sobota, 3 października 2026

Turystka indywidualistka.

Muśnięte już jesienią Roztocze było przecudne. Przeszliśmy szlak tanwiańskich Szumów - malowniczych miniwodospadów. Trochę się zmęczylam fizycznie, ale warto było. Tylko... na tym się chyba kończą moje pochwały.

Coraz bardziej wybrzmiewa to we mnie i dojrzewa: potrzebuję funkcjonowania we własnym tempie i rytmie oraz na własnych warunkach. Potrzebuję chyba sporo przewartościować.
Mój niedosłuch utrutdnia mi funkcjonowanie w większych grupach. Nie nadążam za innymi, nie rozumiem rozmów, szłam i siedziałam wśród ludzi jak na tureckim kazaniu. Świadoma swoich ograniczeń starałam się nie mieć zbyt dużych oczekiwań, ale jednak czuję frustrację i niedosyt. Mam szczere wątpliwośći, czy chce mi się jutro jechać do Łopienki. Wybiera się na ten rajd były mąż D., którego znam od lat, więc może będzie mi z nim raźniej.

Powiadają (podobno muchy 😏), że w kupie raźniej. Łatwiej na pewno o mobilizację, zachętę, motywację. W pojedyn kę jest to bardziej wymagające, ale chyba czułabym się lepiej, sama sobie dyktując tempo, nie starając się rozpaczliwie usłyszeć i zrozumieć, o czym mowa dookoła. Cenię kontakt, relacje, ale najlepiej czuję się w tych kameralnych, z uważnością na rozmówcę. Nawet niedawna sytuacja pod "Biedronką" pokazała mi jakość indywidualnego kontaktu: gdy ładowałam zakupy na bagażnik roweru, zareagował na to jakiś pan, wymieniliśmy kilka uwag, on podpowiedział mi, jak radzi sobie w takich sytuacjach, a ja potwierdziłam, że robię tak samo (przywiązuję uszy siatki do siodełka i jeszcze na nich siadam, aby bagaż nie spadł). Błahe to, ale wiele mówi. Zdarza się, że ktoś wiedzący o moim niedosłuchu z zaskoczeniem stwierdza: "Ale ty przecież dobrze słyszysz". Tak, jeśli mam warunki, to się dogadam. Tłum, gwar i rozproszenie mi nie sprzyjają.

Naprawdę chciałabym zabawić się kiedyś w turystę indywidualistę i sprawdzić, czy mi z tym po drodze.

piątek, 2 października 2026

U progu popiątku (weekendu)

Wybieram dzisiaj przytulny i spokojny wieczór. Wybieram porządek wokół siebie i wybieram sprawczość. Wybieram psychiczny wypoczynek i poczucie, że czas jest mój.

Toteż pozwalam sobie na dużą kawę Inkę przy blogu, a potem odpalam reportaż "Nieświęty" o wspominanym niedawno Niemężu Chustki (wstawię może później stosowne linki, bo teraz już zaczynam ulegać presji czasu, ale można wpisać wspomniane hasła w Google i sporo informacji się znajdzie), zakładam słuchawki na uszy i biorę się za zmywanie oraz zamiatanie. Potem się spakuję na jutrzejszy rajd.

Choć finansowo październik będzie bardziej niż zwykle wymagający (syn rozpoczął studia), zaszalałam z grubej rury i zapisałam się na dwa rajdy: w sobotę po pięknym złotojesiennym Roztoczu, a w niedzielę do Łopienki w Bieszczadach. Łopienka słynie z pięknego obiektu sakralnego i niezwykłych dorocznych odpustów. PTTK co roku organizuje wyjazdy na tenże odpust, więc wahałam się, czy nie pozwolić sobie na tę imprezę innym razem, ale zdecydowałam się jednak pojechać. A kto wie, czy następnym razem nic mi nie przeszkodzi? Już raz niespodziewanie wylądowała w szpitalu bez całkowitej gwarancji, że z niego wrócę...

Dziś po pracy stwierdziłam, że w taką pogodę wracać prosto do domu się nie godzi. Miała być to krótka przechadzka, ale nogi zaniosły mnie aż nad rzekę i nadrzeczne bulwary. Bulwary zbudowano niedawno i stanowią sporą atrakcję dla mieszkańców. Ja, początkowo sceptyczna (bo znowu połacie ziemi zabrane przyrodzie), także doceniłam ich urok. Przyciągają spacerowiczów, dzieci, amatorów sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu. Dziś postanowiłam, że częściej będę tam bywać. Mam jakąś "zajawkę" na urozmaicenie trybu życia, próbowanie nowych rzeczy. Dziś widziałam pana na rolkach, który raczej nie był młodszy ode mnie. Kiedy wreszcie przestanę marzyć o nauczeniu się jazdy, a nie wcielę planu w życie? Za dużo marzę, za mało działam. A okoliczności bardzo mi sprzyjają, bo karta miejska, nowość wprowadzona przez władze naszego miasta, uprawnia mnie do darmowych przejazdów miejską komunikacją. Nie ma już wymówek, że daleko i nie po drodze. Dzisiaj z bulwarów również podrzuciłam się MKS-em.

Jeśli więc pogoda pozwoli i plany się nie pokrzyżują, w następną niedzielę spakuję swoje rolki, ochraniacze na kolana i łokcie - i ruszam na bulwary.

Ruch, nawet najbanalniejszy o niebo skuteczniej mnie regeneruje niż zapadanie się w kanapę przed monitorem. Dlatego internet zostawiam sobie "na deser", gdy już wszystko inne mam z głowy. A teraz marsz do kuchni ze słuchawkami w uszach.

Upiekę znowu chleb na sodzie.

Dorota z "Mało kasy..." też grubo po czterdziestce zadebiutowała na rolkach. Inspirująca dusza!

Wybierać

 ...dla mnie od zawsze istniał jeden Bóg, drażniły mnie podziały, nienawiść między wyznawcami, więc pozostałam przy własnym wewnętrznym umiłowaniu Boga i podążaniu za prawdą człowieczeństwa a nie, danej religii. 

Pod tym fragmentem blogu "Mało kasy, godne życie" podpisuję się oburącz - nic dodać, nic ująć, jest to również moje credo od lat. Cieszy mnie, gdy spotykam wierzących podobnie.

Pod kolejnym fragmentem również podpisuję się zamaszyście. Mowa w nim o jakże polskim (zapewne jednak nie tylko) zjawisku - powszechnym kwękaniu na drożyznę i niedostatek. Wielokrotnie wspominałam, że wyleczyłam się z tego gruntownie, choć dawniej nie było mi obce. Bałam się wydawać pieniędzy, pozwalać sobie na cokolwiek poza priorytetowe potrzeby.

Nie jestem rozrzutna, nie jestem zwolenniczką szastania pieniędzmi, ale bezrefleksyjne sknerstwo prowadzi do frustracji i zgorzknienia. Poza tym dziwnym trafem pospolitych narzekaczy stać na dziwnie wiele. Mam taką jedną znajomą, której ulubioną śpiewką jest rzekoma "ukryta eutanazja" w Polsce, która pomstuje na pańśtwo, które nie dba o obywateli i każe im wegetować. Żyje ona z renty chorobowej, bardzo niskiej, bo nie wypracowała okresów składkowych. Kłopoty ze zdrowiem na niezaprzeczalne, ale zdecydowanie wyolbrzymione. Nie tak chorzy pracują zawodowo i prowadzą na tyle aktywne życie, na jakie ich stać. A ona owszem, lamentuje, ale widzę na zdjęciach (Facebook, a jakże) pięknie ubraną kobietę, z nienagannym makijażem, co rusz na jakiejś potańcówce i przy zastawionym stole. Uboga i schorowana... Rozumiem, że każdemu coś się od życia należy, nie oczekuję, by chodziła w worku, jadła chleb i wodę, ale niech nie marudzi, jak to jej źle.

A mnie w moim życiu teraz dobrze. Widzę zupełnie inny ton na swoim blogu niż jakieś pół roku temu. Wróciła mi energia i motywacja do aktywnego życia. Trochę się sama sobie dziwię, że nie wpadłam wcześniej na rzeczy dość oczywiste, ale sądzę, że przynajmniej częściowo zawinił mój stan zdrowia i psychiki - a także pewne wyuczone schematy, które wreszcie widzę, nazywam i zmieniam, bo wiem wreszcie, jak to się robi.

Podstawą jest samoobserwacja. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi komuś doradzać, jak zmienić swoje życie, to przede wszystkim zawsze podkreślę. Trzeba przyjrzeć się swoim myślom, zachowaniom, związkom przyczynowo - skutkowym. Bardzo tu pomaga medytacja, choć nie tylko. Jak by jednak tego nie nazwać, jaką teorią by nie obudować - trzeba zauważać swoje myśli, mowę, uczynki i... zaniedbania 😉 Zmieniać swoje przyzwyczajenia i sprawdzać, jak to działa.

Musiałam otwarcie przed sobą przyznać: w moim życiu dużo było ucieczki przed wyzwaniami, trudami, zmęczniem. Kiedy zrozumiałam mechanizmy swojego zmęczenia, zaczęłam poszukiwać rozwiązań.

Najpierw zrozumiałam, że to rodzinny dom wdrukował mi, że obowiązki to przymus, terror, ból i stres. Ucieczka w zmęczenie była moim mechanizmem obronnym. Długo tego nie potrafiłam połączyć ani uznać. Broniłam się bardzo przed "oskarżaniem" moich rodziców, łatwiej było mi samej sobie wymyślać od leni i życiowych oferm. Odważyłam się wreszcie zobaczyć i nazwać prawdę.

Potem dowiadywałam się, że droga do zmiany nie prowadzi przez wewnętrzny przymus. Paradoksalnie pomogło mi rozluźnienie, przyzwolenie sobie na bycie niedoskonałą. A teraz jestem na etapie, gdy już się chyba nasyciłam tym przyzwoleniem, narozkoszowałam, że nic nie muszę. Do tego realnie pomogło mi zaordynowane na oddziale dziennym leczenie farmakologiczne. Widocznie było mi potrzebne. Dopiero w ustabilizowanym nastroju, podniesionej energii zaczęło mi się chcieć coś robić - i zauważyć, jakie to pomocne w wychodzeniu z błędnego koła swoich niemocy. Bo bezczynnność bierze się z niemocy, a to generuje dalszą niemoc. Błędne koło trzeba przerwać, czasem samodzielnie, a czasem przy pomocy z zewnątrz.

Odkryłam, jak bardzo pozbawia mnie energii nadużywanie internetu. Jestem namiętną "czytaczką", a internet to istna kopalnia... wszystkiego. I tu właśnie rodzi się problem: nie wszystko jest warte uwagi i czasu, a jednak, jak to bodziec, wywołuje reakcję, ciekawość... No i nadmiar bodźców gotowy. Za dużo czasu przed ekranem, w bezruchu, metabolizm spowalnia - robimy się ospali, a czas przecieka nam przez palce. Kategorycznie postawnowiłąm z tym skończyć, co wcale nie znaczy, że całkowicie rezygnuję z internetu. Chcę jednak, by mnie karmił, a nie drenował wewnętrznie.

W życiu trzeba wybierać, jeśli pragniemy dobrego życia. Kasia Kowalska śpiewała: "Masz to, na co godzisz się". Może nie brzmi to odkrywczo, ale jakże jest prawdziwe.

czwartek, 1 października 2026

Urlop

Dzisiaj czuję zmęczenie, potrzebuję odpocząć, więc w ramach obijania się znowu otworzyłam blog.

Zaszalałam porządnie, bo zapisałam się na trzy wycieczki z PTTK, w tym dwie w nadchodzący popiątek. W sobotę jadę na Roztocze, a w niedzielę na słynny ponoć odpust w bieszczadzkiej Łopience. Wahałam się co do tej drugiej (co roku jeżdżą, może jednak wybrałabym się innym razem), ale koleżanka z pracy zachwala Łopienkę jako miejsce pełne uroku.

Nie piekę dzisiaj chleba. Kuchnia u Marty stawia dzisiaj na mleko i płatki oraz kaszę. Na jutrzejszy obiad wielka improwizacja.

Dziś ogłaszam urlop... menstruacyjny. Podobno gdzie niegdzie postuluje się takowe.

środa, 30 września 2026

Codziennostek nowa garść

Smakuje mi ostatnio moje najzwyklejsze życie. Nie ma w nim nadzwyczajności, adrenaliny, szaleństwa - i wcale mi to nie potrzebne. Smakuje mi jednak wszystko, czego doświadczam: pogoda, pieczenie chleba, jakaś zwyczajna ciepła rozmowa, książka czy dzisiejsze spotkanie z pisarką.
Pisarką jest młoda kobieta z naszego miasta, chyba tuż po trzydziestce. Napisała już drugą albo trzecią książkę. Miałam okazję dawniej poznać ją osobiście i czasami dyskutowałam o sztuce pisarskiej, bo i mnie słowo pisane nieobce. Spotkanie przebiegło bardzo naturalnie i sympatycznie, P. jest świetną rozmówczynią, otwartą, komunikatywną, ale daleką od wyniosłości i oficjalnego dystansu. Z prawdziwym zainteresowaniem słuchałam przeprowadzonego wywiadu z nią. Jej książki inspirowane są klimatem naszego prowicjonalnego miasteczka, więc miejscowym smakują wyjątkowo.

Zazdroszczę jej i nie tylko jej. Zazdroszczę wszystkim osobom, które odnalazły swoją pasję, drogą, siebie. Które dobrze wiedzą, kim są, potrafią siebie wyrażać i sobą się dzielić. Na przykład P., na przykład moi znajomi "sekciarze".

