła". Po prostu na niskiej energii. Z nutą żalu, że mogłam go spędzić w bardziej wartościowy i atrakcyjny sposób... Ale czy tylko to, co atrakcyjne jest wartościowe? Czy tylko to, co produktywne i pożyteczne?

Przeczytałam dziś o płodnej próżni. Tak w psychologii określa się ten trudny czas, bez którego podobno nie mogą obejść się życiowe przemiany. Jest to czas bezruchu, niedziałania, pustki nieraz i niewiedzy. Mówi się także: ciemna noc duszy. Mam silne poczucie, że właśnie to dzieje się ze mną. Podobno należy to zaakceptować. Jakie to trudne!

Odkrywam jednak, że zaprzestanie rutynowych, wyuczonych działań zwalnia przestrzeń na rzeczy, które karmią serce i duszę. Dla mnie są to małe zdarzenia, do których w codziennym pędzie nie przywiązuje się wagi. Przypadkowe spotkanie, zadumanie się nad pozornym banałem, poddawanie się nastrojom. Lubię to bardzo, a nawet kocham, pomimo że tak często odsuwałam na margines codzienności. Pora chyba przesunąć środek ciężkości. Może to właśnie jest ważniejsze?

W minionym tygodniu odkryłam na nowo magię samotnych spacerów, randkowania ze sobą i notatnikiem. Właśnie w momentach, gdy nie tłoczą się wokół mnie sprawy i ludzie, wydarzają się spotkania niebanalne, niestandardowe. Ostatnio zaintrygowałam i chyba rozbawiłam kierowcę przejeżdżającej polną drogą taksówki. Kilka lat temu - do dziś to pamiętam jako ozdobę codzienności - nad naszą rzeką spotkałam starszego pana, który odsłonił przede mną kawałek swojego świata.

Tego pana spotkałam, gdy wyciągnięta na trawie wylegiwałam się na brzegu rzeki. Usłyszałam kroki i zerwałam się speszona. Pan uspokoił mnie jakimś miłym słowem i zaczęliśmy rozmawiać.

Miejsce, które wybrałam okazało się jego prywatnym małym azylem, gdzie szukał ukojenia po śmierci żony. Oswoił to miejsce, urządził sobie wygodne siedzisko na brzegu. Pokazywał mi, jak do rozsypanych w wodzie okruszków podpływają stada drobnych rybek. Mikroświat... Wzruszyła mnie ta prosta historia i do dziś ją ciepło wspominam.

Rzadko pozwalałam sobie na takie spotkania i chwile, a są tak dostępne. Były obowiązki, wychowywanie dziecka, jakieś towarzyskie interakcje. Chociaż to zawsze jakoś grało mi w duszy, wiecej uwagi kierowałam na zewnątrz. Pójść z synkiem na miejską imprezę, z mężem na wspólne domowe zakupy, na obiad do teściów, do pracy... Dziś mam więcej czasu dla siebie i na to, co ciche, skromne, a głębokie.

Pewnych ludzi nie spotkam w tłumie, a historii nie wysłucham w zgiełku.

Tylko uwierzyć w to trzeba.

środa, 3 czerwca 2026

Tracę czas?

Przyszedł na oddział mój kolega. Liczyłam, że razem będzie raźniej, serdecznie, a jest - trudno. On nie ukrywał, jeszcze przed hospitalizacją, że stresuje go bariera komunikacyjna między nami. Ja nie słyszę, nie rozumiem ; on mówi niewyraźnie i szybko, zwłaszcza w silniejszych emocjach, a jest człowiekiem wrażliwym. Oboje martwimy się, że jedno drugiemu przysparza trudności. Jest mi z tym cholernie źle.  On wyraźnie jest w gorszej psychicznie kondycji, więc nawet nie za wiele rozmawiamy.

Oddział to jednak przede wszystkim leczenie, a nie życie towarzyskie, chociaż koleżanka dzisiaj nazwała go przedszkolem - jako, że wypoczywamy, poddawani jesteśmy terapii zajęciowej i grupowym aktywnościom. Skoro więc przyszłam tu, by poczuć się lepiej, a to miejsce nie spełnia moich oczekiwań, ostatecznie postanowiłam rozmówić się z personelem co do sensu mojego tutaj pobytu. Może lepsza byłaby jakaś terapia indywidualna, ambulatoryjna? Może jakieś wsparcie farmakologiczne, by wyhamować moją drażliwość, podnieść energię? Jednym słowem, może potrzebne tu inne rozwiązania?
Szkoda tracić czasu na bezproduktywność.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Nowinki

Przebolałam już utratę pieniędzy. Słusznie skwitował to kolega z oddziału: "Będą nowe" i podzielił się historią o żonie, która zamówiła przez internet zabawki dla dzieci i została bez pieniędzy oraz bez zabawek. Wiele osób przeżyło to samo, co ja.
Powróciłam do starych aparatów słuchowych. Są już oswojone i łatwiej mi z nimi funkcjonować. Czuję ulgę. Wyszłam dzisiaj z oddziału o wiele mniej rozdrażniona i zmęczona. Bez po południowej drzemki w domu jednak się nie obeszłam. Potem zaimprowizowałam obiad na jutro i pobieżnie uporządkowałam mieszkanie.
Nowe aparaty będę wdrażać stopniowo.
Dziś miałam indywidualną rozmowę z psychoterapeutką. Młode, początkujące chyba w zawodzie dziewczę, ale ciepłe, sympatyczne i dość wspierające. Pytała mnie, co w tym tygodniu mnie poruszyło i o czym chciałabym porozmawiać. Nie bardzo miałam pomysł, podzieliłam się moją niejednoznaczną samotnością. Właściwie nie jest ona dla mnie problemem, poświęcam wiele uwagi sobie i swoim sprawom, mój świat jest bogaty i nie odczuwam pustki. Jednak brak czasem dawnych regularnych spotkań z D., dochodzą do głosu rozdźwięki z rodziną i znajomymi - niespecjalnie odczuwam braterstwo ze światem, choć i nie żywię wrogości. Moja droga teraz wydaje mi się mocno osobna. Bogiem a prawdą tłoku wokół siebie nie stwierdzam.
Pomyślałam, już w domu, że następnym razem porozmawiam o moim zdezorganizowaniu i poczuciu życiowej niewydolności, o braku energii, by sprostać swoim życiowym i domowym standardom.
Jutro na oddział przychodzi mój ulubiony kolega. Cieszę się. Bardzo ciepło o nim myślę.

niedziela, 31 maja 2026

Jak na... społeczności. Smutek

Codziennie rano mamy na oddziale tzw. społeczność, w czasie której zdajemy relację z tego, jak nam upłynął czas od wyjścia ze szpitala do kolejnego dnia w nim. Siłą rzeczy po weekendzie opowieść jest dłuższa.

Otóż w piątek przyszłam do domu śmiertelnie zmęczona i niemal natychmiast położyłam się do łóżka i kamieniem przespałam około trzech godzin. Wstałam potem bez entuzjazmu, a właściwie nakłonił mnie do tego syn, swoimi niezbyt subtelnymi żartami. Nawet nie bardzo pamiętam, co robiłam, dopóki znowu nie poszłam spać. Ot, snułam się i chyba napisałam ostatni post na blogu. Może gadałam przez telefon z przyjaciółką, bo niemal codziennie ze sobą rozmawiamy.
Nazajutrz w sobotę wzięłam się w garść. Zrobiłam i rozwiesiłam na podwórku pranie, wyskoczyłam rowerem na zakupy. W mieście jak zwykle spędziłam więcej czasu niż zamierzałam. Potem znowu jakieś porządkowanie mieszkania, gotowanie obiadu... Dzień kończyłam niewspółmiernie zmęczona i niezadowolona, że przy gotowaniu zabałaganiłam kuchnię, a sprzątnąć nie miałam już wieczorem sił ani ochoty.
Zbudziłam się dzisiaj późno, prawie o jedenastej i wcale nie chciało mi się opuszczać ciepłego łóżeczka. Wreszcie jednak wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam kawę. Przy kawce uruchomiłam laptopa, aby pozaglądać w internet.

To wtedy przyszła ta feralna wiadomość na Messenger. Bratowa zwróciła się do mnie z prośbą o pożyczkę za pośrednictwem Blika. Rzekomo coś miała opłacić na Allegro, a wyczerpał jej się limit środków finansowych. Tknęło mnie jakieś podejrzenie, zadzwoniłam więc do bratowej, ale ta była zajęta (sprzątaniem u "mojego" Mateusza), spieszyła sie, odpowiedziała mi jakoś szybko i chaotycznie. Ja, przygłucha, wzięłam to za dobrą monetę i posłałam ponad 950 złotych... złodziejom. Szybko się zorientowałam, ale już się stało. Ktoś zhakował konto bratowej, a ja dałam się nabrać.
Zgłosiłam sprawę do banku i na policję, ale czy odzyskam pieniądze - wątpliwe.

Smutno mi, przykro, czuję się skrzywdzona. Jasne, że mogłam być bardziej nieufna, ostrożniejsza, ale czy to usprawiedliwia cudze draństwo? Nie byłam naiwna, bo przecież pytałam, lecz po prostu źle zrozumiałam bratową.
Jak można tak po prostu ukraść i żyć jak gdyby nigdy nic, bez grama skrupułów? Nie potrafię zrozumieć pomimo całkiem sporej ilości siwych nitek we włosach.

Będzie co jutro opowiadać na społeczności.

