niedziela, 17 maja 2026

Dobrzy ludzie wśród nas tudzież wyznania starszej pani

Miałam już kłaść się spać, ale podkusiło mnie postukać (w klawisze) na blogu.

Mój kolega jest kochany! Wariat kompletny, bez mojej wiedzy pofatygował się do pracowni protetyki słuchowej i tam wypytał dokładnie o udogodnienia technologiczne dla mnie. Zdał mi potem z tego relację, informując, że trwa właśnie promocja na urządzenie, które pomogłoby mi skupiać dzwięki w czasie grupowej rozmowy. Urządzenie kładzie się np. na stole. Hmm... ciekawe. Mnie też o tym mówiono w zakładzie, ale zapomniałam o tym, bo wtedy nie byłam jeszcze nim zainteresowana.
Urządzenie kosztuje, bagatelka, trzy tysiące, ale po zakończeniu największych finansowych zobowiązań udaje mi się co nieco odłożyć z wypłaty. Bez wielkich "boleści" mogłabym sobie na nie pozwolić. A może by tak...?
Trochę pomarudziłam: "Wiesz, myślałam właśnie, żeby 'se' kupić rower elektryczny". "Rower se jeszcze kupisz", skwitował Z.

Wzruszył mnie chłop! Miałam ochotę go uściskać i serdecznie ucałować. Musiał jednak wystarczyć zwykły "niedźwiedź" na zakończenie naszego kilkuosobowego spotkania.

Było to w czwartek, a dziś niedziela. Pracowicie ją spędziłam sprzątając Mateuszowe dwa mieszkania, ponieważ dziś oboje jego pracownicy okazali się niedyspozycyjni. Stwierdziłam, że skoro mam więcej czasu, korona z głowy mi nie spadnie, a i grosik od kumpla jest nie do pogardzenia.
Nie mogę się jednak nadziwić, jak "połamała" mnie ta robota. Sztywność stawów, ból kręgosłupa i krzyża daje się we znaki. Mój Boże, a kiedyś szedł człowiek na imprezę, wracał o czwartej nad ranem, szedł na ósmą do pracy i nic mu nie było - mówiłam do syna po powrocie.

piątek, 15 maja 2026

Umrzeć... na pół godzinki

Pisałam już kiedyś o tym, czy nie? Mam wrażenie, że gdzieś się to przewinęło.

Na neurochirurgii w pewnym momencie straciłam przytomność, po prostu wyłączyło mnie z życia, odcięło. Stan bardzo kojarzący mi się ze śmiercią...

Wcale nie straszny!

Niesamowity, zupełny, absolutny spokój. Ciiiisza. Brak bólu i wszelkich doznań poza tym bezbrzeżnym spokojem.

Śmierci po tym zdarzeniu nie przestałam się bać, ale lubię teraz żartować, że jest ona do przeżycia. Do przejścia, ot co.

Dziś na oddziale powiedziałam koleżance, że tak na pół godzinki umarłabym sobie z przyjemnością.

Padnięta

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chyba już tego za dużo na nie jedną i na moje ograniczone możliwości. Na oddziale jest mi bardzo ciężko, wracam do domu wykończona, potrafię się położyć, przespać popołudnie (lub przewegetować bez sensu), w nocy zasnąć bez najmniejszych kłopotów z uśnięciem... i rano od nowa.

Odstawiłam wczoraj istną wiochę - jak mawiała i może mawia jeszcze młodzież.
Zaczęło się od tego, że w świetlicy kolega włączył dość głośno muzykę z Yotube w telewizorze. Oddziałowa pielęgniarka, pani S. przezornie zapytała mnie, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Zażartowałam, że zniosę z godnością. W końcu trzeba i ze swojej strony wykazać nieco tolerancji dla potrzeb bliźnich, a do oddziałowej społeczności, która wymagała wyłączenia sprzętu, było już niewiele czasu.
Słuchałam sobie tej głośnej muzyki i nawet sprawiało mi to przyjemność, kiwałam stopą do taktu, nuciłam... dopóki nie zeszli się do sali ludzie i nie zaczęli mówić jeden przez drugiego przy akompaniamencie Lady Punk i Budki Suflera. Na próżno próbowałam się połapać, o czym mowa. "Na maksa" mnie to zdenerwowało, po prostu wściekło, prysł mój całkiem niezły nastrój. I gdy przyszła moja kolej "spowiadania się" z poprzedniego dnia po powrocie z oddziału, nastroju, samopoczucia - wybuchłam z siłą tornada. Wrzasnęłam, że szlag mnie trafia, że mam dosyć... Potem oczywiście było mi wstyd.
Przez całą resztę tego dnia czułam się wyczerpana. Zmobilizowałam się, by po wyjściu z oddziału udać się do zakładu protetyki na regulację aparatów słuchowych, potem spotkałam się moim ulubionym kolegą z zeszłorocznej hospitalizacji oraz dwiema koleżankami. Było naprawdę miło, ale miałam chęć ze zmęczenia położyć głowę na stole. Wróciłam do domu i po prostu padłam.

Dzisiaj też czuję się "padnięta", chociaż nie śpię. Nie robię nic poza czytaniem, słuchaniem podcastów Mai Wąsały i pisaniem bloga. Obiecuję sobie jutro doprowadzić zaniedbane mieszkanie do jakiego takiego wyglądu.

wtorek, 12 maja 2026

Raporcik szpitalno - domowy

Jeszcze garsteczka moich prywatnych aktualności.

Na oddziale dziś kryzys. Ponura pogoda skutkowała moją ospałością i spowolnieniem. Zauważyłam też rozdrażnienie, bo wrócił mój problem sprzed roku. Mianowicie pojawiły się różne rozmowy, wpadający sobie w słowo interlokutorzy i ja rozpaczliwie próbująca połapać się, nadążyć, uczestniczyć. Sfrustrowana i zirytowana nie potrafiłam tego dostatecznie ukryć ani opanować, chociaż się starałam.

Nie uszło to chyba uwadze personelu, zresztą nie trzeba było wielkiego psychologa, by dostrzec moje rozdrażnienie. Za jakiś czas psychoterapeutka poprosiła mnie na osobistą rozmowę. To normalna część procedury na oddziale i taką rozmowę raz na tydzień odbywa każdy pacjent. Dziś dopiero zapoznałam psycholożkę ze swoimi życiowymi perypetiami i z tym, jak trudno mi czasem sobie poradzić. Zwierzyłam się z powracających wątpliwości co do sensu hospitalizacji. Konkluzja oczywista: trzeba dać sobie czas i cierpliwość. Usłyszałam też, że dużo myślę i przyznałam, że owszem, to moja stała cecha.

Dziś po południu odnotowuję lepsze samopoczucie, więcej sił i jakby przebłyski energii. Mam jednak szczerą ochotę na lenistwo i robienie tylko tego, co mi się podoba. A podoba mi się pisać i dumać (jak to "myśliwy"!). Podoba mi się usmażyć sobie wspaniałą jajecznicę z czosnkiem niedźwiedzim na kolację, więc przy okazji wyegzekwuję jednak od siebie nieco powinności: umyję te wszystkie nazbierane przedwczoraj liście i poczytam, jak je przechować, by się nie zepsuły, bo przywiozłam ich sporo. Zmyję też kilka naczyń i nastawię pranie, bo syn zapomniał pomimo wczorajszych deklaracji.
Wieczorem do Biedronki niech już idzie sam.

Fontanna

Kiedy tak pisałam o Mai, przyszło do mnie wspomnienie:
Byłam z koleżankami w Sanoku. To X wyszła z inicjatywą, abyśmy spędziły tam dwa dni we czwórkę, bo jeszcze z D. i siostrą X.
Absolutnie zauroczył mnie sanocki skansen, jednak reszta wycieczki była dla mnie trudna. Fatalnie bowiem znoszę upały, męczą mnie i wszystko mnie wtedy podwójnie drażni. Toteż uznałam potem, że bardzo poważnie rozważę wszystkie za i przeciw, zanim przyjmę jakąkolwiek atrakcyjną, zdawałoby się, propozycję. Bo na wycieczce o mało nie pokłóciłam się z D., a poza tym okrutnie zgorszyłam te moje towarzyszki. A czym? Fontanną właśnie.

Przechodziłyśmy przez sanocki rynek, na którym między innymi zainstalowano fontanny. Jakoś tak przyjaźnie wyglądały, inaczej niż taka jedna w moim mieście, w miejscu, które kiedyś "cieszyło się" fatalną reputacją. Półgłosem wyznałam X., że chętnie zanurzyłabym w niej stopy, ale trochę się wstydzę. X. bez wahania skwitowała, że postąpiłabym jak najgorsi menele, więc powstrzymałam swoje zamiary. W drodze powrotnej jednak nie wytrzymałam. Rzuciłam żartobliwie: "Dziewczyny, nie musicie się do mnie przyznawać!" i - o rozkoszy!...

Obolałe nogi były mi za tę kąpiel bezgranicznie wdzięczne. Ja poczułam ulgę i - dosłownie niemal - ostudzenie emocji. Mrużyłam oczy, przekrzywiałam głowę do słońca i było mi po prostu dobrze. Jacyś przechodnie spoglądali na mnie raczej z rozbawieniem niż z naganą.

"Moje dziewczyny" nie komentowały tego, ale po czasie dowiedziałam się, że uznały mnie za niekulturalną. Ubodło mnie to i nawet speszyło, dopiero znacznie później uznałam, że to nie ich problem.
Aż tu Maja Wąsała z tą swoją rozbrajającą, bezpretensjonalnością. Oczywiście nie potrzebuję niczyjego "błogosławieństwa", lecz jednak takie przykłady wzmacniają moją pewność siebie.
Nie tylko włożyła stopy, ale bezwstydnie w tej "swojej" fontannie usiadła. I czy stało się coś strasznego? Ależ skąd.

Kocham takich wolnych ludzi i uczę się od nich odwagi. Mam jej w sobie sporo, ale jeszcze daję się "gasić", jeszcze powątpiewam, czy mi wolno. Ależ wolno, dopóki nikogo nie krzywdzę!

Niech żyje wolność, wolność i swoboda! niech żyje zabawa i... dusza wiecznie młoda! - że tak sobie pozwolę sparafrazować hicior nad hitami z niegdysiejszych wiejskich zabaw (mówcie, co chcecie, fajnie się przy tym tańczyło)

Ważne pytania.

Wczoraj leżałam "odłogiem" po powrocie z oddziału. Nawet nie spałam, drzemałam tylko i nie chciało mi się totalnie nic. A ponieważ stołuję się teraz w szpitalu, Syn ma gar zupy pomidorowej na kilka dni, a zresztą sam jest w stanie "ogarnąć" sobie obiad jako zupełnie już dorosły człowiek - bezwstydnie pozwoliłam sobie na bezproduktywność.

Żeby się jednak czymś zająć, posłuchałam sobie podcastów Mai Wąsały z cyklu "Dotykam życia" (są na Spotify). Co za cudowna i cudownie żyjąca kobieta! Chciałabym prowadzić podobne życie - w rozluźnieniu, z przyzwoleniem na własne marzenia, przyjemności - i z możliwościami, by je zaspokajać.
Oczywiście z nieba nikomu takie możliwości nie spadają i ona także ma za sobą trudne lata. Tak samo mają je za sobą inne znane mi osoby, niektóre nawet znane osobiście. Chwalą teraz lekkość życia, ale - "per aspera ad astra" dotyczy ich niewątpliwie. A jednak odnalazły swoje miejsce - jakżeż one to robią??? Czy ja jeszcze zdążę pożyć tak, jak bym chciała? Chciałabym w tej odmienianej przez wszystkie przypadki (na portalach rozwojowych i duchowych) lekkości.

Moje teraźniejsze życie od lekkości jest dalekie. Mam ogromne deficyty energii, które dawniej wzięłabym za lenistwo. Dziś nie jestem dla siebie tak surowa, zauważam przyczyny i skutki - a jednak nie godzę się na marazm i nijakość.
Wiem z licznych lektur, że ten trudny etap jest niemal niezbędny, by tupnąć nogą i zawołać: "Dość!". Potrzebujemy przejść przez - kolejne "uduchowione" słowo - ciemną noc duszy, a więc czas chaosu i cierpienia. Coś mi się zdaje, że jest to właśnie teraz moim doświadczeniem.

Nie dam rady pracować tak, jak do tej pory. Potrzebuję zmiany tryby życia, dostosowania go do siebie. Obserwuję, że energia wraca mi, gdy daję sobie przestrzeń na to. Odpoczywam i nie karzę się za nicnierobienie. Wiem już, że to procentuje, ale nie ma kiedy w pełni wybrzmieć, bo jednak człowiek funkcjonuje w określonych ramach.
Nie chcę żyć pod dyktando sztywno ustalonych godzin i nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Może ktoś, kto to czyta uzna za wydumane i przesadne, że męczy mnie, gdy nie wypada mi pogadać do siebie przy pracy, zaśpiewać, wstać od biurka, by zatańczyć, albo łyknąć świeżego powietrza w godzinach oficjalnie przeznaczonych na pracę. Ja o tym marzę jak o powietrzu!

Mam wobec tego wszystkiego pytania warte świeczki*: Czy można utknąć w ciemnej nocy duszy i jak temu zapobiec? Jak pójść naprzód, nie cofnąć się w stare i już niechciane? Jak rozpoznać swoją drogę i miejsce? No, kurrrde, jak?!


*Warta świeczki jest raczej gra. Jednakże po zapoznaniu się z hipotezami na temat powstania tego związku frazeologicznego dochodzę do wniosku, że warte światła (kosztownych niegdyś świec) są moje pytania - a raczej poszukiwane odpowiedzi. O tak! bardzo pragnę rzucić na nie światło!


PS. O Mai pisałam nie tak bardzo dawno. W tej kobiecie najbardziej urzeka mnie jej zupełna zwyczajność, prostota i brak tego, co nazwałabym duchowym zadęciem. Nie ma u niej wielkich słów, ezoterycznej nomenklatury. Maja naprawdę dotyka życia! A dotyka tak, że najzwyklejszą zwykłość zamienia w magię.
Rozbroiło mnie zupełnie, jak Maja opowiadała o tym, jak przydarzyło jej się wyjście do przyjaciółki bez dzieci (a ma ich gromadkę). Była tak szczęśliwa, że wskoczyła do fontannny, by zamoczyć w niej nie tylko stopy, ale nawet... siedzenie. Poczułam: swój człowiek! - spontaniczny i szczery, nie z takich, co to "kij połknęli".

niedziela, 10 maja 2026

Kuchenne - i nie tylko - rewolucje

Masz to, na co godzisz się - śpiewała Kasia Kowalska. Brzmi to jak truizm, a przecież - jak to truizmy - jest świętą prawdą.