Śledzę poczynania niektórych z nich. Zdaję sobie sprawę, że fotki w mediach społecznościowych to tylko wizerunek ich życia, ale jacy są barwni, artystyczni, przykuwający uwagę i wzrok. Jakimi frapującymi rzeczami się zajmują. Porównania to przekleństwo, ale zdarza mi się czuć pospolicie i bezbarwnie wobec nich. Nie uważam się wprawdzie za osobę pospolitą, ale jakoś tak mało się czuję widzialna. Chociaż zaraz rodzi się pytanie: a kto cię, Marto, nie widzi? Może ty sama? Ludzie przecież dają mi dowody sympatii, uznania i to wcale nierzadko.

Tak czy siak, chciałabym zdobyć jakieś umiejętności, które szczerze by mnie satysfakcjonowały, wciągały, dawały radość, o których mogłabym opowiadać z pasją i błyskiem w oku. Zachęca mnie koleżanka do szkoły florystyki, inna daje przykład podejmując się kursu opieki nad osobami starszymi... a ja wciąż nie wiem, czego chcę, wciąż jestem na nic nie zdecydowana, a lata pędzą.

A z drugiej strony... i ciągle ta druga strona!... Znowu chce się zawołać: czy ty, Marto nie widzisz swojego pisania, swojego pieczenia chleba, swoich ciuchowych eksperymentów?

Tak, ale to wszystko jakieś takie... tylko dla mnie. A gdyby wyjść z czymś do ludzi?

Wszystko podobno musi dojrzeć w swoim tempie. Ziarenko w glebie też początkowo pozostaje niewidoczne, w ciemności... Ale jednak trzeba je podlewać... czym podlewać moje "ziarna"? Jak rozpoznać, czego potrzebują, jakiego są gatunku?

Ot, takie rozkminy... inni się rozwijają, idą do przodu, coś osiągają - a ja?

...Po pracy udałam się dzisiaj do gabinetu protetyki stomatologicznej. Ku ogromnej mojej uldze, naprawa połamanych w wypadku "zębów" okazała się możliwa i nawet niezbyt droga, niecałe dwieście złotych. Bała się, że pójdzie w tysiące. Uśmiecham się znowu jak człowiek, tylko siniec na brodzie jeszcze fioletowo się pyszni i podrapana warga wygląda jak pokryta solidną opryszczką. Widać jednak nieznaczną poprawę.

Potem poszła psychopatka  do szmateksu. Coś upolowałam, dziś było tanio. Mam świetne granatowe botki na sezon jesienno-zimowy i dżinsową sukienkę w stylu princeski. Marzyła mi się od czasów, gdy stały się bardzo modne pod koniec ubiegłego wieku. Mam w nosie, że dzisiaj inna moda, bo princeska to raczej klasyka. Jeśli zresztą kiedykolwiek było mi z modą po drodze, to głównie przez przypadek. Ot, zdarza się zbieżność z moim gustem.

"Dzieciątko" wyjechało dziś do miasta wojewódzkiego. Rozpoczyna od jutra studia. Oby jak najlepiej się na nich odnalazło. Z ciekawością wyglądam nowych wrażeń i już snuję błogie wizje, jak to sobie będę dogadzać, gotując w domu tylko dla siebie. Syn czasami sceptycznie odnosi się do moich innowacji oraz upodobań. Aczkolwiek chleb pieczony w domu to był strzał w dziesiątkę, podobnie jak mięsne dodatki do pieczywa. Postanawiam od czasu do czasu jak ta matka Polka narobić w domu jakichś pieczeni, pierogów, aby wypakować mu studencki plecak maminą wałówką.

Z codziennostek warto jeszcze wspomnieć o grzybach. Świeża dostawa od siostry, w tym najprawdziwsza kania. Ach, będzie jutro na śniadanko, panierowana w jajku i tartej bułce! Smak dzieciństwa wśród lasów, leśnych wycieczek z rodzicami, domu pełnego Mamy i Taty. Noszę go w sercu dniem i nocą.

...A w kuchni warzy się twaróg, bo coś z nastawionym jogurtem nie wyszło, szkoda go zmarnować.

wtorek, 29 września 2026

Codziennostki

Ach, jak miło i domowo! Upiekłam irlandzki chleb na sobie - pięć minut roboty, nie licząc czasu pieczenia, a ile radości. Czekam, aż nieco ostygnie i zaraz posmaruję sobie masłem taką jeszcze ciepłą pajdę. A do tego na przykład kakao - o rany! Cytując Młynarskiego - jak u mamy. Dla mnie domowa kuchnia ma przede wszystkim wymiar terapeutyczny.

Dojrzałam wreszcie żeby jasno sobie powiedzieć: z internetem, a zwłaszcza Facebookiem trzeba radykalnie przyhamować. To właśnie spędzanie czasu na kanapie w towarzystwie laptopa lub telefonu, powoduje, że się w gruncie rzeczy nie regeneruję po powrocie z pracy. Wiedziałam to przecież, ale długo bagatelizowałam. Wydawało mi się też, że to kwestia silnej woli - a to swoją drogą. Bez względu na wszystko w określonym momencie trzeba postawić szczelną i stanowczą granicę. Żadnych "jeszcze troszeczkę", "jeszcze tylko ten link kliknę". To największa pułapka, trzeba po prostu radykalnie ucinać to klikanie. Zawsze się przecież znajdzie zastanawiający nagłówek niepotrzebnej mi do niczego treści.

Dziś tak zrobiłam - po prostu zajęłam się czytaniem książki. Dosyć szybko zaczęło mnie "nosić", co też jest wyraźnym znakiem pogorszonej koncentracji (uważam, że to właśnie przez te internetowe przyzwyczajenie do powierzchownego czytania) i wtedy po prostu dałam ujście mojej uwolnionej energii w kuchni. A gdybym otworzyła chromebooka... Nie ma innego wyjścia z błędnego koła, jak po prostu je opuścić.

W dużej mierze nasyciłam się, a nawet przesyciłam sprawami, które tak bardzo mnie interesowały. Coś z tego oczywiście pozostało, mam swoje ulubione lektury w sieci, ale już nie chłonę tego tak łapczywie, pewne rzeczy z biegiem lat stały się dla mnie wtórne i oczywiste.

Może nadszedł wreszcie czas na inne pasje i zajawki?

Wczoraj poszłam do piwnicy, by wymienić swoją garderobę. Bałam się wilgoci, zapachów, ale o dziwo ciuchy mają się nieźle. Nawet sąsiadowi podsunęłam do powąchania i nie stwierdził nic podejrzanego.

Sąsiad, jak się okazało, dobrze wiedział, po co przyszedł mnie tam odwiedzić (przez okienka widać, światło). W pewnym momencie porozumiewawczo ściszył głos i zapytał, czy nie mogłabym go... poratować. Długo już nie prosił mnie o pieniądze po tym, jak mu odmówiłam ratunku po wcześniejszej bardzo długo nieoddawanej i sporej pożyczce. Niechętnie pożyczyłam mu pięćdziesiąt złotych (tyle chciał) i zapowiedziałam, że jeśli nie odda, zgodnie z obietnicą, do środy, "to ci urwę wiesz, co!". Roześmiał się i zapewnił, że słowa dotrzyma. Nooo, jak zobaczę, to uwierzę...

Dziś, proszę ja was, krzątam się po kuchni przy wypieku chleba, a tu nagle dzwoni telefon. Na ekranie: "T. - sąsiad". Odebrałam.
- Cześć, sąsiadka. Doma jesteś?
- No, jestem.
- A mogę do ciebie zajrzeć na chwilę? No, bo wiesz, chciałbym jeszcze się trochę podratować. Tylko pięćdziesiąt...
Nie słuchałam dalej.
- Nie, nie mam. Najpierw oddaj to, co ci wczoraj pożyczyłam" - oznajmiłam i wyłączyłam telefon. Za jakiś czas dzwonił znowu, ale odrzuciłam połączenie.

Nie ze mną te numery, T.




niedziela, 27 września 2026

Zbliża się wieczór

Te moje kuchenne szaleństwa wymagają zdyscyplinowania. Wczoraj podkusiło mnie pół dnia leniuchować... Ba, żeby tylko pół! Dziś leniuchowałam krócej, ale też już zrobiło się późno, a chciałam pojechać sobie rowerem nad rzekę i poczytać książkę na bulwarach. Bulwary to świeża atrakcja naszego miasteczka. Przyznać trzeba, że miejsce przyjemne i przyciągające mieszkańców. Pełno tam spacerowiczów, dzieci na rolkach i rowerkach, a jednocześnie łatwo znaleźć spokojne miejsce, by się na wodę zapatrzeć.

Jest jednak późno, robi się chłodno, a bulwary dosyć daleko. Mogłabym w zamian chwycić kije do nordic walking i potruchtać pobliskimi uliczkami. Ale tu z kolei zniechęca mnie ból nogi. Niby skręcona ani zwichnięta nie jest, raczej podejrzewam jakieś komplikacje z naczyniami krwionośnymi (Sjogren tak "lubi"), chwilami jednak boli solidnie, zależy, jak stopę ustawię. Może ostatecznie jakiś powolny spacerek mogłabym sobie urządzić. Ale szczerze mówiąc - naspacerowałam się po kuchni.

Z satysfakcją i przyjemnością wyciągnęłam się na kanapie z moim chromebookiem i książką.

Mleko "Od rolnika" jest dość kosztowne. Za butelkę porządnie ponad cztery złote, a do tego okazało się dzisiaj, że zawiera tylko 750 mililitrów. Syn, mieszczuch od urodzenia zareagował niechęcią na informację, że mleko jest "prawie wiejskie". Nie pomogły moje zapewnienia o spełnionych wymogach higienicznych. Zdecydowałam więc, że kupować będę to mleko tylko wtedy, gdy zachce mi się zsiadłego powstałego w naturalny sposób w temperaturze pokojowej. Mleko UHT trzeba wspomagać dodając do niego śmietany czy zakwaszając sokiem z cytryny - to nie to samo, co smaki mojego dzieciństwa.
Marzę o własnym serowarstwie. Moi rodzice, gdy dostawaliśmy mleko z PGR-u, gdzie pracowali, nastawiali ze zsiadłej nadwyżki domowy biały ser. Wiem dobrze, jak to się robi. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku własne produkty się opłacą. Nawet serwatka, której w domu rodzinnym nikt nie pił, poza może Tatą, świetnie sprawdza się w cieście chlebowym, naleśnikach, a nawet w niektórych zupach i napojach. Chcę też któregoś dnia zrobić własne masło, a przy tym maślankę.

Przetarłam dzisiaj znowu pieczone owoce, trochę żmudna czynność, ale dało się zrobić. Nawet resztki na durszlaku się nie zmarnowały, wyjadłam je łyżeczką ; po pieczeniu były słodziutkie bez grama cukru. Jeszcze nie wiem, czy zostawić mus bez dalszej obróbki do chleba, czy też zagęścić na frużelinę.
Obiad dzisiejszy był super, bo upiekłam pieczeń rzymską z jajkami na twardo. Roboty nie tak wiele, a jedzenia na kilka dni. Na jutro z pozostałych ziemniaków zrobię kopytka, w lodówce "przekitrane" mam obgotowane już grzyby na sos do nich. Reszta pieczeni - niemała! - będzie do pieczywa. Muszę jeszcze opatentować jakieś sprytne sztuczki na czarną godzinę, gdy nie chce się gotować, albo brakuje na to czasu. Jakaś zawekowana zupa, coś w zamrażarce. Do stałego repertuaru włączyłam gotowanie większych porcji kaszy, ryżu czy ziemniaków, gdy przygotowuję obiad. Na drugi dzień szybko można coś do tego dodać.

Takim sposobem pitraszenie zmieniło mi się w przygodę i źródło podekscytowania.

Teraz pozostanę jednak na kanapie z książką. Znowu za dużo bywałam na Facebooku.

Myśli nieuczesane

Niebo za oknem pogodne i na błękitne. Może dla odmiany od roweru ubiorę się dzisiaj ładnie i pójdę na spacer do parku? A może tą moją polną ścieżką z głogami niczym jakaś polna nimfa 😌 Mam zajawkę (jakoś ostatnio polubiłam to słowo), żeby dzisiaj nie wyglądać sportowo na spacerze, ale tak właśnie romantycznie. Byle buty były wygodne na polną ścieżkę, ale innych nie noszę nawet jeśli chcę wyglądać bardziej kobieco.

Czytałam nieraz o randkach ze sobą. Bardzo mnie to ujęło, choć wydaje się górnolotnym opisem czegoś bardzo zwyczajnego. Na oddziale koleżanka opowiadała mi, jak to czasem ubrana w coś ładnego sama sobie idzie do kawiarni. Ot, tak, żeby sobie dobry nastrój "zrobić" i poczuć się odświętnie bez konkretnego powodu, dla siebie po prostu.

Zobaczymy, jak się dzień ułoży, bo mam jeszcze trochę pracy w kuchni, ale przy dobrej organizacji nie będzie zbyt trudno znaleźć czas na swoje przyjemności.

W J. odbył się wczoraj marsz milczenia. Miałam obawy, czy nie dojdzie do jakieś "rozróby", lecz uczestnicy zachowywali się z godnością. Tylko jeden jakiś "dygnitarz" przemawiając, oznajmił, że przyjdzie jeszcze czas na gromki krzyk. Dla mnie to niepokojące.

Nienawiść rodzi nienawiść... Jasne, że nie warto dosłownie nadstawiać drugiego policzka, ale ja te słowa Chrystusa interpretuję jako rodzaj przenośni. To właśnie o to chodzi, według mnie, aby nie eskalować przemocy, nie generować jej niepotrzebnie. Można przecież stanąć ponad, odejść, odciąć się, postawić twardą granicę. Nie muszę zaraz, za przeproszeniem, walić w mordę.