A koro o oddziale mowa, pojutrze dołącza do nas kolega, którego tak bardzo polubiłam rok temu. Podnosi mnie na duchu perspektywa spotkania i wielu rozmów. Jednak on sam wyraził obawy, że go nie zrozumiem z powodu złej dykcji (zwłaszcza w złej formie, normalnej przecież na oddziale, mówi niewyraźnie) i przyznał, że to dla niego duży stres. Cóż miałam mu powiedzieć? Dałam wyraz smutkowi z powodu mojego niedosłuchu i utrudnionej komunikacji. On potem zadzwonił do mnie i pytał, czy mnie nie uraził. Dziwił się, że tak intensywnie przeżywam swoje kłopoty, bo ma kilkoro znajomych z niedosłuchem i ci radzą sobie całkiem nieźle. Wyjaśniłam mu, że może z powodu zmiany aparatów nieprzyzwyczajony umysł sprawia, że zamieniam się w "królową dramatu". "Przynajmniej księżniczkę" - odpisał całkiem sympatycznie. W końcu oboje stwierdziliśmy, że jakoś damy radę.

Ale mój nastrój ostatnio jest wyraźnie obniżony. A ta dzisiejsza kradzież - gwóźdź do trumny.

sobota, 30 maja 2026

Zajawka

Nigdy nie interesowałam się znaczeniem słowa "Zajawka". Wiedziałam że tu i ówdzie się go używa, ale mnie ono do niczego nie było potrzebne. Aż w końcu się dowiedziałam, bo użył go mój dobry znajomy, i - spodobało mi się.

Mam teraz zajawkę na samotne spacery. Ale nie takie ot, spacery dla spacerów. Bacznie chłonę przyrodę, ciszę i myśli, które przychodzą mi do głowy. Dawniej przepływały przeze mnie, aż tu niespodziewanie przyszła mi ochota je utrwalać, notować, przyłapywać na gorącym uczynku. Niczym przedwojenna pensjonarka zabieram ze sobą notes na te moje włóczęgi i przelewam na kartki różne pomysły, inspiracje, refleksje oraz emocje. Napisałam nawet wiersz, który według GPT nie jest skończoną grafomanią.

Do lasu, łąk i przyrody na wyciągnięcie ręki tęsknić będę już chyba do końca moich dni. W takich warunkach się wychowałam i to najbardziej karmi moją duszę. Niestety, mieszkam w mieście i do lasu muszę dojechać, a środki lokomocji mam ograniczone. Czasu też nie zawsze starcza. Chciałoby się zwyczajnie po pracy (jak kiedyś po szkole) wyskoczyć z domu w objęcia natury. Niestety, muszę się zadowolić miejskim parkiem albo pobliskimi zaroślami przy wydeptanych polnych drogach. Jednakże i w zaroślach wzdłuż torów można zachwycić się kukułką albo kaliną, która właśnie kwitnie. Odprężam się w takiej scenerii i wypoczywam.

Przedwczoraj przydarzyła mi się historyjka niemalże filmowa. Siedziałam sobie na miedzy przy takiej polnej drodze w pobliżu torów kolejowych i skrobałam w notesiku. Przejeżdżający samochód aż się zatrzymał na mój widok, a z samochodu wychynął kierowca (cholewka! jaki przystojny!) i z szerokim uśmiechem zapytał, czy się uczę przy tej drodze. Nie popisałam się błyskotliwością i wyjaśniłam, że potrzebuję sobie coś zanotować i że mnie na spacerowanie "nabrało". Kierowca pojechał dalej, zostawiając mnie uśmiechniętą.

Zawsze powtarzam, że w domu nie "wysiedzi" się pewnych wspomnień, wrażeń i przeżyć. Może nie są wielkie, ale cegła po cegle, okruch po okruchu budują mój wewnętrzny krajobraz.



A to zdjęcie wzięło się z szalonej chętki rozwalenia się na miedzy wśród traw. Niestety krępowała mnie bliskość osiedli i ludzi. Położyłam więc na ziemi aparat, by choć on spojrzał na swiat z innej perspektywy.

środa, 27 maja 2026

Meldunek popołudniowy.

 Jakie to teraz aktualne: dbanie o relaks i reset, ochrona siebie przed przebodźcowaniem i wyczerpaniem - a w tym wszystkim potrzeba ogarniania codzienności i normalnego funkcjonowania. Każdy dzień to walka, a w tej walce zdarza się co jakiś czas nokaut. Po każdym takim ciosie trzeba zbierać się od nowa. Huśtawka!!! (Wykrzykników mam ochotę kropnąć dziesięć).

Dziś jestem nieco podniesiona na duchu, ale nadal bardzo zmęczona. Po powrocie z oddziału, już w domu, poczułam, że drażni mnie nawet jaskrawe słońce. Jakoś instynktownie zasłoniłam okna, chociaż przecież zawsze marudzę. gdy ktoś to robi w pomieszczeniu, że w grobowcu należę się do woli po śmierci, a teraz chcę dziennego światła. Zawsze żartuję, że jestem na baterie słoneczne. Dziś jednak pół godziny w półmroku i ciszy dały mi prawdziwe wytchnienie. Czuję pewien przypływ sił i jakoś samo z siebie zaczyna mi się chcieć cokolwiek zrobić. Pytanie, czy wykorzystać przypływ siły na dalsze karmienie swojej energii czy też na nadrabianie zaległości spowodowany wczorajszym potężnym zjazdem.    

wtorek, 26 maja 2026

Rollercoaster

Huśtawka taka (emocjonalna!), że kołowacizny można dostać. Od nadziei i niemal euforii, że udało się nawiązać rozmowę, kontakt pomimo słuchowej niepełnosprawności, po - tu się psychologicznie powymądrzam, a co! - dysforię, że wytężam słuch, rozpaczliwie reguluję aparaty, a i tak nic to nie daje, gdy interlokutor cichutki. Mam wrażenie, że słuch jednak mi się pogorszył w porównaniu z zeszłym rokiem. Boję się, że w końcu zupełnie przestanę słyszeć.

Wczoraj miałam taki dobry, pełen nadziei i energii dzień, aż żałuję, że go nie opisałam. Odbyłam cudowny spacer wśród natury, wróżyłam sobie z kukania kukułek i chyba nawet udało mi się je zobaczyć w locie (a kukułkę niełatwo zaobserwować), zachwycałam się obsypanymi białym kwieciem akacjami i kaliną. Dziś, dla odmiany mam gwałtowny "zjazd". Istny rollercoaster.

Nie mam jakoś odwagi absorbować kierowniczki oddziału, ale chyba ogromnie potrzebuję z nią porozmawiać: czy aby nie tracę czasu na tym oddziale? Nie chcę przecież wrócić do pracy zupełnie wykończona psychicznie. Miałam odpocząć, a wręcz się na oddziale dobijam.

sobota, 23 maja 2026

Sąsiedzkie niesnaski

Dzień upłynął spokojnie, bez niepotrzebnych napinek - tak jak lubię. Coś zrobiłam, coś odpuściłam, a za priorytet uznałam swoje dobre samopoczucie.
Wróciłam do równowagi psychicznej i trzeźwego myślenia. Nie zepsuła mi humoru nawet mała scysja z sąsiadką K-ową.

K-owa trzyma przed domem niektóre swoje drobiazgi jak np. stare buty na działkę czy miotłę, jakieś dywaniki itp. Nic przeciwko temu ani do tego nie mam, to jej sprawa. Jednak miejsca jej za mało, wciąż miałam ustawione coś na "mojej połowie". Pod krzesłem przy moim stoliku znajdowałam puszki z petami po papierosach, rozdeptane kapcie itp. Niby nic specjalnie szkodliwego, ale lekko mnie irytowało, że nawet nie pytają mnie, czy można. Mimo niezadowolenia uznawałam, że nie ma o co się handryczyć i odkładałam reakcję na bardziej dogodny moment. Przyznaję, że po prostu nie chciało mi się sprzątać, więc póki nic nie robiłam, tolerowałam cudze szpargały.

O dziwo, sytuacja zaczęła koleć w oczy drugą sąsiadkę - T-ową. Zapytała mnie kiedyś, dlaczego nic powiem K-owej. Poinformowała mnie, że K-owej mało własnego kawałka przed domem, ma zakusy na mój, bo ja rzekomo zajmuję największy fragment.
Taaaaa...! Tyle że moje środkowe mieszkanie pozbawia mnie dostępu do bocznych ścian, które sąsiadki mogą sobie zagospodarować, nie uważam więc, by pani K. działa się krzywda.

Raczyłam jej to dzisiaj powiedzieć, bo nadarzyła się sposobność. Nie chciałam rozgrywać tego w konfliktowy sposób, ale niestety nie udało mi się inaczej. Przyznaję, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by najpierw poprosić uprzejmie panią K. o zabranie swoich manatków z przynależnej mi przestrzeni. Bez pytania przesunęłam je na "jej" stronę, na co się oburzyła, zarzuciła mi, że wyrzuciłam jakieś jej dywaniki (nie było żadnych dywaników!) i zapytała, kiedy "u siebie" pozamiatam. Odpowiedziałam, już złośliwie, że zrobię to, gdy mi przyjdzie ochota i że mnie jej śmieci nie interesują.

Ot, prawie jak Kargul i Pawlak o miedzę!

Straciłam chyba sąsiedzką sympatię. Trudno. Miło wspominam pierwsze ciepłe pory roku przegadane przed domem, ale te miłe chwile miały swoją cenę braku prywatności (pamiętne nieprzyjemne plotki pod oknem zasłyszane przez mojego syna) oraz presję wdzięczności za to, że, na przykład sąsiadka nieproszona podszyła mi obrus na podokienny stół.
Niestety, to, że ktoś był dla mnie miły, nie zobowiązuje mnie do znoszenia,, gdy włazi mi na głowę. Niech już będzie mniej miło, ale i mniej inwazyjnie.

Na Jowisza!

