wtorek, 18 sierpnia 2026

Zaufać.

Dziś chłodniej - co za ulga! Jednak to chyba pogoda sprawiła, że energię mam cokolwiek niższą, ziewam i nie chce mi się za wiele robić. Na szczęście nie muszę, bo znowu nagotowałam na zapas, a i porządek względny mnie otacza. Jakoś mi jednak dziwnie bez tych wszystkich "muszę" i "powinnam". Jakoś tak sama nie wiem, czego chcę. Myślę, by wcześniej pójść spać, ale obawiam się, że obudzę się w środku nocy i nie będę mogła zasnąć. Minionej nocy też długo przewracałam się z boku na bok. Odzywa się też lęk, by nie wrócił depresyjny "zjazd", skoro odczuwam znużenie. Ale może nie, może to tylko strach ma wielkie oczy.

Wczoraj życie wyraźnie mi pokazało, że nie ma w nim próżni lub, że nie trwa ona długo.

Chociaż D. stanowczo mi się odechciało, tęskniłam za częstymi spotkaniami, towarzystwem. I wczoraj - co za traf! - zadzwoniła do mnie koleżanka poznana za pośrednictwem kolegi z hospitalizacji. Pogadałyśmy sporo czasu i czuję, że chyba mam nową koleżankę. Kolega podobno zachwalał, że byłabym dobrym towarzystwem dla niej, gdyż jesteśmy na podobnym etapie życia i sporo nas łączy. To miłe z jego strony. Wcześniej mówił mi, że ona mnie polubiła. To dla mnie znak, że biegowi rzeczy warto ufać.

sobota, 15 sierpnia 2026

Moja wyspa Bali

A tak mi się zachciało znowu przysiąść na chwilkę i utrwalić nastrój.
Nic się dziś nie dzieje, a tak mi dobrze, że po prostu muszę o tym napisać.

Ludzie wzdychają do wyspy Bali, często napotykam różne reklamy jej dotyczące, jakieś warsztaty terapeutyczne, wycieczki. A mnie przed moim domem dziś tak dobrze jak na wczasach pod palmami! Jestem taka zrelaksowana! Cudownie jest po prostu DOBRZE SIĘ CZUĆ, nie być zmęczoną, wykończoną, wyczerpaną. Rany! jak dobrze!

Obiad "sam" się dzisiaj przygotował. Uwielbiam poznany w internecie patent "na motyla". To sposób pieczenia kurczaka rozłożonego na płasko. Nacina się stworzenie na plecach wzdłuż kręgosłupa, a z przodu jednym solidnym ciosem gruchocze mu się kości. Tak spreparowane ptaszysko staje się płaskie i pięknie, na rumiano się piecze. Na blachę dorzuciłam młode kartofelki, których nawet nie obierałam, a jedynie porządnie oczyściłam. Przeszły smakiem kurczaka w przyprawach. Taki kurczak na motyla to maximum sukcesu kulinarnego przy minimum wysiłku. Do tego surówka z pomidorów "bawole serca", które dostałam od koleżanki - przepyszne!

Po tym obiadku delektuję się kolejną rozpoczętą książką: "Sześć tysięcy metrów prawdy". Jej autor, Marek Krauz był kiedyś gościem naszej biblioteki na spotkaniu autorskim. W książce opisuje swoją wyprawę w Himalaje. Nie jest to rewelacja literacka ani krajoznawcza, autor powierzchownie opisuje zwiedzane miejsca, mocno wdaje się w swoje dość oczywiste i nieco wyświechtane już dywagacje, jak to góry odkrywają w nas wewnętrzną prawdę i mierzą z potęgą natury. Napisane jednak jest to na przyzwoitym poziomie i jakąś tam przyjemność z lektury mam.

Idę znowu przed dom, z książką pod pachą, dopóki dzień trwa.

Obiadu wystarczy na jutro - hurra!

Ot, leci...

Ostatnio jakoś nie chciało mi się zaglądać do bloga. Wróciłam do pracy i mam mniej wolnego czasu. Dzisiaj też nie zamierzałam pisać, ale zajrzałam do Wodnikowej Panny, poczytałam, jak sobie trwa niespiesznie, po czym zachciało mi się jednak utrwalić kawałek własnego życia.

Moje życie też niespieszne, chociaż wiele spraw chciałabym jednak dopiąć na ostatni guzik... i na "chciałabym" kończę! Dwa kroki do przody, trzy do tyłu.

,Czuję się znakomicie, jeśli chodzi o nastrój. Kiedy nie rządzą mną "organiczne zaburzenia nastroju", niewiele - mam wrażenie - może mnie złamać. Mam mocne zasoby do radzenia sobie z przeciwnościami losu: refleksje przede wszystkim, wiedza nabyta z licznych rozmów i lektur, i nie tak małe już doświadczenie.
Mam zresztą teraz zupełnie dobre życie. Kłopoty zdrowotne - póki co - utrzymują się w ryzach, z pieniędzmi stabilnie i nie odczuwam braków, choć obiektywnie prowadzę skromne życie. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, nie potrzebuję "cudów na kiju".

Jeśli chodzi o funkcjonowanie pod wpływem farmakoterapii, wczoraj miałam okazję przekonać się o różnicach. Był dzień jakiś niżowy pomimo pięknej pogody (dlaczego piękną nazywa się tylko słoneczną aurę? Deszcz także bywa piękny!), sąsiad narzekał na ból kolana, a ja czułam senność. Zrezygnowałam z planowanego basenu, by wypoczywać sobie i zdrzemnąć się w domu. Jednak było to zupełnie co innego niż wtedy, gdy rządziła mną choroba. Wtedy był emocjonalny "zjazd", żal, pretensje do siebie i niezadowolenie. Wczoraj po prostu chciało mi się spać - kropka, bez podtekstów. Chcę jeszcze nauczyć się radzić sobie z tą sennością, gdy potrzebuję jednak być bardziej aktywna.

Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej czyli tzw. Zielnej. Wielkie święto w lokalnej parafii, której owa postać jest patronką. Kiedyś przyciągało mnóstwo ludzi, lecz od kilku, a może kilkunastu lat obserwuję malejące zainteresowanie - może dlatego, że niż demograficzny i dzieci mniej? Bo głównie najmłodszych cieszy odpust, rozstawione kramy z drewnianymi kogucikami, cukierkami-rybkami (rybki są iście kultowe, chociaż moim zdaniem dosyć mdłe i nieprzyjemnie szorstkie) i wszędobylską "chińszczyzną". Ja bez żalu odpuszczam dziś to lubiane skądinąd widowisko. Tyle razy już to widziałam...

Cóż jeszcze? Był w tym tygodniu Klub Pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego. Uczestniczę w tych spotkaniach, nawet jeśli nie wynoszę nic szczególnego. Wartością jest dla mnie, że jestem rozumiana, że kogoś obchodzę, że ktoś pyta, co u mnie i nie lekceważy. W kameralnej grupce czuję się otoczona przyjazną atmosferą i przyjęta taka, jaka jestem. A realnego wsparcia również doświadczyłam, dobrze mieć do niego dostęp.

Przy okazji zajrzałam na oddział dzienny, gdzie zostało jeszcze trochę znajomych z hospitalizacji. Personel trochę krzywo patrzy na wizyty obcych osób, bo może to działać deprymująco na innych pacjentów. Ośmieliłam się jednak naruszyć zasady. Pogadałam z kolegą i koleżanką, poczęstowano mnie obiadem, z którego ktoś zrezygnował. Wzbraniałam się początkowo, ale koleżanka przekonywała, że mogę jeść śmiało. Wielce zadowolona zabrałam się do pałaszowania, gdy pojawił się oddziałowy terapeuta, zastępujący chyba urlopowaną kierowniczkę, i wlepił mi solidny "paternoster". Należał mi się, nie protestowałam. Przeprosiłam i wyjaśniłam sytuację, znajomi też wzięli mnie w obronę. Speszyła mnie ta historia, ale koniec końców uśmialiśmy się z tego, gdy terapeuta opuścił salę.

Ot, i tak to leci...

Dzisiaj święto i leniuchowanie. Planów specjalnych nie mam, aczkolwiek w domu straszy i chcę trochę go uprzątnąć ;)

I wisienka na torcie: oswajam się z końmi na działce u siostry. Pogłaskalam bestie, a nawet przytuliłam się do jednej. Są cudownie spokojne i łagodne. Kochane.

PS. Korekta: Matki Bożej Zielnej to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, natomiast Matki Bożej Bolesnej wypada dokładnie za miesiąc. Wybaczcie pomyłkę. Jednak to właśnie Zielna jest wielkim świętem u naszych dominikanów.
Uświadomiła mi ten błąd AI. przy okazji dowiedziałam się, że w dziesiejszy dzień (i nie tylko) dominikanie śpiewają "Salve Regina". Z ciekawości wysłuchałam tej pieśni i okazało się, że dobrze ją znam... z pogrzebów.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Radość

 Ach, jak mi dobrze! To wystarczający powód do szczęścia. Po prostu dobrze się czuć.

W pracy równo i systematycznie, bez irytacji i nadmiernego znużenia, z należytym skupieniem (może tylko ociupinę "zjeżdżającym" po południu). W domu wystarczająco energii na szybkie przygotowanie obiadu, a obiadu dostatecznie dużo jeszcze na jutro. Leczo z cukinią, papryką i mieloną łopatką, a do tego ryż. Syn pomógł pokroić warzywa.

Syn dzielnie się spisał w ostatnich dniach, pomagając w pracach na działce siostry, oczywiście wraz ze mną. Wobec siostrzanych koni jest odważniejszy ode mnie, ufa zapewnieniom swojej cioci, że to zwierzęta łagodne i skłonne raczej do ucieczki niż ataku. Zapewne to racja, mają jednak swoje gabaryty i przez sam ten fakt budzą mój respekt. To już i tak sukces, że jestem w stanie przebywać na wyciągnięcie ręki od nich. Nie zmuszam się do niczego, liczę na powolne oswojenie się z tymi silnymi i dużymi zwierzętami. Fakt, że są zachwycające i wspaniałe w tej swoje sile, proporcjach, grającemu życiu w mięśniach.

Cieszę się, że chłopak przełamuje swój opór przed dokończeniem kursu prawa jazdy. Przerwał go na długo po niezdanym egzaminie z jazdy, zarzekał się, że on o jeździe nie marzy. Uporczywie przekonywałam go, że nie wiadomo, kiedy co się w życiu przyda, a dziś bez prawa jazdy na rynku pracy to niemal jak bez ręki, zwłaszcza w zawodach kojarzonych wciąż jeszcze głównie z mężczyznami. Niechże zrobi sobie to prawko i ma z głowy.

Wieczorem planujemy wspólną przejażdźkę rowerami, choć widzę, że pogoda stoi pod znakiem zapytania. Wyraźnie się chmurzy. Ot, czas pokaże. Również na rowerze moja pociecha jakoś chętniej ostatnio jeździ. W niedzielę pokonaliśmy prawie dwadzieścia kilometrów. Zazdrościłam młodemu szybszego niż mój pojazdu. W drodze spotkaliśmy polnego chomika, tzw. europejskiego. Syn widział to zwierzę po raz pierwszy w życiu. Chomik zamarł na widok mojego dziecka, a gdy na miejsce dotarłam ja, zerwał się i co sił w nogach, popędził w pole kukurydzy. "Widzisz, Misiek, tego w domu nie wysiedzisz", skwitowałam.

Teraz mam chwilę dla siebie. Blog już "zaliczony" a w pogotowiu czeka "Ditta".

I jak tu się nie cieszyć?

niedziela, 2 sierpnia 2026

Niedziela

Jak dobrze znowu czuć entuzjam i chęć doświadczania, życia. Przyjemnie było o godzinie ósme rano spacerować ulicami miasta, w którym na co dzień się nie bywa, ulicami niewydeptanymi rutyną,  nieopatrzonymi powtarzalnością.

Lubię to moje obecne, wspierane przez medycynę życie, jest mi dobrze. Moja przyjaciółka bardzo sceptycznie i nieufnie odnosi się do moich psychotropów, wypytuje, czy nie czuję się sztucznie, czy nie jestem otępiała. Nie, nie jestem.

Poprawa nastroju nastąpiła subtelnie, lecz bardzo wyraźnie, wciąż czuję się sobą i autentyczną. Po prostu mam więcej energii, a za tym idzie lepszy humor. Czyż może nie cieszyć, że po miesiącach wyczerpania, wreszcie czuję się dobrze? A nawet jeśli to sztuczne? Wolę sztuczną dobrą formę od naturalnego (?) "doła".

Jest mi teraz w moim życiu dobrze. Mam wszystko, czego mi trzeba: dobre jedzenie, przyzwoite ubranie, pracę, która zapewnia mi środki nie tylko na podstawy, ale i dzisiejsze Tulaste Randki na przykład. Zdrowotne kłopoty - dziękować Bogu i medycynie - opanowane. A świat wciąż zachwycający, lato w pełni, a ja z zachwytem przyglądam się bocianom za miastem i zielonym lasom. Wczoraj oswajałam się z końmi mojej siostry.

Jest mi tak dobrze, spokojnie... Mogę za ShataQs, piosenkarką powtórzyć: "Jestem wreszcie w swym  królestwie". Wypełnia mnie dziś to uczucie.

A Randki? Randki były pełne ciepła i zwyczajnie interesujące. Był to warsztat na temat bliskości, dotyku, stawiania granic, a także dawania sobie przyzwolenia na to, czego pragniemy i co nam potrzebne w relacjach z drugim człowiekiem. Była mowa o znaczeniu dotyku dla naszego zdrowia i dobrego funkcjonowania oraz o tym, jak można podarować sobie ten dobry dotyk również samodzielnie. Warto przytulać się całym ciężarem do drzew, można ciasno owinąć się szalem, o czym nie wiedziałam, a chętnie to wykorzystam. Są też kołdry obciążeniowe i inne przydatne przedmioty. Patent z szalem wypróbuję na pewno, bo na kołdrę obciążeniową szkoda mi pieniędzy i miejsca w domu (a myślalam o niej nieraz).