Trafiłam dziś na Facebooku na ciekawą i ważną, moim zdaniem, wypowiedź Ewy Woydyłło, cenionej psycholog. Wypowiedź dotyczyła alkoholików, ale można ten przekaz rozciągnąć na inne sfery życia. Otóż lepiej nie czekać zbyt długo ze stawianiem granic, bo może okazać się za późno. Może lepiej zmienić zamki w drzwiach, gdy jest on jeszcze w lepszej formie i kondycji, a nie dopiero w ostateczności, gdy realnie zagraża to jego życiu.
Szkoda, że nie przeczytałam o tym, gdy dzieliłam się z koleżanką tym, czego się naczytałam dawniej: że jej syn musi sięgnąć dna, doświadczyć konsekwencji nałogu. Nie tylko ode mnie zresztą słyszała takie rzeczy. Posłuchała w końcu, zamknęła drzwi, a chłopak... stacza się. Niedawno widział go mój syn...

...A w Lidlu kupiłam wczoraj mleko "Od rolnika", nie UHT, trzy i ileś tam dziesiątych procent tłuszczu. Bardzo smaczne, tyle, że sporo droższe. Ale od czasu do czasu nabędę do moich kuchennych eksperymentów. W rodzinnym domu robiło się własny ser (w PGR-ze mleka nie brakowało) i masło.

Swoją drogą niezły był to wyczyn - przyjechać do domu z wielką torbą zakupów na bagażniku roweru. Butelki z mlekiem były szklane jak za dawnych PRL-owskich lat, oprócz tego targałam wytłaczankę jaj, miękkie śliwki i pomidory. Nie wspomnę, że i na kolejny "makijaż" (siniaki na twarzy) nie reflektuję. Jednak udało mi się tak umocować siatę do siodełka roweru i jeszcze dla pewności umieścić uszy siatki pod swoim szanownym zadkiem, że i ja, i zakupy cało oraz zdrowo dotarliśmy do domu.


sobota, 26 września 2026

Sekta i domowe uziemianie

"Sekciarze" organizują dziś Święto Pieczonego Ziemniaka u jednego z nas. Ma on swój kawałek ziemi na wsi, gdzie stworzył przestrzeń do organizowania różnych warsztatów, spotkań, wytwarza też własną kombuchę, rodzaj fementowanego napoju. Miałam wielką ochotę do nich dołączyć, ale dzisiaj jednak stwierdziłam, że nie jestem w nastroju po wczorajszym wypadku.

Wywiązała się z tego piękna rozmowa, którą pozwolę tu sobie zacytować, dla ilustracji, jak i o czym się w Kręgu rozmawia:


Ja: Szkoda że mnie nie będzie. Tak zachęcająco wyglądały zdjęcia z poprzedniego spotkania. Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wziąć udział, ale jednak się wstydzę swojego wyglądu 🙁

Ja: Skoro już tak się nieraz otwieramy na kręgu i wyznałam wczoraj "straszną prawdę" -  jakoś mniej chyba krępowałabym się braku, nogi, ręki niż zębów. Też ciekawy temat do tych naszych rozmyślań wieczorową porą.
Mam w tej sprawie ciekawe i cenne doświadczenia, muszę przyznać. W skrócie - dane było mi się przekonać że nie wygląd decyduje o relacjach, ale rodzaj wysyłanej energii

M.: Jeśli chodzi o ciało,to nic nie ma w nim stałego i z wszystkim wcześniej czy później będzie się trzeba pożegnać.Dobrze jest go kochać taką miłością ,która zawiera również rozstanie. Dla mnie osobiście jeśli zjawisz się tutaj bez zębów nie będzie stanowić wielkiej różnicy.Chodzi raczej o rodzaj energii( tak jak pisałaś)którą Ty w tym czasie wysyłasz🙌

Ja: Jednak zostanę dzisiaj w domu, ale masz rację, M., i dziękuję za te słowa.

S.: Ja też nie będę Cię Martuś inaczej postrzegać. To też element bycia człowiekiem: Istotą doskonale niedoskonałą i dotyczy to nas wszystkich 🙏

P.: Jesteście niesamowici  chodzi o to że często wypowiadacie to co mam w sercu ale czasem trudno mi tam sięgnąć..
Tak też czuję choć trudno mi było uwierzyć że mam w kręgu SWOJE MIEJSCE nieważne ile czasu minęło to jest stałe..
I choć trudno mi czasami dotrzeć tak jak dziś na ognisko to każda/ każdy z Was jest dla mnie PIĘKNA/ Y i Wartościowa / y to chodzi o to coś czego.nie da się uchwycić zmysłami o ten rodzaj energii gdzie się czuje jak w Domu..
Ale nie chodzi mi o dom rodzinny gdzie czułam się nie dość.. tylko o Dom wspólnie wibrujących dusz..
I to doświadczenie jest bezcenne że bez względu na to w jakiej się jest formie, jak się czuje czy jak się wygląda jest się Przyjętym i Mile widzianym..

Choć czasem aby dotrzeć przeszkody są bardziej w środku niż na zewnątrz..choćby w tym jakimś wczesnym odrzuceniu że było się nie dość..to wraca jak zła kołysanka z dzieciństwa..

A co do Ciebie Martuś to masz piękną barwę w swojej szczerości czy wyrażaniu tego co czasem trudno mi wypowiedzieć..

Dziękuję za Twoją obecność

J.: Masz Martusia spore wyzwania i lekcje z tym ciałem na to konkretne życie 🙏🏻🫂 Ale myślę, że wspaniale sobie z tym radzisz, również nie zamykając się w swoich ograniczeniach, tylko cały czas próbując być sobą wśród innych ❤️🫂

P.: Lekcja z ciałem jest trudna do odrobienia ale chyba po coś..rodzimy się w takim ciele a jak np w moim.przypadku w takiej rodzinie..tylko po co?..
Z pozycji duszy to ma swoj sens..

Ja: Oj, tak, trochę jest tych lekcji do odrabiania. Każdy ma jakieś swoje i jeśli się tak zastanowić... nie jestem żadnym wyjątkiem... wbrew pozorom.
"...różnimy się od siebie jak dwie krople czystej wody" - Szymborska.
Oj... ale refleksji!

S: Tak, każdy ma swoje lekcje, nawet jak na pierwszy rzut oka ich nie widać. To ogromna wartość, że uczymy się o nich do siebie mówić, że jest to wysłuchane i zobaczone, że staje się to naszym świadectwem dla innych i że nie zostajemy w tym, tylko z nadzieją, ufnością i pokrzepieni wsparciem innych Pięknych Ludzkich Istot idziemy dalej...do przodu, ku sobie w stronę Słońca 🙏☀️
Jesteście Wspaniali. 🥹🤍
Jesteśmy wspaniali - ze wszystkim, co w nas. Aho! 🥰


Nikomu nie umniejszając - tak nie porozmawiam z kimkolwiek i kiedykolwiek. Dlatego cenię tę moją sektę. Owszem, również w codziennych realiiach mi się zdarza, ale nie w takim zagęszczeniu, nie w takim... konentracie.

W przestrzeniach duchowych, rozwojowych podkreśla się też, jak ważne jest w życiu tzw. uziemienie. Bycie człowiekiem to przecież nie tylko "duchowe odloty". Cała proza życia nas zakorzenia, kotwiczy, nadaje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Ma to jak najbardziej swój duchowy oraz psychologiczny sens i wymiar. Na własnej skórze przekonuję się o tym, uskuteczniając moje "kuchenne rewolucje". Bywam nimi zmęczona, ale dają mi też mnóstwo satysfakcji.

Czy wiecie, że nauczyłam się robić labneh - kremowy, gęsty serek, pochodzący z Bliskiego Wschodu? Już dawno chciałam spróbować, ale odwlekałam, aż wreszcie dopomógł mi przypadek.

Mianowicie do jogurtu, który sama ostatnio przyrządzam, wpadła mi muszka. Niestety, nie przykryłam dobrze garnka i gadzina się połakomiła. A że ja się muchami brzydzę aż do fobii, postanowiłam jogurt oddać kotu. Olśnił mnie jednak pomysł: co mi szkodzi spróbować, skoro i tak spisałam już jogurt na straty?

Durszlak wyłożyłam ściereczką, a na ścierkę wylałam jogurt. Po czym poszłam do pracy. Wieczorem na durszlaku spoczywała cudownie kremowa masa. Pomimo wstrętu do muszki, umoczyłam w nim czubek palca i skosztowałam. Coś wspaniałego!
Dołączam labneh do mojego stałego kulinarnego repertuaru. Koniec z zastanawianiem się, czym by tu chleb smarować zamiast drogiego i pełnego - złowrogiego ponoć - cholesterolu masła.

Na obiad "kręcę" dzisiaj zupę pomidorową z upieczonych warzyw, a na jutro machnę klopsa z całego kilograma mielonej łopatki. Będzie przy okazji dodatek do chleba w nadchodzącym tygodniu.

Trafiłam też w sieci na recepturę irlandzkiego chleba na sodzie. Sporządza się go analogicznie do naszych podkarpackich proziaków (prozą nazywa się u nas sodę oczyszczoną). Fajna sprawa, gdy się nie chce czekać na wyrastanie zakwasu czy ciasta drożdżowego. To może też go dzisiaj machnę.

PS. Z powodu muszki - łakomczuszki labneh dostał się kotu.

Na pysk

Mój kolega miał zamiar towarzyszyć mi w pewnym grupowym spotkaniu. Zrezygnował, niestety z powodu pilniejszych spraw. Nieco zawiedziona, zareagowałam jednak spokojnie, bo przecież to rozumiem. Wybrałam się sama... ale od początku towarzyszył mi pech.

Było to wczoraj. Pewna swego. przekonana, że znam porę przyjazdu autobusu, nie raczyłam tego sprawdzić. No i oczywiście autobus pojechał w siną dal - beze mnie.

Nic to! Złapałam "okazję", choć to niezbyt zalecany sposób podróżowania. Kierowca podrzucił mnie tylko do P,, ale był tak uprzejmy, że wysadził mnie na przystanku autobusowym, skąd jak na zamówienie właśnie wyjeżdżał autobus do celu mojej wędrówki. Fajnie!

Rozsiadłam się wygodnie i wdałam w konwersację internetową z synem, który się właśnie odezwał. Syn tego dnia był również w mieście wojewódzkim, by podpisać z najemcą umowę o studencką stancję.  Wybrał się jednak wcześniej, więc niemal się mijaliśmy. On już wybierał się w drogę powrotną. Dogadaliśmy się, że poczeka na mnie, skoro zostało mu jeszcze trochę wolnego czasu.

Czekał, jak obiecał. Ruszyliśmy w stronę mojego celu. Szliśmy, rozmawialiśmy, a ja lustrowałam otoczenie, chcąc zapamiętać jego szczegóły (do niedawna autobus kończył trasę w innym miejscu). Zainteresowana czymś nie patrzyłam pod nogi... No i stało się, wywaliłam się jak długa, zawadziwczy nogą o niewielki stopień na zwykłym, zdawałoby się chodniku.

Wyglądam dziś jak ofiara przemocy domowej. Krwawy siniak na brodzie, skaleczona górna warga, a nad nią krwawe zadrapania. Nie to jednak jest najgorsze. W drobny mak poszły moje "trzecie zęby". Niestety, z powodu choroby, wzmożonej próchnicy nią spowodowanej "dorobiłam się" trzy lata temu protezy.

Będą teraz koszty i to irytuje mnie najbardziej. Co się trochę podniosę po finansowej zniżce, radośnie odetchnę, że sumka na koncie całkiem przyjemna - coś się musi wydarzyć i wymusić nadprogramowe wydatki.

No, cóż... podejdźmy filozoficznie...

Mam poduszkę finansową - to nie do przecenienia. Nie rozbiłam sobie głowy, nie dostałam wstrząśnienia mózgu, a przecież mogłoby tak się stać. A w perspektywie czasu anegdota o rąbnięciu "mordą w beton" będzie przepyszna! Już wczoraj miałam próbkę z siostrą. Zdałam jej wczoraj relację z wypadku przez Messenger, na koniec siostra napisała, że już kończy rozmowę, bo zmęczona już "pada na pysk". Przyznałam, że i ja mam na dzisiaj dość wrażeń i potrzebuję się położyć do snu.

"Ale na pysk już nie padaj" - odpisała siostra. "Nie, pysk już dzisiaj zaliczony" - odparłam z kpiną.