Chyba mi ten oddział nie służy. Rozważam wypisanie się na własne żądanie. Tylko co w zamian? Chciałam wypytać o to kierowniczkę oddziału dziennego w czasie grillowania na świeżym powietrzu, ale wciąż ktoś się koło niej kręcił, więc nie podeszłam.
Jestem ciekawa ludzi, ich historii i przemyśleń, a zupełnie sobie teraz nie daję rady z komunikacją. Dopiero na oddziale zwróciłam uwagę, że chyba znowu pogorszył mi się słuch, bo rok temu było jakoś inaczej. A może po prostu w ogóle jest inaczej? Na pewno więcej pacjentów, na pewno inne osobowości  - ba, wiadomo! Wśród ludzi na oddziale niektórzy bywają irytujący.

Wczoraj kończył hospitalizację kolega, lubiany przez grupę, więc spontanicznie urządzili mu pożegnanie z tańcami. Nie trwało to długo, ale po całym dniu interakcji myślałam, że oszaleję z nadmiaru bodźców. Przeprosiłam towarzystwo i uciekłam do jadalni. A w jadalni... polityka! W bardzo kiepskim wydaniu, z pokrzykiwaniem innego pacjenta o Ruskich i Ukraińcach. I z gadaniem o kiepskich rentach. Odeszłam na bok, bo chyba zaczęłabym warczeć.

Swoją drogą - tu będzie dygresja - wyłapuję takie niuanse jak ten, że koleżanka narzeka na kiepską sytuację materialną, a za chwilę opowiada, jak kupiła saszetkę karmy dla miauczącego na ulicy nieznajomego kota... 

Strasznie mnie wkurza na oddziale sympatyczna skądinąd pani X. z personelu, bo mówi niewyraźnie. Bardzo wiele osób mówi niewyraźnie i nie rozumiem ich wymowy. Po kilka razy proszę o powtórzenie i boli mnie, gdy po tych kilku razach ludzie wycofują się zrezygnowani. Ja też nierzadko nawet wolę nie zaczynać - bo przewiduję trudności.

Czekam na mojego zeszłorocznego ulubionego współpacjenta, bo ma niebawem znowu dołączyć na oddział. Obawiam się jednak, że w tłumie i jazgocie nie będzie nam łatwo się porozumieć.

Dopadł mnie pesymizm, dopadł mnie stan, który moi znajomi z oddziału nazywają zjazdem. Jestem zmęczona i przygnębiona.

Ale nawet porządnie zdołować się nie potrafię... hehehe...

Zaczęłam wczoraj szperać w internecie, zadawać pytania, szukać. Szanowny sztucznie inteligentny naprowadził mnie na trop Centrów Zdrowia Psychicznego w moim województwie. Znalazłam je w obu niegdyś wojewódzkich miastach. Przyjmują tam i psycholodzy, i neurolodzy - a ja neurologa bardzo zaniedbałam, jeśli nie liczyć okołooperacyjnych okoliczności. Nikt mi wyraźnie nie zakomunikował, niestety, bym zadbała o systematyczny kontakt z tym specjalistą. Powiedziano mi mętnie: "Jak się będzie COŚ działo...". Co to - kurrrrna! - jest "coś"? Stale się coś dzieje, ale nic nowego ani spektakularnego. Chodzę głucha, co powoduje smutek i wściekłość, męczę się po trzech godzinach roboty za biurkiem - ot, co.

Wyszperałam zatem Centrum Zdrowia Psychicznego, a także oddział Związku Głuchych w naszym mieście. Pójdę tam, jak Boga kocham, bo coraz trudniej mi się żyje. Całkiem wprawdzie nie ogłuchłam jeszcze, ale życie stało się naprawdę trudne. Mignęło mi na ich stronie coś o rehalibitacji, o ćwiczeniu słuchowej uwagi. Trzeba coś ze sobą robić, na Jowisza i innych bogów!

niedziela, 17 maja 2026

Dobrzy ludzie wśród nas tudzież wyznania starszej pani

Miałam już kłaść się spać, ale podkusiło mnie postukać (w klawisze) na blogu.

Mój kolega jest kochany! Wariat kompletny, bez mojej wiedzy pofatygował się do pracowni protetyki słuchowej i tam wypytał dokładnie o udogodnienia technologiczne dla mnie. Zdał mi potem z tego relację, informując, że trwa właśnie promocja na urządzenie, które pomogłoby mi skupiać dzwięki w czasie grupowej rozmowy. Urządzenie kładzie się np. na stole. Hmm... ciekawe. Mnie też o tym mówiono w zakładzie, ale zapomniałam o tym, bo wtedy nie byłam jeszcze nim zainteresowana.
Urządzenie kosztuje, bagatelka, trzy tysiące, ale po zakończeniu największych finansowych zobowiązań udaje mi się co nieco odłożyć z wypłaty. Bez wielkich "boleści" mogłabym sobie na nie pozwolić. A może by tak...?
Trochę pomarudziłam: "Wiesz, myślałam właśnie, żeby 'se' kupić rower elektryczny". "Rower se jeszcze kupisz", skwitował Z.

Wzruszył mnie chłop! Miałam ochotę go uściskać i serdecznie ucałować. Musiał jednak wystarczyć zwykły "niedźwiedź" na zakończenie naszego kilkuosobowego spotkania.

Było to w czwartek, a dziś niedziela. Pracowicie ją spędziłam sprzątając Mateuszowe dwa mieszkania, ponieważ dziś oboje jego pracownicy okazali się niedyspozycyjni. Stwierdziłam, że skoro mam więcej czasu, korona z głowy mi nie spadnie, a i grosik od kumpla jest nie do pogardzenia.
Nie mogę się jednak nadziwić, jak "połamała" mnie ta robota. Sztywność stawów, ból kręgosłupa i krzyża daje się we znaki. Mój Boże, a kiedyś szedł człowiek na imprezę, wracał o czwartej nad ranem, szedł na ósmą do pracy i nic mu nie było - mówiłam do syna po powrocie.

piątek, 15 maja 2026

Umrzeć... na pół godzinki

Pisałam już kiedyś o tym, czy nie? Mam wrażenie, że gdzieś się to przewinęło.

Na neurochirurgii w pewnym momencie straciłam przytomność, po prostu wyłączyło mnie z życia, odcięło. Stan bardzo kojarzący mi się ze śmiercią...

Wcale nie straszny!

Niesamowity, zupełny, absolutny spokój. Ciiiisza. Brak bólu i wszelkich doznań poza tym bezbrzeżnym spokojem.

Śmierci po tym zdarzeniu nie przestałam się bać, ale lubię teraz żartować, że jest ona do przeżycia. Do przejścia, ot co.

Dziś na oddziale powiedziałam koleżance, że tak na pół godzinki umarłabym sobie z przyjemnością.

Padnięta

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chyba już tego za dużo na nie jedną i na moje ograniczone możliwości. Na oddziale jest mi bardzo ciężko, wracam do domu wykończona, potrafię się położyć, przespać popołudnie (lub przewegetować bez sensu), w nocy zasnąć bez najmniejszych kłopotów z uśnięciem... i rano od nowa.

Odstawiłam wczoraj istną wiochę - jak mawiała i może mawia jeszcze młodzież.
Zaczęło się od tego, że w świetlicy kolega włączył dość głośno muzykę z Yotube w telewizorze. Oddziałowa pielęgniarka, pani S. przezornie zapytała mnie, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Zażartowałam, że zniosę z godnością. W końcu trzeba i ze swojej strony wykazać nieco tolerancji dla potrzeb bliźnich, a do oddziałowej społeczności, która wymagała wyłączenia sprzętu, było już niewiele czasu.
Słuchałam sobie tej głośnej muzyki i nawet sprawiało mi to przyjemność, kiwałam stopą do taktu, nuciłam... dopóki nie zeszli się do sali ludzie i nie zaczęli mówić jeden przez drugiego przy akompaniamencie Lady Punk i Budki Suflera. Na próżno próbowałam się połapać, o czym mowa. "Na maksa" mnie to zdenerwowało, po prostu wściekło, prysł mój całkiem niezły nastrój. I gdy przyszła moja kolej "spowiadania się" z poprzedniego dnia po powrocie z oddziału, nastroju, samopoczucia - wybuchłam z siłą tornada. Wrzasnęłam, że szlag mnie trafia, że mam dosyć... Potem oczywiście było mi wstyd.
Przez całą resztę tego dnia czułam się wyczerpana. Zmobilizowałam się, by po wyjściu z oddziału udać się do zakładu protetyki na regulację aparatów słuchowych, potem spotkałam się moim ulubionym kolegą z zeszłorocznej hospitalizacji oraz dwiema koleżankami. Było naprawdę miło, ale miałam chęć ze zmęczenia położyć głowę na stole. Wróciłam do domu i po prostu padłam.

Dzisiaj też czuję się "padnięta", chociaż nie śpię. Nie robię nic poza czytaniem, słuchaniem podcastów Mai Wąsały i pisaniem bloga. Obiecuję sobie jutro doprowadzić zaniedbane mieszkanie do jakiego takiego wyglądu.

wtorek, 12 maja 2026

Raporcik szpitalno - domowy

Jeszcze garsteczka moich prywatnych aktualności.

Na oddziale dziś kryzys. Ponura pogoda skutkowała moją ospałością i spowolnieniem. Zauważyłam też rozdrażnienie, bo wrócił mój problem sprzed roku. Mianowicie pojawiły się różne rozmowy, wpadający sobie w słowo interlokutorzy i ja rozpaczliwie próbująca połapać się, nadążyć, uczestniczyć. Sfrustrowana i zirytowana nie potrafiłam tego dostatecznie ukryć ani opanować, chociaż się starałam.