Dzisiaj zwróciłam uwagę na rzeczone zjawisko. Jest przepiękny dzień, a ja na bank - jak mawiało się w mojej młodości - reaguję na pogodę i jestem od niej wręcz uzależniona. Więc o ile wczoraj przespałam pół dnia, o tyle dzisiaj czuję chęć na aktywność, spragniona jestem słońca i wiatru we włosach.

A co mi stoi na przeszkodzie, by z tego skorzystać? Głupie wyuczone schematy: przecież trzeba najpierw zrobić obiad, nastawić pranie, coś tam jeszcze... Gdy już to wszystko za mną, brakuje mi siły, czasu i zapału. Wniosek? Czasami naprawdę niech się pali, niech się wali, wybierzmy najpierw siebie, a reszta nie ucieknie. A czasami da się pójść na sensowny kompromis. Nastawiłam zatem zupę pomidorową, którą gotuje się szybko, a na resztę macham ręką. I pilnuję się, by nie próbować nadrobić wszystkiego w krótkim czasie, bo już wiem, jak bardzo "nerwówka" odziera mnie z sił.
No, mam uszkodzony, mniej wydolny system nerwowy niż "normalni" ludzie i nie ma co z tym walczyć. Akceptacja to najlepsze. co mogę sobie podarować. Czasami lepiej procentuje przerwa w pracy, gdy czuję niedogodności w ciele. A czuję, bo moje ciało też jest dosyć kapryśne.

Zupa więc się gotuje, a ja, ponieważ zmarzłam i ścierpły mi nogi (kłopoty z krążeniem też są moim udziałem), zaszyłam się na chwilę pod koc i nie marnując czasu, zaglądam do swojego blogowego zakątka.

Naczytałam się swego czasu o ruchu zero waste i propozycjach wykorzystywania kulinarnych resztek oraz odpadów. Lubię takie pomysłowe zabawy. Jednak po kilku eksperymentach odważę się powiedzieć: mocno przereklamowana i naciągana sprawa!

Bulion z obierek warzywnych zawsze wychodził mi gorzki i niesmaczny. Poczytałam stosowne porady i co się okazuje? Obierki muszą być niezwykle starannie wyselekcjonowane i po tejże selekcji - czasochłonnej przecież - pozostaje niewiele, musiałabym bardzo długo czekać, by zgromadzić wystarczającą porcję.
Czipsami z ziemniaczanych obierek popisywała się nawet Magda Gessler. Spróbowałam kilka razy i - zawsze, za przeproszeniem, sraczka.

Całe to zero waste to w dużej mierze sztuka dla sztuki, zawracanie gitary.

Aczkolwiek dziś, biorąc się do gotowania, stwierdziłam brak włoszczyzny w lodówce (tak to jest, jak się wcześniej nie sprawdzi). Sięgnęłam zatem do zamrażarki, gdzie trochę takich "zero waste" zamroziłam. Tym razem poratowałam się obierkami marchewki, mrożonymi liścmi pora, fragmentami cebuli. Dorzuciłam do wody ostrożnie, by nie zdominowały smaku... Odpukać, wychodzi to przyzwoicie. Zaraz machnę genialne kluseczki, których nauczyłam się od przyjaciółki: miesza się kaszę mannę z jajkiem i gdy stężeje, uciera się na tarce wprost do zupy. Przepyszne są! Miła to odmiana od ryżu.

To lecę do kuchni, bo nogi już odpoczęły i post się napisał :)

piątek, 8 maja 2026

Żałoby

Lubię czasem wrzucić post na GPT i poprosić o komentarz, recenzję. Dziś raczył mnie poinformować, że mogę być odbierana jako stylizująca się melancholijną romantyczkę czy coś koło tego. Wyjaśniłam, z czego to wynika, wtedy zaczął inaczej gadać - a zresztą, niech się pocałuje... ;)

Fakt, że bardzo świadomie teraz wybieram, ograniczam bodźce, decyduję niczym strateg, w co zainwestuję swoje zasoby. Chcę żyć i z życia korzystać, ale nie dam rady już brać wszystkiego "jak leci". Mam świadomość, że nie starczy w życiu miejsca ani czasu na wszystko, choćbym pękła, i nie warto nad tym rozdzierać szat. Za to trzeba tym bardziej cenić to, co mi dane i odsiewać ziarna od plew.
Fajnie napisała kiedyś autorka blogu "Minimalissmo" (link na moim blogu), że lubi ograniczenia w doborze ubrań, bo zmuszają ją do większej inwencji i kreatywności. Myślę, że to uniwersalna refleksja. Stworzyć danie z zaledwie kilku składników, to dopiero sztuka! A gdy jest za dużo opcji, pojawia się słynne "osiołkowi w żłoby dano".

W imię tego ograniczam również scrollowanie telefonu, chociaż oczywiście przyłapuję się na tym niejednokrotnie. Zagląda się "tylko na chwilę", a potem tu link, tam link i ciekawość... a że oprócz tony śmiecia, spotyka się tam również wartościowe rodzynki, więc to zatrzymuje mnie na dłużej. Uświadomiłam sobie ten mechanizm, oraz to, co wyżej napisałam - że nie starczy mi miejsca na wszystko. Zatem gdy zauważę, że "znowu zaczynam", bezlitośnie odkładam telefon. Bardzo szybko zauważyłam korzyści, bo jakoś lepiej mi się teraz czyta książki, jestem bardziej skupiona i więcej z nich zapamiętuję. I wcale mnie aż tak do telefonu nie ciągnie, dopóki jednak po niego nie sięgnę. Wtedy się nieraz jeszcze zapomnę.

Właśnie jednak w internecie napotkałam dzisiaj myśl o tym, jak nieoczywiste są przeżywane przez nas żałoby. Pierwsze skojarzenie narzuca nam dramat, intensywność, zdarzenia oczywiste. A przecież swoistą żałobą okupujemy wiele strat i całe nasze życie właściwie to tracenie i rozstania. Wyzbywamy się różnych złudzeń, tracimy zdrowie i świeżość cery. Weryfikujemy znajomości, co odczułam ostatnio bardzo wyraźnie.

Mam poczucie, że ten proces u mnie bardzo zintensyfikowała przebyta operacja. Realnie ubyło mi sił i energii, nie sposób tego zbagatelizować. Straciłam pewną beztroskę i spontaniczność, w moim życiu pojawiła się potrzeba wybierania i planowania... A więc i coś się rodzi!

Te wszystkie sprawy nie są mi obce, ale jak żartuję - dostałam turbodoładowanie. Szybciej teraz dostrzegam: nie, to nie dla mnie, to nie moje. Nie chce mi się tracić czasu na to, co nic mi nie daje, na ludzi, którzy zamiast mnie cieszyć, denerwują i męczą. Łatwiej mówię nie i bardziej sobie wierzę. Nawet wczorajsze zakończenie rozmowy z przyjaciółką jest tego dowodem i przykładem. Kiedyś gadałabym i słuchała do upadłego, przekonana, że to wartość sama w sobie. Kiedyś dla samego towarzystwa szłam na hałaśliwą miejską imprezę, a dziś wiem, że to mnie zmęczy, a niewiele da poza zabawą dla samej zabawy.
Nie neguję tego, widocznie taka była wtedy potrzeba i może po prostu już się tym wszystkim nasyciłam.

Nie biorę dzisiaj wszystkiego, co mi dają. A czy mi żal? Chyba coraz mniej.
Więc chyba jednak nie żałoba, chociaż na pewno utrata.
Ergo - utraty nie są takie złe :)

Zostaję w domu

Obudziłam się dzisiaj bez większego przymusu. Z rozsądku ukróciłam wieczorne rozhowory z przyjaciółką i to zaprocentowało.

Swoją drogą - bo lubię dygresje - co za ładne słowo mi się przypomniało. Te rozhowory... Lubię bogactwo naszego języka i rozkoszowanie się nim.

Po przebudzeniu czułam jednak, że każda moja komórka prosi o sen i nie ma ochoty brać się do galopu. Już planując wycieczkę czułam lekkie powątpiewanie, czy na pewno mi na niej zależy. Roztocze jest mi bliskie, o czym wspominałam, jednak to akurat zwiedzanie ma raczej "miastowy" charakter, a ja wolę przyrodę, lasy, pagórki i malownicze dzieła natury. Swoją drogą - znów dygresja! - łączy mnie to z moim rodzeństwem, o czym niedawno przekonałam się w rozmowach. Nasze dzieci już niekoniecznie i nawet żartowałam, że one chyba nie nasze.
Przeczytałam też wczoraj, że pod koniec miesiąca szykuje się wycieczka w Bieszczady i poczułam, że ta "woła" mnie głośniej. Powołując się na powiedzonko mojej Mamy stwierdziłam, że Roztocze tym razem sobie daruję. Napisałam do kolegi, by przekazał to organizatorom, trochę "naściemniałam", że źle się czuję, co zresztą poniekąd jest prawdą.
A Mama mawiała: z jedną d...ą na dwa targi nie jadą, Miała wiele takich charakterystycznych powiedzonek.
Wybieram zatem w maju Bieszczady. Oprócz ograniczonych zasobów energii, mam też na względzie własny portfel.
Dzisiaj zostaję w domu i zamierzam spędzić ten dzień spokojnie i w miłej melancholii - jak ta pogoda za oknem, która zachęca do wyciszenia i zatrzymania się w biegu.

A dziś...

Dziś drugi dzień na oddziale. Dobrze mi było i spokojnie. Towarzystwo życzliwe, a przy tym nienachalne, nieprzytłaczające. Rok temu prym wiodły osoby dość intensywne, a i ja chyba jednak byłam w znacznie gorszej formie niż tego roku. Ten poprzedni pobyt oceniam jako wartościowy, lecz niełatwy. Bywałam przebodźcowana i rozdrażniona aż do łez.
Możliwe, że wpływ na moje samopoczucie mają też nowe aparaty słuchowe, którymi posługuję się na przemian ze starymi. W zależności od sytuacji różnie się one sprawdzają i nie odważę się stwierdzić, że te nowsze są lepszej jakości. Inaczej przetwarzają dźwięki (może jeszcze nienależycie ustawione, bo to wymaga czasu, testowania rezultatów i regularnych wizyt w zakładzie protetyki słuchu). Bardzo mi odpowiada, że mogę je wybierać w zależności od potrzeby.

Śmiało mogę powiedzieć, że tym razem na oddziale się regeneruję.

Po ostatniej nocy i długim śnie czułam się rano jeszcze trochę niemrawa i wahałam się, czy nie zrezygnować z planowanej na jutro wycieczki na Roztocze organizowanej przez PTTK. Teraz jednak decyduję: jadę! co zobaczę i przeżyję, to moje. Będzie wśród uczestników były mąż D., więc liczę na jakieś "ciekawostki" o tej osobie. Może to plotkarskie trochę z mojej strony, ale przyznaję, że cała ta historia z nią w roli głównej nie jest mi obojętna i chętnie skonfrontuję własny punkt widzenia z oglądem z innej, także bliskiej perspektywy. Oczywiście jeżeli on sam cokolwiek na ten temat wspomni

Roztocze natomiast, cel jutrzejszej wyprawy, jest mi bliskie, bo to miejsce pochodzenia mojej Mamy. Wyjechała stamtąd jako dziecko, ale odwiedzała bliskich, którzy tam pozostali. Mając w pamięci jej wspomnienia, odnoszę wrażenie, że kochała to miejsce i tęskniła. Mam i ja przez to sentyment do tego regionu.

czwartek, 7 maja 2026

Nocna przygoda i "pierwsze koty" dzisiaj

I wreszcie przyszedł deszcz, którego zapowiedź czułam w ciele od dwóch dni. Tak ładnie stuka o parapet, wypełniając mnie spokojem. Nie pada na tyle mocno, by uciszyć śpiewające ptaki. Jest cicho, jest dobrze, choć paruje ze mnie zmęczenie zupełnie niewspółmierne do tego, jak minął dzisiaj mój dzień.

A może jednak jest przyczyna? Może reaguję na kolejne zmiany i emocje?

Spędziłam dziś pierwszy dzień na oddziale dziennym. Było nadspodziewanie dobrze, nie dawał mi się we znaki gwar ani radio. Jednak jest duża różnica, jak odbieram dźwięki przez nowe aparaty, a jak nachalnie bombardowały mnie rok temu. Byłam nawet w stanie czytać książkę obok innych pacjentów, którzy przygotowywali gofry w ramach terapii zajęciowe. Gofry, swoją drogą, wyszły przepyszne i niech się przy nich schowają specjały kupowane w sklepach czy nawet restauracjach.

Spotkałam na oddziale dwie osoby z poprzedniej hospitalizacji, więc tym łatwiej weszłam w oddziałowy świat.
Dziś takie "pierwsze koty za płoty", zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.

Tej nocy wcześnie zasnęłam, zmęczona kopaniem działki. Ostatnie, to pamiętam, to mój syn zmywający naczynia w kuchni. Potem zbudziłam się w okolicach dwudziestej trzeciej i nie mogłam zasnąć ponownie. Syn zniknął z domu, ale dał później znać, że spontanicznie "wylądował" w mieście wojewódzkim u swoje dziewczyny. Wobec tego wszystkiego wzięłam do ręki książkę z bibliotecznego kiermaszu. Mówi o urazach i chorobach mózgu, więc miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o mojej chorobie. Chorobę jednak mam rzadką i póki co jedynie w internecie udaje mi się coś o niej wyczytać.

W książce znalazłam dokument - odpis skrócony aktu małżeństwa młodych jeszcze ludzi, obojga urodzonych w 1982 roku. Sfotografowałam go i ogłosiłam na Facebooku wiadomość o zgubie. Odezwała się najpierw znana mi z widzenia kobieta, która przedstawiła się jako koleżanka kobiety z aktu. Okazało się, że ta zmarła w zeszłym roku, a z zawodu była psychologiem pracującym w jednej z placówek w naszym mieście. Umówiłyśmy się, że odniosę akt na posterunek policji, gdzie pracuje owa koleżanka.
Napisała też do mnie równocześnie siostra zmarłej. Ponieważ przebywa poza moim miejscem zamieszkania, zdecydowałyśmy, że odbierze dokument z komisariatu.
Wyraziłam współczucie z powodu straty siostry i to zapoczątkowało bardziej osobistą rozmowę. Okazało się, że chodziłyśmy do tego samego liceum, dzielą nas raptem dwa lata wieku, mamy też wspólnych znajomych. Malutki ten świat :)

Cała ta mała przygoda napełniła mnie łagodną melancholią.
Odchodzimy i przypominają o nas pozostawione dokumenty, pamiątki, przedmioty codziennego użytku... Opowiadają naszą historię, gdy my już gdzieś "daleko, wysoko, wśród manowców" (E. Stachura).