Tak zupełnie jednak serio - przykro mi.

czwartek, 24 września 2026

Samo- tudzież zoologiczna obserwacja

Samoobserwację zaleca każdy lekarz, czy to ciała, czy też psychiki. Bardzo podkreśla jej znaczenie moja "rozwojowa" i duchowa ulubienica, Pati Garg, nazywając ten proces wewnętrznym dociekaniem, tudzież sprawdzaniem ze sobą. Na własnej skórze doświadczam, jakie to potrzebne i pomocne.
Dzisiaj byłam już od rana zmęczona i jakaś napięta, aż do bólu w karku. Praca kiepsko mi przez to szła, a przecież pracować trzeba. Zaczęłam więc poszukiwać przyczyny, aby temu skutecznie przeciwdziałać.
Najpierw uświadomiłam sobie, że właściwie od pasa w górę cała jestem spięta: mam naprężone ramiona, kark, szczękę, a nawet ręce, jak gdybym zamierzała się przed czymś bronić, coś odpierać, kogoś zaatakować. Interesuję się tym od dłuższego czasu, więc znam techniki rozluźniania tych napięć: parę głębokich oddechów z solidnym wydechem, najlepiej z sykiem lub dźwiękiem ; ziewnięcia, które niemal momentalnie uwalniają napiętą szczękę ; opuszczenie ramion, które bezwiednie w napięciu przyciągamy do uszu. Warto też potrząsnąć ciałem, porozciągać je. Można o tym poczytać w wielu źródłach. Wrzuciłam też na siebie sweter, zdawszy sobie sprawę że zrobiło mi się chłodno (częste w stresie) i zrobiłam sobie gorącą herbatę. Dzięki temu stopniowo poczułam się lepoej.
Zastanowiło mnie też, skąd wzięło mi się napięcie i tu "wyszła" moja psychiczna przeszłość. Odezwało się dobrze znane: "Musisz!", "Trzeba", "Szybciej", "Więcej". Zafascynowana swoimi gospodarskodomowymi innowacjami narzuciłam sobie zbyt kategoryczne wymagania, to stary "skrypt" się odezwał. Na ten temat również posiadam już wiedzę, a jednak wiedza to niekoniecznie świadomość. Automatycznie jeszcze wiele razy powrócą schematy. Jednak świadomość to połowa sukcesu.
Na dzień dobry też dyrektorka zwróciła mi uwagę, by nie zastawiać korytarza rowerem, bo to ścieżka ewakuacyjna w razie pożaru. Poprzednia szefowa nie była tak zasadnicza.

Dzisiaj trochę sobie odpuszczam. Zupa na jutro będzie szybka, a kolacja mało ambitna. Jestem senna i jakby mniej odczuwam dobroczynne działanie zotralu. Marzę o LB 😉

Wracając dziś po południu do domu, spotkałam takiego jegomościa. A może była to jejmość? Cyknęłam mu kilka zdjęć, jak wkradł się w łaski pani z pewnego sklepu. Chociaż kot wyraźnie ma właściciela i nie wygląda na zabiedzonego, z sympatii pani poczęstowała go "kocim" jedzeniem. Dowiedziałam się od niej, że kot w pobliżu ma swój dom. Zresztą spotkaliśmy go kiedyś z synem w czasie naszych przechadzek. Trudno zapomnieć tak charakterystyczne z wyglądu zwierzę. Piękne, zadbane i może nawet rasowe. Ewentualnie owoc mezaliansu rasowego rodzica.










Spirala nienawiści

Na Podkarpaciu jakiś szaleniec dokonał napaści z nożem w ręku. Jedną osobę zabił, trzy, zdaje się, walczą o życie. Doszły mnie pogłoski, że zmarła i druga z ofiar nożownika.

J., takie spokojne, zdawało się, miasteczko....

Oczywiście ruszyła lawina komentarzy na Facebooku. Dałam się sprowokować, napisałam co nieco, ale moja opinia było krótka i konkretna, nie dałam się wciągnąć w nic nie wnoszące polemiki. Oburza mnie jednak łatwość ulegania zbiorowym opiniom i dobrowolna rezygnacja z samodzielnego myślenia. Oczywiście zapanowało święte oburzenie na niewdzięcznych Ukraińców, którym nie warto pomagać. Agresor był tejże narodowości.

Nie mogę pojąć, że tak oczywista dla mnie sprawa nie dla wszystkich jest jasna: zbrodnia, okrucieństwo, nienawiść nie mają narodowości. Żadna nacja nie ma monopolu na draństwo, ani na dobroć zresztą. Na Boga! świat składa się z mnóstwa jednostek! Czas przerwać wreszcie błędne koło nienawiści i oskarżeń. Inaczej do końca świata i jeden dzień dłużej na świecie będą toczyć się wojny!

Choć od wieków Ukraińcy nie byli w moim regionie niczym nadzwyczajnym, niewiele miałam z nimi osobistej styczności. Latem poznałam jedną kobietę tej narodowośći, a później jej męża - normalni, ale to zupełnie normalni ludzie, którzy nikomu nie wadzą.

Okryci złą sławą rezuni to również ofiary. Ofiary podziałów i spaczonych ideologii. Niejednokrotnie brutalnego szantażu. Nie wszyscy z własnej woli wstąpili w zbrodnicze szeregi. A przemoc rodzi przemoc... Nie szerzmy jej dalej.

środa, 23 września 2026

Codziennostki

Mam "zajawkę" na strategiczne planowanie posiłków, by nie spędzać zbyt wiele czasu w kuchni. Wiele rzeczy można przyrządzić na zapas, szczególnie dziś, gdy chyba każdy posiada lodówkę, i to przeważnie już chyba z zamrażarką.

Zrobiłam "pięciomutową" szynkę, pyszna jest i widzę, że syn pałaszuje z ochotą. Upiekłam sporo chleba, nadwyżkę podzieliłam na kromki i umieściłam w zamrażarce. Mam w lodówce gar pieczonych warzyw oraz ugotowany ryż. Wczoraj i dziś ryż był z mięsem i warzywami, a dziś dokupię bananów i na jutro będzie słodki obiad.. Dałam synowi do wyboru: ryż na słodko czy pomidorowa z ryżem (i tymi pieczonymi warzywami). Dziecię wybrało banany, za zupami nieszczególnie przepada. W moim domu rzadko jest obiad z dwóch dań, komu by się chciało spędzać w kuchni pół życia. Żeby warzywa za długo nie stały, pokuszę się chyba o smarowidło do chleba. Podobno jest banalnie proste.

Sprawia mi przyjemność to planowanie, kombinowanie, eksperymentowanie. Chciałabym konsekwentnie w tym wytrwać, skoro i tak nie uniknę przyrządzania posiłków.

Nie wiem tylko dlaczego, gdy połażę gdzieś po pracy, do domu wracam zmęczona i do prac potrzebuję się zmusić. Trzeba przeanalizować to swoje funkcjonowanie i odpowiednio zmodyfikować. Na początek może by tak mniej się szwendać popołudniami?


wtorek, 22 września 2026

Codziennostki

Innowacji kuchennych ciąg dalszy. Risotto z pieczonymi warzywami i mięsem takim, jakie z zamrażarki się wygrzebało, wyszło bardzo przyzwoice. Wydawało mi się wczoraj, że będzie za mało, więc dołozyłam ryżu solidnie i w rezultacie będę miała obiad również na jutro.Mogę dzisiaj uprawiać LB.

"LB" czyli Leżenie Bykiem odgrzebała z mroków mojej niepamięci blogerka Oszczędnie czyli Dorota. Bawi mnie ono i dziś.

LB urozmaicę sobie wprawdzie jakimiś drobnymi zajęciami, ale jak fajnie mieć więcej czasu i działać bez pośpiechu. Czeka na poskładanie trochę prania, kilka naczyń w zlewie, a jak się rozkręcę, to może zajmę się uważniej łazienką. Od nie wiem, kiedy obiecuję sobie wziąć się za czyszczenie płytek wodą z octem. Ale teraz kawa "Inka" i odrobina relaksu z aktualną lekturą (wciąż jeszcze blog Oszczędnej).

Byłam dzisiaj też u neurologa, pobrałam stosowne zaświadczenie, bo chcę zawalczyć o rentę chorobową. Nie przywiązuję się mocno do tej myśli, ale spróbować zawsze można. W końcu to, że całkiem nieźle ostatnio się czuję, nie znaczy, że jestem zdrowa i że bez stałych leków jestem w stanie funkcjonować jak zdrowsi. A w pracy dyrektorka ma takie "wspaniałe" czasem pomysły, że dobrze byłoby zabezpieczyć sobie "tyły". Sana lekarka skwitowała, gdy dziś relacjonowałam jej historię swojego chorowania: "Trochę tego jest".

Kończy mi się zotral, bo nie dopilnowałam terminu wcześniejszej recepty, a do wizyty u psychiatry czasu jeszcze sporo. Napisałam o tym do znajomych z hospitalizacji i dobrzy ludzie poratowali mnie w biedzie.

poniedziałek, 21 września 2026

Martologia (nie mylić z martyrologią!) stosowana

Dawno temu ktoś mi doradził bym sobie zapisywała różne sposoby i pomysły na poprawę nastroju. Spodobało mi się to, kupiłam solidny zeszyt w ładnej okładce, taki, żeby przyjemnie było w nim celebrować to swoje pisanie. Niebawem zeszyt ewoluował, bo zaczęłam w nim notować różne dobre rzeczy, które mnie danego dnia spotkały, wywołały uśmiech. Czasami to były istne dyrdymały, a jednak swoje robiły. Notowałam nawet to, że widziałam na ulicy chłopaka w przebraniu tygrysa (a był taki "motyw", był!). Sam fakt, że potrafiłam wyłowić z dnia takie smaczki, dawał mi satysfakcję. Do dziś lubię zatrzymywać takie błahe niby chwile.

Dzisiaj rozbawił mnie młody chłopak, który wyglądał - wypisz, wymaluj jak główny bohater filmu "Piraci z Karaibów". Mnie ten film nie interesował, uważałam, że jest głupkowaty i nudny, ale bywał wtedy u mnie R. i chętnie oglądał, więc zerkałam w ekran dla towarzystwa. Jeszcze wtedy miałam telewizor 😀 Chłopak miał charakterystyczny wąsik, "piracką" chustkę na głowie - kapitalna stylizacja. Nie mogłam się nie uśmiechnąć.

Sławetny zeszyt po pewnym czasie zatytułowałam tak jak tenże blog. Bo w grubym zeszycie znajdzie się miejsce na wszystko. Na smutki i radości, powagę i żart - na życie. Notowałam w nim również swoje samorozwojowe przemyślenia, pomysły na "optymalizację codzienności" ; do głównego tytułu zapisków dodałam podtytuł: "Martologia stosowana". Kajet ma chyba z dziesięć lat, bo notuję w nim skrótowo, nie troszcząc się o literackość. Gdy go przeglądam, widzę, jak długą i ważną drogę przeszłam przez wszystkie te lata.

...Zatem widziałam dziś tego chłopaka - pirata, zrobiłam pomysłowy obiad na jutro: risotto z pieczonymi warzywami i dwoma wygrzebanymi z zamrażarki kotletami schabowymi, które pokroiłam na kawałki, a całość podlałam przecierem pomidorowym, również wydobytym z mroźnej czeluści.  Wymyśliłam sobie kreację na jutrzejszy dzień w pracy: taka jedna czerwona spódnica nieźle będzie wyglądać do granatowego sweterka. I nie muszę ich prasować, hurrra! 😁

Wczorajsza frużelina z pieczonych owoców tak synowi smakowała, że opędzlował dziś cały duży słoik.

niedziela, 20 września 2026

Samotność?

Jakieś smęty na Facebooku o samotności...

Był etap - pisałam o tym - kiedy mi doskwierała. Dziś już radzę sobie z tym bez problemu. Ba, dziś problemu nie widzę. Mam tyle pomysłów na spędzanie wolnego czasu, że życia brakuje. Kuchenne "rewolucje", całe mnóstwo książek do poznania, milion treści w internecie i naprawdę nie wszystkie głupie. Na rower tylko wskoczyć i pomknąć gdzieś w las, nad rzekę, do miasta na lody.

A ludzie? Ludzie się znajdą, wiem, co mówię. Tylko trzeba w to włożyć nieco wysiłku i odwagi. Zaprosić mijaną co dzień sąsiadkę na te lody, zaproponować wspólne wyjście do kina. Zaciekawić się, co u niej słychać i podzielić się swoim światem. Jasne, że nie bezkrytycznie, nie ślepo, ale naprawdę - da się to zrobić!
I nie bać się ; jeśli kogoś ubędzie, jeśli znajomość okaże się chybiona - życie próżni nie lubi i wcześniej czy później znowu ktoś przetnie nasz szlak. Może wielka miłość z naszych znajomości nie wyniknie, ale przykład inspiracja, miłe towarzystwo, rozrywka lub duchowa bliskość. Nie jestem nieustannie otoczona ludźmi, chyba nie chciałabym zresztą, ale na pustkę nie narzekam.

Doceńmy banalne pogaduszki w warzywniaku, z matką kolegi naszego dziecka, starszym panem na ławce w paru. Wyściubmy nos z domu, bo nie wiadomo kogo spotkamy na ulicy czy w czasie rowerowej wycieczki.

Każdy zresztą czasem czuje się samotny, i mnie to nie jest obce. Ale chmury w końcu się rozstępują, siedzenie z nosem na kwintę zwyczajnie mi się nudzi i zaczynam zauważać możliwości.

W pełni "czuję" wyczytane również na Facebooku zdanie, że gdy człowiek osiągnie bliskość ze sobą, przestaje woleć byle towarzystwo od własnego.

Swoją drogą czy niedostatek finansowy, czy samotność, czy niepełnosprawność i co tam jeszcze - na wszystko jest sposób, i rada, do wszystkiego można się odpowiednio "ustawić". Zagadnienie jest uniwersalne.

A biadolenie - wygodne, ot co. Ale od wygody na takiej, na przykład kanapie, też może tyłek rozboleć.

Niedzielne postscriptum

Poszalałam w kuchni jak już dawno mi się nie zdarzyło. Nic nie wyszło z marzeń o jakiejś rowerowej wycieczce, a jutro podobno ma padać. Nie żałuję jednak tego domowego dnia, bo mam wymierną satysfakcję.