Nie uszło to chyba uwadze personelu, zresztą nie trzeba było wielkiego psychologa, by dostrzec moje rozdrażnienie. Za jakiś czas psychoterapeutka poprosiła mnie na osobistą rozmowę. To normalna część procedury na oddziale i taką rozmowę raz na tydzień odbywa każdy pacjent. Dziś dopiero zapoznałam psycholożkę ze swoimi życiowymi perypetiami i z tym, jak trudno mi czasem sobie poradzić. Zwierzyłam się z powracających wątpliwości co do sensu hospitalizacji. Konkluzja oczywista: trzeba dać sobie czas i cierpliwość. Usłyszałam też, że dużo myślę i przyznałam, że owszem, to moja stała cecha.

Dziś po południu odnotowuję lepsze samopoczucie, więcej sił i jakby przebłyski energii. Mam jednak szczerą ochotę na lenistwo i robienie tylko tego, co mi się podoba. A podoba mi się pisać i dumać (jak to "myśliwy"!). Podoba mi się usmażyć sobie wspaniałą jajecznicę z czosnkiem niedźwiedzim na kolację, więc przy okazji wyegzekwuję jednak od siebie nieco powinności: umyję te wszystkie nazbierane przedwczoraj liście i poczytam, jak je przechować, by się nie zepsuły, bo przywiozłam ich sporo. Zmyję też kilka naczyń i nastawię pranie, bo syn zapomniał pomimo wczorajszych deklaracji.
Wieczorem do Biedronki niech już idzie sam.

Fontanna

Kiedy tak pisałam o Mai, przyszło do mnie wspomnienie:
Byłam z koleżankami w Sanoku. To X wyszła z inicjatywą, abyśmy spędziły tam dwa dni we czwórkę, bo jeszcze z D. i siostrą X.
Absolutnie zauroczył mnie sanocki skansen, jednak reszta wycieczki była dla mnie trudna. Fatalnie bowiem znoszę upały, męczą mnie i wszystko mnie wtedy podwójnie drażni. Toteż uznałam potem, że bardzo poważnie rozważę wszystkie za i przeciw, zanim przyjmę jakąkolwiek atrakcyjną, zdawałoby się, propozycję. Bo na wycieczce o mało nie pokłóciłam się z D., a poza tym okrutnie zgorszyłam te moje towarzyszki. A czym? Fontanną właśnie.

Przechodziłyśmy przez sanocki rynek, na którym między innymi zainstalowano fontanny. Jakoś tak przyjaźnie wyglądały, inaczej niż taka jedna w moim mieście, w miejscu, które kiedyś "cieszyło się" fatalną reputacją. Półgłosem wyznałam X., że chętnie zanurzyłabym w niej stopy, ale trochę się wstydzę. X. bez wahania skwitowała, że postąpiłabym jak najgorsi menele, więc powstrzymałam swoje zamiary. W drodze powrotnej jednak nie wytrzymałam. Rzuciłam żartobliwie: "Dziewczyny, nie musicie się do mnie przyznawać!" i - o rozkoszy!...

Obolałe nogi były mi za tę kąpiel bezgranicznie wdzięczne. Ja poczułam ulgę i - dosłownie niemal - ostudzenie emocji. Mrużyłam oczy, przekrzywiałam głowę do słońca i było mi po prostu dobrze. Jacyś przechodnie spoglądali na mnie raczej z rozbawieniem niż z naganą.

"Moje dziewczyny" nie komentowały tego, ale po czasie dowiedziałam się, że uznały mnie za niekulturalną. Ubodło mnie to i nawet speszyło, dopiero znacznie później uznałam, że to nie ich problem.
Aż tu Maja Wąsała z tą swoją rozbrajającą, bezpretensjonalnością. Oczywiście nie potrzebuję niczyjego "błogosławieństwa", lecz jednak takie przykłady wzmacniają moją pewność siebie.
Nie tylko włożyła stopy, ale bezwstydnie w tej "swojej" fontannie usiadła. I czy stało się coś strasznego? Ależ skąd.

Kocham takich wolnych ludzi i uczę się od nich odwagi. Mam jej w sobie sporo, ale jeszcze daję się "gasić", jeszcze powątpiewam, czy mi wolno. Ależ wolno, dopóki nikogo nie krzywdzę!

Niech żyje wolność, wolność i swoboda! niech żyje zabawa i... dusza wiecznie młoda! - że tak sobie pozwolę sparafrazować hicior nad hitami z niegdysiejszych wiejskich zabaw (mówcie, co chcecie, fajnie się przy tym tańczyło)

Ważne pytania.

Wczoraj leżałam "odłogiem" po powrocie z oddziału. Nawet nie spałam, drzemałam tylko i nie chciało mi się totalnie nic. A ponieważ stołuję się teraz w szpitalu, Syn ma gar zupy pomidorowej na kilka dni, a zresztą sam jest w stanie "ogarnąć" sobie obiad jako zupełnie już dorosły człowiek - bezwstydnie pozwoliłam sobie na bezproduktywność.

Żeby się jednak czymś zająć, posłuchałam sobie podcastów Mai Wąsały z cyklu "Dotykam życia" (są na Spotify). Co za cudowna i cudownie żyjąca kobieta! Chciałabym prowadzić podobne życie - w rozluźnieniu, z przyzwoleniem na własne marzenia, przyjemności - i z możliwościami, by je zaspokajać.
Oczywiście z nieba nikomu takie możliwości nie spadają i ona także ma za sobą trudne lata. Tak samo mają je za sobą inne znane mi osoby, niektóre nawet znane osobiście. Chwalą teraz lekkość życia, ale - "per aspera ad astra" dotyczy ich niewątpliwie. A jednak odnalazły swoje miejsce - jakżeż one to robią??? Czy ja jeszcze zdążę pożyć tak, jak bym chciała? Chciałabym w tej odmienianej przez wszystkie przypadki (na portalach rozwojowych i duchowych) lekkości.

Moje teraźniejsze życie od lekkości jest dalekie. Mam ogromne deficyty energii, które dawniej wzięłabym za lenistwo. Dziś nie jestem dla siebie tak surowa, zauważam przyczyny i skutki - a jednak nie godzę się na marazm i nijakość.
Wiem z licznych lektur, że ten trudny etap jest niemal niezbędny, by tupnąć nogą i zawołać: "Dość!". Potrzebujemy przejść przez - kolejne "uduchowione" słowo - ciemną noc duszy, a więc czas chaosu i cierpienia. Coś mi się zdaje, że jest to właśnie teraz moim doświadczeniem.

Nie dam rady pracować tak, jak do tej pory. Potrzebuję zmiany tryby życia, dostosowania go do siebie. Obserwuję, że energia wraca mi, gdy daję sobie przestrzeń na to. Odpoczywam i nie karzę się za nicnierobienie. Wiem już, że to procentuje, ale nie ma kiedy w pełni wybrzmieć, bo jednak człowiek funkcjonuje w określonych ramach.
Nie chcę żyć pod dyktando sztywno ustalonych godzin i nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Może ktoś, kto to czyta uzna za wydumane i przesadne, że męczy mnie, gdy nie wypada mi pogadać do siebie przy pracy, zaśpiewać, wstać od biurka, by zatańczyć, albo łyknąć świeżego powietrza w godzinach oficjalnie przeznaczonych na pracę. Ja o tym marzę jak o powietrzu!

Mam wobec tego wszystkiego pytania warte świeczki*: Czy można utknąć w ciemnej nocy duszy i jak temu zapobiec? Jak pójść naprzód, nie cofnąć się w stare i już niechciane? Jak rozpoznać swoją drogę i miejsce? No, kurrrde, jak?!


*Warta świeczki jest raczej gra. Jednakże po zapoznaniu się z hipotezami na temat powstania tego związku frazeologicznego dochodzę do wniosku, że warte światła (kosztownych niegdyś świec) są moje pytania - a raczej poszukiwane odpowiedzi. O tak! bardzo pragnę rzucić na nie światło!


PS. O Mai pisałam nie tak bardzo dawno. W tej kobiecie najbardziej urzeka mnie jej zupełna zwyczajność, prostota i brak tego, co nazwałabym duchowym zadęciem. Nie ma u niej wielkich słów, ezoterycznej nomenklatury. Maja naprawdę dotyka życia! A dotyka tak, że najzwyklejszą zwykłość zamienia w magię.
Rozbroiło mnie zupełnie, jak Maja opowiadała o tym, jak przydarzyło jej się wyjście do przyjaciółki bez dzieci (a ma ich gromadkę). Była tak szczęśliwa, że wskoczyła do fontannny, by zamoczyć w niej nie tylko stopy, ale nawet... siedzenie. Poczułam: swój człowiek! - spontaniczny i szczery, nie z takich, co to "kij połknęli".

niedziela, 10 maja 2026

Kuchenne - i nie tylko - rewolucje

Masz to, na co godzisz się - śpiewała Kasia Kowalska. Brzmi to jak truizm, a przecież - jak to truizmy - jest świętą prawdą.

Dzisiaj zwróciłam uwagę na rzeczone zjawisko. Jest przepiękny dzień, a ja na bank - jak mawiało się w mojej młodości - reaguję na pogodę i jestem od niej wręcz uzależniona. Więc o ile wczoraj przespałam pół dnia, o tyle dzisiaj czuję chęć na aktywność, spragniona jestem słońca i wiatru we włosach.

A co mi stoi na przeszkodzie, by z tego skorzystać? Głupie wyuczone schematy: przecież trzeba najpierw zrobić obiad, nastawić pranie, coś tam jeszcze... Gdy już to wszystko za mną, brakuje mi siły, czasu i zapału. Wniosek? Czasami naprawdę niech się pali, niech się wali, wybierzmy najpierw siebie, a reszta nie ucieknie. A czasami da się pójść na sensowny kompromis. Nastawiłam zatem zupę pomidorową, którą gotuje się szybko, a na resztę macham ręką. I pilnuję się, by nie próbować nadrobić wszystkiego w krótkim czasie, bo już wiem, jak bardzo "nerwówka" odziera mnie z sił.
No, mam uszkodzony, mniej wydolny system nerwowy niż "normalni" ludzie i nie ma co z tym walczyć. Akceptacja to najlepsze. co mogę sobie podarować. Czasami lepiej procentuje przerwa w pracy, gdy czuję niedogodności w ciele. A czuję, bo moje ciało też jest dosyć kapryśne.