To była taka młoda jeszcze kobieta... Dokument zostawiła w podręczniku neurologii...

wtorek, 5 maja 2026

Wtorkowe nowinki

Słowo stało się ciałem: w czwartek maszeruję na oddział dzienny psychiatryczny. Podzieliłam się dzisiaj swoimi rozterkami co do sensu tej hospitalizacji i pani doktor zachęciła mnie, bym jednak spróbowała i w najgorszym razie będę mogła wypisać się na własne życzenie. Nie grożą za to żadne sankcje.

Dziś w pracy dzień był bardzo trudny. Ciężko było mi się skoncentrować, myśli uciekały i z wielkim trudem opanowywałam rozkojarzenie. Umęczyłam się setnie. Mam za swoje, co tu kryć, bo dzisiejszej nocy pozwoliłam sobie na bardzo długą telefoniczną rozmowę z przyjaciółką. Spać poszłam przed pierwszą i długo nie mogłam zasnąć. Serio muszę zadbać o siebie i postawić granicę takim ekscesom. Przyjaciółka nie pracuje, więc jej czas jest bardzo elastyczny. Ja w pracy muszę trzymać pion i poziom.
Od roku łaskawie nam panująca dyrektorka nie jest osobą lubianą, ci którzy z powodu obowiązków są z nią bliżej ode mnie, bardzo na nią narzekają. Dziś podobno stwierdziła, że w innych bibliotekach zatrudnionych jest mniej osób, a lepiej sobie radzą. Nie bierze tylko pod uwagę, że podała przykład mniejszych bibliotek, w mniejszych miasteczkach.
Ponoć i do mnie miała zastrzeżenia, że przez moją niepełnosprawność i przysługujący mi krótszy dzień pracy "uciekają" godziny, w których mogłoby być zrobione coś więcej. Och, ty zgago jedna! Mam ci przypomnieć, jak wpadałaś na czterdziestominutowe plotki do naszego działu? Aleś zważniała na tym dyrektorskim stołku! Nasza do niedawna równa nam koleżanka zawsze była ważniaczką nie grzeszącą intelektem, ale o niewątpliwej przebojowości. No i tak zwanych plecach, bo mężuś na stanowisku... Teraz dopiero pokazuje, kim to nie jest.

Była kiedyś u nas pracownica, która tuż przed emeryturą mawiała w trudnych chwilach, że do tego wyczekiwanego momentu "to i z jeżem w betoniarce wytrzyma". Mnie też w najgorszym razie pozostanie wyjście awaryjne za trzy lata. Jakże krzepiąca to myśl.

Wróciłam dziś bardzo zmęczona, wyczuwam nadchodzącą zmianę pogody i deszcz. Już wczoraj dawało mi się to we znaki, ale dzisiejszy brak snu spotęgował złe samopoczucie. Dałam sobie spokój z domowymi pracami, machnęłam ręką na kopanie ostatniego rządka działki. Przespałam się, poleżałam, a pod wieczór wyszłam przed dom poczytać książkę. Ewę Woydyłło już skończyłam, a teraz wróciłam do rozpoczętej wcześniej motywacyjnej autobiografii Nicka Vujicica: "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Książka, Bogiem a prawdą, taka sobie, oczywista, ale przez sam fakt niezwykłości bohatera przykuwająca uwagę. W międzyczasie pogawędziłam z sąsiadkami, a teraz kontynuuję lekturę w łóżku. Zrobiłam sobie tylko przerwę na blogopisanie.

Potrzebowałam takiego leniwego popołudnia na regenerację. Badam te swoje stany, to swoje funkcjonowanie ; z całą pewnością nie oskarżę się o lenistwo, jestem aktywną osobą, ale ta aktywność, ciekawość, chęć działania ograniczona jest kaprysami mojego organizmu. Nie, nie wymyśliłam ich sobie, chociaż czasami się o to oskarżam. Mam spory kłopot z zaakceptowaniem ich.

Co zaś do sąsiadów, chyba na dobre nam wyszły konflikty sprzed ostatniej zimy. Mniej teraz przesiadują pod moimi oknami. K.-owie przenieśli stolik i krzesła na tył domu, z widokiem na swój ogródek. Tam sobie mogą plotkować o mnie bez obaw, że usłyszę ja lub mój syn. T-owie siłą rzeczy nie mają już towarzystwa do podokiennych ploteczek, więc też więcej przebywają w innych miejscach. I dobrze, bo chociaż te wspólne wieczory przy stoliku miały spory urok, miewały też niemiłe konsekwencje. A i czasu zabierały sporo.

poniedziałek, 4 maja 2026

Raport z codzienności

Wyżej uszu nie podskoczę, a własnej natury nie oszukam.

Niezły miałam dzień, jeśli chodzi o stabilność emocjonalną i zrealizowanie codziennych zadań, a jednak potrzebowałam się zmusić, kosztowało mnie to pewien wysiłek. Czuję w ciele zmęczenie nieadekwatne do wykonanej pracy. Chciałam mieć dzisiaj wieczór dla siebie, a niestety będzie to chyba wieczór... dla Morfeusza :)

Nie chciało mi się już otwierać bloga (blogu? jak to w końcu się odmienia? Muszę sprawdzić w wolnej chwili), ale zrobiłam to na prośbę koleżanki, która zauważyła, że jej nowe wpisy nie wyświetlają się u mnie. Podpowiedziała, jak temu zaradzić, więc naprawiłam usterkę. A skoro już tu jestem, dopiszę kilka słów.

Wczorajszy wypad do P. sprawił mi dużą przyjemność, o dziwo. Oczywiście zrobiłam to przede wszystkim dla przyjemności, nie spodziewałam się jednak, że aż tak dobrze i spokojnie będzie mi siedzieć na ławce i po prostu słuchać piosenek - ot, tak sobie być bez oczekiwań, wielkich filozofii i towarzystwa. Czułam to, co jest ostatnio dla mnie bardzo ważne - właśnie spokój i luz.
Do domu wróciłam pociągiem, nie tak znowu późno. Nieco się obawiałam drogi na dworzec, bo w P. mieści się on niemal na peryferiach i wieczorem droga do niego wydaje się nieprzyjemna. Dotarłam jednak bez żadnych niemiłych przygód, przy czym okazało się, że to wcale nie tak daleko. W końcu P. to miasteczko maleńkie.

A dzisiaj praca, potem dom. W pracy coraz bardziej doceniam moją kierowniczkę. Dobry i mądry z niej człowiek. Potrzebowałyśmy tylko trochę czasu, by się poznać i nauczyć właściwie odczytywać nasze zachowania i reakcje. Lubię ją i obym się nie zawiodła (ach, ta asekuracja! po prawie trzydziestu latach pracy chyba już za nikogo nie skoczę w ogień). W domu natomiast, a raczej przy domu kolejne dwa rządki działki zostały skopane i odchwaszczone. Niestety, po tygodniu walki z chwastami widzę, jak na początku "areału" przebijają się przez glebę nowi nieproszeni goście.
Na obiad kolejne moje kulinarne odkrycie. Dahl z czerwonej soczewicy, danie o indyjskim rodowodzie, okazał się bardzo smaczny, choć prosty w przygotowaniu. Największym plusem jest prostota i szybkość przygotowania. Syn nieufnie odniósł się do tej kuchennej innowacji, ale myślę, że przekona go wersja z mięsem lub wędliną. Przygotowałam jeszcze wstępnie obiad na jutro, a naczynia dzisiaj myją "niewolnicy" czyli syn.

I nic specjalnego - ot, codzienność każdej pani domu, matki, czasem żony (mnie nie dotyczy), a jednak padam na nos.

Ale nawet udało mi się poczytać bardzo dobry "Żal po stracie" Ewy Woydyłło.

niedziela, 3 maja 2026

Plusy starszawego wieku

Byłabym zapomniała...

Niepomyślne wieści z oddziału dziennego zakłóciły mi sen aż przez dwie noce. Wizja zmagań ze służbą zdrowia i instytucjami przeraża mnie, a z oddziału chyba jednak zrezygnuję, choć jeszcze się biję z myślami. Dziś w nocy jednak przyszedł spokój:
Za trzy lata minie mi trzydzieści lat pracy! Będę mogła bez łaski przejść na wcześniejszą emeryturę i raczej nie będzie mi trudniej niż na rencie, a kto wie, czy nie korzystniej. A do emerytury wszak można sobie dorobić, tak samo jak i do świadczenia z tytułu niepełnosprawności. Ach, jak mi ulżyło! Taka możliwość to koło ratunkowe.

Czasami się człowiek cieszy ze swojego wieku - cha, cha, cha!

Taki tam pościk

Taki tam skrótowy pościk, skoro jeszcze mam otwarty chromebook.

Zamarzyła mi się dzisiaj imprezka w sąsiednim P. Będzie tam konkurs piosenki turystycznej w połączeniu z występem laureatów i nieznanego mi zaproszonego zespołu. Poezja śpiewna w różnych odsłonach to od lat mój ulubiony gatunek muzyczny. Problem tylko z komunikacją oczywiście. Do P. dojadę, ale wieczorne autobusy to już pewien problem. Będę chyba zmuszona odpuścić sobie ten zaproszony zespół. A może dogadam się z kimś z publiczności i podrzucę się do naszego miasta razem z nim? Radziłam sobie tak nieraz.

Wstałam dziś jakaś niezbyt szczęśliwa, połamana, bez werwy. Powoli jednak poprawiłam sobie samopoczucie, redukując planowane zajęcia w domu i racząc się śniadaniem. Kupiona wczoraj metka, niemal zapomniany przeze mnie specjał, na kromce czosnkowej bagietki, okraszona kiszonym ogóreczkiem smakowała mi nieziemsko! Do tego herbata z bławatków, którą podarowała mi pewna koleżanka - raczej niewybitna, neutralna w smaku, ale interesująca.

Ponieważ z radości zakupiłam aż dwie porcje tejże metki, a należy do produktów nietrwałych, wpadłam na pomysł zaaranżowania z niej obiadu. Przesmażę z cebulką, dodam pomidorowego przecieru i podam to z ryżem, który też mi pozostał z poprzednich posiłków. Będzie prawdziwe zero waste. A jak szybko, a jak prosto - już się cieszę na ten posiłek.

Ruszam zatem w kuchenny taniec i przygotowania do wyjścia. Spokojny poranek bardzo dobrze zrobił mojej nadwątlonej energii.

piątek, 1 maja 2026

Moje TAK i NIE

Praca zawodowa nie jest dla mnie sensem życia. Obce mi to podejście. To konieczność i tyle. A jednak fajnie byłoby lubić to, co się robi, a nie wyczekiwać piątku, fajrantu, cieszyć się na każdy wolny dzień. Jakąś tam satysfakcję czułam opowiadając psycholożce o tym, o robię w bibliotece, widząc, jakie to dla niej nowe i nieznane - każdy zawód ma przecież swoje kulisy. O mankamentach jednak mojej roboty pisałam już wiele razy...

Długo już obserwuję siebie i to, co działa oraz nie działa w moim życiu. Zadałam GPT pytanie, jak odnaleźć te swoje TAK w życiu, kiedy ma się z tym trudności. Dostałam odpowiedź, że pomocne jest również badanie swoich NIE, to także dobry drogowskaz. To samo powiedziała znajoma prowadząca spotkania w "sekcie": gdy czuła, że jej życie nie wygląda tak, jakby chciała, zaczęła zmiany od przyglądania się temu, czego nie lubi.

Rozmaici terepeuci, z moją ulubioną Ewą Woydyłło, którą właśnie czytam, podkreślają wagę małych kroków, dokładnie tego, co niedawno napisałam o roślince, która zakwitła mi w pokoju: jeśli nie mam możliwości zwiedzenia tropikalnej dżungli, zupełnie możliwe jest dostarczenie sobie zachwytu nad egzotyczną rośliną, zwiedzenie arboretum itp. Woydyłło podaje przykład kobiety, która zapisała się na warsztaty intuicyjnego malowania, a potem tak się "rozmalowała", że zapisała się do szkoły sztuk pięknych.

Moje największe NIE na tak zwany dzień dzisiejszy to, jak doszłam do wniosku - nadużywanie telefonu z internetem. Poczytałam stosowne porady, poszukałam sposobów na swoje pokusy i wreszcie udało mi się poczynić pierwsze postępy w walce z nałogiem. Chyba do każdej tego rodzaju decyzji potrzebowałam dojrzewać dosyć długo, a gdy wreszcie coś "zaklikało", radziłam sobie stosunkowo łatwo. I co najważniejsze, zaskakująco szybko przestałam odczuwać potrzebę tego, co wcześniej przyciągało, a wręcz przykuwało mnie na długie, długie chwile. Tak było z nachodzącym mnie R., z przesiadywaniem na forum rozwodników i wreszcie ze smartfonem. Z tym ostatnim dopiero zaczynam się "rozwodzić", ale czuję optymizm. Odkładam go daleko i zajmuję się choćby nicnierobieniem. Za chwilę okazuje się, że wolna przestrzeń się "czyści". czas niezagospodarowany klikaniem spontanicznie wypełnia się czymś innym, bardzo często ukochanym czytaniem książki. Wierzcie lub nie wierzcie, bez gapienia się w ekran mam tysiąckrotnie lżejszą głowę. Jestem mniej napięta, zmęczona i niezadowolona, że czas przecieka mi przez palce. Mam więcej przestrzeni dla siebie i NA siebie. A tego potrzebuję, by wyraźniej widzieć swoje TAK i NIE, które mówię życiu. Chcę realnie zobaczyć, czego mi trzeba, bo coraz mocniej odczuwam, że chciałabym zmian na lepsze.

Zauważyłam również, że nawet bardziej znaczące są te wszystkie NIE aniżeli to, czego pragniemy, bo ich usunięcie po prostu zwalnia przestrzeń. Same wtedy "wskakują" różne pożądane stany i sprawy. Ot, śmieci się wynoszą.