Zachęcona przykładem Oszczędnie (z tego blogu o oszczędzaniu), napiekłam blachę owoców kupionych wczoraj na przecenie, nasiona i skórki przetarłam przez durszlak, a nawstępnie przesmażyłam te brzoskwinie, gruszki, jabłka razem z wygrzebanymi z zamrażarki czerwonymi porzeczkami. Po przesmażeniu i odparowaniu nadmiaru wody dodałam rozpuszczoną w odrobinie wody mąkę ziemniaczaną i mam coś w rodzaju frużeliny. Bez grama cukru smakuje bardzo dobrze do pieczywa albo jogurtowego ciasta. Ciasto również dzisiaj upiekłam, jest szybkie i łatwe, a jogurt był nastawiony przeze mnie osobiście wczorajszego wieczoru. Dziś też nastawię. Upiekłam jeszcze blachę warzyw takich jak pietruszka, marchewka, seler, cebula i czosnek. Będę z tego kombinować kolejne dania i liczę, że dzięki tej bazie zaoszczędzę czas. Oprócz tego za moment wyjmę z zalewy "pięciominutową" szynkę do chleba, a chleb także upiekłam dzisiaj - aż cztery foremki, bo szkoda, żeby piekarnik miał puste przebiegi. Nadwyżkę zamrożę. Wypróbowałam pieczenie na liściach kapusty i pora, które przechowywałam w zamrażarce w ramach esksperymentowania z nurtem zero waste. Wyszło świetnie! Za chwilkę jeszcze ugotuję gar ryżu na dwa-trzy dni i będę z nim improwizować w nadchodzącym tygodniu. Może do zupy się nada, może do sosu z pieczonych warzyw? Znalazłam dziś w zamrażarce zapomniany kartonik z napoczętym przecierem pomidorowym, więc pewnie niebawem pójdzie w ruch pieczona marchewka i inne jarzyny, oraz szybkie kluski do zupy pomidorowej. Ciekawe, jak się spisze jogurt w zastępstwie śmietany, bo jednak w smaku się różnią na korzyść tej drugiej.
Na koniec resztki z przecierania owoców wrzuciłam do garnka z saszetką herbaty, na cały garnek picia. Dużo piję z powodu suchości w ustach, a i syn nie gardzi różnymi smakołykami.

Niedziela zatem pracowita, ale nadspodziewanie relaksująca. Lubię takie kuchenno - domowe przygody. A w domu cieplutko i jak pachnie! Domem, przytulnością, bezpieczeństwem. Niech ma mój synek rodzinne wspomnienia na dorosłe życie.

Sobotnio - niedzielnie

Właściwie powtórzyłam się milionowy raz z tą wczorajszą myślą o szczęściu. To już od lat moje głębokie przekonanie: szczęście to stan ducha, to nastrój. Reszta to przyczyny, a te już bywają bardzo różne, indywidualne i względne. Szczęście to dla mnie zwykły dobrostan, komfort fizyczny i psychiczny.

Jestem szczęśliwa, że mam teraz ustabilizowany nastrój, że nie dokucza mi śmiertelne zmęczenie, że chce mi się coś z siebie dawać. A poza tym jesień od wczoraj zachwycająca, wzywają mnie zarośla pełne jarzębin, głogów, dzikich róż. Nie jestem fanką układania wszystkiego pod linijkę, równiutkich chodniczków, trawniczków nienagannie przystrzyżonych, wtrącania się człowieka do natury. choć oczywiście są miejsca i sytuacje, gdzie trudno się bez tego obejść. Wczoraj jadąc na rowerze moją ulubioną ścieżką wśród krzaków, myślałam o tym, że zapewne wyleją tam kiedyś asfalt i skończą sięjmoje sielskie klimaty ; jakiś kierowca skracał sobie drogę tą ścieżką.

Niezmiennie irytują mnie śmieci, niektóre zresztą "kulturalnie" zapakowane w worki. I piźnięte, za przeproszeniem, w krzaki! W domu elegancja-Francja, a poza zasięgiem wzroku - niech się pali, niech się wali. Niepojęty prymitywizm.

Tak czy siak, zignorowałam worki w krzakach, a skupiłam się na urokach spaceru.

Wnioski z czytanego blogu o oszczędnym życiu ma takie, że wymaga to niesłychanego zdyscyplinowania, wypracowania nawyków. Nie mam przy tym na myśli samej kwestii finansowej, ale tego uroczego slow life, którym te zapiski tchną. Te opisy pieczenia chleba w domu, nastawiania wlasnego jogurtu. Wiele razy czyniłam podobne próby i po jakimś czasie mój zapał stygł. Systematyczność zawsze była moją piętą ahillesową., 

Wczoraj jednak zapał miałam. Nastawiłam "pięcominutową" szynkę, zaczyniłam ciasto na chleb i podmłoda "pracowała" całą noc, a za chwilę robię ciasto). Kupiłam warzywa na hurtowe pieczenie, co zamierzam dzisiaj, oraz owoce, bo poczytałam też o szybkim dżemie, tzw. frużelinie. Poczytałam też o kilku trikach dla leniuchów ; na przykład owoce można smażyć ze skórkami i pestkami, podzielone na części, a potem przetrzeć przez durszlak, ciasto upiec mieszane łyżką, a na chleb są przepisy bez zagniatania.

Nie jest to wszystko trudne, najbardziej wymagające jest, jeżeli chce się uczynić to stylem życia, jak autorki bloga. Autorka ze względu na niepełnosprawnego syna nie pracuje zawodowo, a że finanse ma ograniczone i sporo zobowiązań finansowych, uczyniła z oszczędzania styl życia i wyzwanie. I robi to mądrze, nie wyrzekając się przyjemności, bez martyrologii i kwękania. Jestem zachwycona i pełna podziwu.

Niech mi nikt nie gada bzdur, że bycie panią domu to zajęcie pozbawione ambicji. To strategia, planowanie, dyscyplina - to istny biznesplan!

Często marzę o byciu w swojej komfortowej przestrzeni, na WŁASNYCH warunkach. Na slow life, który kocham, byłoby więcej czasu. Na czytanie po pracach, na spacery... Trudno sobie jednak na to pozwolić, gdy się jest jedyną żywicielką rodziny.

sobota, 19 września 2026

Skleroza tudzież oda do radości

Dziecię me opuściło dom ojców swoich (niech będzie, że ojców, to zabawnie brzmi, chociaż ojciec, biedak, już tego domu nie zobaczył). Pojechało do miasta wojewódzkiego na oględziny studenckiego mieszkania. Nakarmiłam je obiadem przed wyjściem i czuję satysfakcję, że dobrze się zorganizowałam. Młody nie przepada za grzybami, więc do makaronu miał ser - a mnie zostało sosu jeszcze na jutro.

Wyjście syna potraktowałam jako sygnał, ze pora wyjść z domu i mnie. Cudna pogoda zachęca do przejażdżki. Zaraz lista zakupów - i jazda!

Ale nie po to piszę, by relacjonować te skądinąd banały. Chciałam utrwalić refleksję i podzielić się nią... I - kurde! - co to była za myśl?

Do licha, zapomniałam wdając się w przydługi wstęp 


P.S. Już wiem: zastanowiło mnie, kiedy czuję się szczęśliwa. Otóż gdy po prostu czuję się dobrze, a także gdy jestem w pełni obecna w swoim życiu. I wtedy nic donioslego nie musi się dziać. W odę do radości zmienia się nawet głupi sos.
W "Dziecku piątku" Małgorzaty Musierowicz pojawia się taka wypowiedź: kto chce być szczęśliwy, powinien nie wychodzić z domu". O zaiste, coś w tym jest!

Witaj, soboto

O, soboto! O, rozkoszy wysypiania się, ile dusza zapragnie! O... sole mio, bo powitało mnie błękitne niebo za oknem.

W wolny dzień często trudno mi się pozbierać. Kusi pałętanie się pół dnia w piżamie w akompaniamencie rozgrzebanego na pół "salonu" łóżka. Wygodne to, ale potem bywam niezadowolona, ze nie wyściubiłam nosa z domu, że przegapiłam coś fajnego w mieście, że nie zażyłam uroków przyrody na przedmieściach ani nie rozruszałam starych kości na rowerze czy basenie. Wyznaczyłam sobie zatem granicę czasową na "gnicie" w łóżku przy laptopie, a potem ruszam do aktywnego życia - spokojnie, bez wariactwa, ale jednak.

Ociągam się z płaceniem rachunków tego miesiąca, bo chciałam coś podliczyć, odgrzebać ostatni wydruk i porównać. Trza dzisiaj nad tym usiąść.

Chleb mi się marzy, choć jeden, a może pójdę za ciosem i zrobię zapas. Roboty tyle samo, tylko proporcje inne. Jest ekonomicznie? Jest. Wyszperałam wersję dla leniwych, nie zagniataną. Kiedyś miałam taką "fazę" na własne pieczywo, że z pół roku nie jadłam kupowanego. Prawdę rzecze autorka wspomnianego wczoraj bloga, że domowe zupełnie inaczej syci.

Strzeliło mi też do głowy upiec sobie blachę warzyw na kilka dni. Na ich bazie można sporządzać zupy i sosy. Chociaż cenię niemarnowanie żywności, nieraz w lodówce wyzionie mi ducha jakaś pojedyncza marchewka czy pietruszka. Warzywa podobno można piec bez obierania i na bieżąco poddawać obróbce. Zresztą czy nie gotowaliśmy z mężem w skórkach do sałatki?

...Eeeech! Mialam właśnie palnąć: i żyjemy. Aaaa!

...No i jeszcze do apteki trzeba podskoczyć, bo zabrakło wczoraj leków i pani "magister" obiecała, że dzisiaj będą. Wyciągnę z garażu rower i machnę sobie przejażdżkę, a po drodze załatwię sprawunki.

Kilka jeszcze pomysłów lęgnie mi się w głowie, ale nie wszystko naraz. To efekty inspiracji z bloga oraz poszukiwań sposobów na oszczędzanie czasu w kuchni. Gotować lubię, ale pół życia wśród garów to niekoniecznie.

Na koniec dowcip, którym zgorszyłam kiedyś feminizującą koleżankę:

- Co robi kobieta w kuchni? 
- Jest na swoim miejscu.
- A co robi w pokoju?
- Łańcuch ma za długi


Z feministkami łączy mnie sporo pogladów, łańcuchom mówię veto, ale zgłaszam veto również dla braku dystansu i szczypty autoironii.

piątek, 18 września 2026

Piątek, piąteczek

Rano padał deszcz, a późnym popołudniem wyjrzało słońce. Dżdżysta pogoda ma swój urok, ale to słońce niesie energię, witalność, radość.

Miałam nie zaglądać do szmateksów - i co? I pstro!
"Zachorowałam" na elegancki plecaczek w czarnym kolorze. Nosi się teraz takie naśladujące ładne torebki, bardzo to funkcjonalne rozwiązanie. Mam już jeden, ale granatowy, nie do wszystkiego pasuje. Plecaka nie było, za to trafiły się wymarzone sandały-botki, na płaskiej podeszwie, bo z obcasami już dawno się "rozwiodłam". Świetnie takie botki wyglądają do zwiewnych, zamaszystych spódnic, jakie bardzo lubię nosić.

I właśnie gdy wyszłam ze szmateksowej sutereny na światło dnia, powitało mnie słońce.

Z upodobaniem wykorzystuję teraz kartę miejską i gdy się spieszę, albo nie chce mi się daleko iść, podrzucam się miejskim autobusem (u nas mówią MKS-em). Podrzuciłam się zatem i z powrotem do domu, a teraz dziwię się, dlaczego czuję zmęczenie, skoro się nie nachodziłam. Czym to może być spowodowane? Dreptaniem po hali z ciuchami? Miałam ambitne plany kuchenno-domowe, tymczasem zmieniłam plany i bezwstydnie się obijam.

Czytam jak najlepszą powieść blog "Mało kasy, godne życie". Jest szalenie inspirujący i bardzo ciepły. Właśnie te inspiracje przyświecały moim dzisiejszym ambitnym planom ; od autorki można się naprawdę wiele nauczyć.

Dziś jednak nie mam zapału do pieczenia chleba ani do gotowania zupy. Akcja jutro.

czwartek, 17 września 2026

Mżącym wieczorem

Dziś jakieś zmęczenie odczuwam. Może to pogoda, bo deszczowo, może przerwa w zażywaniu stałych leków. Nie wykupiłam ich na czas, a są wręcz uzależniające. Zrobiłam w domu "minimum programowe" i już leżę w łóżku, a nie ma jeszcze dziewiątej wieczorem.

Zbulwersowałam się dzisiaj, zresztą nie pierwszy raz.
Od kilku dni dostaję na telefon alerty i ostrzeżenia przed atakiem powietrznym na Ukrainę. Dziś wręcz zalecono gotowość na schronienie się. Koleżanka zwolniła się z pracy, bo zadzwoniły do niej przerażone dzieci. Potem w moim telefonie, zupełnie przypadkowo przeczytałam internetowy nagłówek o agresji Rosji na Polskę. Wiadomość tak zredagowano, by nie od razu było jasne, że mowa o napaści z 1939 roku, którego to wydarzenia dzisiaj przypada rocznica. Rocznicę miano uczcić jakimiś syrenami. Uważam, że takie manipulowanie informacją i odbiorcą powinno być surowo karane.
Swoją drogą to była napaść Związku Radzieckiego, ale kto by się tam przejmował drobiazgami - grunt, że są zasięgi!

Przed chwilą siostra przywiozła mi rydze uzbierane na działce. Będzie uczta, ale jutro. Dziś wstawiłam je w pojemniku do lodówki ; chce mi się już spać. Siostra uwielbia grzybobranie, ale do miłośników gotowania nie należy, a leśny plon nie jest dla niej wart wysiłku, nie przepada za daniami z grzybów. Ja natomiast ochoczo wykorzystuję sytuację, bo zbieracz ze mnie kiepski, mało spostrzegawczy. Nie przepuszczam też okazji zaoszczędzenia paru groszy, skoro dostaje mi się żywność w prezencie. Będzie sosik do kaszy, klusek albo makaronu - mniamu, mniam!