Zupa więc się gotuje, a ja, ponieważ zmarzłam i ścierpły mi nogi (kłopoty z krążeniem też są moim udziałem), zaszyłam się na chwilę pod koc i nie marnując czasu, zaglądam do swojego blogowego zakątka.

Naczytałam się swego czasu o ruchu zero waste i propozycjach wykorzystywania kulinarnych resztek oraz odpadów. Lubię takie pomysłowe zabawy. Jednak po kilku eksperymentach odważę się powiedzieć: mocno przereklamowana i naciągana sprawa!

Bulion z obierek warzywnych zawsze wychodził mi gorzki i niesmaczny. Poczytałam stosowne porady i co się okazuje? Obierki muszą być niezwykle starannie wyselekcjonowane i po tejże selekcji - czasochłonnej przecież - pozostaje niewiele, musiałabym bardzo długo czekać, by zgromadzić wystarczającą porcję.
Czipsami z ziemniaczanych obierek popisywała się nawet Magda Gessler. Spróbowałam kilka razy i - zawsze, za przeproszeniem, sraczka.

Całe to zero waste to w dużej mierze sztuka dla sztuki, zawracanie gitary.

Aczkolwiek dziś, biorąc się do gotowania, stwierdziłam brak włoszczyzny w lodówce (tak to jest, jak się wcześniej nie sprawdzi). Sięgnęłam zatem do zamrażarki, gdzie trochę takich "zero waste" zamroziłam. Tym razem poratowałam się obierkami marchewki, mrożonymi liścmi pora, fragmentami cebuli. Dorzuciłam do wody ostrożnie, by nie zdominowały smaku... Odpukać, wychodzi to przyzwoicie. Zaraz machnę genialne kluseczki, których nauczyłam się od przyjaciółki: miesza się kaszę mannę z jajkiem i gdy stężeje, uciera się na tarce wprost do zupy. Przepyszne są! Miła to odmiana od ryżu.

To lecę do kuchni, bo nogi już odpoczęły i post się napisał :)

piątek, 8 maja 2026

Żałoby

Lubię czasem wrzucić post na GPT i poprosić o komentarz, recenzję. Dziś raczył mnie poinformować, że mogę być odbierana jako stylizująca się melancholijną romantyczkę czy coś koło tego. Wyjaśniłam, z czego to wynika, wtedy zaczął inaczej gadać - a zresztą, niech się pocałuje... ;)

Fakt, że bardzo świadomie teraz wybieram, ograniczam bodźce, decyduję niczym strateg, w co zainwestuję swoje zasoby. Chcę żyć i z życia korzystać, ale nie dam rady już brać wszystkiego "jak leci". Mam świadomość, że nie starczy w życiu miejsca ani czasu na wszystko, choćbym pękła, i nie warto nad tym rozdzierać szat. Za to trzeba tym bardziej cenić to, co mi dane i odsiewać ziarna od plew.
Fajnie napisała kiedyś autorka blogu "Minimalissmo" (link na moim blogu), że lubi ograniczenia w doborze ubrań, bo zmuszają ją do większej inwencji i kreatywności. Myślę, że to uniwersalna refleksja. Stworzyć danie z zaledwie kilku składników, to dopiero sztuka! A gdy jest za dużo opcji, pojawia się słynne "osiołkowi w żłoby dano".

W imię tego ograniczam również scrollowanie telefonu, chociaż oczywiście przyłapuję się na tym niejednokrotnie. Zagląda się "tylko na chwilę", a potem tu link, tam link i ciekawość... a że oprócz tony śmiecia, spotyka się tam również wartościowe rodzynki, więc to zatrzymuje mnie na dłużej. Uświadomiłam sobie ten mechanizm, oraz to, co wyżej napisałam - że nie starczy mi miejsca na wszystko. Zatem gdy zauważę, że "znowu zaczynam", bezlitośnie odkładam telefon. Bardzo szybko zauważyłam korzyści, bo jakoś lepiej mi się teraz czyta książki, jestem bardziej skupiona i więcej z nich zapamiętuję. I wcale mnie aż tak do telefonu nie ciągnie, dopóki jednak po niego nie sięgnę. Wtedy się nieraz jeszcze zapomnę.

Właśnie jednak w internecie napotkałam dzisiaj myśl o tym, jak nieoczywiste są przeżywane przez nas żałoby. Pierwsze skojarzenie narzuca nam dramat, intensywność, zdarzenia oczywiste. A przecież swoistą żałobą okupujemy wiele strat i całe nasze życie właściwie to tracenie i rozstania. Wyzbywamy się różnych złudzeń, tracimy zdrowie i świeżość cery. Weryfikujemy znajomości, co odczułam ostatnio bardzo wyraźnie.

Mam poczucie, że ten proces u mnie bardzo zintensyfikowała przebyta operacja. Realnie ubyło mi sił i energii, nie sposób tego zbagatelizować. Straciłam pewną beztroskę i spontaniczność, w moim życiu pojawiła się potrzeba wybierania i planowania... A więc i coś się rodzi!

Te wszystkie sprawy nie są mi obce, ale jak żartuję - dostałam turbodoładowanie. Szybciej teraz dostrzegam: nie, to nie dla mnie, to nie moje. Nie chce mi się tracić czasu na to, co nic mi nie daje, na ludzi, którzy zamiast mnie cieszyć, denerwują i męczą. Łatwiej mówię nie i bardziej sobie wierzę. Nawet wczorajsze zakończenie rozmowy z przyjaciółką jest tego dowodem i przykładem. Kiedyś gadałabym i słuchała do upadłego, przekonana, że to wartość sama w sobie. Kiedyś dla samego towarzystwa szłam na hałaśliwą miejską imprezę, a dziś wiem, że to mnie zmęczy, a niewiele da poza zabawą dla samej zabawy.
Nie neguję tego, widocznie taka była wtedy potrzeba i może po prostu już się tym wszystkim nasyciłam.

Nie biorę dzisiaj wszystkiego, co mi dają. A czy mi żal? Chyba coraz mniej.
Więc chyba jednak nie żałoba, chociaż na pewno utrata.
Ergo - utraty nie są takie złe :)

Zostaję w domu

Obudziłam się dzisiaj bez większego przymusu. Z rozsądku ukróciłam wieczorne rozhowory z przyjaciółką i to zaprocentowało.

Swoją drogą - bo lubię dygresje - co za ładne słowo mi się przypomniało. Te rozhowory... Lubię bogactwo naszego języka i rozkoszowanie się nim.

Po przebudzeniu czułam jednak, że każda moja komórka prosi o sen i nie ma ochoty brać się do galopu. Już planując wycieczkę czułam lekkie powątpiewanie, czy na pewno mi na niej zależy. Roztocze jest mi bliskie, o czym wspominałam, jednak to akurat zwiedzanie ma raczej "miastowy" charakter, a ja wolę przyrodę, lasy, pagórki i malownicze dzieła natury. Swoją drogą - znów dygresja! - łączy mnie to z moim rodzeństwem, o czym niedawno przekonałam się w rozmowach. Nasze dzieci już niekoniecznie i nawet żartowałam, że one chyba nie nasze.
Przeczytałam też wczoraj, że pod koniec miesiąca szykuje się wycieczka w Bieszczady i poczułam, że ta "woła" mnie głośniej. Powołując się na powiedzonko mojej Mamy stwierdziłam, że Roztocze tym razem sobie daruję. Napisałam do kolegi, by przekazał to organizatorom, trochę "naściemniałam", że źle się czuję, co zresztą poniekąd jest prawdą.
A Mama mawiała: z jedną d...ą na dwa targi nie jadą, Miała wiele takich charakterystycznych powiedzonek.
Wybieram zatem w maju Bieszczady. Oprócz ograniczonych zasobów energii, mam też na względzie własny portfel.
Dzisiaj zostaję w domu i zamierzam spędzić ten dzień spokojnie i w miłej melancholii - jak ta pogoda za oknem, która zachęca do wyciszenia i zatrzymania się w biegu.

A dziś...

Dziś drugi dzień na oddziale. Dobrze mi było i spokojnie. Towarzystwo życzliwe, a przy tym nienachalne, nieprzytłaczające. Rok temu prym wiodły osoby dość intensywne, a i ja chyba jednak byłam w znacznie gorszej formie niż tego roku. Ten poprzedni pobyt oceniam jako wartościowy, lecz niełatwy. Bywałam przebodźcowana i rozdrażniona aż do łez.
Możliwe, że wpływ na moje samopoczucie mają też nowe aparaty słuchowe, którymi posługuję się na przemian ze starymi. W zależności od sytuacji różnie się one sprawdzają i nie odważę się stwierdzić, że te nowsze są lepszej jakości. Inaczej przetwarzają dźwięki (może jeszcze nienależycie ustawione, bo to wymaga czasu, testowania rezultatów i regularnych wizyt w zakładzie protetyki słuchu). Bardzo mi odpowiada, że mogę je wybierać w zależności od potrzeby.

Śmiało mogę powiedzieć, że tym razem na oddziale się regeneruję.