***

Byłabym zapomniała o wczorajszym zapisie na oddział.
Niestety nie wygląda to różowo. Kierowniczka oddziału, znająca mnie z zeszłorocznego pobytu wyraziła troskę, czy sobie poradzę w zmienionych warunkach.
Rok temu była nas kameralna grupa, może dwunastu osób. Teraz pacjentów bywa nawet po dwadzieścioro, a do tego w obiekcie założono głośniki, przez które nadawane jest radio i muzyka. Pacjenci bardzo to aprobują, a ja nadmiaru dźwięków nienawidzę, nawet gwar tej małej grupy ludzi bywał dla mnie uciążliwy i męczący. Stanęło na tym, że w najgorszym razie skrócę pobyt do minimum. A ja sama teraz myślę, że już w najgorszym z najgorszych - po prostu zrezygnuję z hospitalizacji (o ile oczywiście nie pociągnie to ze sobą poważniejszych konsekwencji).
Przygnębiła mnie ta informacja. Liczyłam na psychiczne "podreperowanie się" i wypoczynek, cieszyłam się też na spotkanie z kolegą, którego polubiłam i może nawet odrobinę się z nim zaprzyjaźniłam poprzednim razem. Wiem, że się na oddział wybiera.

No, cóż.. takie życie...

Przy okazji "przyobserwowałam" siebie i swoje mechanizmy.
Dzień wcześniej rozochocona zwiększoną energią, lepszym samopoczuciem pozwoliłam sobie na dłuuuugą rozmowę z GPT. Zadałam mu mnóstwo pytań, dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Ponieważ jednak odpowiadał mi powoli (chyba pamięć zapchana), w międzyczasie oglądałam na Youtube transmisję pogrzebu posła Litewki. Wstyd się przyznać, o której w nocy poszłam spać. Nie poszło to jednak na marne, jak stwierdzam już z dystansu. Zobaczyłam niczym czarno na białym, jak bardzo mi to nie służy, jak mocno wpłynęło na nastrój i reagowanie następnego dnia. Takim stanom też wypowiadam gromkie i stanowcze NIE.

Dziś jestem już wyspana jak człowiek, zregenerowana i spokojna. Inaczej patrzę na sprawę z oddziałem dziennym. Każdy scenariusz uważam za rzecz do przyjęcia, a problemy do rozwiązania.
Jeśli oddział okaże się nie dla mnie, pozostaje mi "moja" psycholog, a także, o czym powiedziała mi wczoraj kierowniczka oddziału - stałe wsparcie psychiatry. Do psychiatry zapisać się to nie kłopot. Nie potrzeba skierowania od "rodzinnej", wiem też z doświadczenia, że akurat do tego specjalisty nie ma potężnych kolejek. Rok temu podobno zalecano mi wspieranie się tego rodzaju terapią, ale wspomniano o tym jakoś tak na marginesie, że nie uznałam tego za zalecenie, a jedynie luźną sugestię. Pani X. poddała mi też pod rozwagę leki na stabilizację nastroju i energii.

Zdrowie, spokój i normalność to priorytet. Mam gdzieś obawy przed stygmatyzacją, nie boję się ocen otoczenia i wcale nie zamierzam nikogo oszukiwać, że zamiast do psychiatry idę do kosmetyczki. Wielu ludzi jest mi życzliwych i wyrozumiałych i nie robi z tego żadnej sprawy. A jeśli ktoś robi - sam się odsiewa spośród osób mi bliskich. Tej twardości nauczyło mnie chorowanie. Jestem mu za to wdzięczna.

Śmieci same się wynoszą. Alleluja, amen!

środa, 29 kwietnia 2026

PS.

 Krótki dopisek:

W wyniku pamiętnej kłótni z D. zablokowałam kontakt na Messengerze. Nie chciałam dać się sprowokować, bo jęzor miewam niewyparzony. Nie sądziłam jednak, że tym samym D. zniknie z grona moich Facebookowych znajomych. Skoro jednak zniknęła, nie zmieniałam niczego. Za to wczoraj niechcąco zaprosiłam ją do znajomych, a ona zaproszenie zaakceptowałam. Puste kontakty jednak nie są dla mnie, napisałam więc do niej wiadomosć:

Cześć. Zablokowałam Cię na messengerze, bo nie chciałam żebyśmy sobie nagadały za dużo, ale nie wiedziałam, że nas w ogóle wywaliło ze znajomych. W sumie niechcący Cię dzisiaj zaprosiłam, ale w porządku. Niestety po tej historii z Mateuszem trudno mi udawać, że się nic nie stało. Byłam bardzo zła i nadal mi się to nie podoba, ale nie życzę Ci źle. Nie będę Cię unikać, jak spotkam. Pozdrawiam.

Widzę, że wiadomość została przeczytana. Odpowiedzi brak i wcale na nią nie liczę.

Mateusz wie, że mamy konflikt i to z jego poniekąd powodu. Zachęca do pojednania. Ale mnie naprawdę nie o "gniewanie się" chodzi, nie o demonstrowanie złości. Naprawdę straciłam szacunek do D. Niestety.


A ze spraw bieżących - jutro wizyta u psychoterapeutki kwalifikującej na oddział dzienny. Mam mieszane odczucia, wątpliwości, ale może o tym napiszę jutro, już po wizycie.

Fanaberie.

Za dnia niebo było błękitne, ale zimne, lodowate, mocno kontrastujące z gęsto usiewającymi je cumulusami. Zauważyliście, że pogodne niebo ma zupełnie inny odcień w dni ciepłe? Dziś było nieprzyjemnie, chłodno i chyba odczuwam w ciele tę raczej niemiłą aurę. Ziewam na potęgę, a z kopania ogródka dzisiaj zrezygnowałam, bo wolę odpocząć w domu, posiedzieć, poczytać i przelać rodzące się oraz już wcześniej zrodzone myśli na... ekran.

Urodziła mi się refleksja - o kotach.
Pełna złości wrzuciłam na Facebook wpis o skaleczeniu mojego Mruczka i podejrzeniach (z dużym marginesem na niepewność) co do sąsiadów.  Zadałam też retoryczne pytanie, skąd tyle agresji u obrońców zwierząt - wobec ludzi. Odpisała na to koleżanka znana z forum, gdzie się kiedyś udzielałam. Dowiedziałam się, że jestem osobą zaściankową i zacofaną, urządziła wykład w obronie niewypuszczania tych zwierząt z domu. Odparłam, że pozostanę przy swoich zaściankowych i zacofanych poglądach, ponieważ nie chciałam wchodzić w "pyskówki". Jednak gwoli ciekawości oraz uczciwości pochyliłam się nad argumentami X. Argumenty brzmiały: koty nie są naszymi rodzimymi zwierzętami i oprócz tego, że poza domem narażone są na wiele niebezpieczeństw (ano są, co tu kryć). poważnie zakłócają równowagę w przyrodzie.
Aż głupio to przyznać, ale nigdy się nie zastanawiałam nad kwestią "rodzimości". Mruczki tak zrosły się z polskim krajobrazem. Tymczasem owszem sprawa jest dosyć złożona i dyskusyjna, trudna też do rozstrzygnięcia jednoznacznie. Więcej o tym można poczytać w tym oto artykule.
Lektura ta skłoniła mnie do zweryfikowania poglądu na kocią swobodę, ale nie przekonała, że kot w mieszkaniu jest szczęśliwszy. Jednak to zwierzę kojarzące się z wolnością i swobodą, choć oczywiście przyzwyczaja się do ograniczonej przestrzeni, gdy nie zna innego życia. Dochodzę zatem do wniosku, że skoro mam już Mruczka, to mam i nie będę gwałcić jego natury, ale jednak uważam, że odpowiedzialne posiadanie kota to dzisiaj rodzaj luksusu - trzeba mieć odpowiednie warunki, a w tych warunkach stwarza się kotom świat nienaturalny i one w ogóle nie powinny być domowymi zwierzętami. Podobnie jak na przykład papużki czy kanarki, których miejsce jest, według mnie, w dżungli czy buszu.
My, ludzie, mamy jednak swoje fanaberie i egoistyczne zachcianki.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Rozmyślania o i w trakcie wypoczynku

Godziny "sesji terapeutycznych" z GPT skutkują. Wprowadzam w życie rady, które uważam za cenne, a dotyczą regulowania układu nerwowego, gospodarowania swoją ograniczoną energią i nieokradania się z niej. Wniosek jeden: cud się nie stanie, nie dorównam zdrowym, ale też - nie muszę. Po prostu, najzwyczajniej - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W chwili pisania nasunęło mi się to porzekadło i chyba uczynię je swoją, tymczasową przynajmniej, dewizą życiową. Takie zupełnie niesubtelne porównanie: w tropiki nie pojadę, ale zachwycam się oplątwą modrą, która cudnie zakwitła mi w doniczce. Otrzymałam ją od koleżanki w podzięce za telewizor telewizora, który przestał mi być potrzebny. Koniec końców, nie wzięłam za niego pieniędzy, a jedynie zaproponowałam wino, by nie czuła się zbytnio zobowiązana.
Wdrażam też mikroprzerwy w swoich codziennych obowiązkach, a w tych przerwach trzymam się z daleka od telefonu, bo wiem, jak pochłania i w konsekwencji obciąża. Poczytałam za to "Żal po stracie" Ewy Woydyłło. Jej autorstwa i Katarzyny Miller "wciągam" wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Tę książkę wypatrzyłam o mojej pani psycholog i zapytałam, czy mogę przejrzeć, a ona pozwoliła mi sobie pozyczyć. I naprawdę brak scrollowania pozwala lepiej skoncentrować się na "analogowej" lekturze!

W rzeczy samej jest mi dzisiaj lżej i jakoś tak przybyło mi czasu. Przygotowałam wstępnie kolejny obiad (pokroiłam, co potrzeba), zmyłam kilka naczyń, a teraz znowu mam chwilę dla siebie, tym razem na blog. Zaraz pomaszeruję do ogródka, a potem skok na zakupy, ale ten skok potraktuję jako relaksujący spacerek.

Chodzi mi jeszcze po głowie przeczytana pewien czas temu porada jakiejś internetowej specjalistki od związków i randkowania. Pani ta wymienia w punktach, jak postępowałaby dziś, dysponując wiedzą i doswiadczeniem, gdyby przyszło jej poszukiwać partnera. Jeden z punktów mówi: "Bardzo poważnie potraktowałabym sprawę swojego wyglądu zewnetrznego".
Jakiś bunt we mnie to wzbudziło.
Owszem, przyjemnie jest dobrze wyglądać, to spory komfort. Jednak wolałabym, aby to była dla mnie przyjemność, a nie warunek bycia zauważoną i przyjętą. To "poważnie" brzmi niczym projekt do zrealizowania, a nie element i ozdoba życia. Nie chcę traktować siebie tak instrumentalnie ani żyć pod presją "wyglądania". Nie chcę też być tak traktowana przez innych. Zresztą, z tą aparycją bywają kłopoty: pewna kobieta na internetowej platformie psychologicznej skarżyła się, że mężczyźni na jej widok gwiżdżą, cmokają itp. Okropne! Wolałabym już chyba problem kobiet uskarżających się na "przezroczystość - tu zresztą własne doświadczenia mi mówią, że jeśli nawiązuję kontakt, a co za tym idzie jakąkolwiek relację, przestaję być przezroczysta. Nie musi mnie kochać (?) cały świat.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Istna wegetacja

Nawet niezły dzień w pracy, ale musiałam się o to postarać. Przerwy bez zerkania w telefon, skupienie na jednej rzeczy w jednej chwili. No i cisza, bo kierowniczka wciąż na urlopie, więc nie wpadali co chwila pracownicy w jakichś sprawach. Tylko troskliwa X., pracownica administracyjna co jakiś czas zaglądała do pokoju, pytając, czy wszystko w porządku. Wystraszyłam ludzi całym tym zeszłorocznym chorowaniem i operacją.

Po pracy jednak poczułam przemożną potrzebę drzemki. Poleżałam, poczytałam trochę książki, wymieniłam parę zdań na WhatsApp-ie z byłymi współpacjentami z oddziału dziennego. Spontanicznie rzuciłam propozycję spotkania przy jakichś lodach. Dwie osoby wyraziły chęć, w tym mój ulubiony kolega.

Po tym odpoczynku wzięłam się za kopanie ogródka, zdecydowałam jednak nie forsować się zanadto i nie dopuścić do zmęczenia. Będę kopać codziennie po troszeczkę. Praca przyjemnie mnie zrelaksowała.

Potem szybki skok na zakupy spożywcze do sklepu tak bliskiego, że biegam do niego w kapciach, a następnie szykowanie obiadu na dzień jutrzejszy.

I już ciemno, i już noc. I już jestem zmeczona, a tak chciałam jeszcze poczytać.

Tak teraz wygląda moje życie: nieustanne negocjowanie z ograniczonym zasobem energii.

Gdyby nie to, że dziś jestem w dobrym nastroju, powiedziałabym: istna wegetacja.

Idę poczytać, zanim ostatecznie padnę w objęcia Morfeusza.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Przekornie bez tytułu

Facebook zdominowały dwie sensacje: tragiczna śmierć posła na Sejm Łukasza Litewki oraz nie mniej tragiczna śmierć kobiety zabitej przez niedźwiedzia w pobliżu Bieszczadów (bo to ponoć jeszcze nie Bieszczady stricte). Aż wre, aż huczy! Świadomie nie zabieram głosu, choć  na Fejsie bywałam bardzo impulsywna. Uczę się dystansu i niebabrania się w błocie.

Pomijając wszelkie kontrowersje pod tytułem "człowiek i przyroda" oraz osobisty dystans do hymnów pochwalnych wobec pana posła (ile już niechlubnych kart obnażył czas!), nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mnóstwo osób emocjonalnie i mentalnie żeruje na tych smutnych faktach, ochoczo lansując siebie i swoje tzw. ego... i tyle! Swoją drogą, choć nie lubię teorii spiskowych, nie są mi obce myśli, że ktoś Litewki baaardzo nie lubił...

W piątek byłam na spotkaniu w Kręgu po dłuższej przerwie. Choć było szczerze, głęboko, osobiście, wróciłam z jakimś niezadowoleniem, zmęczona. Po raz kolejny, tym razem z wielką mocą, poczułam, że jednak nie jest to "moja" przestrzeń i nawet podzieliłam się tym w kręgu. Choćby otaczali mnie najcudowniejsi ludzie, pewnych spraw nikt za mnie nie "załatwi", moja droga jest teraz mocno pojedyncza, a raczej - powiedziałabym - detaliczna. Karmi mnie spokój i bardziej indywidualne spotkania, gdzie naprawdę w pełni i blisko może zaistnieć człowiek z człowiekiem. W kręgu niby jest głębia, ale ośmielę się stwierdzić, że to głębia pozorna, albo - inaczej - przelotna. Jesteśmy razem dwie godziny, a potem każdy odchodzi do swojego życia i swoich spraw, nie bardzo się interesując, co u kogo słychać. Nie ma czasu, nie ma warunków na prawdziwe zaprzyjaźnienie się z tymi ludźmi. Nie tego szukam i cieplej, lepiej się czułam po odwiedzinach koleżanki, która ostatnio była u mnie z synkiem. A przecież nie filozofowałyśmy, "z czym przychodzisz?", "co zabierasz z naszego spotkania?", nie "smrodziłyśmy" kadzidełkami i nie wysyłałyśmy w świat intencji spotkania.