Rano miałam zabawną przygodę. Idąc wolnym krokiem przez R-owski rynek, usłyszałam, że ktoś coś do mnie woła. Młody chłopak pytał, czy szukam czegoś, bo rozglądałam się wokoło. Okazał się niezwykle rozmowny i śmiały, zaproponował spacer. Ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do spotkania, a chłopak był kulturalny i uprzejmy, zgodziłam się na przejście się razem i posiedzenie na ławeczce (żadnych ustronnych zakamarków!). Nie dążę na każdym kroku do potwierdzenia własnej atrakcyjności, ale nie zaprzeczę: połechtało mnie to zainteresowanie. Chłopak sam przyznał, że wraca z wesela i jest pod wpływem alkoholu, stąd zapewne jego śmiałość. Wyznał, że lubi dojrzałe kobiety, pytał, czy dam mu numer telefonu. Oczywiście z uśmiechem odmówiłam i granice wyznaczyłam zdecydowanie, ale oceniam to przypadkowe spotkanie jako sympatyczne, nieszkodliwe i poniekąd zabawne. A ja po raz nie wiadomo który w życiu mam potwierdzenie własnego poglądu na atrakcyjność: jeśli mam się spodobać, to naprawdę nie muszę stawać na uszach!

Z R.wróciłam w okolicach godziny dwunastej, podwieziona przez nowo poznaną uczestniczkę warsztatu. Wysiadłam z jej samochodu koło cmentarza w naszym mieście, więc przy okazji odwiedziłam grób Rodziców. Kosili tam trawę niedawno, więc pozamiatałam obsypany nią grobowiec pożyczoną od "sąsiadów" szczotką. Posiedziałam, podumałam, pokontemplowałam spokój tego miejsca. W drodze powrotnej ujrzałam znajomą sylwetkę. Koleżanka pięknie wyglądała w letniej, niedzielnie eleganckiej sukience, a towarzyszył jej mężczyzna... z którym podobno definitywnie zerwała jakiś czas temu. Nastąpiło to nie po raz pierwszy, ale znam rozsądek S. i nie martwię się o nią. Dziś jednakże zażartowałam: "To może nie wygłupiajcie się już", wyrażając swoje miłe zaskoczenie, że znowu ich widzę razem.

Wreszcie dotarłam do domu, wypiłam nieprzyzwoitą ilość Pepsi, którą kupiłam jeszcze wczoraj przed wyjazdem na działkę mojej siostry, do jej koni. Wyzerowałam ją, jak mawia mój syn.

Wczoraj na basen nie poszłam z powodu wyjazdu na działkę. Zamierzałam wybrać się dziś wieczorem, lecz właśnie moje osobiste potomstwo zaskoczyło mnie propozycją wspólnej przejażdżki na rowerach wieczorem.
Synusiowi, nawet dorosłemu, się nie odmawia! Nieczęsto już uprawiamy wspólnie sport.

sobota, 1 sierpnia 2026

Tulaste Randki*

Raniutko jest, ale gdy się ma odpowiednią motywację, to i ranne wstawanie niestraszne.
Pozwalam sobie dziś na małą fanaberię: Tulaste Randki w mieście wojewódzkim, jakieś tajemnicze warsztaty na temat bliskości i relacji. Zaciekawiło mnie ogromnie ogłoszenie na Fejsie, więc skorzystam z tej okazji i - mam nadzieję - atrakcji.
Jak wrócę, to opowiem!

*Nie wiem, z jakiego powodu na blogu "ustawiła" mi się sobotnia data. Post powstał dziś - w niedzielę, drugiego sierpnia.

Codziennostki, drobnostki.

W poprzednim poście kilka razy pod rząd powtórzyłam: "na przykład". Miej się na baczności, korektorko tekstów in spe!

Dziś nieznośny upał, ale podkusiło mnie zajrzeć do szmateksu, w którym wczoraj wypatrzyłam wspaniały żakiet z lnu, w kolorze pomarańczowym, długą czarną spódnicę w białe grochy, zwiewną taką, na ciepłe dni, oraz kapitalnie leżace na mojej figurze spodnie. Jęknęłam jednak, gdy usłyszałam cenę, zostawiłam sobie tylko jedną, potrzebną bluzeczkę, a resztę zostawiłam... do dzisiaj, bo dziś przecena. Żakiet ktoś już, niestety, zdążył capnąć przede mną, ale spodnie i spódnica były! Coś jeszcze do tego dorzuciłam - i solennie sobie obiecuję, że pierwszy sierpnia jest ostatnim dniem mojej wizyty wśród używanej odzieży na cały nadchodzący miesiąc. Zabraniam sobie nawet zaglądać, bo nie ma mocnych: moje wprawne oko zawsze coś wypatrzy, a potem i tak się  nosi tylko te rzeczy, które najłatwiej na siebie wrzucić, albo najbardziej się kocha.

Naszła mnie jednak jakaś chętka, by "podrasować" swój wizerunek i więcej uwagi poświęcać odzieżowym zestawom. Mam tę szacowną pięćdziesiątkę i może warto nie tyle się postarzyć, co z szacunkiem do swojej dorosłości podkreślić ten fakt. Ot, więcej uważności i kreatywności na co dzień.

Wyczytałam wczoraj u AI, że nawet paznokcie można ozdobić bez konieczności malowania, bo istnieją specjalne naklejki, dające zupełnie zadowalający efekt. Niestety, tradycyjny lakier jest dla mnie za trudny, gdyż drżą mi ręce i nie umiem go nanieść, nie wyjeżdżając "za margines". Spróbuję z tymi nalepkami i będę "aligancka i ze szykiem"!

Z nowinek codziennych, kilka razy spotkaliśmy się w ciągu ostatnich dni z kolegą wiadomym (mowa we wcześniejszych postach). Czas jednak nam nie sprzyjał, wzywały go różne sprawy, tak więc spotkania były raczej przelotne. Ciekawa jestem, jak się potoczą dalsze losy tej znajomości.

Z miasta wróciłam spocona jak nieboskie stworzenie. Pospiesznie ogarnęłam rozgardiasz w domu, ugotowałam makaron do smażonego niedawno musu z papierówek, a teraz chwilkę odpoczywam. Czytam "Dittę" Martina Andersona Nexo. Znana mi to już lektura i to od wielu lat, jakoś jednak sięgnęłam od niechcenia po leżący w bibliotece na biurku egzemplarz i przepadłam. Nie ma jak te solidne dawne powieści o niebłahej treści i starannym języku oraz zajmującej akcji.

Wieczorem pójdę może na basen. Może zachęcę też syna.


PS. Ajajajaj! A czy pochwaliłam się, że radykalnie ograniczyłam sobie obcowanie z Facebookiem? Bezlitośnie usunęłam aplikację z telefonu i zadowolona jestem z efektu.

sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.

Farmakoterapia to nie samo zło

Edukuję się, kurrrde mole 😉
U AI wyczytałam, że popełniam błąd samowolnie przerywając na weekendy kurację encortonem. Podobno bardzo sobie w ten sposób szkodzę, bo "na" encortonie organizm przestaje produkować dostateczną ilość kortyzolu odpowiedzialnego za energię życiową. Szanowna sztuczna (inteligencja) stwierdziła wręcz, że może to być przyczyną moich "zjazdów". Skończyłam więc z przerwami na własną rękę, chociaż nie jestem zachwycona uzależnianiem się od środków farmakologicznych. Pomysł na "dyspenzę" wziął się stąd, że zaleconą mam przerwę w zażywaniu mojego drugiego stałego lekarstwa, hydrochloroquiny (kto tę szaloną nazwę wymyślił w miejsce dawnego plaquenilu?), więc odpuściłam sobie na te dni całego mojego "Mendelejewa". Ale już będę grzeczna, zastosuję się do wytycznych i nie wydziwiam. Zestaw ten uzupełnia jeszcze witamina D, której miałam niedobór, ale ostatnie badania wykazały, że poziom się podniósł. Miesiąc temu psychiatra niezależnie od reumatologa dorzucił mi zotral.

Farmakoterapia, odsądzana gdzie niegdzie od czci i wiary, bywa po prostu potrzebna. Nie wiem jeszcze, jak encorton, ale specyfik od psychiatry ewidentnie działa. Nie mogę uwierzyć, że można się czuć tak po prostu normalnie i dobrze ; prawie zapomniałam, jak to jest. Dziwię się, jak żyłam z notorycznym zmęczeniem i jak je pokonywałam.

Mam nadzieję, że nie przejdę całego życia na lekach, ale się z tym liczę i jeśli mają podnieść jakość mojego życia, nie zamierzam się przed nimi wzbraniać.

Tylko szkoda, że się już wina nie napiję albo mojego ulubionego ajerkoniaku. Ale to kosz wart swojej ceny, a trzeźwość i autentyczność są same w sobie cenne... i to nie slogan bynajmniej.

piątek, 24 lipca 2026

Lubię!

Wczoraj i dziś miłe spotkanie z kolegą. Dziś we dwoje ot tak, na ulicy, a wczoraj z dwójką wspólnych znajomych w cukierni. Pretekstem było testowanie mikrofonu do moich aparatów słuchowych. Towarzystwo wczorajsze było kosmpolityczne, bo nasza koleżanka jest narodowości ukraińskiej, a na spotkanie przybył też jej mąż - gaduła świetnie mówiący po polsku. To było naprawdę miłe, choć trudne spotkanie. Trudne, bo w cukierni panował hałas, dochodziły też dźwięki ulicznego ruchu. Mój kolega po tym spotkaniu stwierdził, że trzeba jeszcze przetestować aparaty sama na sam, więc dzisiaj pod koniec dniówki przyszedł odwiedzić mnie w pracy. Pogadaliśmy tam chwilę a kończyliśmy pogawędkę już na ulicy. Urządzenie słuchowe słabo zdało egzamin, ale sama jakość naszej rozmowy - przednia. Kolega jest wspaniałym człowiekiem i podobno mnie również za takowego uważa. Ciekawe, jak potoczy się ta nasza znajomość. Czy przerodzi się w jakąś głębszą przyjaźń? Mam nadzieję, że tak, chociaż staram się nie tworzyć mrzonek. Ale lubię, lubię, lubię ogromnie...!

środa, 22 lipca 2026

Dobry dzień

Znowu wpadłam z rana na oddział. Miło i ciepło mnie przywitano, poznałam dwie nowe pacjentki i od razu złapałyśmy dobry kontakt. Pogawędziłam też z ulubionym kolegą, a jakże. "Ponaprzykrzam" im się jeszcze pojutrze, po mam w serwisie protetyki obiecane jeszcze jedno urządzenie do testowania. To dzisiejsze niespecjalnie zdało egzamin, ale uśmialiśmy się z Bogusiem przy próbach.

Do pracy przyszłam z wyżej wymienionego powodu nieco później. Znów bardzo dobrze funkcjonowałam ; jak ja, doprawdy, żyłam bez zotralu?! 😄

Po południu podskoczyłam zajrzeć, co ciekawego mają na przecenie w szmateksie. Nooo... sporo mieli... Postanowiłam podjąć w sierpniu wyzwanie: przez cały miesiąc nie przekroczę progu żadnego z tych sklepów!

I - proszę sobie wyobrazić! - po powrocie do domu starczyło mi czasu i energii na wstawienie szybkiego prania, przygotowanie obiadu na jutro (wstępnie był już przyrządzony), umycie naczyń, przyrządzenie koktajlu z mleka i bananów na kolację oraz pasty z twarogu i makreli na jutrzejsze śniadanie. Pozachwycałam się także nowo narodzonymi bliźniaczkami - wnuczkami mojej sąsiadki. Pierwszy raz je dzisiaj wiziałam, mają dopiero dwa tygodnie. Śliczne są jak wszystkie maleństwa.

Tylko jakoś nad książką skupić się trudno. Ale spróbuję, gdy już wyłączę komputer.

wtorek, 21 lipca 2026

Kurrrde!!!

Pracuje mi się fajnie! Koncentracja w porządku, zmęczenie nie odbiera chęci do życia. Cokolwiek jeszcze chce mi się robić, gdy wracam po południu do domu. Jestem powściągliwa, nie wpadam w euforię i przedwczesny optymizm, ale cieszę się szczerze. Oby tak zostało na długo, długo.

Dziś po pracy podeszłam do protetyki słuchowej. Podpisałam umowę o testowanie kolejnego udogodnienia dla niedosłyszących. Jutro odwiedzę oddział dzienny w celu testowania - gwar kilkunastu rozmawiających osób to idealny poligon doświadczalny. Cieszę się na miłe spotkania, ulubiony kolega powiedział mi, że ostatnio przyjęto koleżankę z zeszłorocznej hospitalizacji. Z przyjemnością ją uściskam.

Obiecałam sobie radykalnie ograniczyć buszowanie po szmateksach - i co? Wdepnęłam do jednego i za pięćdziesiąt procent wcześniejszej ceny kupiłam sobie dżinsową ni to sukienkę, ni to płaszcz (sprawdzi się w obu rolach). Już oczami wyobraźni widzę kolejne zestawy z tym elementem w roli głównej.

Wstąpiłam też do innego niż zwykle fryzjera. Na drzwiach widniała informacja, że w ramach promocji usługa kosztuje tylko 30 zł. Szczęśliwie się złożyło, że nie musiałam zapisywać się na inny dzień, ale "od ręki" mogłam uporządkować swoją mocno już niesforną fryzurę. Wydłużyła mi się mina, gdy usłyszałam, że z moim nieprzeciętnie (serio!) wysokim czołem "niewiele nawojuję" w doborze fryzur, ale rezultat okazał się bardzo zadowalający. Lubię fryzury nieskomplikowane i mało wymagające. Na szczęście te ograniczone możliwości są dla mnie twarzowe. Czuję się odświeżona i wzmocniona w poczuciu własnej atrakcyjności.
Nie byłam nigdy specjalnie skoncentrowana na swoim wyglądzie, ale uczciwie stwierdzam: niebrzydka ze mnie babka, choć żadna tam wybitna :) Przyjemnie to czuć.