Syn znalazł sobie mieszkanie w mieście wojewódzkim. Cena znośna, na zdjęciu pokój wygląda dobrze, odległość od uczelni niewielka. Niebawem wyjedzie, a ja będę oswajać wieczory w pojedynkę.

wtorek, 15 września 2026

Wczoraj i dziś

Połowa miesiąca śmignęła. Do pewnego momentu lato wydaje się długie, ale przełom sierpnia i września przypomina o przemijaniu. Październik jeszcze dość łaskawy, ale o listopadzie myślę niechętnie. Ani się nie obejrzymy, a nastanie. Liczę na to, że dzięki leczeniu psychiatrycznemu łatwiej będzie mi go przetrwać.

Wczoraj w autobusie spotkałam D. Zapominając o nieporozumieniu, odruchowo i spontanicznie, przywitałam się, zagadałam... D. jechała w odwiedziny do koleżanki i napomknęła, że w tygodniu zaprosi mnie na kawę. Przez jakiś czas się wahałam, co ja na to. Dzisiaj zwierzyłam się wspólnej koleżance i ta ustawiła mi wszystko w jasnym świetle. Ma rację: jeśli tylko z grzeczności, z sentymentu do tego, co było - to po co? Po co, skoro nic mi to nie wniesie, skoro D. i tak nie zrozumie mojego spojrzenia na sprawy? Niech idzie swoją drogą i niech się jej dzieje jak najlepiej. Odleciała w swoje złudzenia, marzenia, fantazje i nie chce ani nie potrafi "zejść na ziemię". Mamy odmienny styl życia. Stefania (zmieniam imię) twierdzi, że D. wciąż za czymś goni, szuka tzw. atencji (nie lubię tego określenia, jest błędnie rozumiane), chciałaby, aby życie było jedną wielką imprezą, a i napić się lubi. Ten jej "gruby łysol" (moje - przyznaję, złośliwe - określenie) też się Stefce nie podoba, uważa go za człowieka ograniczonego. Ja nie zdążyłam go poznać, ale chyba D. żyje przy nim wreszcie tak, jak lubi: cięgiem jakieś wyjścia, zabawy, potańcówki, o czym ochoczo powiadamia świat na Facebooku. Wieeeelkie kufle piwa, a za kuflami oni. Dla urozmaicenia czasem pizza jak koło młyńskie na pierwszym planie.

Nie, nie będę się przypominać D. i mam nadzieję, że jednak zapomni o swojej propozycji.

A propos picia, pod naszym domem znowu stała karetka pogotowia. Sąsiad regularnie dostaje ataków padaczki alkoholowej. Był już i w szpitalu (nieraz), i na odwyku - i figa z tego, pije nadal. Jego matka, wdowa złego słowa o byłym mężu nie powie, ale ci, co go znali, mówią, że i on za kołnierz nie wylewał.

...A kalina ma już czerwone korale. Widziałam w mijanym rano ogródku.

poniedziałek, 14 września 2026

Trudno uwierzyć

Pożegnaliśmy Z. na zawsze. Dziś odbył się pogrzeb. I życie toczy się dalej... jakby się nic nie stało. Tak trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu rozmawiałyśmy...

Po pogrzebie wybraliśmy się ze współpracownikami do lokalu, by się naradzić w sprawach związanych z pracą. Czy coś z tego wyszło, nie wiem, zapytam jutro. Spotkanie bowiem odbiegło od planu. Ponieważ nie rozumiałam rozmów z powodu niedosłuchu, dopiłam swoją kawę, przeprosiłam towarzystwo i opuściłam spotkanie. Nic tam po mnie, skoro nie rozumiem rozmów. Na spotkanie ktoś zaprosił naszą byłą, emerytowaną dyrektorkę. Aktualna nie została wtajemniczona. Czyż to nie mówi samo za siebie?

W miniony weekend pod wpływem jakiegoś impulsu odgrzebałam w internecie sprawę Piotra Sałygi - pamiętnego Niemęża Joanny-Chustki. Znałam już pewne kontrowersje dotyczące tego człowieka, ale to, co przeczytałam o nim po latach, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Facet zamieszany był w bardzo grube przestępstwa, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa finansowe na olbrzymią skalę. A taki się wydawał kryształowy, taki podziw budził opiekując się Joanną. Tak wiele osób tak bardzo się na niego nabrało. Jestem pełna zadziwienia (bo przecież nie podziwu) dla jego bezbrzeżnego tupetu, fałszu i braku skrupułów.

Nie ma cudów i nie ma ludzi bez skazy. Gdy ktoś wydaje się ideałem - to dopiero należy wziąć go pod lupę!

sobota, 12 września 2026

Deszcz

Na początek prośba - apel: pomóżmy mojej skrzywdzonej przez los koleżance. Każdy datek zostanie przyjęty z wdzięcznością.
Podam link korespondencyjnie. Chciałam zamieścić go w niniejszym poście, ale nie chcę, by na blogu figurowało czyjeś imię i nazwisko. I tak sporo tu piszę o faktach ze swojego życia, może zbyt sporo.


A poza tym?

Dzień deszczowy, jakby opłakiwał Z. Swoich domysłów co do jej śmierci nie ujawnię, mam jednak gorzką myśl, że być może nie musiało się to zdarzyć. Oprócz choroby mógł to być wynik jej nieostrożności, ryzykanctwa... Nie jakiegoś szalonego, raczej pospolitego, ale jednak ryzyka. Tak często myślimy: a co tam! ten jeden raz... Jednak okoliczności tej śmierci to tylko moje domysły i nie mają już znaczenia. Tylko pogodzić się trudno, że być może miała na to wpływ, że mogła uniknąć śmierci.

Niezbyt często z nią przebywałam, bo pracowała w filialnym punkcie, a ja programowo trzymam się na dystans od współpracowników. Łączyły nas jednak podobne zainteresowania i sposób spędzania wolnego czasu. Z. była osobą ciekawą świata, niezależną. Często podróżowała podczas urlopu w pojedynkę, co bardzo mi imponowało. Interesowały ją wydarzenia kulturalne w mieście. To nie była osoba, która tylko siedzi w domu. Dwa lata temu zaproponowałam jej wspólne wyjście na łyżwy, na co ona chętnie się zgodziła. Żałuję, że nie poznałyśmy się lepiej, ale ja zawsze obawiałam się być za blisko ze współpracownikami. Wiadomo, jak to w pracy: w przypływie szczerości opowiesz o jakimś absurdzie, wymyślonym przez dyrekcję, a przyjaciółce niech się zupełnie bez złej woli gdzieś wypsnie, niech ktoś podchwyci i zrozumie po swojemu... W pracy jestem bardzo powściągliwa, robię swoje i spier... (wybaczcie dosadność).

Przepełnia mnie zaduma: jak wiele przepuszczamy okazji, by żyć pełniej, głębiej, bliżej ludzi i życia. Jakie to wszystko dostępne, a jak mało z tego korzystamy... i jak często okazuje się, że tak, niestety, musiało być (nie zawsze!), takie były warunki, okoliczności, tacy byliśmy - my sami.

Żegnaj, Z., a może - do widzenia, Z.

czwartek, 10 września 2026

Szok

Dziś wybrałam się na comiesięczne spotkanie w Klubie Pacjenta.
Potrzebowałam na to spotkanie kilkugodzinnego urlopu, więc podeszłam do gabinetu koleżanki, referentki do spraw administracyjnych, bo u niej się takie sprawy załatwia. A że P. rozmawiała właśnie przez telefon, usiadłam obok na krześle i cierpliwie czekałam, by wyłuszczyć, z czym przyszłam. W tym samym czasie potrzebowała czegoś również nasza dyrektorka i też na chwilę przysiadła. Nagle P. zaniemówiła, złapała się za usta. Od razu pomyślałam: chyba ktoś umarł, pewnie któraś z naszych emerytek. Nie spodziewałabym się jednak nigdy, tego, co usłyszam za chwilę. Ponieważ źle słyszę, podeszłam do dyrektorki i szeptem spytałam o kim mowa, a w odpowiedzi usłyszałam: zmarła Z. 

To kobieta młodsza ode mnie o kilka raptem lat, niewiele. Lubiłam ją, miałyśmy dobry kontakt i trochę podobnych zainteresowań. Czułam z nią pewną wspólnotę.
Z. miała kłopoty zdrowotne, o których długo nikt nie wiedział, lecz wreszcie wyszły na jaw. Potem dyskusyjne się stało, czy powinna pracować na swoim stanowisku, ale pozwolono jej. Były to problemy neurologiczne, więc poniekąd z "mojej bajki". Miała swoje kłopoty z funkcjonowaniem, trudności, więc w pewnym momencie z koleżankami zaczęłyśmy ją zachęcać, by zajęła się sobą troskliwiej, by sięgnęła po wsparcie. Wreszcie dała się przekonać, zaczęła działać. I ledwo zaczęła walczyć o lepszą jakość swojego życia - stało się to najgorsze. Nagle, bez ostrzeżenia ; dopiero tydzień temu rozmawiałam z nią o książkach, które chciałam wypożyczyć dla syna. Ba! przecież przyszła do nas z tymi dwiema książkami nazajutrz.

Nie mogę, nie mogę nadziwić się, że odeszła osoba, której śmierci nie zapowiadało nic, pełna planów, ciekawości życia i świata. A ja kilka lat starsza, wróciłam z operacji, której można było nie przeżyć. I jeszcze jestem, pracuję, żyję.

Jakie plany masz wobec mnie, Boże?

wtorek, 8 września 2026

Banalnie ale miło

I wieczór. I wcześniejszy już znacznie niż w te najdłuższe dni. Jeszcze mi z nimi po drodze, na "listopadzicę" przyjdzie czas - a może jednak mnie ominie w tym roku? Tak się dobrze czuję ostatnio.

Pożywiom, uwidiom.

Wróciłam dziś do domu prosto z pracy, nigdzie nie wstępując i nigdzie się nie włócząc. Z zamiarem drzemki, bo jakaś senna byłam, wyciągnęłam się na kanapie, uruchomiłam laptopa, by zobaczyć, jak się miewa zrzutka koleżanki. Poczytałam blog "Mało kasy, godne życie". Bardzo przyjemnie się go czyta. Skąd jego autorka bierze tyle energii i czas na te wszystkie domowe aktywności? I jeszcze nałogowo czyta książki!

Lektura bardzo mnie zrelaksowała. Zrezygnowałam z drzemki i wzięłam się za własną domową działalność. Od siostry otrzymałam przedwczoraj piękne dorodne grzyby, zebrane przez nią w czasie pobytu na działce. Poleżały do dziś z lodówce, co ani trochę im nie zaszkodziło. Przebrałam je, w większości okazały się zdrowe. Obgotowałam przed chwilą ; będzie sosik! Przebrałam też jabłka, którymi z kolei uraczyła mnie moja sąsiadka pani T-owa. Też poza kilkoma sztukami zdrowe i bez "wkładki mięsnej". Ponieważ jestem "energooszczędna", poczytałam porady, według których śmiało można smażyć owoce ze skórką i gniazdami nasiennymi, a następnie przetrzeć je przez sitko bądź durszlak. Mój durszlak jest metalowy i bardzo przyzwoity 😊.

W lodówce są jeszcze śliwki, może do jutro nic im nie będzie. Jest już ciemno, chcę mieć wieczór dla siebie.

Lubię takie dni bez gnuśności i przewlekłego zmęczenia, w którym jest miejsce i na pracę, i na relaks. Mam poczucie sensownie wypełnionego czasu i miłego zrelaksowania.

Kalina z ostatnich tekstów jednak musi poczekać na moje odwiedziny.


niedziela, 6 września 2026

Takie tam...

Niezbyt często zdarza mi się popełnić kilka postów jednego dnia, dziś jednak jest taki właśnie dzień.

Zbliża się wieczór i już raczej nie zdążę wybrać się na spacer polnymi ścieżkami wzdłuż torów. Nic to, pójdę innym razem i postaram się, by nie odkładać tego w nieskończność. Chcę zobaczyć, co się dzieje z kaliną o tej porze roku. Jakoś mi ta kalina utkwiła w głowie podczas zeszłorocznych spacerów z Rikiem, psem koleżanki, który trafił wtedy pod moją opiekę. Kaliny wcześnie zupełnie nie rozpoznawałam, ale dobrze znam wiersz Lenartowicza, jak "rosła liściem szerokim". Zauroczyłam się też odsłuchaną w internecie piosenką do tych słów. I został mi sentyment. Tak już mam, że różne emocje kojarzą mi się z bardzo konkretnymi rzeczami i odwrotnie. Czasami jest to zapach, czasem piosenka, czasami zapamiętany widok. Kalina stała się takim moim wyzwalaczem sentymentów. Mam ich wiele.

No, więc z kaliną spotkam się innym razem i potraktuję to jak punkt w kalendarzu. Chcę "zaliczyć" spacer w ten graniczny czas. Tak lubię przełomy w przyrodzie, te ledwo dostrzegalne anonse kolejnych pór roku. Nazywam to chwytaniem ich na gorącym uczynku.

Dziś zostaję w domu. W kuchni krzątałam się sporo czasu. Przygotowałam zapiekankę z kupionych w sklepie ścinków wędlin i przedwczoraj ugotowanych ziemniaków ; część ich poszła do piątkowego obiadu i wczorajszej mojej kolacji, ale sporo jeszcze zostało. Lubię tak gotować "na zakładkę", skraca to czas przyrządzania kolejnych posiłków. W piekarniku "dochodzi" placek ze śliwkami. Śliwki, ich zapach to też wyzwalacz moich dobrych emocji. Resztę owoców miałam wykorzystać do powideł, ale nie zostało ich już wiele ; jeszcze z jedno claffoutis albo biszkopt i będzie po nich. Raczej to drugie, bo cierpiąc na przewlekłe zmęczenie, długo biszkoptu nie piekłam, nie chciało mi się.