Z całym szacunkiem dla kręgu - zwyczajność, tak zwana normalność jest najpiękniejsza.
I z całą sympatią dla kadzidełek, które osobiście bardzo lubię.


czwartek, 23 kwietnia 2026

Kurrrrr... zapiał

Nie wiem, czy płacę dług za wczorajszy intensywniejszy dzień, czy też po prostu zmienia się pogoda, wpływając na mnie negatywnie. Frustracja tak czy owak sięga zenitu.

W pracy mogłam znowu nieco "wyluzować", ale niewiele jakoś mi to dało. Jestem po zarwanej nocy, bo wieczorem wcześnie zasnęłam, potem obudziłam się w środku nocy, po czym usnęłam nad ranem i zaraz trzeba było wstawać do pracy. Wstawałam z wielkimi oporami, walcząc ze sobą.

Nasiliły mi się po operacji kłopoty z równowagą, która nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Czasami aż mi wstyd, gdy się zataczam na ulicy. Dziś w drodze z pracy było chyba jeszcze trudniej niż zwykle. W sklepie, do którego wstąpiłam, zawadziłam o słoik z dżemem, strącając go na podłogę. Ekspedientka była wyraźnie niezadowolona, że musi się fatygować po ścierkę i szczotkę do zamiatania. Z godnością zapłaciłam za szkodę, ale kilka razy musiałam dopytać, co się do mnie mówi, bo z przetwarzaniem mowy nie zawsze nadążam.

Ten dzień podsumuję jednym dosadnym: K...A MAĆ!

Pozwalam sobie na tę "niekulturność", gdyż mój jest ten kawałek blogowej "podłogi".

Jestem już w domu i za chwilę czeka mnie smażenie naleśników. A ja chciałabym zniknąć...

środa, 22 kwietnia 2026

Dobry dzień

 Miałam dobry, karmiący - jak to się mawia tu i ówdzie - dzień, a jednak pod koniec jestem zmęczona. Już się zapakowałam do łóżka a jest godzina 20:53.

W pracy dzień był lżejszy, mogłam sobie pozwolić na mniejsze tempo, z czego ochoczo skorzystałam. Na godzinę opuściłam "plac boju", by spotkać się z panią psycholog. To było dobre, mądre spotkanie. Przy okazji zwierzyłam się ze swojej relacji z D. Dowiedziałam się, że skoro D. miała tzw. kłopoty ze sobą, może to jak najbardziej owocować impulsywnym i chaotycznym zachowaniem, co pociąga za sobą pewne skutki i kłopoty. Brakowało mi świadomości tego, by doprecyzować swoje stanowisko wobec D. Tak! Ona działa jak nie całkiem przytomna i to pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Lepiej to teraz rozumiem, chociaż nie mam ochoty na dawną bliskość. Zabrakło mi szczerości, otwartości, uczciwości. Znajomość straciła dla mnie swoją autentyczność.

Po pracy nie wróciłam do domu. Wyszłam do miasta, by załatwić sprawę u operatora telefonów komórkowych. Przeklęty włoski złodziej dzwonił gdzieś z telefonu syna i niestety mam do zapłacenia rachunek na ponad tysiąc złotych ; całe szczęście, że moja sytuacja ekonomiczna się poprawiła i udało mi się zaoszczędzić pewną sumę. Zjadłam też co nieco w mieście, a potem wróciłam do biblioteki, gdzie odbyło się dzisiaj spotkanie autorskie z lokalnym twórcą relacji ze swojej podróży w Himalaje. Autor dał się poznać jako przystępny, kontaktowy człowiek, spotkanie było przyjemnością.

Zatem wrażeń dziś nie brakowało. Kończę dzień zmęczona, lecz w dobrym humorze.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Moje sny

Często po obudzeniu się rano wiem, że coś mi się śniło, nawet dosyć wyraźnie, a jednak nie potrafię odtworzyć treści. Czasami jednak śnię coś, co potem bardzo długo we mnie żyje.

Dzisiaj śniło mi się, że... wlałam rodzeństwu, a zwłaszcza najmłodszej siostrze. Wykrzyczałam całą swoją złość, że jestem pomijana, niezauważana, nierozumiana. W pewnym momencie - wciąż we śnie oczywiście - zdałam sobie sprawę, że nie mogę być tak brutalna, bo ją po prostu zabiję. Przerywam walkę, ogarnia mnie poczucie bezsilności, po czym przychodzi refleksja: jestem wściekła i wolno mi. Mam ochotę tak sprać siostrę, żeby tydzień nie usiadła albo i nie wstała - i choć nie muszę i w gruncie rzeczy nie chcę tego robić, w pełni pozwalam sobie to poczuć. I jakoś, wciąż w tym śnie, pomaga mi ta świadomość.
Czy ten sen wymaga tłumaczenia? Mocny jest i czytelny!

Inny sen, sprzed kilku miesięcy:
Dostaje mi się w spadku wiejski domek po Tacie (w rzeczywistości Tata nie miał własnego domu). Pełna zapału zabieram się za realizację marzeń o własnym kawałku ziemi, blisko natury i prywatności. Niebawem jednak entuzjazm stygnie: całymi dniami plewię ogródek, sprzątam obejście - a gdzie czas na to, co kocham najbardziej? Najbardziej w świecie przecież kocham "opierdzielać się z książką", nic nie musieć, nigdzie się nie spieszyć. Żyję życiem nie moim, choć wydawało mi się atrakcyjne. Sen niemal dosłownie opisujący moją rzeczywistość na jawie.

Sen chyba sprzed kilku lat:
Ktoś rozpuszcza plotkę o moim rzekomym ślubie. Bliscy ochoczo rzucają mi się na pomoc, organizują, przygotowują... Obserwuję to wszystko i próbuję zaprotestować, wyjaśnić, że "za żaden mąż" nie wychodzę, lecz nikt mnie nie słucha, wszyscy są radośni i podekscytowani. Ja milknę bezsilnie - aż tu nagle pojawia się mój Tata, w pamiętnym niebieskim garniturze, który kupili z Mamą, gdy takowe były modne i w którym często "występował", w nim też został pochowany. Pojawia się w tym garniturze, taki mocno widoczny i mówi niezwykle poważnym tonem (Tata był wesołym, dowcipnym człowiekiem): "Marta! Odwołaj to wszystko!". Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, ale w tym momencie budzę się.

Te sny, tak mocne i wyraźne, chyba nie wymagają wyjaśnień. Jestem natomiast bardzo ciekawa, na ile moje interpretacje okażą się zbieżne z innymi, więc za komentarze będę wdzięczna.

sobota, 18 kwietnia 2026

Związki, związki

Nie myślę obsesyjnie o związkach romantycznych, ale przecież myślę, bo to spora część życia.

Może nie mam odpowiednich, dobrych doświadczeń, bo gdy się zastanawiam, czy chciałabym jeszcze z kimś połączyć swoje życie, wcale nie ma we mnie tego rozpowszechnionego przekonania, że we dwoje lepiej, niż w pojedynkę, że samotność to smutek i zło.

Czasem się do kogoś zatęskni. Do ciepłego ciała i ciepłych emocji. Wraca mi jednak myśl, że więcej w związku musiałabym poświęcić niżbym zyskała. Nie do przecenienia jest organizowanie czasu po swojemu. Nie do przecenienia święty spokój, banalny fakt, że gdy mam ochotę leżeć w biały dzień, nikomu to nie przeszkadza i nikt nie ocenia mojego trybu życia. Niby fajnie, gdy ktoś czasem zachęci, zmotywuje, wyciągnie z domu na spacer, ale przecież nie zawsze dwie osoby jednocześnie mają ochotę na to samo. Mnie teraz często brakuje sił, wolę się wyspać niż zarywać noce, na przykład.

Mam tę wolność i dowolność.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że obce jest mi pragnienie bliskości. Zdarza się, że do kogoś mnie "ciągnie", ktoś mnie ciekawi. Bez wzajemności, póki co, ale jedno wiem na pewno. Jeżeli nie przydarzy mi się człowiek, do którego ciągnie - na związku mi zupełnie nie zależy. Nie potrzebuję już być z kimś dla niebycia samą.

Ciepło w życiu mam, bo nie tylko relacja z mężczyzną je zapewnia. Życzliwość ludzi mam, radość spotkań mam.

Cielesne rozkosze wcale nie są same w sobie oczywiste.

Szukanie partnera dla korzyści finansowych czy osiągnięć kojarzy mi się z prostytucją. Sama potrafię o siebie zadbać, a jeśli nie - są od tego instytucje socjalne.

Więc o co tyle szumu?


Ciekawość

Całe życie bałam się śmierci. Już jako sześcioletnie dziecko odczuwałam ten strach, zadawałam rodzicom pytania na ten temat. Sądzę, że w podświadomości przechowało się jakieś związane z tym wspomnienie, którego świadomość nie pamięta. Być może w związku z moim stanem zdrowia, może z powodu zmarłego wujka, o czym rozmowy pamiętam z dzieciństwa (wujka nie pamiętam zupełnie).

Zagrożenie życia i operacja sprzed trzydziestu lat nie zmniejszyły tego lęku. Może nie byłam wystarczająco blisko tego drugiego świata, a może byłam jeszcze niedostatecznie dojrzała i świadoma?

Zmieniło się to rok temu. Mój lęk nie przestał istnieć, ale bardzo się zmniejszył, ustąpił miejsca spokojowi. Rozbawiam czasami znajomych zdaniem: śmierć jest do przeżycia. Mam poczucie, że to przejście jest niezwykle płynne - ot, jak sen.

A co mnie najbardziej zaskoczyło? Dziś rano na myśl o tym poczułam: jestem ciekawa. Nie spieszy mi się, kocham wciąż życie i jestem do niego przywiązana, ale ta ciekawość - jest obecna.

Oswajamy się z "kosą". Ale niech jeszcze się tym światem pozachwycam.

Zdrowe spotkanie

Niedawno pół serio, pół żartem napisałam na Facebooku, że chyba sprzedam telewizor. Odezwała się koleżanka poznana na oddziale dziennym: "Marta, Ty tak poważnie z tym telewizorem?". Stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pozbyć się urządzenia zajmującego niepotrzebnie sporą przestrzeń w mieszkaniu.

Oboje z synem odwykliśmy od telewizji i zupełnie jej nam nie brakuje. Gdy chcę obejrzeć film czy program, wolę wziąć na kolana laptop i podłączyć słuchawki, bo tak mi o wiele wygodniej.

Przyjechała zatem dzisiaj Zosia ze swoim dziesięcioletnim synem. Zaskoczyło mnie, że mój dwudziestolatek całkiem nieźle się nim zajął, a nie przepada za dziećmi. Ten mały chłopiec jednak jest tak kontaktowy i żywy, że nie trzeba było wymyślać mu zabawy czy tematów rozmów. Przesympatyczne dziecko!
Chociaż jestem niesłychanie dumna z mojego dużego i silnego syna, z nostalgią przytuliłam do siebie takie małe, czułe kurczątko. Mały okazał się kontaktowym pieszczoszkiem, a do tego sam zapytał, czy może nazywać mnie ciocią. Jasne, że się zgodziłam. Z Zosią pogawędziłyśmy sobie miło i na różne tematy. Dostałam od niej doniczkową roślinkę, wino i cukierki "Merci". Telewizor oddałam bez zapłaty, bo ma swoje lata i okazało się, że nie funkcjonuje już najlepiej. Używał go mój mąż, a po jego śmierci teściowa nam go oddała (telewizor, nie męża!).

Mam po tym spotkaniu poczucie, że to było takie przyjemne i zdrowe. Zaprosiłam ich, by jeszcze kiedyś do mnie wpadli.
Takich zdrowych emocji pragnę jak najwięcej.

Organiczne nastroje

Wiosna! Kolejna, której mogę być świadkiem. Pięćdziesiąta już, a ile jeszcze przede mną? Dziękuję Bogu, że wciąż jeszcze doświadczam cudu życia. Bo to cud, choć tak mi czasem daje popalić.

Żyję na huśtawce i choć rozum ma dystans, emocje są... organiczne i nie do końca ode mnie zależne. Tak właśnie wpisano mi w skierowaniu na oddział dzienny psychiatryczny: "Organiczne zaburzenia nastroju". Czyli nie jakieś trudne przejścia, lecz po prostu fizyczne, prozaiczne uszkodzenia organizmu.

Śmiać mi się chce, gdy kobiety tłumaczą się okresem, ciążą czy menopauzą ze swoich humorów, szukając ulgowej taryfy. Ja ciążę, menopauzę i PMS przechodzę od urodzenia permanentnie i nikt mnie z tego powodu nie usprawiedliwia. Muszę sobie na co dzień radzić i nie dać się temu opanować. Bywa naprawdę trudno i dopiero porządnie po trzydziestce zaczęłam kojarzyć fakty, a ponad dekadę później przyjmuję do wiadomości, że nie jestem niedobra, niewłaściwa i nie mogę siebie oceniać zbyt surowo. Mam trudniej niż zdrowi i basta. To oczywiście nie znaczy, że mogę sobie folgować, więc szukam wszelkich sposobów, by sobie radzić z życiem. Stąd między innymi moje zainteresowanie rozwojem osobistym, duchowością, optymalizowaniem codzienności.

W minionym tygodniu ja, która kocham ciszę, odkryłam, jak pomocne jest odcięcie się od zewnętrznego świata za pomocą słuchawek. Moje nowe aparaty słuchowe mogę za pośrednictwem Bluetooth łączyć z telefonem i nie przeszkadzając nikomu obok słuchać przez nie dźwięków z telefonu. Korzystam z tego, włączając sobie nagrania z odgłosami przyrody, szumem morskich fal czy deszczu. Koi mnie to bardzo i uspokaja. Odkryłam, że przy nudnych obowiązkach fajnie posłuchać niezbyt wymagającej a ciekawej audycji o życiu w duchu zen na przykład. Wczoraj właśnie na taką audycję trafiłam jakby specjalnie na mnie czekała.