Przyjemnie też słuchać wywiadu z Nityą - Patrycją Pruchnik i czytać książkę, gdy za oknem szumi deszcz. Za momencik nastawię "uczciwy" obiad na jutro, wyniosę do piwnicy, garażu, na śmietnik trochę zalegających w domu szpargałów - i to wszystko bez poczucia wyczerpania. Kurrrrde, jak dobrze!!!

niedziela, 19 lipca 2026

Koniec wolności

Jutro do pracy. Bleeee!

Hospitalizacja na oddziale wiadomym, poza wszelkimi rozsądnymi powodami, była dla mnie ucieczką przed pracowym zmęczeniem i stresem. Boję się trochę powrotu do pracy i powrotu tego koszmarnego samopoczucia sprzed hospitalizacji. Tego zmęczenia, tej niechęci, tego poczucia presji - nie chciało mi się wtedy żyć. Może niepotrzebnie koncentruję się na obawach i sama siebie straszę, ale nie będę udawać, że praca jest czymś, co daje mi spełnienie. O niebo bardziej spełniam się w moim domowym tu i teraz, w mojej bezpiecznej przestrzeni, gdzie życie toczy się na moich warunkach.

sobota, 18 lipca 2026

Hajda w miasto!

Noc upalna. Chociaż spałam, "jak mnie Pan Bóg stworzył", obudziłam się pod kołdrą spocona i niepachnąca. Było już późno, więc na pytanie siostry, czy jadę z nią na działkę, odpowiedziałam przecząco. Nie chciało mi się spieszyć, zostawiać w domu rozgardiaszu, przełykać w pośpiechu byle czego zamiast porządnego śniadania. Trochę żałowałam, ale za chwilę telefon od Mateusza rozwiązał moje rozterki. Mateusz nie ma dzisiaj ludzi do pracy i jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócił się do mnie. Mnie się nie uśmiecha w ten upał sprzątanie poddasza, ale z niechęcią się zgodziłam. Pomyślałam jednak - przyznaję - co by było, gdybym pojechała na działkę i zostawiła kolegę na lodzie? Jak by sobie poradził? Ale koniec końców, to mój wybór, że mu pomagam, nawet jeśli pokonuję niechęć.

A więc śniadanie, pani Marto, prysznic, koniecznie też pościelić łóżko i hajda (lubię te staroświeckie, literackie słowa) w miasto!

piątek, 17 lipca 2026

Trochę domowo, trochę oddziałowo... i baaaardzo upalnie!

Powrót wściekłego upału, ale podobno nie na długo. Ostatni, nie licząc nadchodzącego popiątku, dzień mojej długiej wolności od etatu. Jak lubię tak spokojnie i domowo sobie żyć! Ma dla mnie urok i smak zwykłe "siedzenie" w domu, wspólne z synem smażenie naleśników, rodzinne pogawędki i śmiechy z naszego kota. Ma urok kawa pita przed domem, gdy inni są w pracy, i pogawędka z sąsiadem, który właśnie przechodził obok i przysiadł się do stolika.

Sąsiad był przygnębiony, bo zmarł właśnie ktoś z jego rodziny, jakiś młody jeszcze człowiek. Powiedział, że mu się nawet gadać nie chce - po czym przegadaliśmy chyba z godzinę i wcale nie byłam tą, która mówi więcej :)

Pan K., inny sąsiad (zza ściany mieszkania) zaczepił mnie rano słowami: "Ktoś ze wspólnoty mieszkaniowej mówił, że doniosła pani na naszego psa, że robi jakieś szkody". "Chyba ich poje...!" - wyrwało mi się spontanicznie, choć przez szacunek do starszego człowieka nie dokończyłam wulgaryzmu. Dodałam następnie: "Może im pan to ode mnie przekazać".
Rzekomo dokonałam tego donosu w odpowiedzi na zastrzeżenia zarządu wspólnoty co do mojego kota. Owszem, zaczepiła mnie kiedyś prezeska i oznajmiła, że kot nie powinien chodzić wolno po podwórku, że poluje na ptaki, i że sąsiedzi go dokarmiają, bo ja zwierzaka GŁODZĘ. Ona to zgłosi do Straży Miejskiej i zapłacę mandat.

Idioci!

Sprawdziłam później w internecie, że prawo nie zabrania kotom chodzenia wolno. Wiem, że mój pogląd ma przeciwników, ale mój kot będzie wychodził i basta. Jest do tego przyzwyczajony, źle znosiłby niewolę w mieszkaniu (komentarze ciskające gromy na moją głowę - usunę).

Ten domowy tydzień upłynął mi jeszcze pod znakiem oddziału i oddziałowych relacji. Miałam okazję twardo stanąć po stronie Bogusia wobec osób, które opowiedziały się przeciwko niemu. Jego to odrzucenie ogromnie zabolało i doktnęło, bo odbyło się za jego plecami. Zwrócił się z tym do mnie, wsparłam go, jak czułam i uważałam. Czuję teraz, że zbliżyło nas to do siebie i miło mi z tym. Czuję też coś bardzo dobrego: zachowałam się przyzwoicie i absolutnie słusznie, w zgodzie z sobą.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ot, dzień...

Dość głupio spędziłam dzisiejszy dzień. Trudno, zdarza się Rano wyskoczyłam na rowerze odwiedzić jeszcze raz oddział, ponieważ zapomniałam w dzień wypisu zabrać swój kocyk, którym okrywałam się podczas poobiednich relaksacji. A potem?

Potem poniosło wariatkę do szmateksu - ot, tak, "tylko popatrzeć". Długo łaziłam, szperałam i rzeczywiście przygarnęłam kilka przydatnych rzeczy po trzy złote sztuka. Mówiłam sobie, że czas kończyć, ale jeszcze kusiło "ostatni raz" przejrzeć wieszaki, poszperać w boksach (nie wiem, czy to rzeczywiście się tak nazywa) z odzieżą. Czasu jednak straciłam mmóstwo, a od dreptania między wieszakami nogę mam teraz usianą wybroczynami. Dobrze byłoby zrezygnować z wizyt w tych przybytkach rozpusty na dłuższy czas. Nawet nie zaglądać, bo jestem już na tyle wprawnym łowcą, że niemal zawsze coś przynoszę. W końcu dorobię się takich zapasów jak nasza sąsiadka z podwórka, pani Andzia, cierpiąca na chorobliwe zbieractwo!

Drugim nawykiem, który mocno mnie już uwiera, jest częste, machinalne sięganie po telefon komórkowy i tak zwane scrollowanie. Obiecuję sobie radykalnie to ograniczyć, ale słabo mi wychodzi. Postanowiłam, że gdy tylko syn przestanie być ode mnie zależny i nie będzie nas już łączył wspólny abonament, kupuję sobie "głupi" telefon bez internetu. Wystarczy mi ten w chromebooku, bo ten nie wciska się tak nachalnie w moje życie.

Synuś wyjechał po południu do miasta wojewódzkiego, gdzie spędzi kilka dni z "synusiową". Jestem sama w domu i chcę dobrze, w pełni wykorzystać tych kilka dni wolnych od pracy zawodowej, które mi jeszcze zostały. Chcę aby towarzyszył im relaks, ale i odrobina wewnętrznej dyscypliny. Lubię, gdy moje dni mają "ręce i nogi", nie rządzi mną chaos i brak motywacji.

piątek, 10 lipca 2026

Meldunek z pościeli

Nic specjalnego nie mam dzisiaj do napisania. Ot, zwyczajny, wolny dzień, niespieszne przedpołudnie w pościeli. Cieszy mnie perspektywa czasu dla siebie, nie chcę go jednak zmarnować i "przebimbać".

Wzięłam się znowu za kurs korekty. Jakoś zeszła ze mnie presja i przymus, co ogromnie ułatwia mi pracę. Nie wiem, dlaczego z takim trudem szło mi to dawniej. Powodzenie mnie dopinguje!

Koleżanki i koledzy z hospitalizacji założyli grupę  do komunikowania się przez WhatsApp. Nie wiem, na jak długo starczy im zapału do rozmów (znam te zapały z niejednego doświadczenia), ale cieszy mnie możliwość osłodzenia sobie samotnych domowych wieczorów. Koledze, z którym relację bardzo sobie cenię, powiedziałam, że nie gryzę i żeby się odzywał, kiedy przyjdzie mu ochota. Jest dla mnie szczególnym towarzyszem z oddziału przez wspólne zeszłoroczne wspomnienia i pewne podobieństwa we wrażliwości oraz spojrzeniu na wiele spraw.

Zastanawiam się, dlaczego tak wiele w moim życiu pragnień, marzeń, a tak mało realizowania. Chciałabym to zmienić, przecież czas ucieka. Tymczasem ociągam się, nawet gdy sprawa jest przyjemna i wartościowa, blokuję się rzeczywistymi i wyimaginowanymi przeszkodami. Rasowa prokrastynacja.

Powzięłam pewne postanowienie na najbliższe dni, ale pochwalę się dopiero, gdy mi się uda wcielić je w czyn.

czwartek, 9 lipca 2026

"Absolwentka"

Zapodziałam gdzieś z rana pewien potrzebny drobiazg, przez co wywróciłam mój pseudosalon do góry nogami. Teraz, po powrocie z miasta na sam widok żołądek mi się podszewką wywraca. To powiedzenie - czyjeż by inne, jak nie Mamy? Mama miała sporo takich barwnych porzekadeł.

Rano wpadłam na chwileczkę na oddział, bo zapomniałam wczoraj dopilnować sprawy zwolnienia lekarskiego, aby dać sobie kilka dni "oddechu" po zakończeniu hospitalizacji, a nie tak od razu do pracy. Zamieniłam kilka słów ze współpacjentami, którzy ciepło mnie potraktowali. Wczorajsze rozstanie z oddziałem również odbyło się bardzo przyjaźnie. Przy tej dzisiejszej okazji poprosiłam lekarza o wyjaśnienie kilku zagadkowych sformułowań ze szpitalnego opisu. Brzmiały one dramatyczniej niż się okazało.

Potem rundka do szmateksu, bo przecież jako "absolwentka" psychiatryka całkiem normalna nie jestem (i chwała Bogu! normalni są nudni!). Z odrobiną wyrzutów sumienia nabyłam kilka fatałaszków po trzy złote za sztukę.

W drodze powrotnej kupiłam w lokalnej znanej restauracji kilka krokietów z mięsem na obiad. Jestem już w domu i za chwilę je spożyjemy z "synkiem tycim - malucim". A potem spokojne popołudnie w domowych pieleszach: trochę pracy i sporo relaksu.

Witaj, wolności (domowe L-4 do końca przyszłego tygodnia)!

P.S. Z kolegą Bogusiem niedomówienia wyjaśnione. Rozstanie przyjazne i z obietnicą bycia w kontakcie. Na pożegnanie oblałam go obiadowym kompotem, którego kubek trzymałam w dłoni, obejmując go na pożegnanie. Podobno plam na koszulcenie stwierdzono.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Smutno

Czuję smutek i rozbicie psychiczne.

Jutro zapewne zostanę poproszona o podsumowanie swojego pobytu na oddziale. I cóż ja mogę powiedzieć? Nie podzielam powszechnych zachwytów, jaka to wspaniała atmosfera panuje wśród pacjentów i personelu, chociaż owszem, ludzie są życzliwi. Jednak dla mnie za dużo tu hałasu, a za mało głębi, zatrzymania się, spokoju. Oddział bardzo mnie męczy i powoduje poczucie samotności w tłumie, nieważności, odrzucenia.

Przykro mi, że nie skorzystałam w pełni z oddziałowych relacji ani nie nawiązałam z nikim bliższej więzi.

niedziela, 5 lipca 2026

Ulga

Wczoraj jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość o zaginięciu młodego chłopaka z mojej bliskiej rodziny. Rodzice przeżyli horror, a ja oczami wyobraźni widziałam jego pogrzeb. Dziś matka chłopaka napisała, że się odnalazł. Nie chcę tego opisywać, to zbyt prywatne, ale gnojek (mentalnie, nie wiekowo) wykazał się skrajną nieodpowiedzialnością. Należałoby się lanie na kwaśne jabłko.
I to właściwie wszystko na dziś. Albo prawie wszystko.

W planach mam czytanie książki pożyczonej od Bogusia, bo najwyższy czas ją dokończyć, trzeba niebawem zwrócić koledze jego własność, ponieważ dobiega końca moja hospitalizacja. Na obiad dogodzę sobie francuskim daniem clafoutis z czereśniami, które wreszcie wczoraj wydrelowałam do końca. Pomogła mi trochę sąsiadka, która przed moim domem przysiadła się na pogawędkę. Potem przyszła jeszcze T-owa i miło, lekko spędziłyśmy ten czereśniowy wieczór. To lubię!

Wpadła też w odwiedziny koleżanka ze swoim psem, co mnie bardzo ucieszyło, bo dawno się nie widziałyśmy. Gdy emocje ze znaną nam obu D. opadły, zyskałam poczucie większej klarowności w moich relacjach. Jakoś tak przejrzyściej, chociaż chwilami pusto w uwolnionej przestrzeni. Sądzę, że to stan przejściowy, bo natura nie znosi próżni i prędzej czy później pojawi się coś lub ktoś w zamian. A przynajmniej nie rozpraszam swojej energii na ludzi tego niewartych. Więcej czasu na tę książkę od kolegi i inne obchodzące mnie sprawy.

czwartek, 2 lipca 2026

Meldunek z dzisiaj

Jaka cudowna pogoda dzisiaj! Polało deszczem i ochłodziło się, Oddycham z ulgą.