Po ostatniej nocy i długim śnie czułam się rano jeszcze trochę niemrawa i wahałam się, czy nie zrezygnować z planowanej na jutro wycieczki na Roztocze organizowanej przez PTTK. Teraz jednak decyduję: jadę! co zobaczę i przeżyję, to moje. Będzie wśród uczestników były mąż D., więc liczę na jakieś "ciekawostki" o tej osobie. Może to plotkarskie trochę z mojej strony, ale przyznaję, że cała ta historia z nią w roli głównej nie jest mi obojętna i chętnie skonfrontuję własny punkt widzenia z oglądem z innej, także bliskiej perspektywy. Oczywiście jeżeli on sam cokolwiek na ten temat wspomni

Roztocze natomiast, cel jutrzejszej wyprawy, jest mi bliskie, bo to miejsce pochodzenia mojej Mamy. Wyjechała stamtąd jako dziecko, ale odwiedzała bliskich, którzy tam pozostali. Mając w pamięci jej wspomnienia, odnoszę wrażenie, że kochała to miejsce i tęskniła. Mam i ja przez to sentyment do tego regionu.

czwartek, 7 maja 2026

Nocna przygoda i "pierwsze koty" dzisiaj

I wreszcie przyszedł deszcz, którego zapowiedź czułam w ciele od dwóch dni. Tak ładnie stuka o parapet, wypełniając mnie spokojem. Nie pada na tyle mocno, by uciszyć śpiewające ptaki. Jest cicho, jest dobrze, choć paruje ze mnie zmęczenie zupełnie niewspółmierne do tego, jak minął dzisiaj mój dzień.

A może jednak jest przyczyna? Może reaguję na kolejne zmiany i emocje?

Spędziłam dziś pierwszy dzień na oddziale dziennym. Było nadspodziewanie dobrze, nie dawał mi się we znaki gwar ani radio. Jednak jest duża różnica, jak odbieram dźwięki przez nowe aparaty, a jak nachalnie bombardowały mnie rok temu. Byłam nawet w stanie czytać książkę obok innych pacjentów, którzy przygotowywali gofry w ramach terapii zajęciowe. Gofry, swoją drogą, wyszły przepyszne i niech się przy nich schowają specjały kupowane w sklepach czy nawet restauracjach.

Spotkałam na oddziale dwie osoby z poprzedniej hospitalizacji, więc tym łatwiej weszłam w oddziałowy świat.
Dziś takie "pierwsze koty za płoty", zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.

Tej nocy wcześnie zasnęłam, zmęczona kopaniem działki. Ostatnie, to pamiętam, to mój syn zmywający naczynia w kuchni. Potem zbudziłam się w okolicach dwudziestej trzeciej i nie mogłam zasnąć ponownie. Syn zniknął z domu, ale dał później znać, że spontanicznie "wylądował" w mieście wojewódzkim u swoje dziewczyny. Wobec tego wszystkiego wzięłam do ręki książkę z bibliotecznego kiermaszu. Mówi o urazach i chorobach mózgu, więc miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o mojej chorobie. Chorobę jednak mam rzadką i póki co jedynie w internecie udaje mi się coś o niej wyczytać.

W książce znalazłam dokument - odpis skrócony aktu małżeństwa młodych jeszcze ludzi, obojga urodzonych w 1982 roku. Sfotografowałam go i ogłosiłam na Facebooku wiadomość o zgubie. Odezwała się najpierw znana mi z widzenia kobieta, która przedstawiła się jako koleżanka kobiety z aktu. Okazało się, że ta zmarła w zeszłym roku, a z zawodu była psychologiem pracującym w jednej z placówek w naszym mieście. Umówiłyśmy się, że odniosę akt na posterunek policji, gdzie pracuje owa koleżanka.
Napisała też do mnie równocześnie siostra zmarłej. Ponieważ przebywa poza moim miejscem zamieszkania, zdecydowałyśmy, że odbierze dokument z komisariatu.
Wyraziłam współczucie z powodu straty siostry i to zapoczątkowało bardziej osobistą rozmowę. Okazało się, że chodziłyśmy do tego samego liceum, dzielą nas raptem dwa lata wieku, mamy też wspólnych znajomych. Malutki ten świat :)

Cała ta mała przygoda napełniła mnie łagodną melancholią.
Odchodzimy i przypominają o nas pozostawione dokumenty, pamiątki, przedmioty codziennego użytku... Opowiadają naszą historię, gdy my już gdzieś "daleko, wysoko, wśród manowców" (E. Stachura).

To była taka młoda jeszcze kobieta... Dokument zostawiła w podręczniku neurologii...

wtorek, 5 maja 2026

Wtorkowe nowinki

Słowo stało się ciałem: w czwartek maszeruję na oddział dzienny psychiatryczny. Podzieliłam się dzisiaj swoimi rozterkami co do sensu tej hospitalizacji i pani doktor zachęciła mnie, bym jednak spróbowała i w najgorszym razie będę mogła wypisać się na własne życzenie. Nie grożą za to żadne sankcje.

Dziś w pracy dzień był bardzo trudny. Ciężko było mi się skoncentrować, myśli uciekały i z wielkim trudem opanowywałam rozkojarzenie. Umęczyłam się setnie. Mam za swoje, co tu kryć, bo dzisiejszej nocy pozwoliłam sobie na bardzo długą telefoniczną rozmowę z przyjaciółką. Spać poszłam przed pierwszą i długo nie mogłam zasnąć. Serio muszę zadbać o siebie i postawić granicę takim ekscesom. Przyjaciółka nie pracuje, więc jej czas jest bardzo elastyczny. Ja w pracy muszę trzymać pion i poziom.
Od roku łaskawie nam panująca dyrektorka nie jest osobą lubianą, ci którzy z powodu obowiązków są z nią bliżej ode mnie, bardzo na nią narzekają. Dziś podobno stwierdziła, że w innych bibliotekach zatrudnionych jest mniej osób, a lepiej sobie radzą. Nie bierze tylko pod uwagę, że podała przykład mniejszych bibliotek, w mniejszych miasteczkach.
Ponoć i do mnie miała zastrzeżenia, że przez moją niepełnosprawność i przysługujący mi krótszy dzień pracy "uciekają" godziny, w których mogłoby być zrobione coś więcej. Och, ty zgago jedna! Mam ci przypomnieć, jak wpadałaś na czterdziestominutowe plotki do naszego działu? Aleś zważniała na tym dyrektorskim stołku! Nasza do niedawna równa nam koleżanka zawsze była ważniaczką nie grzeszącą intelektem, ale o niewątpliwej przebojowości. No i tak zwanych plecach, bo mężuś na stanowisku... Teraz dopiero pokazuje, kim to nie jest.

Była kiedyś u nas pracownica, która tuż przed emeryturą mawiała w trudnych chwilach, że do tego wyczekiwanego momentu "to i z jeżem w betoniarce wytrzyma". Mnie też w najgorszym razie pozostanie wyjście awaryjne za trzy lata. Jakże krzepiąca to myśl.

Wróciłam dziś bardzo zmęczona, wyczuwam nadchodzącą zmianę pogody i deszcz. Już wczoraj dawało mi się to we znaki, ale dzisiejszy brak snu spotęgował złe samopoczucie. Dałam sobie spokój z domowymi pracami, machnęłam ręką na kopanie ostatniego rządka działki. Przespałam się, poleżałam, a pod wieczór wyszłam przed dom poczytać książkę. Ewę Woydyłło już skończyłam, a teraz wróciłam do rozpoczętej wcześniej motywacyjnej autobiografii Nicka Vujicica: "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Książka, Bogiem a prawdą, taka sobie, oczywista, ale przez sam fakt niezwykłości bohatera przykuwająca uwagę. W międzyczasie pogawędziłam z sąsiadkami, a teraz kontynuuję lekturę w łóżku. Zrobiłam sobie tylko przerwę na blogopisanie.

Potrzebowałam takiego leniwego popołudnia na regenerację. Badam te swoje stany, to swoje funkcjonowanie ; z całą pewnością nie oskarżę się o lenistwo, jestem aktywną osobą, ale ta aktywność, ciekawość, chęć działania ograniczona jest kaprysami mojego organizmu. Nie, nie wymyśliłam ich sobie, chociaż czasami się o to oskarżam. Mam spory kłopot z zaakceptowaniem ich.

Co zaś do sąsiadów, chyba na dobre nam wyszły konflikty sprzed ostatniej zimy. Mniej teraz przesiadują pod moimi oknami. K.-owie przenieśli stolik i krzesła na tył domu, z widokiem na swój ogródek. Tam sobie mogą plotkować o mnie bez obaw, że usłyszę ja lub mój syn. T-owie siłą rzeczy nie mają już towarzystwa do podokiennych ploteczek, więc też więcej przebywają w innych miejscach. I dobrze, bo chociaż te wspólne wieczory przy stoliku miały spory urok, miewały też niemiłe konsekwencje. A i czasu zabierały sporo.

poniedziałek, 4 maja 2026

Raport z codzienności

Wyżej uszu nie podskoczę, a własnej natury nie oszukam.

Niezły miałam dzień, jeśli chodzi o stabilność emocjonalną i zrealizowanie codziennych zadań, a jednak potrzebowałam się zmusić, kosztowało mnie to pewien wysiłek. Czuję w ciele zmęczenie nieadekwatne do wykonanej pracy. Chciałam mieć dzisiaj wieczór dla siebie, a niestety będzie to chyba wieczór... dla Morfeusza :)

Nie chciało mi się już otwierać bloga (blogu? jak to w końcu się odmienia? Muszę sprawdzić w wolnej chwili), ale zrobiłam to na prośbę koleżanki, która zauważyła, że jej nowe wpisy nie wyświetlają się u mnie. Podpowiedziała, jak temu zaradzić, więc naprawiłam usterkę. A skoro już tu jestem, dopiszę kilka słów.