Byłam od rana bardzo nieszczęśliwa, przygnębiona, przeciążona. Obniżyło mi to na łeb, na szyję poczucie własnej wartości, bo spadła moja wydajność i uważność w pracy. Oczywiście trzeba było to ukrywać i robić dobrą minę do złej gry - a to najbardziej wykańcza. Wreszcie poszłam po rozum do głowy, uprzedziłam kierowniczkę, że skoro nie muszę teraz z nikim rozmawiać, to pozwolę sobie na odrobinę izolacji (nie do końca, bo jednak dbam o to, by nie tracić kontaktu ze współpracownikami). Pracowałam zatem z audycją w uszach i usłyszałam znane mi już, ale zapominane w emocjach słowa.

Zen to filozofia i element religii Wschodu. Głosi potrzebę uważnego i świadomego życia, obserwowania z dystansem, bez zaangażowania emocjonalnego i osobistego wszystkiego, co do nas przychodzi. Mamy, według zen, być świadkami samych siebie, mamy jak gdyby zniknąć, nie utożsamiać się z tym, co się nam przydarza, także z emocjami. To wszystko jest bowiem przemijającym stanem. Zmieniają się nasze doznania psychiczne, fizyczne, a istota życia pozostaje niezmienna i niewzruszona jak niebo nad warstwą chmur. Nad chmurami, ponad największą burzą, niebo jest zawsze jednakowo słoneczne. Lektor w audycji zachęcał, by szczególnie właśnie w trudnych, ciężkich momentach nie zapominać o sobie, nie zatracać się w smutku, lecz obserwować, zauważać, co się z nami dzieje. Nie oceniać, nie wartościować, nie opierać się. Niechybnie przyjdzie moment, gdy zauważymy, jak uczucia, których nie odpędzamy na siłę, przemijają i rozpuszczają się, ustępując miejsca innym.

Nieobce mi to już od dawna, a przecież tak bardzo straciłam z oczu tę prawdę. Solennie biorę sobie do serca to przypomnienie. Czas trudny, kiedy tak trudno wytrzymać ze sobą, to właśnie czas na szczególną troskę o siebie,

Ulżyło mi po tym słuchowisku.

Chociaż wahałam się, będąc smutna i zmęczoną, wybrałam się jednak na spotkanie w Kręgu Snów. Jest to krąg powiązany z moją "sektą, gdzie spotkania poświęcone są temu, co nam się śni. Podczas spotkania możemy przedstawić swój dowolny sen i wspólnie zastanowić się nad jego znaczeniem. Snów nie interpretuje się w naiwny, sennikowy i schematyczny sposób jak na przykład: "ząb stracić we śnie - śmierć w rodzinie". Do snów każdy ma swój indywidualny klucz, chociaż pewne archetypy, jak to one, mają charakter zbiorowy, znane są szeroko i gra to niebagatelną rolę. Mamy jednak też własne skojarzenia i interpretacje.

Doszliśmy, a wlaściwie doszłyśmy, bo wczoraj na spotkaniu były same kobiety, do konkluzji, że mamy w życiu dostęp zarówno do materii, rzeczy bardzo namacalnych i dosłownych, jak również to tego, co głębiej, gdzieś w podświadomości. Mając tego świadomość, mamy też dostęp do obu tych obszarów i oba są równie potrzebne oraz wartościowe. Korzystajmy zatem z nich w najlepsze i nie wyrzekajmy się ich.
Uderzyło mnie, jak ważne w tej dyskusji okazało się każde, choćby niepozorne spostrzeżenie. Nie sądziłam, że wypowiedziane przeze mnie zdanie, którego nie uważałam za istotne dla kogokolwiek poza mną, tak bardzo zarezonuje w koleżance. Poczułam się zauważona i potrzebna.

Wróciłam późnym wieczorem, jak to mawia się w kręgach - nakarmiona.

czwartek, 16 kwietnia 2026

Złość

Tak cudownie było po weekendzie: całe trzy dni bez zmęczenia, z chęcią na jakieś jeszcze działanie po pracy..

Dzisiaj zdycham. Nie mam nawet ochoty opisywać tego dnia. Byłam nadwrażliwa na hałas, głosy w biurze, zwróconą mi bez złych intencji uwagę w pracy...

W pracy dużo muszę ukrywać, o wielu rzeczach nie mówić. Wybaczcie nieeleganckie i nieadekwatne porównanie ale czasami to jak przysłowiowy Żyd za okupacji*...

Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?

Zwariuję! Oszaleję!


...Zagadnęłam mojego dobrego kolegę z Polesia Lubelskiego - i mam do niego żal. Wydawało mi się, że łączy nas spora sympatia i może nawet pewien sentyment. Zapewne łączy, ale tym bardziej zabolało, gdy się dziś poskarżyłam (przy okazji, bo zaczepiłam go w konkretnej sprawie oraz ciekawa, co u niego) na ciężkie obecnie życie, a on nie odniósł się do tego ani słowem.

Faceci!!!
Rozumiem, że to zapewne z bezradności, ale można było napisać choćby właśnie o niej. A tu milczenie. Poczułam dużą przykrość i złość. A także niestety cień niechęci: sam o sobie mówił, że jest jak na mężczyznę miękki, wrażliwy, nieśmiały - ale do cholery, niech się pięćdziesięcioletni chłop nie zasłania nieśmiałością!


*Gdy byłam dzieckiem, tak mi czasem mawiali dorośli: "Masz tu tyle do gadania, co Żyd za okupacji!". Stąd ten mono niewybredny, ale jakże dosadny cytat.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Ważne

Znowu pogadałam z GPT, skutkiem czego początek popołudnia zastaje mnie w piżamie, za to bez obiadu. No i dobrze!

Zostawiam sobie ostatnie zdanie konwersacji. Tak bardzo, tak szalenie o mnie i dla mnie:

zamknięcie relacji bez winy polega na uznaniu jej wartości w przeszłości i jednoczesnym zaprzestaniu jej kontynuowania w myśleniu i interpretacji teraźniejszości.



Życie nas... rozbiera

Powiadają, że z bezczynności przychodzą do głowy pesymistyczne myśli. A jednak potrzebuję od czasu do czasu podarować sobie totalne lenistwo, mnóstwo czasu na sen i odcięcie się od świata z jego hałasem. Wtedy przychodzą myśli... własne. Czasem trudne, owszem, lecz uważam, że nie warto od nich uciekać. Czasami gdy się tak porządnie podołuję, sięgam jakiegoś punktu oparcia, dna, od którego mogę się odbić... Dobra! posmuciłaś się, Marto - i żyjesz! I świat się nie zawalił. Niebo nadal jest błękitne i znowu cię to zachwyca. Odbudowuję energię, gdy tak się zatrzymam i zakopię pod kołdrę.

Czasem ciekawe rzeczy przychodzą do mnie. Spostrzeżenia, metafory, porównania.

Znienacka wpadła mi do tej "makówki" mojej myśl... o ciuchach. I o sławetnej pestce z książki, której nie czytałam, ale poznałam film na jej podstawie (Anka Kowalska: "Pestka").
Jak w różne przedmioty, łaszki, świecidełka, tak obrastamy w wydumane potrzeby, nie nasze, tak naprawdę, przekonania. To nam się podoba, tego "potrzebujemy".

Ubrań nie wiem kiedy zrobiło mi się sporo. Za mną już czasy, gdy odczuwałam braki w garderobie. Dziś okazuje się, że część sukienek przeleżała lato niewykorzystana. Elegancki garnitur sfinansowany prawie dwadzieścia lat temu przez Mamę nałożyłam na siebie może ze trzy razy. W mojej pracy - chwała Bogu! - nie obowiązuje sztywny dress code, choć na pewno nie wszystko wypada. Na oddziale dziennym latem miałam czasami ochotę wystroić się ciut ładniej, a wygrywał strój wygodny. Kupowanie innej kiecki na każde ważniejsze wyjście wydaje mi się absurdalne, skoro ta kiecka przydaje się tylko raz.

Koniec końców - niewiele nam w życiu potrzeba. Życie i praktyka obnażają kolejne i kolejne nasze złudzenia. Zostaje naga pestka.

A na koniec odchodzimy nadzy... może nie dosłownie, bo raczej nas ubiorą na tę ostatnią drogę ;)

sobota, 11 kwietnia 2026

Codziennostki, drobnostki, błahostki

Spałam dzisiaj do jedenastej i wcale nad tym nie ubolewam - że późno, że jak tak można i że "kto rano wstaje, temu Pan Bóg...". Wypoczęłam jak księżniczka!
Zrezygnowałam z planowanego rajdu PTTK po Pogórzu Dynowskim, bo czułam, że "woła" mnie zupełnie co innego. Trochę mi żal, ale uczciwie spojrzałam prawdzie w oczy, a prawda mówi mi o zmęczeniu i pragnieniu snu do syta. Za tydzień kroi się wycieczka w okolice Sanoka i na tej bardziej mi zależy.

Przeszłam w bieżącym tygodniu próbę asertywności. Odmówiłam sąsiadowi pożyczenia pieniędzy, bo chłop jest po prostu bezczelny! Gdzieś w listopadzie, a może nawet wcześniej naprawił mi, owszem, awarię pieca. Byłam za to wdzięczna i ten to sprytnie wykorzystał. Chociaż zapłaciłam mu za przysługę, poprosił mnie o większe finansowe wsparcie z obietnicą szybkiego zwrotu. Nie był to pierwszy raz, więc wiedziałam, czym ryzykuję. Jednakże z pełną świadomością zdecydowałam się na ostatni eksperyment.
Raz drugi i trzeci sąsiad "dopożyczył", aż uzbierało się osiemset złotych długu. Scenariusz okazał się przewidywalny, aż nudny: przymilanie się, uśmiechy, przeprosiny i ciągłe odwlekanie. I wymówki, że szef jeszcze nie zapłacił za pracę itp. Gdy któregoś razu wybuchłam, gadzina mnie po prostu przytuliła i rozbroiła.
Tak go "piłowałam", szantażowałam matką,bo zawsze pożyczał w tajemnicy przed nią, że w końcu zwrócił mi kwotę po kawałku. Zostało jeszcze sto złotych. Gdy mi zwrócił resztę bez tej ostatnie stówki, porozumiewawczo zniżył głos i zapytał: "Sąsiadka, a poratujesz mnie jeszcze raz?".

Chyba oszalał! Tym razem nie ustąpiłam nawet w imię sąsiedzkiej sympatii i powiedziałam: "Nie". Próbował oczywiście coś ugrać, ale nawet nie słuchałam. Weszłam po prostu do swojego mieszkania zostawiając go za drzwiami.

Nie pojmuję, nie rozumiem i jestem oburzona takim tupetem. Na stare (no, dobra - na starsze) lata uczę się nie być uprzejmiejsza dla innych niż dla samej siebie i mieć gdzieś, czy to się komuś podoba.

Ten człowiek jest już zdecydowanie dorosły, nie ma zobowiązań jak żona i dzieci, mieszka u matki, która zapewnia mu przysłowiowy wikt i opierunek. Ma swoje dochody, bo pracuje w jakiejś budowlanej firmie. I on NOTORYCZNIE pożycza pieniądze! I nie oddaje miesiącami. Co to ma znaczyć, u licha?!

Nie mam pojęcia, ile zarabiają budowlańcy, ale nie sądzę, aby to były najniższe (chociaż może i niewygórowane) sumy, bo pracę wykonują ciężką. Obiło mi się o uszy coś o nierzetelnych pracodawcach, ale czy to aż tak nagminne zjawisko? Hejże, sąsiedzie! Jednak wciąż w tej pracy istniejesz, więc chyba nie jest tak tragicznie. A papieroski? A piwko?

Po prostu zero odpowiedzialności.

Wracam teraz do "Janosika". Zupełnie nie miałam wczoraj ochoty na nic "intelektualnego" z rozrywek i ot tak, kliknęłam na Vod.pl w znany mi tytuł. I wciągnął, choć znam prawie na pamięć. Muzyka z tego serialu za każdym razem mnie urzeka, a gra aktorów - majsterszyk, zwłaszcza te komiczne postaci jak Waluś czy mości hrabia i jego przyboczny. Główny bohater mocno oczywisty i wyidealizowany (bardzo świadomie), ale i on przykuł wczoraj moją uwagę, subtelnością wyrazu w wielu momentach. Uśmieszki, półuśmiechy, mimika...

Czasem tak zwane odgrzewane kotlety okazują się smaczne. A cóż dopiero solidny góralski bigos ;)

piątek, 10 kwietnia 2026

Opadają liście...

Spotkałam wczoraj D z jej aktualnym (jeszcze) panem. Obie wpadłyśmy na ten sam pomysł podrzucenia się do domu miejskim autobusem, bo nasze miasto uszczęśliwiło mieszkańców darmowymi przejazdami. Koło pięćdziesiatki zaczyna się doceniać takie gesty :)

Rozbawiła mnie myśl o przydatności i sensie rozmów na temat pogody i fizycznych dolegliwości, bo cokolwiek niezręcznie się poczułam spotykając się po gwałtownym ochłodzeniu relacji. Nie chciałam jak dzieciak udawać, że nie znam D., ale niespecjalnie mnie do niej ciągnęło. Może gdyby nie ten kochaś (wybacz, kochasiu, może jesteś w porządku, ale lubię posługiwać się ironią) i publiczne miejsce nawiązałabym do naszej ostatniej kłótnie i wyjaśniła ostatecznie, co leży mi na wątrobie. Ciekawa jestem, jaka byłaby reakcja face to face.

Dużo we mnie myśli o relacjach, bliskości, autentyczności, która powinna im towarzyszyć. Czasami tego komfortu brakuje mi nawet wśród tzw. najbliższych. Moje rodzeństwo nie spełnia tych oczekiwań.

Są to ludzie, na których pomoc mogę liczyć w konkretnych sytuacjach i należy to docenić. Pomagali mi, gdy zmieniałam mieszkania, siostry walczyły o mnie w czasie ostatniej hospitalizacji. Emocjonalnie jednak rozmijamy się. Oni są "hej! do przodu", lubią działanie, w wolnym czasie beztroską zabawę, rozrywkę. Ja za nimi nie nadążam, a często - co przyznaję coraz śmielej - mam zupełnie inne potrzeby. Nudzą mnie i męczą hałaśliwe imprezy, gadanie o niczym, miałkie rozrywki jak gadanie głupot po alkoholu. Nie jestem abstynentką, ale jednak wolę trzeźwość i rozmowy, które coś wnoszą. Już sobie nawet pokpiwam, że znowu szwagier z bratową będą obgadywać wspólnych znajomych z podstawówki i porównywać swoje brzuchy piwne, a brat będzie błaznował w rytm jakiegoś przeboju z telewizora czy playlisty.