Na oddziale dzisiaj dzień był niezły, choć miałam chwilę kryzysu, gdy zrobiło się gwarno i głośno. Opanowałam się jednak, a i ludzie okazują się pomocni, gdy się im taką potrzebę zasygnalizuje. Kolega Boguś nawet zaproponował, że będą przy mnie mówić pojedynczo. Miło...
Jutro być może zostanę poproszona o podsumowanie swojej hospitalizacji, bo to już przedostatnia terapia grupowa, w której będę uczestniczyć. Za tydzień kończę swój pobyt. Podsumowanie nie będzie jednoznaczne, bo ten szpitalny czas był dla mnie słodko - gorzki. Ośmielę się nawet powiedzieć, że z przewagą trudności. Ale i z wartościową nauką: mamy realny wpływ na własny stan psychiczny, możemy w życiu wybierać, czy lepiej użalać się nad sobą, czy poszukiwać rozwiązań. To poszukiwanie to wyzwanie nie lada, o wiele łatwiej jest grzęznąć w emocjach. Żałuję, że tak późno zaczęłąm otwierać się na innych pacjentów i inne rozwiązania swoich problemów. Mimo że widzę możliwości, nie znaczy to, że w cudowny sposób zniknęły niemiłe uczucia. Nawet dzisiaj popłakałam się w ukryciu z przykrości i rozdrażnienia hałaśliwymi zajęciami.

Po wyjściu z oddziału przejechałam się do Urzędu Pracy po stosowne zaświadczenie potrzebne do starań o rentę. Mają mnie zawiadomić, kiedy będzie gotowe. Zapomniałam natomiast o poczcie (przyszło avizo) i rejestracji do lekarzy (neurolog, laryngolog). Jutro trzeba to załatwić - jak amen w pacierzu.

środa, 1 lipca 2026

Czereśniowe refleksje.

Oj! Huśta mną i huśta. Co dzień to inny nastrój, ale zauważyłam, że mam na to spory wpływ. Jak powiedziała koleżanka z oddziału - nikt tak nam nie potrafi spieprzyć życia jak my sami. W depresji trudno zmusić się do jakiejkolwiek aktywności a jednak warto. Podkreśla się znaczenie najmniejszych sukcesów w pokonywaniu siebie, porządkowaniu dnia, odnajdywania celu w swojej codzienności.
Depresji mi nie zdiagnozowano, ale zaburzenia nastroju są moim udziałem i potrzebuję sobie z nimi radzić. Miałam wypróbowane sposoby, o których ostatnio skutkiem różnych trudności zapomniałam. Trzeba je wpisać w plan dnia niczym zadania. Nie tylko małymi krokami realizować plany, ale też pamiętać o przyjemnościach, przed którymi często powstrzymuje zwykłe wygodnictwo. Najłatwiej przecież wylegiwać się na kanapie i snuć się z kąta w kąt. Znam jednak opowieści osób, którym w depresji zalecono spacery i te - początkowo wykonywane z niechęcią - po jakimś czasie pomagały.

Wczoraj skorzystałam z zaproszenia znajomej na czereśnie. Jedna z moich dwóch przyjaciółek, od lat mieszkająca za granicą, poprosiła mnie, bym skontaktowała się z jej mamą, która nie odbierała od niej telefonów. Niepokoiła się, jak mama radzi sobie w okrutne od kilku dni upały.
Zadzwoniłam więc. Pani A. nie od razu odebrała, ale w końcu się odezwała  i uspokoiła, że u niej wszystko w porządku. Popytała, co u mnie, zrelacjonowała pokrótce swoje sprawy, po czym zaprosiła mnie do siebie na czereśnie. Pomimo upału i niechęci do ruszenia się z domu, jednak wybrałam się na wieś - i nie żałuję.
Tam też oczywiście gorąco, ale jednak inne powietrze i inny świat. Zieleń, natura, spokój. Stojąc wysoko na drabinie nazbierałam wiadro słodkich owoców, naprawdę przepysznych. Potem rozmawiałyśmy na podwórku, przyglądając się zaniepokojonemu naszą obecnością kwiczołowi. Ptaszek polatywał z miejsca na miejsce, coś tam po swojemu wykrzykując, a ja miałam okazję sfilmować go za pomocą telefonu.

Pani A. już chyba dobiega osiemdziesiątki, jest, o ile mi wiadomo, starsza kilka lat od moich rodziców. Dzielnie radzi sobie w gospodarstwie, ale czułam cień smutku na jej widok. Po dłuższej przerwie w kontakcie zauważa się upływ czasu. Kilka lat temu owdowiała i teraz sama "ogarnia" ogród, dom, drób. Roboty jej nie brakuje. Wstępnie umówiłyśmy się na jesienny zbiór orzechów.

Ta wyprawa na wieś prawdziwie mnie wczoraj zrelaksowała. Miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, cieszył mnie też kontakt z drugim człowiekiem. Choć daję sobie radę we własnym towarzystwie, jednak prawdziwie ożywczo działają na mnie dobre relacje.

Potrzebuję je odbudować, bo odkąd D. poszła w odstawkę, zrobiło się w moim życiu... luźno.

Dziś natomiast poczyniłam pierwszy krok w drodze do renty chorobowej. Wybrałam w ZUS-ie stosowne formularze. Boję się tej drogi, ale czy cokolwiek mam do stracenia? Najwyżej mi tej renty nie dadzą.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

czwartek, 25 czerwca 2026

Przykrość i planowana konfrontacja.

Spotkała mnie przykrość, aczkolwiek niezamierzona.
Kolega Boguś alias Z. (niech będzie to pierwsze, bo bardziej mi się podoba) wspomniał na terapii grupowej, że czuje się przebodźcowany. Całkowicie to rozumiem, bo sama doświadczam tego do potęgi n-tej. Wspomniał, że jest gwarno i że "Marta głośno mówi". Nic takiego, ale poczułam ogromną, nieadekwatną wręcz przykrość. Potem, przy obiedzie on zauważył mój zwarzony humor i zapytał, nad czym tak rozmyślam. "O rozmaitych zawiłościach świata tego" - odparłam żartem. On wtedy coś tam dodał, czego już nie pamiętam, ale odpaliłam na to: "Skoro jestem za głośna, nie muszę wcale się odzywać". On zaczął tłumaczyć, że rozumie iż wynika to z mojego niedosłuchu. Nic już na to chyba nie odpowiedziałam albo coś zdawkowego i zajęłam się jedzeniem. On zapytał, czemu się tak zdenerwowałam, więc już z pewną irytacją odparłam: "Nieważne" i ostentacyjnie wpakowałam nos w książkę. Po chwili wyszłam z jadalni, aby nie okazać emocji.
Chodzę po tym już dwa dni jak struta. Jest mi serdecznie przykro. Liczyłam na powrót relacji, ciepła, rozmów, a niestety, nie ma na to szans. Pochłonęło go inne towarzystwo. Żałowałam, ale niebawem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam się zwracać w stronę innych osób. Nawet nieźle szło, czułam zadowolenie i otuchę. Wtedy właśnie usłyszałam, że jestem za głośna.
Wiem, że mam tendencję do głośniejszego mówienia, ale nie do końca jest to ode mnie zależne, często dzieje się to spontanicznie i bezwiednie. Czuję się też potraktowana niesprawiedliwie, bo ani nie gadam najwięcej w grupie, ani też nie brak innych dosyć donośnych głosów. Boguś ciągle jest w jakichś interakcjach, bo albo mu się zwierzają wspomniane koleżanki, albo sam dołącza do innych osób i gada, gada, gada. Ale to ja jestem za głośna.
Mimo to zdecydowałam się dzisiaj na SMS do niego z wiadomością, że trochę przesadziłam i chciałabym porozmawiać na ten temat, bo nie chcę między nami nieporozumień i konfliktów. Dodałam, że rozważałam też omówienie tego na grupie terapeutycznej, ale sama nie wiem, co lepsze. W domyśle, decyzję pozostawiam jemu. Napisałam to i wysłałam - raz kozie śmierć!
Teraz czekam na odpowiedź. Pewnie się tak szybko nie doczekam, bo zorientowałam się już, że takie sprawy "załatwia" dość późnym wieczorem.
Jeśli nie odpowie, wyciągnę to na forum grupy pomimo dużej tremy. Tremy, bo to jednak dość osobiste i śmiałe. Jest w tym wątek mojej zawiedzionej nadzieli na przyjazną bliskość.
Swoją drogą - te relacje... Jest na oddziale parka przesiadująca w objęciach i trzymająca się za ręce. Nie sądzę, by to było coś więcej niż potrzeba okazania sobie ciepła, ale jednak wygląda dwuznacznie. A na oddziele zapowiedziano nam jasno, że tu się raczej w tego typu relacje nie wchodzi albo automatycznie oznacza to zakończenie pobytu.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Przełom

Sakramencko przegadane to moje podsumowanie. W dodatku znowu zmieniły mi się emocje i dziś powiedziałabym nieco inaczej. Ale mniejsza już o to.

Weekend był dla mnie emocjonalnie trudny, rozhuśtany, a amplituda uczuć była duża. Ostatecznie jednak zwyciężyła refleksja nad sobą i nad tym, co mówili mi ludzie na oddziale. Mówili o akceptacji, o niepotrzebnym szarpaniu się. Refleksję poparła sobotnio - niedzielna lektura: "101 lekcji, które zmienią twój sposób myślenia" Brianny Wiest. Książkę tę nie bez wahania kupiłam w Biedronce i okazała się świetna.

W wyniku przemyśleń, postanowiłam dzisiaj nie dać się ponieść irytacji, że niedosłyszę. Usiadłam sobie spokojnie z boku nad książką. Potem dopiero przyłączyłam się do rozmowy ze wspomnianym po wielekroć kolegą i niezwykle rozmowną koleżanką, która ma dar wyraźnej dykcji i dość donośny głos. Posłuchałam, coś dorzuciłam od siebie, udało się i bezpośrednio z koleżanką wymienić kilka zdań. Uprzytomniłam też sobie, że na tej trójce przy stoliku świat się nie kończy i zagadałam dzisiaj młodszego kolegę. Rozmawiało się z nim bardzo dobrze, opowiedział mi chłopak trochę o sobie, ja jemu podobnie - była w tej wymianie zdań i myśli symetria.

Co do tego "ulubionego" kolegi przekonałam się, że sąsiadki od stolika traktują go jak darmowego terapeutę, gdyż słuchacz z niego cierpliwy i uważny. Aż zakpiłam dzisiaj lekko: "Boguś (imię zmieniam oczywiście), a ile ci płacą za godzinę?". Było też czego zazdrościć! Dziś rozumiem koleżankę, która rok temu z przekąsem komentowała podobną sytuację (której zresztą właśnie on byl uczestnikiem): "Psychoterapia odchodzi w jadalni". Wtedy się oburzyłam, dziś rozumiem. Bogusia chyba dowartościowuje ta poniekąd adoracja. A niech mu tam! Lubię go bardzo, ale o uwagę walczyć nie zamierzam ani już nie potrzebuję.

Po wyjściu z oddziału skierowałam swoje kroki do mojego "starego" gabinetu protetyki słuchowej.     
Pani M. obiecała zamówić urządzenie wspomagające aparaty i dać mi do przetestowania na parę dni. Jeśli "wypali" - podjęłam... żeńską decyzję - sprzedaję ten nowszy sprzęt, bo wszystko wskazuje na to, że jednak nie zdał egzaminu. No, cóż... ten się nie myli, kto nic nie robi. Stracę na tym oczywiście, ale lepiej stracić część pieniędzy niżby się miały aparaty zupełnie marnować.

W nagrodę za postępy psychologiczne wstąpiłam w drodze powrotnej do szmateksu, gdzie nabyłam klasyczny, stonowany żakiet do jesiennych zestawów odzieżowych.

Dobry to był dzień, choć nie pozbawiony wyzwań ani nie wolny od zmęczenia.

niedziela, 21 czerwca 2026

Podsumowanie

Mam psychologicznie, wewnętrznie intensywny czas. Dużo czuję, dużo myślę, wyciągam wnioski, choć niemało mnie to kosztuje.
Obmyślam, co chcę powiedzieć na forum oddziałowej grupy, żegnając się z nią (niebawem) i podsumowując swój pobyt:

Pobyt tutaj był dla mnie ekstremalnie trudny, ale też wydobył na powierzchnię wszystko, co mam ważnego do przepracowania. Jest tego dużo.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną cierpiącą ani też najbardziej cierpiącą na świecie. Pod wieloma względami jestem wręcz uprzywilejowana: pracuję, na przykład, już prawie trzydzieści lat w jednym miejscu, zarabiam może skromnie, ale nie martwię się o byt, spokojnie daję radę. Wyszłam ze zobowiązań finansowych i mogę sobie pozwolić na to czy siamto. Wychowałam się w domu bez alkoholizmu czy innych skrajnych patologii. Owszem, były nawet jakieś dysfunkcje, ale zawdzięczam swoim rodzicom bardzo wiele i nie brakuje mi ciepłych wspomnień. Mam swoje mieszkanie, dzięki wsparciu mojej trudnej skądinąd Mamy.
Naprawdę mogłam gorzej trafić, ale to nie zmienia faktu, że jestem przeciwna unieważnianiu swoich problemów. Każdy ma, jakie ma i po swojemu je przeżywa, nie nam oceniać. Jednak nie godzę się na to, by dominowały nade mną. Będę szukać rozwiązań, już szukam.

Przepraszam, jeśli byłam w tym swoim cierpieniu egocentryczna, zbyt ekspresyjna. Czasami się nie w porę i nie na temat wcięłam w jakieś rozmowy, próbując zaistnieć, albo na kimś moje emocje odbiły się w przykry sposób. Czasami mnie pokonywały. Czasami czułam takie przygnębienie i niechęć, że opadały mi ręce i najchętniej gapiłabym się na leżąco w sufit. Albo złościłam się na cały świat i płakałam gdzieś pod ścianą.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się tutaj nawiązać takich relacji i kontaktów, jakie kocham: z głębią i bliskością. Uniemożliwiły mi to warunki na oddziale i mój niedosłuch. Szkoda, bo jednak sporo słyszałam tu frapujących i inspirujących wypowiedzi, każdy z nas ma swoją unikalną historię, opowieść. W moim życiu najlepsze wspomnienia, to te związane z bliskością innych ludzi, rozmowami do świtu. Życie mnie tego pozbawiło, a raczej ograniczyło mi to.