Uśmiałam się z tego mojego pieczenia, bo przed chwilą okazało się, że owszem, uruchomiłam piekarnik, ustawiłam czas pieczenia, tylko zapomniałam o temperaturze! Zero stopni raczej pieczeniu nie sprzyja.

Jutro do pracy, będzie okazja coś ładnego na siebie wrzucić 😊 Mam parę naprawdę fajnych (jak dla mnie) zdobyczy. 

Do wyboru, do koloru

Cha, cha! Dzień mi wyszedł jak zwykle. A raczej wychodzi, bo jeszcze do wieczora trochę czasu.
Wstałam nawet wcześnie, ale tu kawka, tu posiedzenie przed laptopem, tu parę chwil z synem na... wspólnym szperaniu w internecie (młodego zafascynowała cyrylica) i tak jak sama sobie z ironią przepowiadałam - zastaje mnie czternasta z hakiem. A mam to w nosie!

Sto razy pisałam o przebudowywaniu swoich przekonań, świadomości. podejścia do życia. Zaczynam mianowicie akceptować swoje funkcjonowanie, widzę w nim element własnego wyboru. Tylko ode mnie zależy, na co sobie pozwolę - więc pozwalam sobie dziś na wybebeszone łóżko, pałętanie się w nocnej koszuli i niegotowy jeszcze obiad. Ale cieszę się, że zrobiłam szybkie pranie... i chromolę, że dzisiaj niedziela i hałas pralki być może nie zachwyca konserwatywnej sąsiadki. Zresztą sąsiedzi poznali już sporo moich dziwactw...

Plan na obiad mam sprecyzowany ; szybko pójdzie i będzie smacznie. U kolejnego z "dynastii" gotujących Kuroniów znalazłam przepis na powidła bez mieszania, pieczone w piekarniku, więc niebawem wstawię garnek śliwek. Część odłożę do ciasta, nie mogę się tylko zdecydować: kruchego czy biszkoptowego. Ale chyba jednak kruche. Ach, jak będzie pachniało!

I zestawię sobie ładne ubranie na jutro, bo sporo ostatnio upolowałam na szmateksowych łowach :)

I zrobię sobie "wypasioną" kąpiel z układaniem fryzury innej niż zwykle. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

I poczytam, i pospaceruję i zrobię to, na co przyjdzie mi ochota.

Większość z tego - do wyboru. I to jest najlepsze w tym wszystkim.

Co by było, gdybym...?

Strzeliło mi coś do głowy, ale się jeszcze waham, czy za tym pójść.

Może i pójdę. Eksperymentalnie.

Otóż prośby o postawienie wirtualnej kawy na blogach uważałam za cokolwiek niemoralne. Jakże pobierać pieniądze za coś, co robi się dla czystej przyjemności, co i tak robiłabym (i przecież robię) nie otrzymując za to ani grosza? Częściowo to przekonanie rewiduję... ale częściowo tylko.

Pierwszy raz zadziwiłam się u Minimalismmo. Uzasadniła swoją prośbę, że wiele czasu poświęca na prowadzenie bloga, wymaga to od niej wkładu pracy - te wszystkie zdjęcia, czasami zapewne poszukiwanie materiałów np. do artykułu o nadchodzących trendach na jesień... No, ale kto - i co -  jej każe to robić? I znowu "no, ale...". No, ale pracy zawodowej też nikt nam nie każe wykonywać. Wychodzi na to, że to kwestia wolnej woli: chcesz - zarabiaj, nie chcesz - nie.

Pojawiła się we mnie chęć sprawdzenia: czy ktokolwiek uważa, że moja pisanina ma jakaś wartość dla kogokolwiek poza mną samą? Czy ktoś to czytuje i powraca w to moje miejsce. Tak, wiem, że niektórzy to robią, ale jednak mam ochotę przekonać się, czy są to pojedyncze osoby, czy grono czytelników jest większe.

Kolejnym powodem jest potrzeba i chęć weryfikacji:

Od bardzo dawna słyszę, że pisanie wychodzi mi nieźle, że mam w tym kierunku zdolności i powinnam poważniej o tym pomyśleć. Zdaję sobie sprawę, że mam "dryg", chociaż do samouwielbienia mi daleko, świadoma jestem własnych niedoskonałości. Szukając potwierdzenia bądź zaprzeczenia na GPT i Gemini, przeczytałam, że serio mogłabym pomyśleć o uczynieniu ze swoich zainteresowań i umiejętności źródła zarobku.

I tak "se" myślę... A gdybym i ja poprosiła o złotówkę na wirtualną kawę? Chociażby zupełnie symbolicznie (chociaż za milion dolarów bynajmniej się nie obrażę 😉 ) na znak, że moje pisanie ma sens, wartość i na coś się ludziom przydaje, że faktycznie mogłabym gdzieś z tym wyjść do ludzi.

A może po prostu zostawicie mi jakieś informacje zwrotne?

Za grosz się nigdy nie pogniewam, ale oprócz pokonania wszystkich obiekcji, musiałabym też zapoznać się z instalowaniem takiej funkcji na blogu. Ale zapewne to proste.

sobota, 5 września 2026

Ot, tak sobie piszę

Dzień minął szybko i pracowicie. Z moim synem i bratem pomagaliśmy siostrze w pracach na działce. Oni stawiali wiatę na siano dla koni, a ja grabiłam ścięte gałęzie i trawę w zagrodzie zwierzaków. Na koniu dzisiaj nie pojeździłam. Nie było czasu.

Owocuje już głóg pięknie i czerwono. Jego owoce kontrastowały z błękitnym tłem nieba i zielonymi jeszcze liśćmi. Bocianie gniazda. które mijaliśmy w drodze już puste. Na jakimś polu niebieściła się... chyba facelia, którą wysiewa się na poplon. Nie znam tej rośliny, ale wiem, że kwiaty tak właśnie niebiesko kwitną.

Anonsuje się jesień.

Po powrocie do domu pospiesznie odbębniłam zakupy na jutro, zjadłam kolację. Odebrałam też telefon od koleżanki z oddziału. Serdeczna, miła kobieta, niedawno owdowiała i z tego powodu hospitalizowana na oddziale. Dobrze nam się rozmawia i widzę, że nie mam co żałować D., bo miejsce po niej zajmują inne, lepiej ze mną rezonujące osoby. Mam nadzieję, że to początek bliższego koleżeństwa. Intencja jest widoczna po obu stronach.

Koleżanka zapytała mnie, bo też jestem poniekąd wdową, czy chciałabym jeszcze kogoś poznać, spotkać. Jej obecnie trudno to sobie wyobrazić. Męża dobrze wspomina, to wielka strata dla niej.

A ja? Mnie bez mojego męża lepiej niż z nim, niestety. Mam święty spokój od jego złośliwości, chociaż żałuję go jako człowieka, że musiał przedwcześnie odejść z tego świata, a jeszcze przedtem tyle się nacierpieć. Czy pragnę związku? Wiele razy pisałam, że odczuwam ambiwalencję. Niby chcę, ale... ale... ale... Jednak znajomość z B. uświadamia mi, że gdy się spotyka "tego" człowieka, po prostu się czuje pociąg, radość ze wspólnego spędzania czasu. I tak powiedziałam koleżance: jeśli poczuję, że naprawdę mnie do kogoś ciągnie, to owszem. O B. jej nie mówiłam, wolę zachować te emocje dla siebie, jest naszym wspólnym znajomym.

Aczkolwiek... inna wspólna koleżanka stwierdziła niedawno, nie mając pojęcia o tym, co napisałam powyżej, że według jej obserwacji pasujemy do siebie.

No, cóż... miło słyszeć... 😊

piątek, 4 września 2026

Potrzebna pomoc

Martwi mnie sprawa koleżanki poznanej latem na oddziale.
Na oddział bez powodu się nie trafia. Są tu ludzie mniej i bardziej poturbowani życiem. Ta koleżanka ma "pod górkę" jak mało kto. Klepie po prostu biedę, bo nie może znaleźć pracy, a głównym źródłem utrzymania jest renta pobierana przez córkę po zmarłym ojcu, mężu mojej znajomej. Żałosne tysiąc siedemset (według "mojego" kursu korekty w tekstach literackich unikamy cyfrowego zapisu liczebników, poza pewnymi konkretnymi sytuacjami) złotych. Koleżanka dorabia do tego sprzątaniem jakiegoś terenu, ale raz w tygodniu i również za marne pieniądze. Jest znerwicowana i bardzo się wszystkim przejmuje, czasem zupełnie niepotrzebnie.
Jakby mało było tych wszystkich bied, w pierwszych dniach sierpnia w dach jej starego drewnianego, niedużego domu uderzył piorun podczas burzy. Na naprawę szkód zupełnie jej nie stać. Gmina zaoferowała prześmieszny zasiłek celowy w wysokości pięciuset złotych i orzekła, że wypadek nie spełnia kryteriów klęski żywiołowej.
Zachęciliśmy koleżankę do otwarcia zbiórki w internecie, na Zrzutce. Niestety, z mizernym skutkiem. Od miesiąca wpłynęło raptem kilka datków, zrzutka utknęła w miejscu. Promuję tę zbiórkę, gdzie się tylko da, ale niewiele to daje. Sprawę utrudnia fakt, że X. boi się informować w swoim profilu na Facebooku o zbiórce z obawy, że ludzie z jej rodzinnej miejscowości ją "zjedzą", gdy się dowiedzą. Zbieram siły, by ją przekonać, że głupimi ludźmi nie warto sobie zawracać głowy, a dobrzy potrafią naprawdę dobrocią zaskoczyć. Ale cóż...?

Uwidacznia się tu zagadnienie, o którym czytałam, kwestia nastawienia do ludzi. Nie chcę wartościować, stopniować, ale X. doznała w życiu wiele krzywdy od bliskich i nie tylko. To sprawia, że z nieufnością i lękiem odnosi się do świata. I niestety - chociaż wiem, że to brzmi niczym z kiepskiej literatury - świat na to odpowiada. Mnie wsparło naprawdę wiele osób, gdy zbierałam na nowe aparaty słuchowe. Pomimo skrupułów miałam więcej śmiałości, by się ujawnić, prosić... no i chyba mam więcej przyjaznych relacji, trochę też zapewne więcej szczęścia.

Tak czy siak - moja koleżanka rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Myślę usilnie, jak znaleźć rozwiązanie problemów, a także ośmielam się prosić na "łamach" tego blogu: jeśli gotowi jesteście udzielić jej wsparcia, wpłacić choć niewielką sumę na jej zbiórkę - napiszcie, proszę, o tym w komentarzu pod postem. Udostępnię "namiary" pocztą, bo tutaj pragnę zachować anonimowość i choć odrobinę dyskrecji.


PS. Z rzeczy przyjemniejszych - pod koniec dniówki w pracy otrzymałam wiadomość od Bogusia. Zapytał, czy wychodzę z pracy o zwykłej porze i czy mam ochotę oraz czas się spotkać i pogadać, bo akurat ma wolną chwilę, zanim przyjedzie jego autobus. Jasne, że się zgodziłam.
Wspólny czas upłynął jak zwykle przyjemnie. Lubię Bogusia za jego uważność, kulturę, inteligencję. Rozmowy płyną nam swobodnie, mamy wiele wspólnych tematów. Ba! Nawet nasze daty urodzenia różnią się zaledwie o jeden dzień (tylko rocznik inny, ja jestem młodsza) :)
Mrzonek jakichś romantycznych sobie nie stwarzam, ale fajnie było mieć świadomość, że ładnie się dzisiaj ubrałam, Ha, ha (podobno można to pisać zarówno przez "h", jak i "ch").

czwartek, 3 września 2026

Wprawki do jesieni

Skradają się jak koty jesienne wieczory. Na razie nieśmiało, niepewnie, ostrożnie, a jednak już dają się zauważyć. Na razie dobrze mi z nimi ; może dzięki mojej lepszej formie psychicznej uda nam się zaprzyjaźnić?

Niewątpliwie mają urok - taki miękki, koci, stonowany. Każą zwolnić, zwinąć się w kłębek nad książką, z kubkiem herbaty czy kakao, ozdabiać wieczory zapachem ciasta ze śliwkami. Dostałam całą siatę od koleżanki, wczoraj je wydrylowałam, a dziś piekę z nimi claffoutis. Sezon na celebrowanie domowości otwarty.

Jakoś mi tak dobrze, ostatnio, nie brakuje energii, efektywniej zarządzam czasem i jeszcze zostaje trochę chęci na wieczorne blogopisanie, książkę do poduszki. A przecież nie wróciłam dzisiaj z pracy prosto do domu. Zachciało mi się zapolować na granatową bluzeczkę za kilka złotych. Bluzeczki nie udało się znaleźć, ale za to co innego wpadło... Rozgrzeszam się z naruszenia postanowienia nieodwiedzania szmateksów, bo szmatki były dziś przecenione.

Muszę przyznać, że z komponowania strojów satysfakcję mam niemałą. To rodzaj twórczości, wyrażania siebie. Dziś "przeprosiłam się" z bluzką, której z powodu pokaźnego dekoltu przez kilka lat unikałam. Wczoraj stwierdziłam jednak, że fantastycznie pasuje do spodni z szerszymi nogawkami. Czułam się naprawdę szykownie. Do tego balerinki w szpic - dawniej nie lubiłam ostrych nosków, a potrafią dodać sznytu.

Miły pan w szmateksie poinformował mnie, że ostatnim razem zostawiłam u niego siedem złotych i tyle mi dziś odliczył, gdy płaciłam za zakupy.