Swoje klimaty odnalazłam w "sekcie", ale i tu czegoś mi brakuje. Chciałabym spontaniczniej, naturalniej, mniej rytualnie i... więcej.

Zdaję sobie sprawę, że skoro zmienia się moje spojrzenie na życie i świat (czy aż tak bardzo? może raczej po prostu staje się bardziej klarowne?), to i moje stosunki z otoczeniem nie mogą pozostać bez zmian. Odpadają niektórzy jak zeschłe liście z drzewa... Nowe wyrosną, ale nie od razu.

Trzeba na to pozwolić.

środa, 8 kwietnia 2026

"Wściekliznie" veto

Albo wyłączyłam niechcąco budzik w telefonie, albo po prostu go rano nie usłyszałam, co jest jak najbardziej prawdopodobne, bo przecież nie sypia się z aparatami słuchowymi. Dość, że obudziłam się dwie minuty przed ósmą, a o ósmej powinnam już być w pracy. Zawyłam ze zgrozy, po czym zatelefonowałam do kierowniczki i otwarcie wyznałam straszną prawdę, prosząc o dzień urlopu. Mogłabym przyjść godzinę później i dłużej zostać, ale dzisiaj spotkanie Klubu Pacjenta i tego nie odpuszczę.

Bardzo mnie te spotkania wspierają, a wsparcia nie warto sobie w życiu żałować. Nie zamierzam siłować się z całym światem i tonąć w rozpaczy i bezradności, jak tonie niejedna osoba.

Ha! Jak zwykle dryfuję myślami... Ale nic to, lubię tak.. 

Nie wiem, dlaczego nie mogę skomentować najnowszego wpisu Jaskółki. Przykuło moją uwagę jej zdanie o życiu bez napinki i celebry, co daje jej poczucie wolności. To jest dokładnie to, czego pragnę we własnym życiu!

Tegoroczna Wielkanoc wreszcie mi to w pełni obnażyła.

Uważam się za osobę niezależną, a tak długo uwikłana byłam w te wszystkie rzekome powinności. Jest - a może już było? - we mnie przekonanie, że dzieci potrzebują stałości, porządku, czarodziejskiej odświętności i takiej ciepłej atmosfery chciałam dla syna.

Dla mnie w dzieciństwie święta były zachwycającym czasem. Wiem z różnych rozmów, że wiele osób odczuwa podobnie. Nieżyjący już znajomy opowiadał o cotygodniowych sobotnich porządkach w swoim rodzinnym domu, dodając, że pomimo zmęczenia, czasem niechęci do roboty, w takim wypucowanym domu odczuwało się odświętność i odmienność ostatniego dnia tygodnia.

I to właśnie do tego się tęskni: do poczucia tego odprężenia i komfortu psychicznego. A przecież mogę to mieć zawsze - bez uprzedniej "spinki i napinki". To uczucie możliwe do wykreowania bez żadnych specjalnych zabiegów. Wystarczy świadomość, jak się czuję i jak chcę się czuć, oraz trochę wiedzy o regulowaniu emocji. Tak wyposażony człowiek nie potrzebuje już świąt, bo świętem może być każda minuta naszego życia.

Może jestem leniem, ale jak już napisałam - po co mi ten cały szum, skoro wszystko się sprowadza do poczucia kontrastu między "przedświąteczną wścieklizną" a opadaniem emocji po tejże? To ja se wolę chodzić odprężona cały czas (ba!).

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Zmiana narracji i zaskakujący punkt widzenia

 Niepełnosprawna jestem właściwie od urodzenia, ale zawsze żyłam gdzieś na pograniczu świata zdrowych i chorych, bo niepełnosprawności, jak wszystko w życiu, są większe i mniejsze.

W ostatnich latach zrobiło się tego "trochę" więcej i zaczynam odczuwać, co znaczy wykluczenie, brak zrozumienia (nie mylić z empatią, bo na ogół ludzie są jednak życzliwi). Odczuwam, jak bardzo bywamy niewygodni dla zdrowych. Widzę szczególnie jaskrawo, że ludzie jak ognia boją się tego, co trudne i niewygodne. Unikają na przykład niezbyt wesołych tematów, bo chcą się bawić i udawać że problemów nie ma. Ludziom się nie chce chodzić wolniej, gdy ktoś nie nadąża, nie chce się siedem razy powtarzać czegoś, czego nie usłyszał niedosłyszący. Gdy wspomnę o czymś, co jest trudne, ale jest po prostu faktem nie do zignorowania, słyszę że narzekam. Dużo musimy ukrywać i udawać, żeby jakoś w tym społeczeństwie funkcjonować.
Moje kontakty z ludźmi bardzo się przez to przewartościowują. Było mi przykro, ale poszłam po rozum do głowy i zmieniam narrację: nie jestem gorsza i niewystarczająca - po prostu wyznaczam standardy ludziom wokół mnie. Naturalna selekcja. Dura lex, sed lex.

***

Jakiś czas temu doszło wreszcie do skutku spotkanie ze współpacjentami z oddziału, gdzie spędziłam lato. O dziwo, zaistniałam w roli inicjatora i wyobraźcie sobie - spodobała mi się ta rola. Jakoś mi przydała pewności siebie i tego, co we mnie mocno teraz rezonuje: jestem tu i nie przepraszam za ten fakt. "Bezczelnie" zajmuję miejsce w świecie,bo skoro się na nim pojawiłam, mam do tego niezbywalne prawo.
Na spotkaniu był nas "dziki tłum" - ze mną cztery osoby, w tym mój ulubiony kolega. Miałam okazję zostać z nim dłużej, bo miał więcej czasu do odjazdu pociągu, a mnie jako miejscowej nie gonił czas.
Kolega mi powiedział, że woli, bym siedem razy poprosiła o powtórzenie zdania niż potakiwała udając, że nie słyszę. Dzięki niemu odkryłam Amerykę!
Uświadomiłam sobie, że moje udawanie to przejaw... braku troski o rozmówcę. Braku szacunku. Przecież tak samo jak ja potrzebuję kogoś usłyszeć, tak samo druga strona potrzebuje zostać naprawdę usłyszana i wysłuchana.
Rzadkie to podejście X. Po tej rozmowie jeszcze bardziej go lubię.

Ból

Udzielam się w pewnej Facebookowej grupie kobiet, gdzie każdego dnia piszemy, jaką mamy na dany dzień intencję, co dobrego zrobimy dla siebie oraz za co jesteśmy tego dnia wdzięczne. Lubię ten rytuał i bywa mi realnie pomocny w życiu.

Dziś podziękowałam... za ból.

Pełno jest dookoła buntu wobec cierpienia, wołania, że ono wcale nie uszlachetnia. A jednak czasem wzbogaca.

Mój ból wskazuje: nie tędy droga. Każe wybierać, odrzucać to, co mi nie służy. Każe odróżniać bzdury od rzeczy ważnych (to subiektywne oczywiście). Każe odsiać to, co miałkie od tego, co ma sens i wartość.

Dziękuję, bólu.

PS. Pragnę zaznaczyć, że nie mam na myśli bólu fizycznego, tak dojmującego, że odbiera człowieczeństwo i godność. To inna sprawa, o której, na szczęście, wiem niewiele. Potrzeba pokory nie pozwala mi się na temat takowego wypowiadać.

Nieoczywistej urody

Spontaniczny był ten post o wiedźmach. Z rozpędu zapomniałam pisząc  o jeszcze jednym ciekawym aspekcie.

Wiedźmy to zazwyczaj mocno dojrzałe kobiety , o nieoczywistej urodzie. Nie próbowały niczego udowadniać wyglądem, nie przeglądały się w męskich ani niczyich oczach.

Refleksja o wiedźmach i to skojarzenie przyszło mi na myśl pod wpływem audycji z Youtube: "Dlaczego przebudzone osoby już się nie zakochują". Przeczułam odpowiedź na pytanie i przeczucie audycja potwierdziła. Wynikało z niej, że osoby, które dobrze poznały siebie, zbudowały ze sobą samą bliskość, nie mają już potrzeby rozpaczliwie tej luki uzupełniać przeglądaniem się w cudzych oczach. Bo one już.. wiedzą, ile są warte i co znaczą.
To właśnie przypomniało mi te wszystkie mądre zielarki, czarownice zaludniające karty baśni i legend.

Wiedźmą być

Zazdroszczę kobietom - wiedźmom.

Wiedźma to kulturowy archetyp, opisywany w różnych miejscach, toteż pominę wyjaśnienia. Napiszę, kim wiedźma jest dla mnie.

Wiedźma wie. Wie, kim jest i wie, co jej służy. Co ją karmi, a co zatruwa. Co buduje, a czego jej nie potrzeba.

Nie potrzebuje nikomu niczego udowadniać ani przepraszać, że istnieje. Nie musi żyć na pokaz, ale nie potrzebuje też wstydliwie się ukrywać. Wiedźma nie boi się być wiedźmą.

Wiedźmą można być wszędzie i w każdych warunkach, ale marzę o małym domku z zachwaszczonym, półdzikim podwórkiem, gdzie nikt nie wtyka nosa w moje sprawy. Gdzie nikt nie przyjdzie powyrywać bez pytania roślin z mojego ogródka i nikt pod moimi oknami nie będzie komentował mojego życia.

Marzę o bliskości natury, spacerach na bosaka i słuchaniu ptaków w mgliste poranki. O pająkach i diamentach rosy na ich pajęczynach.

O ciszy... ciszy.... potem długo o niczym.

O tym, by nie przejmować się ludźmi, ich ocenami, ich hałasem. Nie musieć z nikim rozmawiać o sprawach, które guzik mnie obchodzą.

I niech do tej mojej chatki przychodzą tylko ci, których kocham. I niech razem ze mną słuchają trzaskającego ognia w piecu. Mówmy razem o tym, co ważne, lekkie, dobre.

Niech mi kot mruczy w oczekiwaniu na swój koci posiłek.

Niech mnie książka koi i muzyka kołysze.

I niech będę taka spokojna, ukojona, wyciszona, a czasem dla odmiany dziko radosna. I niech nie będzie blisko nikogo, komu się to nie podoba.

***

Grafomańskie to nieco chyba. Ale z serca.


niedziela, 5 kwietnia 2026

Ostatnie (chyba) święta...

Mam przeczucie, choć jeszcze nie pewność, że ta Wielkanoc to ostatnie święta, którymi się przejmuję.

Poczułam wyraźnie, że już... nie chcę i nie potrzebuję świąt.

Kolega z "sekty" napisał, składając nam życzenia, że on osobiście świąt nie obchodzi. Poczułam: co za wolność.

Kto wie, czy następnym razem się pod tym nie podpiszę. Na razie napisałam, że ma święty spokój, do którego ja dojrzewam.

Nie chcę już obrzędów, rytuałów, powinności, zobowiązań towarzyskich i rodzinnych. Chcę, by to, co robię, było prawdziwie z serca, prawdziwie ze mnie. Nie od mamy, taty, środowiska.

Nie chcę się zastanawiać, co jest w tym wszystkim jeszcze "moje".

Nie chcę świętować tylko z uprzejmości i dla syna, żeby miał tzw. atmosferę. To już zresztą dorosły facet i... patrz poniżej (ten akapit dopisuję w trakcie edycji).

Chcę sobie w święta pobyć w domu sama albo z nim. Przy nim niczego nie muszę udawać, jesteśmy z jednej bajki i jednego domu. On w swoim podejściu do świąt jest zaskakująco do mnie podobny, ale w przeciwieństwie do mnie pozwala sobie na to bez mrugnięcia okiem.

Nie chcę, by święta były nagrodą po przedświątecznej pracy. Nie chcę wchodzić w nie zmęczona, jak to zwykle niestety, bywa.

Nie chcę tłumaczyć krewnym byłego męża, dlaczego nie chce mi się iść do nich z wizytą.

Nie chcę siedzieć jak na tureckim kazaniu wśród ludzi gadających o niczym, czasami mocno podchmielonych i nie chcę słyszeć: "Ach, nieważne!", gdy kilka razy pod rząd proszę o powtórzenie wypowiedzi, bo nie dosłyszałam.

Nie chcę słyszeć ironicznych uwag o mojej rzekomej (niekoniecznie) nadwrażliwości i nie chcę udawać, że nie ma w moim życiu spraw trudnych i niepopularnych. To, czym żyję obecnie, słabo się "sprzedaje" w towarzystwie. Pragnę ludzi bardziej głębokich niż rozrywkowych.

Zmieniły mi się potrzeby, coraz bardziej wybrzmiewa mi potrzeba spokoju i własnej prawdy. Nie wszyscy są gotowi to dzielić.

Napisałam rodzeństwu, że nie przyjdę na spotkanie u siostry, bo jestem zmęczona.
A cóż ja tam miałabym robić?
Rodzeństwo nie zawiodło mnie w konkretnych sytuacjach, zawsze miałam wsparcie, ale emocjonalnie i egzystencjalnie rozmijamy się o lata świetlne.

Nazywanie rzeczy po imieniu to też dziś mocny punkt na mojej drodze.

Tak więc - krótko, na temat i bez oceniania innych - nie chcę już cyrku i teatrzyku.

piątek, 3 kwietnia 2026

Konfrontacja z Ksawerym

Rysy i cienie na wizerunku D. układają się w dość spójną całość. Widzę, że byłam zbyt łagodna w swoich ocenach, zbyt usprawiedliwiająca i niedoceniająca własnego punktu widzenia. No, ale stały za tym dobre intencje. Chyba też nie ja jedna nabrałam się na uroczą fasadę D.

Zatelefonował do mnie wczoraj wspólny znajomy, swoją drogą także zastanawiający facet, ale raczej w porządku. Jakiś czas temu łączyła go bliższa relacja z D., ale jednak nie zdecydowali się na ciąg dalszy. Ona twierdziła, że on jest "dziwny", że nie można na nim polegać. On wczoraj sprawił, że uprzytomniłam sobie różnice perspektyw i to jak niepełny jest obraz sytuacji przestawianej tylko z jednej strony.

On - niech mu będzie... Ksawery (dla żartu i potrzeby anonimowości) - zaproponował kiedyś D. pracę dorywczą, bo sam po operacji stawów nie jest w pełni sprawny, a jego ojciec potrzebuje stałej opieki. D. się zgodziła, choć logistycznie był to raczej słaby pomysł: praca z tych nisko płatnych, a wymagająca dojazdu ponad 30 km. D. jednak przyjęła propozycję, bo gdzieś tam w pobliżu miała wygodną "metę" na noclegi.