Jak powiedziałam, zamierzam coś z tym robić i działać, ale jestem świadoma, że to może nic nie dać i po prostu będę musiała nauczyć się żyć "z dobrodziejstwem inwentarza". To jest najtrudniejsze, ale zawsze wierzyłam, że wszystko, co nas spotyka, ma swój sens i naszym zadaniem jest się go doszukać.
Mam nadzieję, że jeśli się spotkamy w bardziej sprzyjających mi warunkach, uda nam się wypić razem jakąś kawę i pogawędzić z Markiem czy Jola, zapytać o coś, co gdzieś, kiedyś usłyszałam jako strzępek rozmowy, podzielić się czymś swoim. Jeśli zdecydujecie się kontynuować nasze znajomości, to ja też się piszę, zaproście mnie do swojego grona.

Dziękuję za wszystko, a co złego, to nie ja... no, może trochę ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Bolączki i małe zwycięstwa

O, rany! chyba jestem z siebie dumna.

Nie bardzo pojmuję dlaczego moje zmagania z kursem korekty tekstów, a raczej końcowym testem egzaminacyjnym trwały tak długo. Rozciągnęło się to w czasie na lata - aż mi wstyd. Dziś odwaliłam kawał dobrej roboty, aczkolwiek - przyznaję - przy wydatnym wsparciu sztucznej inteligencji. Jednakże jest ona zdradliwa i wolałam na bieżąco weryfikować informacje. Nie zmienia to faktu, że praca przez to bardzo się usprawniła i przyspieszyła. Ten sukces niezmiernie podniósł mnie na duchu, bo złapałam wcześniej potężnego "doła".

W grupie wciąż mi trudno. Liczyłam na pogaduszki jeden na jeden z moim kolegą, ale "capnęły" go dwie rozmowne kobietki i całkowicie zdominowały jego uwagę. Zwierzają mu się, chichrają się wszyscy razem, a on wyraźnie jest z tego zadowolony. Nie żałuję mu, ale szkoda mi relacji i bywam zazdrosna jak podlotek.. Oczywiście nie przyznaję się ;)

Wczoraj dopadło mnie takie poczucie izolacji, przeładowania hałasem, samotność, że nie wytrzymałam i poszłam na stronę wypłakać się. Na oddziale jednak nigdzie i nigdy człowiek nie jest sam. Zauważono mnie, może ktoś "doniósł"? Oddziałowa pielęgniarka zaprosiła mnie do swojego gabinetu, pocieszała zapewniając o mojej wartości. Niespecjalnie to poskutkowało. Potem przyszła porozmawiać "przydzielona" mi psycholożka.

Po powrocie do domu czułam się tak wyczerpana i smutna, że odwołałam wszystkie swoje popiątkowe plany: warsztaty rękodzieła i dzisiejszą wycieczkę w Beskid Niski z PTTK. Rano snułam się przygnębiona, ale w końcu zdecydowałam zająć się czymś pożytecznym. A że wszystko leciało mi z rąk, wybrała zajęcie o "niskim progu wejścia" czyli zarzucony kurs korekty tekstów. Jestem w ciężkim szoku, jak wiele udało mi się dzisiaj zrobić! Jakiś umysł jaśniejszy i więcej pomyslów na usprawnienie sobie pracy... i sztuczna inteligencja. Chociaż trzeba ją sprawdzać, bo jest zdradliwa, bardzo mi pomogła. Wybitnie poprawiło mi to humor.

Poczytałam też na temat moich starych aparatów słuchowych. Z nimi jednak czuję większy komfort, więc postanowiłam sprawdzić, czy mają jakieś udogodnienia w postaci mikrofonów, by wzmacniać dźwięk w trudniejszych warunkach. Podobno takowe istnieją. Po niedzieli idę do gabinetu i proszę o przetestowanie.

A w konkursie przyrodniczym zajęliśmy z kolegą drugie miejsce na sześć drużyn. Do wygranej zabrakło nam wiedzy co do koloru sasanek oraz ilości ramion płatków śniegu.

czwartek, 18 czerwca 2026

Do pionu!

Są momenty, gdy czuję się gorsza, mniej zasługująca na uwagę, odrzucona, gdy do głosu dochodzą osoby bardziej przebojowe i gadatliwe. Bywam zazdrosna o cudzą uwagę i muszę sobie rozsądnie perswadować, że to co czuję i myślę pod wpływem emocji, nie jest jedyną ani obiektywną prawdą. Wymaga to pewnej pracy, ale działa. Wygodnie jest postępować według wyuczonego schematu, ale czy warto?

Dziś po południu brała mnie lekka "zniżka". Zatrzymałam się jednak, zanim automatycznie zareagowałam, i pomyślałam, jak mogłabym poprawić sobie nastrój. Odpowiedź przyszła szybko: zrobić coś przyjemnego i/lub pożytecznego. Na szczęście dzięki lekom mam już na to energię.
Co nieco zatem zdziałałam: szybki obiad na jutro dla mojej latorośli, pranie i wieszanie (za chwilę) prania do wyschnięcia, przetarcie części płytek w łazience, która już o to wola wielkim głosem, wymiana garderoby, bo część jej trzymam w piwnicy z powodu braku miejsca w domu (oj, uzbierało się tych szmat!), umycie kilku naczyń. No i niewielka partia egzaminu z korekty, do którego wracam po bardzo długiej przerwie.

Na jutro zgłosiłam się do konkursu przyrodniczego organizowanego dla pacjentów przez szpital. Liczę na miłą rozrywkę i może zabłyśnięcie wiedzą, bo mam na ten temat nieco wiadomości. Wraz ze mną wytypowano niedawno przyjętego na nasz oddział kolegę.

środa, 17 czerwca 2026

Energia i nadzieja.

Nareszcie energia na jakimś normalnym poziomie. Nie drzemałam dzisiaj po południu, ogarnęłam mieszkanie, poodkurzałam, wyniosłam parę sezonowych szpargałów do garażu. Jaki to inny stan od tego, gdy musiałam do wszystkiego się zmuszać i wymyślałam sobie od śmierdzących leni. Nie byłam leniwa, lecz bardzo zmęczona.

W grupie terapeutycznej poprosiłam dzisiaj o głos i przeczytałam swój zapisek z niedzieli: "Trudne nastroje". Otrzymałam wiele wsparcia, a także refleksji. Niektóre trudno było mi przyjąć, ale niepozbawione były racji. Problem z niedosłuchem, udziałem w rozmowach wydaje mi się taki niecodzienny, taki mało powtarzalny, a przecież na oddziale każdy dźwiga coś, co jest tylko jego. Każdy z nas jest inny, a jednak podobny w tej swojej niepowtarzalności
Jestem teraz jednocześnie na właściwym, pożądanym poziomie energii, a jednocześnie po tych zwierzeniach jakby wyczerpana. Nie jest to to złe wyczerpanie. To tak jakby spadł ze mnie wielki ciężar, ale jeszcze się go czuje w pamięci, jeszcze plecy obolałe.

Pojawia mi się myśl: a może ze wsparciem farmakologicznym dam radę wrócić do pracy i pracować w lepszej kondycji niż przed pobytem na oddziale? A nuż... Można przecież leczyć się psychiatrycznie tak jak leczę inne choroby.

niedziela, 14 czerwca 2026

Zgorszenie i obraza boska!

 Spędzam dzień w sposób  budzący zgorszenie. I dobrze mi z tym!

Chyba zaczyna działać lek, bo choć do szczęścia jeszcze mi sporo brakuje, złapałam się na zadowoleniu i uśmiechu. Dzień, mimo iż cały w negliżu i z przerwami w pościeli, upłynął mi dość produktywnie i satysfakcjonująco.
Po bardzo długiej przerwie wróciłam do kursu korekty. Żmudna to jest robota, ale jakoś może wreszcie się uda go dokończyć. Posłuchałam interesujących podkastów, poczytałam coś w internecie, a przed chwilą ucieszyło mnie ogromnie zaproszenie od koleżanki ze studium bibliotekarskiego na Facebooku. Kilkanaście lat temu straciłam z nią kontakt, gdy przepadły mi numery telefonów. Pomyślałam sobie, że natura naprawdę nie lubi próżni i jeśli tracę jednych ludzi, pojawiają się inni.

Kolega Z. obudził we mnie uśpioną tęsknotę za ciepłem. Niekoniecznie z nim. Co do niego nie robię sobie nadziei, choć jest dla mnie ważny. Oboje mamy swoje ograniczenia i jego nie są wcale mniejsze od moich. Nie na wszystko mam wpływ.

Ale czy ktoś zechce taką "ślepą, głuchą i schorowaną" - jak mnie kiedyś określił pewien niemiły znajomy?

Tak czy owak, cieszę się dziś lepszym nastrojem i tym, co dobre.

Trudne nastroje

Ewidentnie złapałam jakiś stan depresyjny. Zresztą wdrożono mi lek psychotropowy na oddziale. Biorę go już ponad tydzień i na razie trudno mi powiedzieć, czy działa. Aczkolwiek mam wrażenie, że jednak jestem ciut spokojniejsza w ten popiątek (bardzo mi się słowo "popiątek" podoba, chociaż czuję pewną sztuczność, gdy się nim posługuję ; to z pewnością kwestia przyzwyczajenia). Boję się, że gwałtowne emocje wrócą jutro wśród ludzi.
Bardzo chcę zwierzyć się z tych moich wewnętrznych boleści w grupie, wyrzucić z siebie balast, dać sobie przestrzeń na bycie zrozumianą i dostrzeżoną. Boję się jednak zabierać ten czas innym i wyjść na egocentryczny "pępek świata".

Ostatnio się odezwałam. Dostałam rady oraz informacje, że strasznie się wyniszczam przez emocjonowanie się.
Doskonale znam wszystkie racjonalne argumenty. Jestem osobą rozsądną i nie całkiem głupią. To nie unieważnia tego, że czuję tak, jak czuję, że zmagam się ze smutkiem i żałobą po stracie słuchu.

Wsparcia chciałabym w czym innym: odezwało się we mnie znane mi skądinąd poczucie bycia gorszą, nieudaną, skazaną na "drugi sort" i karaną za to, że próbuję jednak żyć i czerpać z życia dla siebie.

To czego doświadczam teraz, to największy koszmar z dotychczasowych, a przecież wiele już w życiu udźwignęłam.

Dźwigam, daję radę, podnoszę się po upadkach i jestem z tego dumna. Ale jak długo jeszcze i co jeszcze mnie spotka? Po ostatniej operacji straciłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam to i wcześniej, ale to nie to samo, co poczuć całą sobą: wszystko się może zdarzyć, nie ma limitu nieszczęść. Mój organizm jest obciążony i wcale nie jest powiedziane, że już nic strasznego się nie wydarzy. Mam chorobę mózgu, występują w niej upośledzenia umysłowe... kto wie, czy do końca życia pozostanę sprawna intelektualnie. Moje nastroje i reakcje są tym silniejsze, że doświadczam trudności czysto organicznych. Nie chcę się nimi usprawiedliwiać, ale są faktem.

Pracowałam nad sobą, nauczyłam się radzić sobie z moimi emocjami, ale w trudnych chwilach wymykają się spod kontroli. Całe lata już nie miałam głębszych stanów depresyjnych (dawniej były, choć nigdy nie leczone i w końcu mijały), a teraz po prostu tąpneło.

Będę pomalutku wyłazić z tego wielkiego doła, ale co mi jeszcze szykujesz, mój losie?

sobota, 13 czerwca 2026

Mało budująco

Cóż tu dzisiaj opisywać? Mało budująco i wczoraj, i dziś.

Mateuszowi pracownicy byli wczoraj oraz dzisiaj niedyspozycyjni, mieli swoje sprawy. Jemu zależało na czasie i szybkim posprzątaniu mieszkań, więc stanęło na tym, że obiecaliśmy posprzątać wspólnie z moim synem. Pięć godzin zajęło porządkowanie dwóch mieszkań, ganianie w tę i z powrotem z drugiego piętra na podwórze do garażu po różne rzeczy. Byłam mokra od potu, na prawej nodze zobaczyłam wieczorem krwawe wybroczyny, co jest jedną z "atrakcji" zespołu Sjogrena.

Dzisiaj znowu były dwa mieszkania do posprzątania, pościel do zmiany i wyprania. Praca sprzątaczki czy pokojowej to zajęcie zasługujące na prawdziwy szacunek! Mnie niestety, za wiele tym razem kosztowała i jestem rozdarta między sympatią do Mateusza, chęcią wsparcia go w imię przyjaźni, a potrzebą zadbania o siebie i całkowitej rezygnacji z tego zajęcia. Zwłaszcza że nie tylko fizycznie, ale i psychicznie mocno teraz niedomagam.

Niedosłuch wciąż aktualny. Wczoraj na oddziale na przemian płakałam i wściekałam się. Czuję się wykluczona społecznie. To ogromnie boli. Poruszyłam ten temat na grupie terapeutycznej, ale cóż oni, inni pacjenci mi mogli powiedzieć? To, co sama doskonale wiem: że emocje mnie wyczerpują, a nie rozwiązują moich problemów. Na Boga, przecież sama o tym wiem!

Postanowiłam na najbliższej grupowej terapii otworzyć się i poprosić o głos. I porządnie się wygadać ze wszystkiego, co mnie boli, a to nie tyko najświeższe sprawy.

czwartek, 11 czerwca 2026

Meldunek po południu

Huśtawka. No, prostu emocjonalny rollercoaster, o którym niedawno pisałam.
Wczoraj płakałam, dzisiaj rano też. Bardzo mi trudno z tą moją komunikacyjną barierą. Dzisiaj znowu na społeczności natarli mi uszu i słusznie. Dobrze, że dopingują, bo bywam mocno zniechęcona. Zapisałam się wczoraj do lekarki pierwszego kontaktu w sprawie skierowania do laryngologa i neurologa. Trzeba ruszać te cztery litery. Zatelefonowałam do Polskiego Związku Głuchych, licząc na jakieś wsparcie i wskazówki. Niestety, okazuje się, że w naszym mieście działa tylko świetlica dla osób migających. Ja o miganiu nie mam pojęcia. Jednak pani przy telefonie podpowiedziała mi kilka sensownych kroków. Obiecuję sobie, że je wdrożę.