Wczorajszy wypad do P. sprawił mi dużą przyjemność, o dziwo. Oczywiście zrobiłam to przede wszystkim dla przyjemności, nie spodziewałam się jednak, że aż tak dobrze i spokojnie będzie mi siedzieć na ławce i po prostu słuchać piosenek - ot, tak sobie być bez oczekiwań, wielkich filozofii i towarzystwa. Czułam to, co jest ostatnio dla mnie bardzo ważne - właśnie spokój i luz.
Do domu wróciłam pociągiem, nie tak znowu późno. Nieco się obawiałam drogi na dworzec, bo w P. mieści się on niemal na peryferiach i wieczorem droga do niego wydaje się nieprzyjemna. Dotarłam jednak bez żadnych niemiłych przygód, przy czym okazało się, że to wcale nie tak daleko. W końcu P. to miasteczko maleńkie.

A dzisiaj praca, potem dom. W pracy coraz bardziej doceniam moją kierowniczkę. Dobry i mądry z niej człowiek. Potrzebowałyśmy tylko trochę czasu, by się poznać i nauczyć właściwie odczytywać nasze zachowania i reakcje. Lubię ją i obym się nie zawiodła (ach, ta asekuracja! po prawie trzydziestu latach pracy chyba już za nikogo nie skoczę w ogień). W domu natomiast, a raczej przy domu kolejne dwa rządki działki zostały skopane i odchwaszczone. Niestety, po tygodniu walki z chwastami widzę, jak na początku "areału" przebijają się przez glebę nowi nieproszeni goście.
Na obiad kolejne moje kulinarne odkrycie. Dahl z czerwonej soczewicy, danie o indyjskim rodowodzie, okazał się bardzo smaczny, choć prosty w przygotowaniu. Największym plusem jest prostota i szybkość przygotowania. Syn nieufnie odniósł się do tej kuchennej innowacji, ale myślę, że przekona go wersja z mięsem lub wędliną. Przygotowałam jeszcze wstępnie obiad na jutro, a naczynia dzisiaj myją "niewolnicy" czyli syn.

I nic specjalnego - ot, codzienność każdej pani domu, matki, czasem żony (mnie nie dotyczy), a jednak padam na nos.

Ale nawet udało mi się poczytać bardzo dobry "Żal po stracie" Ewy Woydyłło.

niedziela, 3 maja 2026

Plusy starszawego wieku

Byłabym zapomniała...

Niepomyślne wieści z oddziału dziennego zakłóciły mi sen aż przez dwie noce. Wizja zmagań ze służbą zdrowia i instytucjami przeraża mnie, a z oddziału chyba jednak zrezygnuję, choć jeszcze się biję z myślami. Dziś w nocy jednak przyszedł spokój:
Za trzy lata minie mi trzydzieści lat pracy! Będę mogła bez łaski przejść na wcześniejszą emeryturę i raczej nie będzie mi trudniej niż na rencie, a kto wie, czy nie korzystniej. A do emerytury wszak można sobie dorobić, tak samo jak i do świadczenia z tytułu niepełnosprawności. Ach, jak mi ulżyło! Taka możliwość to koło ratunkowe.

Czasami się człowiek cieszy ze swojego wieku - cha, cha, cha!

Taki tam pościk

Taki tam skrótowy pościk, skoro jeszcze mam otwarty chromebook.

Zamarzyła mi się dzisiaj imprezka w sąsiednim P. Będzie tam konkurs piosenki turystycznej w połączeniu z występem laureatów i nieznanego mi zaproszonego zespołu. Poezja śpiewna w różnych odsłonach to od lat mój ulubiony gatunek muzyczny. Problem tylko z komunikacją oczywiście. Do P. dojadę, ale wieczorne autobusy to już pewien problem. Będę chyba zmuszona odpuścić sobie ten zaproszony zespół. A może dogadam się z kimś z publiczności i podrzucę się do naszego miasta razem z nim? Radziłam sobie tak nieraz.

Wstałam dziś jakaś niezbyt szczęśliwa, połamana, bez werwy. Powoli jednak poprawiłam sobie samopoczucie, redukując planowane zajęcia w domu i racząc się śniadaniem. Kupiona wczoraj metka, niemal zapomniany przeze mnie specjał, na kromce czosnkowej bagietki, okraszona kiszonym ogóreczkiem smakowała mi nieziemsko! Do tego herbata z bławatków, którą podarowała mi pewna koleżanka - raczej niewybitna, neutralna w smaku, ale interesująca.

Ponieważ z radości zakupiłam aż dwie porcje tejże metki, a należy do produktów nietrwałych, wpadłam na pomysł zaaranżowania z niej obiadu. Przesmażę z cebulką, dodam pomidorowego przecieru i podam to z ryżem, który też mi pozostał z poprzednich posiłków. Będzie prawdziwe zero waste. A jak szybko, a jak prosto - już się cieszę na ten posiłek.

Ruszam zatem w kuchenny taniec i przygotowania do wyjścia. Spokojny poranek bardzo dobrze zrobił mojej nadwątlonej energii.

piątek, 1 maja 2026

Moje TAK i NIE

Praca zawodowa nie jest dla mnie sensem życia. Obce mi to podejście. To konieczność i tyle. A jednak fajnie byłoby lubić to, co się robi, a nie wyczekiwać piątku, fajrantu, cieszyć się na każdy wolny dzień. Jakąś tam satysfakcję czułam opowiadając psycholożce o tym, o robię w bibliotece, widząc, jakie to dla niej nowe i nieznane - każdy zawód ma przecież swoje kulisy. O mankamentach jednak mojej roboty pisałam już wiele razy...

Długo już obserwuję siebie i to, co działa oraz nie działa w moim życiu. Zadałam GPT pytanie, jak odnaleźć te swoje TAK w życiu, kiedy ma się z tym trudności. Dostałam odpowiedź, że pomocne jest również badanie swoich NIE, to także dobry drogowskaz. To samo powiedziała znajoma prowadząca spotkania w "sekcie": gdy czuła, że jej życie nie wygląda tak, jakby chciała, zaczęła zmiany od przyglądania się temu, czego nie lubi.

Rozmaici terepeuci, z moją ulubioną Ewą Woydyłło, którą właśnie czytam, podkreślają wagę małych kroków, dokładnie tego, co niedawno napisałam o roślince, która zakwitła mi w pokoju: jeśli nie mam możliwości zwiedzenia tropikalnej dżungli, zupełnie możliwe jest dostarczenie sobie zachwytu nad egzotyczną rośliną, zwiedzenie arboretum itp. Woydyłło podaje przykład kobiety, która zapisała się na warsztaty intuicyjnego malowania, a potem tak się "rozmalowała", że zapisała się do szkoły sztuk pięknych.

Moje największe NIE na tak zwany dzień dzisiejszy to, jak doszłam do wniosku - nadużywanie telefonu z internetem. Poczytałam stosowne porady, poszukałam sposobów na swoje pokusy i wreszcie udało mi się poczynić pierwsze postępy w walce z nałogiem. Chyba do każdej tego rodzaju decyzji potrzebowałam dojrzewać dosyć długo, a gdy wreszcie coś "zaklikało", radziłam sobie stosunkowo łatwo. I co najważniejsze, zaskakująco szybko przestałam odczuwać potrzebę tego, co wcześniej przyciągało, a wręcz przykuwało mnie na długie, długie chwile. Tak było z nachodzącym mnie R., z przesiadywaniem na forum rozwodników i wreszcie ze smartfonem. Z tym ostatnim dopiero zaczynam się "rozwodzić", ale czuję optymizm. Odkładam go daleko i zajmuję się choćby nicnierobieniem. Za chwilę okazuje się, że wolna przestrzeń się "czyści". czas niezagospodarowany klikaniem spontanicznie wypełnia się czymś innym, bardzo często ukochanym czytaniem książki. Wierzcie lub nie wierzcie, bez gapienia się w ekran mam tysiąckrotnie lżejszą głowę. Jestem mniej napięta, zmęczona i niezadowolona, że czas przecieka mi przez palce. Mam więcej przestrzeni dla siebie i NA siebie. A tego potrzebuję, by wyraźniej widzieć swoje TAK i NIE, które mówię życiu. Chcę realnie zobaczyć, czego mi trzeba, bo coraz mocniej odczuwam, że chciałabym zmian na lepsze.

Zauważyłam również, że nawet bardziej znaczące są te wszystkie NIE aniżeli to, czego pragniemy, bo ich usunięcie po prostu zwalnia przestrzeń. Same wtedy "wskakują" różne pożądane stany i sprawy. Ot, śmieci się wynoszą.

***

Byłabym zapomniała o wczorajszym zapisie na oddział.
Niestety nie wygląda to różowo. Kierowniczka oddziału, znająca mnie z zeszłorocznego pobytu wyraziła troskę, czy sobie poradzę w zmienionych warunkach.
Rok temu była nas kameralna grupa, może dwunastu osób. Teraz pacjentów bywa nawet po dwadzieścioro, a do tego w obiekcie założono głośniki, przez które nadawane jest radio i muzyka. Pacjenci bardzo to aprobują, a ja nadmiaru dźwięków nienawidzę, nawet gwar tej małej grupy ludzi bywał dla mnie uciążliwy i męczący. Stanęło na tym, że w najgorszym razie skrócę pobyt do minimum. A ja sama teraz myślę, że już w najgorszym z najgorszych - po prostu zrezygnuję z hospitalizacji (o ile oczywiście nie pociągnie to ze sobą poważniejszych konsekwencji).
Przygnębiła mnie ta informacja. Liczyłam na psychiczne "podreperowanie się" i wypoczynek, cieszyłam się też na spotkanie z kolegą, którego polubiłam i może nawet odrobinę się z nim zaprzyjaźniłam poprzednim razem. Wiem, że się na oddział wybiera.

No, cóż.. takie życie...