Ona dość szybko zaczęła na niego narzekać, nie jestem jednak już w stanie odtworzyć tych zarzutów. Tak czy siak, usłyszałam wczoraj jego wersję wydarzeń, a ta, w połączeniu z różnymi innymi faktami wydaje mi się wiarygodna. D., w skrócie rzecz ujmując, bardzo nierzetelnie wywiązywała się z umowy. Były uniki i mijanie się z prawdą.

Składam razem elementy tej układanki z wizerunkiem D. i wychodzi mi, niestety, portret niepochlebny. Zgodziliśmy się z Ksawerym, że początkowe wrażenie, jakie wywiera, jest urocze, lecz bardzo zwodnicze. Jest to kobieta pozornie ujmująca i niejedna osoba już się na na ten urok nabrała. Wesoła, urocza, szybko zapraszająca do relacji, ale to fasada.

poniedziałek, 30 marca 2026

Świąteczny plan

Cha, cha, cha! Pogadałam sobie z GPT, jak zorganizować święta, by się nie przemęczyć, a jednak odrobinkę się do nich przyłożyć, by je "poczuć".

Jest plan! :)

Publikuję, a nuż się komuś jeszcze przyda.

Świąteczny plan i przepisy Marty – minimalny wysiłek, maksymalny efekt

1. Atmosfera

  • Kwiaty: żonkile na stole + ewentualnie kilka gałązek forsycji (skrócone końcówki, wstawione do wody)
  • Efekt: natychmiastowy świąteczny klimat przy minimalnym wysiłku.

2. Słodkości

🍫 Brownie w formie na babkę

Składniki:

  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 150 g masła
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 100 g mąki
  • szczypta soli
  • opcjonalnie: orzechy lub kawałki czekolady

Przygotowanie:

  1. Rozpuść masło z czekoladą (mikrofala lub garnek).
  2. Dodaj cukier i wymieszaj.
  3. Dodaj jajka, zamieszaj.
  4. Wsyp mąkę i sól, wymieszaj.
  5. Przełóż do natłuszczonej formy na babkę.
  6. Piecz w 180°C, ok. 25–35 min (sprawdź patyczkiem).
  7. Odstaw do przestygnięcia.
  8. Opcjonalnie: posyp cukrem pudrem lub polej czekoladą.

Dlaczego dobre: jedna miska, łatwe, pachnie świętami, efekt „wow”.


🍰 Sernik „mieszany łyżką” (bez spodu)

Składniki:

  • 1 kg twarogu (z wiaderka)
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 1 budyń waniliowy (lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej)
  • 100 ml śmietanki lub mleka
  • opcjonalnie: wanilia, skórka cytrynowa

Przygotowanie:

  1. Wszystko wrzucasz do miski i mieszaj łyżką lub mikserem krótko.
  2. Przełóż do formy.
  3. Piecz w 160–170°C przez 50–60 min.
  4. Normalne: może opaść lub lekko popękać – nic złego.

Opcja ultra-light: wymieszaj twaróg + śmietankę + wanilię → „oszukana pascha” bez pieczenia.


3. Obiady i dodatki

🥣 Żurek

  • Tradycyjnie, jak zwykle u Ciebie.

🥚 Jajka

  • Gotowane, dekoracyjne lub do sałatki.

4. Sałatki

🥗 Sałatka jajeczna „bez filozofii”

Składniki:

  • 4–6 jajek
  • 2–3 ogórki kiszone
  • cebula lub szczypiorek
  • 1–2 łyżki majonezu
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

  1. Jajka ugotować i pokroić.
  2. Ogórki + cebula drobno.
  3. Wymieszać z majonezem, doprawić.

Opcje:

  • Zamiast cebuli: tylko szczypiorek
  • Dodaj łyżeczkę musztardy lub jogurtu dla lżejszej wersji
  • Alternatywa ultra-prosta: rukola + pomidorki + feta/mozzarella + oliwa, sól, pieprz

5. Pięciominutowa wędlina

🍖 Pierś z kurczaka (podstawowa)

Składniki:

  • 1–2 piersi z kurczaka
  • sól, pieprz, papryka słodka, czosnek
  • 1 łyżka oliwy

Przygotowanie:

  1. Natrzyj mięso przyprawami i oliwą.
  2. Zawiń w folię lub włóż do naczynia.
  3. Piecz w 180°C, ok. 35–40 min.
  4. Odstaw do wystudzenia i kroisz jak wędlina.

🍯 Wersja świąteczna

  • Dodaj 1 łyżeczkę miodu i 1 łyżeczkę musztardy do przypraw → posmaruj mięso.
  • Postępuj jak powyżej.

Tipy:

  • Nie kroić na gorąco → mięso zachowuje soki
  • Może być lekko niedopieczone, zawsze można dopiec

Opcjonalnie: wersje z karkówką lub schabem, też banalne, tylko trochę dłużej w piekarniku.


6. Drobne tipy organizacyjne

  • Robić „mikro-etapy”: np. najpierw przygotować składniki, potem mieszać, potem pieczenie.
  • Minimalny standard: coś upieczonego + w miarę czyste okna + Ty nie wykończona energią = święta zaliczone.
  • Wszystko ekstra jest „bonusowe”, nie obowiązkowe.

Jeśli chcesz, mogę zrobić wersję PDF/ściągę do wydrukowania, z listą zakupów i kolejnością działań, żebyś miała wszystko w jednym miejscu bez scrollowania.

Chcesz, żebym taką przygotowała?

U psycholożki

Senna dzisiaj jestem, więc korzystam z urlopu i pozwalam sobie na drzemki.

Na zmęczenie uskarżałam się wiele, wiele razy, jest utrapieniem mojego życia. Dziś miałam okazję poruszyć ten temat z psycholożką. Nie psychoterapeutką, ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu, ale i tak warto było się z nią spotkać.

Coś ma w sobie ten kontakt z drugim człowiekiem (byle właściwym), że choć nie mówi nam niczego, czego sami nie moglibyśmy sobie powiedzieć, jakoś pozwala usankcjonować swoją prawdę, uporządkować myśli, wzmocnić się na duchu.

Pogadałam o rencie, bombardujących mnie "dobrych radach", lęku przed niepowodzeniem. Wniosek: a co mam do stracenia, jeśli się nie powiedzie, skoro nie zostaję bez zatrudnienia i na bruku?

Poskarżyłam się na stany zmęczenia, moje "lenistwo". Opowiedziałam, jaka czuję się leniwa i mało wydolna. Przytoczyłam zabawną historię, jak to rodzina przylepiła mi etykietkę powolnej, a zupełnie co innego mówią inni. Psycholożka powiedziała coś zaskakująco prostego: "Nie zauważyłam, bym rozmawiała z osobą flegmatyczną. Po prostu szybciej się pani wyczerpuje". Potrzebuję sporo czasu na regenerację i potrzebuję potraktować to serio. Coś tam trzeba robić, ale nie ma co się czarować, że w krótkim czasie przeniosę góry.

Czuję większy spokój po tym spotkaniu. Kolejna wizyta pod koniec kwietnia.

A poza tym i a propos zmęczenie - znowu idą te pieprzone święta (że tak sobie brzydko pozwolę...) :(

sobota, 28 marca 2026

Kwintesencja

Gadajcie, co chcecie, a ja lubię GPT. I Gemini też :)

Za co? Za to samo, co cenię w psychologii i dobrej literaturze: ubieranie moich nienazwanych odczuć w słowa, które okazują się trafne i jakże moje.

Wrzuciłam na GPT mój post o ostatniej podróży i w kolejnej odpowiedzi przeczytałam to:


W Twoim myśleniu nie chodzi o to, że rzeczy niezwykłe tracą znaczenie. Raczej o to, że przestają być warunkiem dobrego przeżywania. Nie trzeba ich „zdobywać”, żeby coś poczuć.

I może dlatego podróże przestają być celem samym w sobie — stają się jedną z wielu form doświadczania. Nie lepszą, nie gorszą. Po prostu inną.

A zwyczajność?
To jedyne miejsce, w którym naprawdę da się zamieszkać na stałe.


O, tak! To jest moja filozofia i cała jej kwintesencja. Z wiekiem coraz mi bliższa. "Wszystko jest poezja" (E. Stachura)... proza też :)

Podróżowanie bez lukru

Najpiękniejsze w podróżach są dla mnie... powroty.

Miniony tydzień upłynął nam (synowi i mnie) w okolicach Neapolu, gdzie od ponad dwudziestu lat mieszka moja siostra. Dopiero drugi raz w czasie jej emigracji miałam okazję ją odwiedzić.

Powracam odświeżona psychicznie, z tym po raz kolejny na nowo odkrytym: wszędzie dobrze, ale domu najlepiej. Och, jak dobrze!

Nie lubię latać samolotem, choć potrafię opanować swój lęk przed wypadkiem i w spokoju znieść lot, a nawet przespać się w czasie podróży. Niechętnie jednak korzystam z tego środka lokomocji. Na szczęście już długo nie będę musiała mieć z nim do czynienia.

Piękne miejsca są... piękne. Są interesujące i warto doświadczać ich bliskości, ale z wiekiem pogłębia się moja refleksja: wszędzie, gdzie jestem, to ja decyduję, na ile jest wspaniale, a na ile beznadziejnie. Ile piękna dostrzegę, a ile ominę nieuważnie. Nie potrzeba go szukać daleko. A już szczególnie warto samodzielnie je kreować i nie tylko o dosłowną twórczość tu chodzi, ale przede wszystkim o sposób przeżywania.

Absolutnie zachwyciło mnie Sorrento ze słynnym Bagni di Regina Giovanna - skoro już mowa o wrażeniach i obowaniu z pięknem. Niezwykły klimat tworzą wąskie, tłoczne uliczki starego Neapolu i kosmopolityczny tłum ludzi. Bajeczne były kolory straganów w Sorrento, widok ogromnych, mało nam, Polakom znanych odmian cytryn, których używa się nie jako przyprawy, ale owocu np. w sałatkach. Są bardziej soczyste i mniej kwaśne od "naszych". Pomarańcze na drzewach cudnie kontrastowały z zielenią liści, wśród których rosły. W typowo neapolitańskim friafrielli, rodzaju liściastego brokułu zakochałam się absolutnie, bo jest jeszcze smaczniejszy, bardziej wyrazisty niż szpinak, a mało dostępny nawet poza okolicami Neapolu. Roślina ta znakomicie "czuje się" na wulkanicznej glebie, jaką zapewnia bliskość Wezuwiusza. Nawiasem mówiąc, u nas - moim zdaniem - nieźle zastąpi go... najzwyklejsza pokrzywa, którą osobiście miałam okazję kiedyś przetestować.

Z siostrą pobyłam niezbyt wiele. Prowadzi intensywny, zabiegany tryb życia. Szczerze jej wyznałam, że nie zamieniłabym się z nią. W czasie naszej wizyty była wprawdzie na urlopie, lecz ponieważ przyjechał również jej syn, pracujący w Szwajcarii, była zajęta załatwianiem z nim różnych ważnych i pilnych spraw. Z moim synem całymi dniami chodziłam po Neapolu, Sorrento, Torre del Greco i do domu wracaliśmy zmęczeni, szybko szliśmy spać. Raz posiedzieliśmy dłużej przy limoncello, cytrynowej nalewce kupionej w Sorrento. Sorrento bardzo słynie z cytryn, a ich wizerunek pojawia się na wielu akcesoriach dla turystów: odzieży, magnesach na lodówkę, ceramice... gdzie się tylko da!

Gwar, ruch, pędzące w wąskich zaułkach skutery - to wszystko widzę i słyszę, gdy przymykam teraz oczy i wspominam. Kierowcy skuterów sprawiają szalone wrażenie, ale imponuja zręcznością i wbrew pozorom ostrożnością w czasie jazdy. Oczywiście to nie znaczy, że piesi nie powinni mieć otwartych oczu.

W tych wąskich uliczkach toczy się swobodne życie: stragany, stoiska z pizzą i kawą, Suszarki na ubrania wystawione pomiędzy tym wszystkim, wprost na brukowaną przeważnie ulicę. Starsi panowie grają sobie w karty przy gdziekolwiek przed kamienicą umieszczonych stolikach. Na balkonach powyżej także suszy się pranie, co chyba od zawsze kojarzy mi się z Neapolem.

Mój syn to wielki przyjaciel kotów, a w tych miastach wiele ich żyje na ulicy. Te z Pompei, bo i tam byliśmy, prezentowały się dorodnie, najwidoczniej rozpieszczane przez turystów. U siostry natomiast na podwórku grasują terroryści! Niedożywione chudziny, z matową sierścią nie budziły mojej sympatii. Sąsiedzi umówili się, że koty mają łapać okoliczne szczury, zamiast liczyć na resztki z pańskich stołów. Te koty tylko czekały na okazję, by wpaść do mieszkania i capnąć coś jadalnego. Siostra zwraca uwagę na domykanie drzwi i zabezpieczanie okien, lecz syn, nieświadomy zagrożenia, zostawił raz uchylone tarasowe wejście. Złodzieje wpadli do kuchni, zwalili z kuchenki całą patelnię z przygotowaną na obiad kiełbasą, i z porwanym łupem czmychnęli na podwórko. Obiad trzeba było improwizować od nowa, a siostra ani za gotowaniem nie przepada, ani niema na nie zbyt wiele czasu.

Złodziei nie brakuje nigdzie, a o tych włoskich opowiada się wręcz legendy. Syn na własnej skórze przekonał się o ich możliwościach, których, jak przyznał, nie docenił. W pełnym ludzi autobusie spryciarz wyciągnął mu z zasuniętej kieszeni kurtki telefon. Kieszeń była zasunięta na suwak, syn trzymał dłoń na niej, a jednak złodziej poradził sobie z zamkiem błyskawicznym, który znalazł się poza dłonią. Bardzo sobie wyrzucałam, że nie napomniałam wcześniej, by syn schował cenniejsze rzeczy pod ubraniem, ale sam przyznał, że być może nie usłuchałby rady. Ja tej ostrożności nauczyłam się w czasie, gdy regularnie bywałam na krakowskim dworcu i na szczęście nigdy jeszcze nie spotkała mnie zła przygoda.

Swój post rozpoczęłam lekko zmęczona ponurą, polską już pogodą, z poczuciem przytłoczenia po podróży i stąd jego tytuł. A jednak fajnie było! Lubię podróże i lubię powroty.

Ale samoloty niekoniecznie ;)

Niebawem dołączę kilka zdjęć z naszej wycieczki.