Na oddziale poczyniłam dziś kolejne podejście do Rogera, mikrofonu przesyłającego głosy rozmówców do aparatu słuchowego. Do tej pory jakoś nie umiałam się nim posługiwać, a dziś okazało się, że on najlepiej "zbiera" głosy, gdy leży w pewnej odległości. Och, co za ulga! Wyszłam dzisiaj z oddziału w znacznie poprawionym nastroju. Nawet mój kolega Z. jakoś chętnie podjął ze mną konwersację. Rozumiem, że jego też mocno blokowały przeszkody w rozmowie. On ma problemy z wyraźnym mówieniem i nie ukrywał przede mną, że stresuje go mówienie do mnie. Ech!
Ale i tak mu kiedyś wytknę mimochodem, to przeniesienie się od innego stolika bez słowa wyjaśnienia.

Biorę się za chwilę za obiad. Syn po długich łajaniach wziął się wreszcie za mycie naczyń i wspaniałomyślnie oznajmia, że mogę już gotować. Pobędziemy sobie razem w kuchni i pogawędzimy. Każda sposobność do interakcji z młodym gniewnym jest na wagę złota! :)

środa, 10 czerwca 2026

Żal i ból

Bardzo zły dzień i wczoraj, i dzisiaj. Zmęczenie okropne. Złość, żal, frustracja.Może to infantylne, ale zabolało bardzo, że kolega, ten z którym tak dobrze się dogadywałam rok temu, który dał mi odczuć, że jestem lubiana, przesiadł się od nas (mnie i koleżanki) do innego stolika, przy którym zwolniło się miejsce. Podobno to jego ulubione stanowisko, ale uważam, że należało mi się jakieś słówko wyjaśnienia, koleżance zresztą też. Odebrałam to bardzo przykro, bo wiem, jak trudnym jestem teraz rozmówcą.

Zalały mnie emocje. Czuję żal i zniechęcenie. Na porannej społeczności wypomniano mi, że narzekam, a nie działam, by poprawić jakość swojego życia. Zgadzam się z tym, ale brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś ciepłego słowa. Poczułam się winna. A co do działania, oczywiście pełna zgoda, ale czuję się tak bardzo zniechęcona i bez sił.

Czuję się poza marginesem życia.. Chwilami czuję, że moje życie się skończyło. Przeraża mnie wizja długotrwałej, mozolnej walki o lepszy los. Przecież ja jestem wykończona!!!

niedziela, 7 czerwca 2026

Onufry* (nie Zagłoba!)

Dobiega końca zupełnie udany popiątek.

Wczoraj do popołudnia sprzątałam u Mateusza, bo jego "robotnicy" byli niedyspozycyjni. Żartowałam, że zapłacił mi w naturze, bo w lodówce znalazłam dwa koszyczki truskawek i gdy zapytałam, co z nimi zrobić, odpisał: "Weź je sobie". Dzięki temu na obiad miałam dziś owocową rozpustę z makaronem :)
Druga połowa upłynęła mi w domu na jakichś banalnych czynnościach i płytkiej drzemce w międzyczasie. Z tej drzemki wyrwał mnie telefon od byłego męża koleżanki D. Były D. pytał, czy może mnie odwiedzić, bo jest w naszym mieście. Zgodziłam się.

Były - dajmy na to, Onufry zaimponował mi poniekąd. Nigdy nie stronił od alkoholu, a piwa stanowczo nadużywał. Nie był typowym uzależnionym, ale chętnie korzystał z różnych okazji i był to stały element jego życia towarzyskiego. Po rozstaniu z D. zagłuszał ból i "pił wódkę jak dzieci mleko" (rozbawił mnie tym powiedzonkiem). Trwało to do momentu, gdy w maju rok temu wybudził się w środku nocy, rozpłakał się i od tamtej pory nie tknął ani kropli żadnego trunku. Byłam świadkiem, jak odmawiał poczęstunku na wycieczce organizowanej przez PTTK, gdzie się spotkaliśmy w same walentynki.

Wygląda na to, że Onufry otrząsnął się po tej uczuciowej porażce i rozpoczął swoje życie od nowa. Z optymizmem opowiadał mi o regularnych wyjazdach na rajdy, o ludziach, których poznał, o mozolnym odbudowywaniu relacji z własnymi dziećmi, bo i tu miał kiedyś zawirowania. Mówił, że życie bez picia smakuje zupełnie inaczej, nieporównywalnie lepiej. Mam wrażenie, że to taki zapał neofity, pierwsza euforia po odzyskaniu siebie, ale wiem, jak budujące przeżywa się wtedy emocje (budowałam życie od nowa po rozstaniu i otarciu łez). Życzę mu dobrze. Chociaż zachował się swego czasu bardzo niestosownie wobec mnie, zrehabilitował się później i teraz mamy relację opartą na koleżeństwie i wzajemnym poszanowaniu.

*Jasne, że kolega ma na imię inaczej, ale dla "ochrony danych" pozwoliłam sobie na żart z tym Onufrym.

piątek, 5 czerwca 2026

Kolejne wieści

Doszłam do wniosku, że najwyższy już czas na decyzję: zostać na oddziale czy opuścić go na własne żądanie? Odstawiając na boczny tor wahania i wątpliwości poprosiłam oddziałową kierowniczkę o rozmowę. I co wynikło z rozmowy?
Zostaję, ale w poniedziałek proszę oddziałowego pana doktora o konsultację w sprawie farmakoterapii. Średnio mi się uśmiecha dodawanie kolejnych tabletek do tych, które zażywam od lat, ale jeśli ma to poprawić jakość mojego życia - nie zawaham się. Pani C. powiedziała, że moja wzmożona potrzeba snu może świadczyć o zaburzeniach depresyjnych. Liczę na podniesienie energii i wyciszenie wahań nastroju, bo mam spore.
Tu zaskoczenie: sądziłam - o, naiwna! - że decyzja co do leków należy do lekarza. Tymczasem dowiedziałam się, że na oddziale zakłada się, że pacjenci są pod stałą opieką psychiatry (skoro takowy kieruje na odział), który przepisuje (bądź nie) lekarstwa. Na oddziale pacjenci sami decydują, czy życzą sobie kontynuować farmakoterapię, czy też próbują sobie radzić bez niej. Nigdy bym nie pomyślała... Cokolwiek mnie to złości, że pacjent, który nie drąży, nie docieka, pozostawiony jest sam sobie. Przecież nie zawsze nawet wiadomo, że o coś można zapytać, nad czymś dyskutować.

Mojego niedosłuchu nie przeskoczę, muszę się nauczyć z nim współpracować i nie bać się prosić innych o wsparcie. Postanowiłam jednak, a dziś umocniłam się w tej decyzji, że odwiedzę Polski Związek Głuchych w naszym mieście. "Głuchych" brzmi okropnie, ale jak zwał, tak zwał - byle tylko pomogli. Poproszę o pomoc, wskazówki, jak żyć z aparatami, poznam może ludzi, którzy poradzili sobie z takimi problemami, jakie obecnie są moim udziałem.

No i dupsko trzeba ruszyć w sprawie renty. Boję się, odwlekam, a mam realną szansę ułatwić sobie życie. Dookoła oczywiście defetyzm, straszenie nieżyczliwymi, nawet chamskimi komisjami - ale przecież nie każdy ponosi na tym polu porażkę, więc czemu akurat mnie nie mogłoby się udać? Mam takie schorzenia, że moja "rodzinna" lekarka zrobiła wielkie oczy na widok mojego wypisu z neurochirurgii. Mam leczenie psychiatryczne, mam przewlekłe autoimmunologiczne schorzenie. Mam w cholerę argumentów.
Eeech! Mogłabym pracować na pół etatu i mieć siły na te wszystkie spacery, pisanie wierszy po godzinach, dokończenie kilku planów, na które teraz sił brak. Odżyłabym może.

czwartek, 4 czerwca 2026

Płodna próżnia czyli pochwała ciszy

Jakoś przeciekł dzień przez palce. Połowę przespałam. W międzyczasie zrobiłam pranie, odrobinkę posprzątałam, przetarłam podłogę w łazience, zmyłam naczynia. Czyli dzień nie taki znowu bezproduktywny. Ale nijaki jakiś (czy nijaki może być jakiś? ;) ). Bez energii, bez konkretnego nastroju. Nawet bez specjalnego "doła". Po prostu na niskiej energii. Z nutą żalu, że mogłam go spędzić w bardziej wartościowy i atrakcyjny sposób... Ale czy tylko to, co atrakcyjne jest wartościowe? Czy tylko to, co produktywne i pożyteczne?

Przeczytałam dziś o płodnej próżni. Tak w psychologii określa się ten trudny czas, bez którego podobno nie mogą obejść się życiowe przemiany. Jest to czas bezruchu, niedziałania, pustki nieraz i niewiedzy. Mówi się także: ciemna noc duszy. Mam silne poczucie, że właśnie to dzieje się ze mną. Podobno należy to zaakceptować. Jakie to trudne!

Odkrywam jednak, że zaprzestanie rutynowych, wyuczonych działań zwalnia przestrzeń na rzeczy, które karmią serce i duszę. Dla mnie są to małe zdarzenia, do których w codziennym pędzie nie przywiązuje się wagi. Przypadkowe spotkanie, zadumanie się nad pozornym banałem, poddawanie się nastrojom. Lubię to bardzo, a nawet kocham, pomimo że tak często odsuwałam na margines codzienności. Pora chyba przesunąć środek ciężkości. Może to właśnie jest ważniejsze?

W minionym tygodniu odkryłam na nowo magię samotnych spacerów, randkowania ze sobą i notatnikiem. Właśnie w momentach, gdy nie tłoczą się wokół mnie sprawy i ludzie, wydarzają się spotkania niebanalne, niestandardowe. Ostatnio zaintrygowałam i chyba rozbawiłam kierowcę przejeżdżającej polną drogą taksówki. Kilka lat temu - do dziś to pamiętam jako ozdobę codzienności - nad naszą rzeką spotkałam starszego pana, który odsłonił przede mną kawałek swojego świata.

Tego pana spotkałam, gdy wyciągnięta na trawie wylegiwałam się na brzegu rzeki. Usłyszałam kroki i zerwałam się speszona. Pan uspokoił mnie jakimś miłym słowem i zaczęliśmy rozmawiać.

Miejsce, które wybrałam okazało się jego prywatnym małym azylem, gdzie szukał ukojenia po śmierci żony. Oswoił to miejsce, urządził sobie wygodne siedzisko na brzegu. Pokazywał mi, jak do rozsypanych w wodzie okruszków podpływają stada drobnych rybek. Mikroświat... Wzruszyła mnie ta prosta historia i do dziś ją ciepło wspominam.

Rzadko pozwalałam sobie na takie spotkania i chwile, a są tak dostępne. Były obowiązki, wychowywanie dziecka, jakieś towarzyskie interakcje. Chociaż to zawsze jakoś grało mi w duszy, wiecej uwagi kierowałam na zewnątrz. Pójść z synkiem na miejską imprezę, z mężem na wspólne domowe zakupy, na obiad do teściów, do pracy... Dziś mam więcej czasu dla siebie i na to, co ciche, skromne, a głębokie.

Pewnych ludzi nie spotkam w tłumie, a historii nie wysłucham w zgiełku.

Tylko uwierzyć w to trzeba.

środa, 3 czerwca 2026

Tracę czas?

Przyszedł na oddział mój kolega. Liczyłam, że razem będzie raźniej, serdecznie, a jest - trudno. On nie ukrywał, jeszcze przed hospitalizacją, że stresuje go bariera komunikacyjna między nami. Ja nie słyszę, nie rozumiem ; on mówi niewyraźnie i szybko, zwłaszcza w silniejszych emocjach, a jest człowiekiem wrażliwym. Oboje martwimy się, że jedno drugiemu przysparza trudności. Jest mi z tym cholernie źle.  On wyraźnie jest w gorszej psychicznie kondycji, więc nawet nie za wiele rozmawiamy.

Oddział to jednak przede wszystkim leczenie, a nie życie towarzyskie, chociaż koleżanka dzisiaj nazwała go przedszkolem - jako, że wypoczywamy, poddawani jesteśmy terapii zajęciowej i grupowym aktywnościom. Skoro więc przyszłam tu, by poczuć się lepiej, a to miejsce nie spełnia moich oczekiwań, ostatecznie postanowiłam rozmówić się z personelem co do sensu mojego tutaj pobytu. Może lepsza byłaby jakaś terapia indywidualna, ambulatoryjna? Może jakieś wsparcie farmakologiczne, by wyhamować moją drażliwość, podnieść energię? Jednym słowem, może potrzebne tu inne rozwiązania?
Szkoda tracić czasu na bezproduktywność.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Nowinki

Przebolałam już utratę pieniędzy. Słusznie skwitował to kolega z oddziału: "Będą nowe" i podzielił się historią o żonie, która zamówiła przez internet zabawki dla dzieci i została bez pieniędzy oraz bez zabawek. Wiele osób przeżyło to samo, co ja.
Powróciłam do starych aparatów słuchowych. Są już oswojone i łatwiej mi z nimi funkcjonować. Czuję ulgę. Wyszłam dzisiaj z oddziału o wiele mniej rozdrażniona i zmęczona. Bez po południowej drzemki w domu jednak się nie obeszłam. Potem zaimprowizowałam obiad na jutro i pobieżnie uporządkowałam mieszkanie.
Nowe aparaty będę wdrażać stopniowo.
Dziś miałam indywidualną rozmowę z psychoterapeutką. Młode, początkujące chyba w zawodzie dziewczę, ale ciepłe, sympatyczne i dość wspierające. Pytała mnie, co w tym tygodniu mnie poruszyło i o czym chciałabym porozmawiać. Nie bardzo miałam pomysł, podzieliłam się moją niejednoznaczną samotnością. Właściwie nie jest ona dla mnie problemem, poświęcam wiele uwagi sobie i swoim sprawom, mój świat jest bogaty i nie odczuwam pustki. Jednak brak czasem dawnych regularnych spotkań z D., dochodzą do głosu rozdźwięki z rodziną i znajomymi - niespecjalnie odczuwam braterstwo ze światem, choć i nie żywię wrogości. Moja droga teraz wydaje mi się mocno osobna. Bogiem a prawdą tłoku wokół siebie nie stwierdzam.
Pomyślałam, już w domu, że następnym razem porozmawiam o moim zdezorganizowaniu i poczuciu życiowej niewydolności, o braku energii, by sprostać swoim życiowym i domowym standardom.
Jutro na oddział przychodzi mój ulubiony kolega. Cieszę się. Bardzo ciepło o nim myślę.

niedziela, 31 maja 2026

Jak na... społeczności. Smutek

Codziennie rano mamy na oddziale tzw. społeczność, w czasie której zdajemy relację z tego, jak nam upłynął czas od wyjścia ze szpitala do kolejnego dnia w nim. Siłą rzeczy po weekendzie opowieść jest dłuższa.