Przy okazji "przyobserwowałam" siebie i swoje mechanizmy.
Dzień wcześniej rozochocona zwiększoną energią, lepszym samopoczuciem pozwoliłam sobie na dłuuuugą rozmowę z GPT. Zadałam mu mnóstwo pytań, dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Ponieważ jednak odpowiadał mi powoli (chyba pamięć zapchana), w międzyczasie oglądałam na Youtube transmisję pogrzebu posła Litewki. Wstyd się przyznać, o której w nocy poszłam spać. Nie poszło to jednak na marne, jak stwierdzam już z dystansu. Zobaczyłam niczym czarno na białym, jak bardzo mi to nie służy, jak mocno wpłynęło na nastrój i reagowanie następnego dnia. Takim stanom też wypowiadam gromkie i stanowcze NIE.

Dziś jestem już wyspana jak człowiek, zregenerowana i spokojna. Inaczej patrzę na sprawę z oddziałem dziennym. Każdy scenariusz uważam za rzecz do przyjęcia, a problemy do rozwiązania.
Jeśli oddział okaże się nie dla mnie, pozostaje mi "moja" psycholog, a także, o czym powiedziała mi wczoraj kierowniczka oddziału - stałe wsparcie psychiatry. Do psychiatry zapisać się to nie kłopot. Nie potrzeba skierowania od "rodzinnej", wiem też z doświadczenia, że akurat do tego specjalisty nie ma potężnych kolejek. Rok temu podobno zalecano mi wspieranie się tego rodzaju terapią, ale wspomniano o tym jakoś tak na marginesie, że nie uznałam tego za zalecenie, a jedynie luźną sugestię. Pani X. poddała mi też pod rozwagę leki na stabilizację nastroju i energii.

Zdrowie, spokój i normalność to priorytet. Mam gdzieś obawy przed stygmatyzacją, nie boję się ocen otoczenia i wcale nie zamierzam nikogo oszukiwać, że zamiast do psychiatry idę do kosmetyczki. Wielu ludzi jest mi życzliwych i wyrozumiałych i nie robi z tego żadnej sprawy. A jeśli ktoś robi - sam się odsiewa spośród osób mi bliskich. Tej twardości nauczyło mnie chorowanie. Jestem mu za to wdzięczna.

Śmieci same się wynoszą. Alleluja, amen!

środa, 29 kwietnia 2026

PS.

 Krótki dopisek:

W wyniku pamiętnej kłótni z D. zablokowałam kontakt na Messengerze. Nie chciałam dać się sprowokować, bo jęzor miewam niewyparzony. Nie sądziłam jednak, że tym samym D. zniknie z grona moich Facebookowych znajomych. Skoro jednak zniknęła, nie zmieniałam niczego. Za to wczoraj niechcąco zaprosiłam ją do znajomych, a ona zaproszenie zaakceptowałam. Puste kontakty jednak nie są dla mnie, napisałam więc do niej wiadomosć:

Cześć. Zablokowałam Cię na messengerze, bo nie chciałam żebyśmy sobie nagadały za dużo, ale nie wiedziałam, że nas w ogóle wywaliło ze znajomych. W sumie niechcący Cię dzisiaj zaprosiłam, ale w porządku. Niestety po tej historii z Mateuszem trudno mi udawać, że się nic nie stało. Byłam bardzo zła i nadal mi się to nie podoba, ale nie życzę Ci źle. Nie będę Cię unikać, jak spotkam. Pozdrawiam.

Widzę, że wiadomość została przeczytana. Odpowiedzi brak i wcale na nią nie liczę.

Mateusz wie, że mamy konflikt i to z jego poniekąd powodu. Zachęca do pojednania. Ale mnie naprawdę nie o "gniewanie się" chodzi, nie o demonstrowanie złości. Naprawdę straciłam szacunek do D. Niestety.


A ze spraw bieżących - jutro wizyta u psychoterapeutki kwalifikującej na oddział dzienny. Mam mieszane odczucia, wątpliwości, ale może o tym napiszę jutro, już po wizycie.

Fanaberie.

Za dnia niebo było błękitne, ale zimne, lodowate, mocno kontrastujące z gęsto usiewającymi je cumulusami. Zauważyliście, że pogodne niebo ma zupełnie inny odcień w dni ciepłe? Dziś było nieprzyjemnie, chłodno i chyba odczuwam w ciele tę raczej niemiłą aurę. Ziewam na potęgę, a z kopania ogródka dzisiaj zrezygnowałam, bo wolę odpocząć w domu, posiedzieć, poczytać i przelać rodzące się oraz już wcześniej zrodzone myśli na... ekran.

Urodziła mi się refleksja - o kotach.
Pełna złości wrzuciłam na Facebook wpis o skaleczeniu mojego Mruczka i podejrzeniach (z dużym marginesem na niepewność) co do sąsiadów.  Zadałam też retoryczne pytanie, skąd tyle agresji u obrońców zwierząt - wobec ludzi. Odpisała na to koleżanka znana z forum, gdzie się kiedyś udzielałam. Dowiedziałam się, że jestem osobą zaściankową i zacofaną, urządziła wykład w obronie niewypuszczania tych zwierząt z domu. Odparłam, że pozostanę przy swoich zaściankowych i zacofanych poglądach, ponieważ nie chciałam wchodzić w "pyskówki". Jednak gwoli ciekawości oraz uczciwości pochyliłam się nad argumentami X. Argumenty brzmiały: koty nie są naszymi rodzimymi zwierzętami i oprócz tego, że poza domem narażone są na wiele niebezpieczeństw (ano są, co tu kryć). poważnie zakłócają równowagę w przyrodzie.
Aż głupio to przyznać, ale nigdy się nie zastanawiałam nad kwestią "rodzimości". Mruczki tak zrosły się z polskim krajobrazem. Tymczasem owszem sprawa jest dosyć złożona i dyskusyjna, trudna też do rozstrzygnięcia jednoznacznie. Więcej o tym można poczytać w tym oto artykule.
Lektura ta skłoniła mnie do zweryfikowania poglądu na kocią swobodę, ale nie przekonała, że kot w mieszkaniu jest szczęśliwszy. Jednak to zwierzę kojarzące się z wolnością i swobodą, choć oczywiście przyzwyczaja się do ograniczonej przestrzeni, gdy nie zna innego życia. Dochodzę zatem do wniosku, że skoro mam już Mruczka, to mam i nie będę gwałcić jego natury, ale jednak uważam, że odpowiedzialne posiadanie kota to dzisiaj rodzaj luksusu - trzeba mieć odpowiednie warunki, a w tych warunkach stwarza się kotom świat nienaturalny i one w ogóle nie powinny być domowymi zwierzętami. Podobnie jak na przykład papużki czy kanarki, których miejsce jest, według mnie, w dżungli czy buszu.
My, ludzie, mamy jednak swoje fanaberie i egoistyczne zachcianki.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Rozmyślania o i w trakcie wypoczynku

Godziny "sesji terapeutycznych" z GPT skutkują. Wprowadzam w życie rady, które uważam za cenne, a dotyczą regulowania układu nerwowego, gospodarowania swoją ograniczoną energią i nieokradania się z niej. Wniosek jeden: cud się nie stanie, nie dorównam zdrowym, ale też - nie muszę. Po prostu, najzwyczajniej - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W chwili pisania nasunęło mi się to porzekadło i chyba uczynię je swoją, tymczasową przynajmniej, dewizą życiową. Takie zupełnie niesubtelne porównanie: w tropiki nie pojadę, ale zachwycam się oplątwą modrą, która cudnie zakwitła mi w doniczce. Otrzymałam ją od koleżanki w podzięce za telewizor telewizora, który przestał mi być potrzebny. Koniec końców, nie wzięłam za niego pieniędzy, a jedynie zaproponowałam wino, by nie czuła się zbytnio zobowiązana.
Wdrażam też mikroprzerwy w swoich codziennych obowiązkach, a w tych przerwach trzymam się z daleka od telefonu, bo wiem, jak pochłania i w konsekwencji obciąża. Poczytałam za to "Żal po stracie" Ewy Woydyłło. Jej autorstwa i Katarzyny Miller "wciągam" wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Tę książkę wypatrzyłam o mojej pani psycholog i zapytałam, czy mogę przejrzeć, a ona pozwoliła mi sobie pozyczyć. I naprawdę brak scrollowania pozwala lepiej skoncentrować się na "analogowej" lekturze!

W rzeczy samej jest mi dzisiaj lżej i jakoś tak przybyło mi czasu. Przygotowałam wstępnie kolejny obiad (pokroiłam, co potrzeba), zmyłam kilka naczyń, a teraz znowu mam chwilę dla siebie, tym razem na blog. Zaraz pomaszeruję do ogródka, a potem skok na zakupy, ale ten skok potraktuję jako relaksujący spacerek.

Chodzi mi jeszcze po głowie przeczytana pewien czas temu porada jakiejś internetowej specjalistki od związków i randkowania. Pani ta wymienia w punktach, jak postępowałaby dziś, dysponując wiedzą i doswiadczeniem, gdyby przyszło jej poszukiwać partnera. Jeden z punktów mówi: "Bardzo poważnie potraktowałabym sprawę swojego wyglądu zewnetrznego".
Jakiś bunt we mnie to wzbudziło.
Owszem, przyjemnie jest dobrze wyglądać, to spory komfort. Jednak wolałabym, aby to była dla mnie przyjemność, a nie warunek bycia zauważoną i przyjętą. To "poważnie" brzmi niczym projekt do zrealizowania, a nie element i ozdoba życia. Nie chcę traktować siebie tak instrumentalnie ani żyć pod presją "wyglądania". Nie chcę też być tak traktowana przez innych. Zresztą, z tą aparycją bywają kłopoty: pewna kobieta na internetowej platformie psychologicznej skarżyła się, że mężczyźni na jej widok gwiżdżą, cmokają itp. Okropne! Wolałabym już chyba problem kobiet uskarżających się na "przezroczystość - tu zresztą własne doświadczenia mi mówią, że jeśli nawiązuję kontakt, a co za tym idzie jakąkolwiek relację, przestaję być przezroczysta. Nie musi mnie kochać (?) cały świat.