Otóż w piątek przyszłam do domu śmiertelnie zmęczona i niemal natychmiast położyłam się do łóżka i kamieniem przespałam około trzech godzin. Wstałam potem bez entuzjazmu, a właściwie nakłonił mnie do tego syn, swoimi niezbyt subtelnymi żartami. Nawet nie bardzo pamiętam, co robiłam, dopóki znowu nie poszłam spać. Ot, snułam się i chyba napisałam ostatni post na blogu. Może gadałam przez telefon z przyjaciółką, bo niemal codziennie ze sobą rozmawiamy.
Nazajutrz w sobotę wzięłam się w garść. Zrobiłam i rozwiesiłam na podwórku pranie, wyskoczyłam rowerem na zakupy. W mieście jak zwykle spędziłam więcej czasu niż zamierzałam. Potem znowu jakieś porządkowanie mieszkania, gotowanie obiadu... Dzień kończyłam niewspółmiernie zmęczona i niezadowolona, że przy gotowaniu zabałaganiłam kuchnię, a sprzątnąć nie miałam już wieczorem sił ani ochoty.
Zbudziłam się dzisiaj późno, prawie o jedenastej i wcale nie chciało mi się opuszczać ciepłego łóżeczka. Wreszcie jednak wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam kawę. Przy kawce uruchomiłam laptopa, aby pozaglądać w internet.

To wtedy przyszła ta feralna wiadomość na Messenger. Bratowa zwróciła się do mnie z prośbą o pożyczkę za pośrednictwem Blika. Rzekomo coś miała opłacić na Allegro, a wyczerpał jej się limit środków finansowych. Tknęło mnie jakieś podejrzenie, zadzwoniłam więc do bratowej, ale ta była zajęta (sprzątaniem u "mojego" Mateusza), spieszyła sie, odpowiedziała mi jakoś szybko i chaotycznie. Ja, przygłucha, wzięłam to za dobrą monetę i posłałam ponad 950 złotych... złodziejom. Szybko się zorientowałam, ale już się stało. Ktoś zhakował konto bratowej, a ja dałam się nabrać.
Zgłosiłam sprawę do banku i na policję, ale czy odzyskam pieniądze - wątpliwe.

Smutno mi, przykro, czuję się skrzywdzona. Jasne, że mogłam być bardziej nieufna, ostrożniejsza, ale czy to usprawiedliwia cudze draństwo? Nie byłam naiwna, bo przecież pytałam, lecz po prostu źle zrozumiałam bratową.
Jak można tak po prostu ukraść i żyć jak gdyby nigdy nic, bez grama skrupułów? Nie potrafię zrozumieć pomimo całkiem sporej ilości siwych nitek we włosach.

Będzie co jutro opowiadać na społeczności.

A koro o oddziale mowa, pojutrze dołącza do nas kolega, którego tak bardzo polubiłam rok temu. Podnosi mnie na duchu perspektywa spotkania i wielu rozmów. Jednak on sam wyraził obawy, że go nie zrozumiem z powodu złej dykcji (zwłaszcza w złej formie, normalnej przecież na oddziale, mówi niewyraźnie) i przyznał, że to dla niego duży stres. Cóż miałam mu powiedzieć? Dałam wyraz smutkowi z powodu mojego niedosłuchu i utrudnionej komunikacji. On potem zadzwonił do mnie i pytał, czy mnie nie uraził. Dziwił się, że tak intensywnie przeżywam swoje kłopoty, bo ma kilkoro znajomych z niedosłuchem i ci radzą sobie całkiem nieźle. Wyjaśniłam mu, że może z powodu zmiany aparatów nieprzyzwyczajony umysł sprawia, że zamieniam się w "królową dramatu". "Przynajmniej księżniczkę" - odpisał całkiem sympatycznie. W końcu oboje stwierdziliśmy, że jakoś damy radę.

Ale mój nastrój ostatnio jest wyraźnie obniżony. A ta dzisiejsza kradzież - gwóźdź do trumny.

sobota, 30 maja 2026

Zajawka

Nigdy nie interesowałam się znaczeniem słowa "Zajawka". Wiedziałam że tu i ówdzie się go używa, ale mnie ono do niczego nie było potrzebne. Aż w końcu się dowiedziałam, bo użył go mój dobry znajomy, i - spodobało mi się.

Mam teraz zajawkę na samotne spacery. Ale nie takie ot, spacery dla spacerów. Bacznie chłonę przyrodę, ciszę i myśli, które przychodzą mi do głowy. Dawniej przepływały przeze mnie, aż tu niespodziewanie przyszła mi ochota je utrwalać, notować, przyłapywać na gorącym uczynku. Niczym przedwojenna pensjonarka zabieram ze sobą notes na te moje włóczęgi i przelewam na kartki różne pomysły, inspiracje, refleksje oraz emocje. Napisałam nawet wiersz, który według GPT nie jest skończoną grafomanią.

Do lasu, łąk i przyrody na wyciągnięcie ręki tęsknić będę już chyba do końca moich dni. W takich warunkach się wychowałam i to najbardziej karmi moją duszę. Niestety, mieszkam w mieście i do lasu muszę dojechać, a środki lokomocji mam ograniczone. Czasu też nie zawsze starcza. Chciałoby się zwyczajnie po pracy (jak kiedyś po szkole) wyskoczyć z domu w objęcia natury. Niestety, muszę się zadowolić miejskim parkiem albo pobliskimi zaroślami przy wydeptanych polnych drogach. Jednakże i w zaroślach wzdłuż torów można zachwycić się kukułką albo kaliną, która właśnie kwitnie. Odprężam się w takiej scenerii i wypoczywam.

Przedwczoraj przydarzyła mi się historyjka niemalże filmowa. Siedziałam sobie na miedzy przy takiej polnej drodze w pobliżu torów kolejowych i skrobałam w notesiku. Przejeżdżający samochód aż się zatrzymał na mój widok, a z samochodu wychynął kierowca (cholewka! jaki przystojny!) i z szerokim uśmiechem zapytał, czy się uczę przy tej drodze. Nie popisałam się błyskotliwością i wyjaśniłam, że potrzebuję sobie coś zanotować i że mnie na spacerowanie "nabrało". Kierowca pojechał dalej, zostawiając mnie uśmiechniętą.

Zawsze powtarzam, że w domu nie "wysiedzi" się pewnych wspomnień, wrażeń i przeżyć. Może nie są wielkie, ale cegła po cegle, okruch po okruchu budują mój wewnętrzny krajobraz.



A to zdjęcie wzięło się z szalonej chętki rozwalenia się na miedzy wśród traw. Niestety krępowała mnie bliskość osiedli i ludzi. Położyłam więc na ziemi aparat, by choć on spojrzał na swiat z innej perspektywy.

środa, 27 maja 2026

Meldunek popołudniowy.

 Jakie to teraz aktualne: dbanie o relaks i reset, ochrona siebie przed przebodźcowaniem i wyczerpaniem - a w tym wszystkim potrzeba ogarniania codzienności i normalnego funkcjonowania. Każdy dzień to walka, a w tej walce zdarza się co jakiś czas nokaut. Po każdym takim ciosie trzeba zbierać się od nowa. Huśtawka!!! (Wykrzykników mam ochotę kropnąć dziesięć).

Dziś jestem nieco podniesiona na duchu, ale nadal bardzo zmęczona. Po powrocie z oddziału, już w domu, poczułam, że drażni mnie nawet jaskrawe słońce. Jakoś instynktownie zasłoniłam okna, chociaż przecież zawsze marudzę. gdy ktoś to robi w pomieszczeniu, że w grobowcu należę się do woli po śmierci, a teraz chcę dziennego światła. Zawsze żartuję, że jestem na baterie słoneczne. Dziś jednak pół godziny w półmroku i ciszy dały mi prawdziwe wytchnienie. Czuję pewien przypływ sił i jakoś samo z siebie zaczyna mi się chcieć cokolwiek zrobić. Pytanie, czy wykorzystać przypływ siły na dalsze karmienie swojej energii czy też na nadrabianie zaległości spowodowany wczorajszym potężnym zjazdem.    

wtorek, 26 maja 2026

Rollercoaster

Huśtawka taka (emocjonalna!), że kołowacizny można dostać. Od nadziei i niemal euforii, że udało się nawiązać rozmowę, kontakt pomimo słuchowej niepełnosprawności, po - tu się psychologicznie powymądrzam, a co! - dysforię, że wytężam słuch, rozpaczliwie reguluję aparaty, a i tak nic to nie daje, gdy interlokutor cichutki. Mam wrażenie, że słuch jednak mi się pogorszył w porównaniu z zeszłym rokiem. Boję się, że w końcu zupełnie przestanę słyszeć.

Wczoraj miałam taki dobry, pełen nadziei i energii dzień, aż żałuję, że go nie opisałam. Odbyłam cudowny spacer wśród natury, wróżyłam sobie z kukania kukułek i chyba nawet udało mi się je zobaczyć w locie (a kukułkę niełatwo zaobserwować), zachwycałam się obsypanymi białym kwieciem akacjami i kaliną. Dziś, dla odmiany mam gwałtowny "zjazd". Istny rollercoaster.

Nie mam jakoś odwagi absorbować kierowniczki oddziału, ale chyba ogromnie potrzebuję z nią porozmawiać: czy aby nie tracę czasu na tym oddziale? Nie chcę przecież wrócić do pracy zupełnie wykończona psychicznie. Miałam odpocząć, a wręcz się na oddziale dobijam.

sobota, 23 maja 2026

Sąsiedzkie niesnaski

Dzień upłynął spokojnie, bez niepotrzebnych napinek - tak jak lubię. Coś zrobiłam, coś odpuściłam, a za priorytet uznałam swoje dobre samopoczucie.
Wróciłam do równowagi psychicznej i trzeźwego myślenia. Nie zepsuła mi humoru nawet mała scysja z sąsiadką K-ową.

K-owa trzyma przed domem niektóre swoje drobiazgi jak np. stare buty na działkę czy miotłę, jakieś dywaniki itp. Nic przeciwko temu ani do tego nie mam, to jej sprawa. Jednak miejsca jej za mało, wciąż miałam ustawione coś na "mojej połowie". Pod krzesłem przy moim stoliku znajdowałam puszki z petami po papierosach, rozdeptane kapcie itp. Niby nic specjalnie szkodliwego, ale lekko mnie irytowało, że nawet nie pytają mnie, czy można. Mimo niezadowolenia uznawałam, że nie ma o co się handryczyć i odkładałam reakcję na bardziej dogodny moment. Przyznaję, że po prostu nie chciało mi się sprzątać, więc póki nic nie robiłam, tolerowałam cudze szpargały.

O dziwo, sytuacja zaczęła koleć w oczy drugą sąsiadkę - T-ową. Zapytała mnie kiedyś, dlaczego nic powiem K-owej. Poinformowała mnie, że K-owej mało własnego kawałka przed domem, ma zakusy na mój, bo ja rzekomo zajmuję największy fragment.
Taaaaa...! Tyle że moje środkowe mieszkanie pozbawia mnie dostępu do bocznych ścian, które sąsiadki mogą sobie zagospodarować, nie uważam więc, by pani K. działa się krzywda.

Raczyłam jej to dzisiaj powiedzieć, bo nadarzyła się sposobność. Nie chciałam rozgrywać tego w konfliktowy sposób, ale niestety nie udało mi się inaczej. Przyznaję, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by najpierw poprosić uprzejmie panią K. o zabranie swoich manatków z przynależnej mi przestrzeni. Bez pytania przesunęłam je na "jej" stronę, na co się oburzyła, zarzuciła mi, że wyrzuciłam jakieś jej dywaniki (nie było żadnych dywaników!) i zapytała, kiedy "u siebie" pozamiatam. Odpowiedziałam, już złośliwie, że zrobię to, gdy mi przyjdzie ochota i że mnie jej śmieci nie interesują.

Ot, prawie jak Kargul i Pawlak o miedzę!

Straciłam chyba sąsiedzką sympatię. Trudno. Miło wspominam pierwsze ciepłe pory roku przegadane przed domem, ale te miłe chwile miały swoją cenę braku prywatności (pamiętne nieprzyjemne plotki pod oknem zasłyszane przez mojego syna) oraz presję wdzięczności za to, że, na przykład sąsiadka nieproszona podszyła mi obrus na podokienny stół.
Niestety, to, że ktoś był dla mnie miły, nie zobowiązuje mnie do znoszenia,, gdy włazi mi na głowę. Niech już będzie mniej miło, ale i mniej inwazyjnie.

Na Jowisza!

Chyba mi ten oddział nie służy. Rozważam wypisanie się na własne żądanie. Tylko co w zamian? Chciałam wypytać o to kierowniczkę oddziału dziennego w czasie grillowania na świeżym powietrzu, ale wciąż ktoś się koło niej kręcił, więc nie podeszłam.
Jestem ciekawa ludzi, ich historii i przemyśleń, a zupełnie sobie teraz nie daję rady z komunikacją. Dopiero na oddziale zwróciłam uwagę, że chyba znowu pogorszył mi się słuch, bo rok temu było jakoś inaczej. A może po prostu w ogóle jest inaczej? Na pewno więcej pacjentów, na pewno inne osobowości  - ba, wiadomo! Wśród ludzi na oddziale niektórzy bywają irytujący.

Wczoraj kończył hospitalizację kolega, lubiany przez grupę, więc spontanicznie urządzili mu pożegnanie z tańcami. Nie trwało to długo, ale po całym dniu interakcji myślałam, że oszaleję z nadmiaru bodźców. Przeprosiłam towarzystwo i uciekłam do jadalni. A w jadalni... polityka! W bardzo kiepskim wydaniu, z pokrzykiwaniem innego pacjenta o Ruskich i Ukraińcach. I z gadaniem o kiepskich rentach. Odeszłam na bok, bo chyba zaczęłabym warczeć.

Swoją drogą - tu będzie dygresja - wyłapuję takie niuanse jak ten, że koleżanka narzeka na kiepską sytuację materialną, a za chwilę opowiada, jak kupiła saszetkę karmy dla miauczącego na ulicy nieznajomego kota... 

Strasznie mnie wkurza na oddziale sympatyczna skądinąd pani X. z personelu, bo mówi niewyraźnie. Bardzo wiele osób mówi niewyraźnie i nie rozumiem ich wymowy. Po kilka razy proszę o powtórzenie i boli mnie, gdy po tych kilku razach ludzie wycofują się zrezygnowani. Ja też nierzadko nawet wolę nie zaczynać - bo przewiduję trudności.

Czekam na mojego zeszłorocznego ulubionego współpacjenta, bo ma niebawem znowu dołączyć na oddział. Obawiam się jednak, że w tłumie i jazgocie nie będzie nam łatwo się porozumieć.

Dopadł mnie pesymizm, dopadł mnie stan, który moi znajomi z oddziału nazywają zjazdem. Jestem zmęczona i przygnębiona.

Ale nawet porządnie zdołować się nie potrafię... hehehe...

Zaczęłam wczoraj szperać w internecie, zadawać pytania, szukać. Szanowny sztucznie inteligentny naprowadził mnie na trop Centrów Zdrowia Psychicznego w moim województwie. Znalazłam je w obu niegdyś wojewódzkich miastach. Przyjmują tam i psycholodzy, i neurolodzy - a ja neurologa bardzo zaniedbałam, jeśli nie liczyć okołooperacyjnych okoliczności. Nikt mi wyraźnie nie zakomunikował, niestety, bym zadbała o systematyczny kontakt z tym specjalistą. Powiedziano mi mętnie: "Jak się będzie COŚ działo...". Co to - kurrrrna! - jest "coś"? Stale się coś dzieje, ale nic nowego ani spektakularnego. Chodzę głucha, co powoduje smutek i wściekłość, męczę się po trzech godzinach roboty za biurkiem - ot, co.

Wyszperałam zatem Centrum Zdrowia Psychicznego, a także oddział Związku Głuchych w naszym mieście. Pójdę tam, jak Boga kocham, bo coraz trudniej mi się żyje. Całkiem wprawdzie nie ogłuchłam jeszcze, ale życie stało się naprawdę trudne. Mignęło mi na ich stronie coś o rehalibitacji, o ćwiczeniu słuchowej uwagi. Trzeba coś ze sobą robić, na Jowisza i innych bogów!

niedziela, 17 maja 2026

Dobrzy ludzie wśród nas tudzież wyznania starszej pani

Miałam już kłaść się spać, ale podkusiło mnie postukać (w klawisze) na blogu.

Mój kolega jest kochany! Wariat kompletny, bez mojej wiedzy pofatygował się do pracowni protetyki słuchowej i tam wypytał dokładnie o udogodnienia technologiczne dla mnie. Zdał mi potem z tego relację, informując, że trwa właśnie promocja na urządzenie, które pomogłoby mi skupiać dzwięki w czasie grupowej rozmowy. Urządzenie kładzie się np. na stole. Hmm... ciekawe. Mnie też o tym mówiono w zakładzie, ale zapomniałam o tym, bo wtedy nie byłam jeszcze nim zainteresowana.
Urządzenie kosztuje, bagatelka, trzy tysiące, ale po zakończeniu największych finansowych zobowiązań udaje mi się co nieco odłożyć z wypłaty. Bez wielkich "boleści" mogłabym sobie na nie pozwolić. A może by tak...?
Trochę pomarudziłam: "Wiesz, myślałam właśnie, żeby 'se' kupić rower elektryczny". "Rower se jeszcze kupisz", skwitował Z.

Wzruszył mnie chłop! Miałam ochotę go uściskać i serdecznie ucałować. Musiał jednak wystarczyć zwykły "niedźwiedź" na zakończenie naszego kilkuosobowego spotkania.

Było to w czwartek, a dziś niedziela. Pracowicie ją spędziłam sprzątając Mateuszowe dwa mieszkania, ponieważ dziś oboje jego pracownicy okazali się niedyspozycyjni. Stwierdziłam, że skoro mam więcej czasu, korona z głowy mi nie spadnie, a i grosik od kumpla jest nie do pogardzenia.
Nie mogę się jednak nadziwić, jak "połamała" mnie ta robota. Sztywność stawów, ból kręgosłupa i krzyża daje się we znaki. Mój Boże, a kiedyś szedł człowiek na imprezę, wracał o czwartej nad ranem, szedł na ósmą do pracy i nic mu nie było - mówiłam do syna po powrocie.

piątek, 15 maja 2026

Umrzeć... na pół godzinki

Pisałam już kiedyś o tym, czy nie? Mam wrażenie, że gdzieś się to przewinęło.

Na neurochirurgii w pewnym momencie straciłam przytomność, po prostu wyłączyło mnie z życia, odcięło. Stan bardzo kojarzący mi się ze śmiercią...

Wcale nie straszny!

Niesamowity, zupełny, absolutny spokój. Ciiiisza. Brak bólu i wszelkich doznań poza tym bezbrzeżnym spokojem.

Śmierci po tym zdarzeniu nie przestałam się bać, ale lubię teraz żartować, że jest ona do przeżycia. Do przejścia, ot co.

Dziś na oddziale powiedziałam koleżance, że tak na pół godzinki umarłabym sobie z przyjemnością.

Padnięta

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chyba już tego za dużo na nie jedną i na moje ograniczone możliwości. Na oddziale jest mi bardzo ciężko, wracam do domu wykończona, potrafię się położyć, przespać popołudnie (lub przewegetować bez sensu), w nocy zasnąć bez najmniejszych kłopotów z uśnięciem... i rano od nowa.

Odstawiłam wczoraj istną wiochę - jak mawiała i może mawia jeszcze młodzież.
Zaczęło się od tego, że w świetlicy kolega włączył dość głośno muzykę z Yotube w telewizorze. Oddziałowa pielęgniarka, pani S. przezornie zapytała mnie, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Zażartowałam, że zniosę z godnością. W końcu trzeba i ze swojej strony wykazać nieco tolerancji dla potrzeb bliźnich, a do oddziałowej społeczności, która wymagała wyłączenia sprzętu, było już niewiele czasu.
Słuchałam sobie tej głośnej muzyki i nawet sprawiało mi to przyjemność, kiwałam stopą do taktu, nuciłam... dopóki nie zeszli się do sali ludzie i nie zaczęli mówić jeden przez drugiego przy akompaniamencie Lady Punk i Budki Suflera. Na próżno próbowałam się połapać, o czym mowa. "Na maksa" mnie to zdenerwowało, po prostu wściekło, prysł mój całkiem niezły nastrój. I gdy przyszła moja kolej "spowiadania się" z poprzedniego dnia po powrocie z oddziału, nastroju, samopoczucia - wybuchłam z siłą tornada. Wrzasnęłam, że szlag mnie trafia, że mam dosyć... Potem oczywiście było mi wstyd.
Przez całą resztę tego dnia czułam się wyczerpana. Zmobilizowałam się, by po wyjściu z oddziału udać się do zakładu protetyki na regulację aparatów słuchowych, potem spotkałam się moim ulubionym kolegą z zeszłorocznej hospitalizacji oraz dwiema koleżankami. Było naprawdę miło, ale miałam chęć ze zmęczenia położyć głowę na stole. Wróciłam do domu i po prostu padłam.

Dzisiaj też czuję się "padnięta", chociaż nie śpię. Nie robię nic poza czytaniem, słuchaniem podcastów Mai Wąsały i pisaniem bloga. Obiecuję sobie jutro doprowadzić zaniedbane mieszkanie do jakiego takiego wyglądu.

wtorek, 12 maja 2026

Raporcik szpitalno - domowy

Jeszcze garsteczka moich prywatnych aktualności.

Na oddziale dziś kryzys. Ponura pogoda skutkowała moją ospałością i spowolnieniem. Zauważyłam też rozdrażnienie, bo wrócił mój problem sprzed roku. Mianowicie pojawiły się różne rozmowy, wpadający sobie w słowo interlokutorzy i ja rozpaczliwie próbująca połapać się, nadążyć, uczestniczyć. Sfrustrowana i zirytowana nie potrafiłam tego dostatecznie ukryć ani opanować, chociaż się starałam.

Nie uszło to chyba uwadze personelu, zresztą nie trzeba było wielkiego psychologa, by dostrzec moje rozdrażnienie. Za jakiś czas psychoterapeutka poprosiła mnie na osobistą rozmowę. To normalna część procedury na oddziale i taką rozmowę raz na tydzień odbywa każdy pacjent. Dziś dopiero zapoznałam psycholożkę ze swoimi życiowymi perypetiami i z tym, jak trudno mi czasem sobie poradzić. Zwierzyłam się z powracających wątpliwości co do sensu hospitalizacji. Konkluzja oczywista: trzeba dać sobie czas i cierpliwość. Usłyszałam też, że dużo myślę i przyznałam, że owszem, to moja stała cecha.

Dziś po południu odnotowuję lepsze samopoczucie, więcej sił i jakby przebłyski energii. Mam jednak szczerą ochotę na lenistwo i robienie tylko tego, co mi się podoba. A podoba mi się pisać i dumać (jak to "myśliwy"!). Podoba mi się usmażyć sobie wspaniałą jajecznicę z czosnkiem niedźwiedzim na kolację, więc przy okazji wyegzekwuję jednak od siebie nieco powinności: umyję te wszystkie nazbierane przedwczoraj liście i poczytam, jak je przechować, by się nie zepsuły, bo przywiozłam ich sporo. Zmyję też kilka naczyń i nastawię pranie, bo syn zapomniał pomimo wczorajszych deklaracji.
Wieczorem do Biedronki niech już idzie sam.

Fontanna

Kiedy tak pisałam o Mai, przyszło do mnie wspomnienie:
Byłam z koleżankami w Sanoku. To X wyszła z inicjatywą, abyśmy spędziły tam dwa dni we czwórkę, bo jeszcze z D. i siostrą X.
Absolutnie zauroczył mnie sanocki skansen, jednak reszta wycieczki była dla mnie trudna. Fatalnie bowiem znoszę upały, męczą mnie i wszystko mnie wtedy podwójnie drażni. Toteż uznałam potem, że bardzo poważnie rozważę wszystkie za i przeciw, zanim przyjmę jakąkolwiek atrakcyjną, zdawałoby się, propozycję. Bo na wycieczce o mało nie pokłóciłam się z D., a poza tym okrutnie zgorszyłam te moje towarzyszki. A czym? Fontanną właśnie.

Przechodziłyśmy przez sanocki rynek, na którym między innymi zainstalowano fontanny. Jakoś tak przyjaźnie wyglądały, inaczej niż taka jedna w moim mieście, w miejscu, które kiedyś "cieszyło się" fatalną reputacją. Półgłosem wyznałam X., że chętnie zanurzyłabym w niej stopy, ale trochę się wstydzę. X. bez wahania skwitowała, że postąpiłabym jak najgorsi menele, więc powstrzymałam swoje zamiary. W drodze powrotnej jednak nie wytrzymałam. Rzuciłam żartobliwie: "Dziewczyny, nie musicie się do mnie przyznawać!" i - o rozkoszy!...

Obolałe nogi były mi za tę kąpiel bezgranicznie wdzięczne. Ja poczułam ulgę i - dosłownie niemal - ostudzenie emocji. Mrużyłam oczy, przekrzywiałam głowę do słońca i było mi po prostu dobrze. Jacyś przechodnie spoglądali na mnie raczej z rozbawieniem niż z naganą.

"Moje dziewczyny" nie komentowały tego, ale po czasie dowiedziałam się, że uznały mnie za niekulturalną. Ubodło mnie to i nawet speszyło, dopiero znacznie później uznałam, że to nie ich problem.
Aż tu Maja Wąsała z tą swoją rozbrajającą, bezpretensjonalnością. Oczywiście nie potrzebuję niczyjego "błogosławieństwa", lecz jednak takie przykłady wzmacniają moją pewność siebie.
Nie tylko włożyła stopy, ale bezwstydnie w tej "swojej" fontannie usiadła. I czy stało się coś strasznego? Ależ skąd.

Kocham takich wolnych ludzi i uczę się od nich odwagi. Mam jej w sobie sporo, ale jeszcze daję się "gasić", jeszcze powątpiewam, czy mi wolno. Ależ wolno, dopóki nikogo nie krzywdzę!

Niech żyje wolność, wolność i swoboda! niech żyje zabawa i... dusza wiecznie młoda! - że tak sobie pozwolę sparafrazować hicior nad hitami z niegdysiejszych wiejskich zabaw (mówcie, co chcecie, fajnie się przy tym tańczyło)