Miło było także otrzymać wiadomość od Bogusia. Boguś uczęszcza na spotkania terapeutyczne i zaproponował mi, że zapyta w grupie, czy mogłabym się przyłączyć. Zgodziłam się, chociaż spotkania są płatne. Nie muszę jednak uczestniczyć w każdym z nich, odbywają się zresztą tylko raz w miesiącu, a cena przesadnie wygórowana nie jest, wziąwszy pod uwagę dzisiejsze zwariowane stawki. Podobno spotkaniom towarzyszy bardzo przyjazna atmosfera. Jestem po raz kolejny mile przez kolegę zaskoczona i cieszę się, że będzie okazja do regularnych spotkań. Lubimy się, ot co.

W internecie znalazłam bardzo przyjemny blog: "Mało kasy, godne życie". Poza tym, że jest praktyczny, tchnie ciepłem i przytulnością - jakby w odpowiedzi na moje rozmyślania o nadchodzących jesienno - domowych wieczorach. Poczytam go sobie za chwilę do przysłowiowej poduszki, zajadając gorące claffoutis ze śliwkami, popijane zimnym mlekiem, tak jak lubię.

niedziela, 30 sierpnia 2026

W radości

Uśmiałam się ze zdjęć wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Poprosiłam o fotkę w roli dzidzi-piernik, ciotki Klotki, hożej wiejskiej dziewoi. Napisałam po tej ostatniej. że jeśli to dziewoja, to ja jestem ksiądz, i w odpowiedzi dostałam Martę w sutannie, ale z koszem polnych kwiatów. Tak mnie to rozbawiło, że pokazałam te moje podobizny na Facebooku, dodawszy na koniec wizerunek z podpisem: "Świtezianka, psiakrew!".

Cały weekend upłynął mi tak pogodnie i w radości.

Wczoraj siostra porwała mnie i syna na swoją działkę. Potrzebny był "chłop" do pracy wymagającej siły, bo siostry mąż nie miał wczoraj czasu, zajęty był inną ważną robotą. Drugim robotnikiem był siostrzeniec. Ja pojechałam głównie dla rozrywki, ale rozpaliłam ognisko na pieczenie kiełbasy i warzyw, przypilnowałam, żeby nie wygasło. Rozpalić ognisko to nie taka prosta sprawa, nie każdy potrafi, a ja umiem i dumna jestem z tego. Nauczyłam się paląc we własnym domowym piecu. Ogień ma swoje zwyczaje i trzeba je poznać.

Oswajam się z końmi. Teraz, gdy zmniejszył się między nami (mną i zwierzętami) dystans, jesteśmy częściej blisko siebie, mój lęk stopniowo się zmniejsza. Nie uciekam już, gdy zwierzę podejdzie do mnie bliżej, a nawet odważyłam się przytulić do jednej z klaczy. Kiedy pierwszy lody zostały przełamane, zaprzyjaźnianie się idzie już o wiele łatwiej i wczoraj wreszcie odważyłam się - dosiąść klaczy! Bałam się, ale zrobiłam to i cieszyłam się niczym dziecko. Konie, przynajmniej te siostry, to takie cudowne, kojące zwierzęta. Siła spokoju i spokój siły. Cudownie przytulić się do ciepłego wielkiego ich ciała. A sierść jaka gładka i miła w dotyku... chociaż czasami spocona.

Chętnie nauczyłabym się konnej jazdy, ale zbyt to ryzykowne przy moich kłopotach ze zdrowiem. Źle mógłby się skończyć upadek z tak wysoka, nie daj jeszcze Boże w pędzie. Jednak na spokojnej, statecznej i posłusznej klaczce siostry pospaceruję jeszcze wiele razy, z największą ochotą i przyjemnością. Sama będę o to prosić ; wczoraj namówiła mnie siostra.. 

Dzisiaj dzień raczej leniwy. Boli mnie łydka, a ból przywodzi mi na myśl moje skłonności do zapalenia naczyń krwionośnych - wątpliwy urok Sjogrena. Dałam sobie więc spokój z rowerowymi planami. Nie miałam pomysłu na obiad, więc zamówiliśmy z synem pizzę na "obiadośniadanie". Popisałam w internecie, poczytałam, po czym wreszcie stwierdziłam, że czas przecieka mi przez palce, więc trzeba coś ze sobą zrobić. Korzystając z porad sztucznej inteligencji wystroiłam się w spódnicę dobraną do odpowiedniej bluzki. Zestaw uznałam za bardzo udany i jutro wybiorę się w nim do pracy.

AI okazuje się bardzo praktycznym narzędziem. Ostatnio z zapałem konsultuję z nią swoje garderobiane kreacje. Muszę przyznać, że wiele się dzięki temu uczę, zdobywam wiedzę o komponowaniu stroju, dobieraniu dodatków. Zawsze lubiłam się ładnie ubrać, nie znaczy to jednak, że za każdym razem osiągałam dobry efekt. Zdarzały mi się wpadki jak ostatniopiątkowa biała bluzka z dość sztywnego materiału do bardzo zwiewnej granatowej spódnicy. Kolorystycznie było bez zarzutu, a jednak wypadło jakoś tak nijako, nieprzekonująco... Konsultując się z GPT odkryłam, że bez porównania lepiej pasuje dzianinowa luźna bluzeczka z krótkim rękawem. Mam taką jedną beżową za kolosalną sumę trzech złotych.

Wystroiłam się zatem ładnie i podeszłam nieopodal do Żabki, gdzie nabyłam lody oraz coś na jutrzejsze śniadanie. Zjadłam je przed domem, popijając kawą i gawędząc z sąsiadami. Jednej z sąsiadek urodził się niedawno wnuczek, a sąsiad, pan K. wyjaśnił mi, że tzw. "pastuch", drut pod napięciem, którym grodzi się pastwiska, "kopie" bardzo nieprzyjemnie, ale nie jest w gruncie rzeczy groźny. Wczoraj takowym pastuchem oberwałam trzy albo cztery razy, nieostrożnie przechodząc pod drutem.

Pan K. to dawny pracownik i dyrektor PGR-ów. Rozbawił mnie dzisiaj historią, jak to ogrodził pastuchem pole, dla ochrony przed dzikami z lasu przylegającego do gruntu. Dziki początkowo respektowały granicę, ale wreszcie locha wpadła na rozwiązanie: brała rozpęd i z impetem wpadała na drut, przerywając go. A to dobre!

Jutro, albo jeszcze dziś zapewnię moją przyjaciółkę, że "pastuch", aczkolwiek niemiły, nie stanowi zagrożenia dla życia nawet dla drobiu. Jej sąsiad w ten sposób ogrodził swój teren, a przyjaciółka ma nieogrodzone podwórko i obawia się o swoje chodzące swobodnie ptactwo.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Przewrotnie

Życie przewrotnym, jak wiadomo, bywa.
Próbowaliśmy się spotkać ze znajomymi z zeszłorocznej hospitalizacji. Niestety, nie udało się, bo ta ma dzieci, ta zachorowała itp. Z garstki chętnych na spotkanie zostałam tylko ja i ulubiony kolega. Ponieważ kolegę lubię niezmiernie, nawet się skrycie ucieszyłam, że zostało nas tylko dwoje. Jednak nie chciałam wyrywać się przed szereg i milczałam, czekając, aż odniesie się do sytuacji. W końcu nie wytrzymałam i napisałam w internetowej grupie: "No i co z tym fantem zrobić?". Kolega zareagował natychmiast i... zaproponował przełożenie spotkania na inny termin. Honorowo nie przyznałam się do zawodu i napisałam, że może to i lepiej, bo jakaś jestem dzisiaj zmęczona.

Po pracy wybrałam się do szmateksu w celu nabycia jakiegoś paska do ubrań, bo stare są już zniszczone albo zupełnie nie pasują. Nie dość, że "ustrzeliłam" aż cztery, w oko wpadła jeszcze unikalna spódnica w hippisowskim stylu, różowe szerokie letnie portki, jasny cienki żakiet (a ja tak długo polowałam na taki!) i elegancka bluza. Z jednej strony ucieszyły mnie te zakupy, a z drugiej - byłam trochę zła, że złamałam swoje postanowienie niezaglądania do szmateksów przez cały sierpień. Ciuchów mam naprawdę nadmiar, niektórych nawet nie miałam kiedy wykorzystać.

Taka wypełniona mieszanymi uczuciami wracałam już do domu, gdy nagle naprzeciwko ujrzałam - wyżej wymienionego kolegę. Szedł z naszym wspólnym znajomym. Zatrzymałam się, by zamienić kilka słów. Niebawem znajomy nas pożegnał, a ja - koniec końców, wylądowałam na kawie z kolegą i to z jego inicjatywy. Pogawędka była jak zawsze bardzo zajmująca, mój towarzysz przepuścił chyba ze dwa pociągi do swojego miasteczka.

A to ci dopiero!

niedziela, 23 sierpnia 2026

Niedzielnie

Zaufać? Tak zatytułowałam ostatni post.

Właściwie - tak myślę - wszystko w życiu sprowadza się do tego krótkiego słowa. Robiąc swoje, po prostu ufać, że "płatki kwiatów sypią się w dół, jak trzeba". A mówiąc jeszcze prościej i dosadniej - co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak mawiają niektórzy moi starsi znajomi.

Przykłady można mnożyć, jak to szukał ktoś daleko, a znalazł tuż pod nosem.

Jak ważny jest spokój w tym naszych zwariowanych głowach.

Nieco bezładny ten wstęp, a wynikł z tego, że znowu życie mi pokazało: nie szalej, nie świruj, nie czekaj. Co ma być, przyjdzie, a jeśli nie - może tak właśnie jest najlepiej.

Mój znajomy jakiś ostatnio bardziej otwarty, a mnie z kolei z różnych stron i źródeł przyszła zachęta, by jednak wykazać więcej odwagi i inicjatywy, nie bać się... samej siebie. Przeto po dłuższych wahaniach pt. "Wypada - nie wypada", wysłałam wiadomość z pytaniem, co słychać, z krótką wzmianką o moich sprawach oraz o wspólnych znajomych. Reakcja była, nawet dość emocjonalna, bo na jedną towarzyską ploteczkę kolega odpowiedział, że jest w szoku, zupełnie podobnie jak ja. Dopisał, że pogadamy później, bo nie ma teraz czasu. Odpisałam: "jasne, nie ma sprawy", ale podskórnie czekałam... i nici z oczekiwań, odpowiedzi brak. Oczywiście liczyłam się z tym, więc przeszłam do porządku dziennego, ale widzę wyraźnie i nie pierwszy raz: drugi człowiek ma swoje granice i nic z tym nie zrobię. Jest po prostu, jak jest i nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakty. Mój znajomy jest uczciwym, wartościowym człowiekiem, ale ma swoje progi i ściany na drodze do innych ludzi.

Jeśli zaś chodzi o towarzyskie newsy, dotyczą one związku, który narodził się między naszymi wspólnyim znajomymi. Dla mnie to istny, zaskakujący mnie mezalians. Ona jest kobietą subtelną, kulturalną, wrażliwą. On - no cóż... Moim zdaniem cwaniaczek i manipulant. Wczorajsze spotkanie z nimi utwierdziło mnie w tym wrażeniu. Owszem, da się z nim "całkiem po ludzku" porozmawiać, więc trochę złagodziłam swój sąd oparty na pierwszym wrażenie, ono jednak okazuje się nie bezpodstawne. Z zainteresowaniem zawsze obserwuję ludzkie relacje, więc i tym razem jestem ciekawa, jak to się potoczy i jak długo potrwa. Koleżanka twierdzi, że przepracowała swoje schematy i psychologiczne mechanizmy, a jednak wydaje mi się, że daleko od nich nie uciekła i padła ofiarą własnej empatii. Może jednak się mylę, kto wie?

A u mnie spokojnie. Wstałam dosyć późno i snuję się po domu w negliżu. Na dłuższą metę tego stanu nie lubię. Jest piękna niedziela, wzywa z daleka las, rzeka, polne ścieżki za miastem. Nie chcę, by czas wolny przeciekł mi przez palce. Wezmę się zaraz za gotowanie ogórkowej na obiad, a potem wskakuję na rower :)

P.S. W piątek po dłuższej przerwie odwiedziłam "sektę". Odpuściłam swoje dawne oczekiwania, przyjęłam do wiadomości, że sekta to nie pogaduszki z przyjaciółką, ale pewna struktura i ramy. I to okazało się bardzo dobrym podejściem. Spotkanie wypełniły szczere rozmowy i cenne wglądy. Wróciłam bardzo usatysfakcjonowana i - o dziwo - z poczuciem duchowej wspólnoty.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Zaufać.

Dziś chłodniej - co za ulga! Jednak to chyba pogoda sprawiła, że energię mam cokolwiek niższą, ziewam i nie chce mi się za wiele robić. Na szczęście nie muszę, bo znowu nagotowałam na zapas, a i porządek względny mnie otacza. Jakoś mi jednak dziwnie bez tych wszystkich "muszę" i "powinnam". Jakoś tak sama nie wiem, czego chcę. Myślę, by wcześniej pójść spać, ale obawiam się, że obudzę się w środku nocy i nie będę mogła zasnąć. Minionej nocy też długo przewracałam się z boku na bok. Odzywa się też lęk, by nie wrócił depresyjny "zjazd", skoro odczuwam znużenie. Ale może nie, może to tylko strach ma wielkie oczy.

Wczoraj życie wyraźnie mi pokazało, że nie ma w nim próżni lub, że nie trwa ona długo.

Chociaż D. stanowczo mi się odechciało, tęskniłam za częstymi spotkaniami, towarzystwem. I wczoraj - co za traf! - zadzwoniła do mnie koleżanka poznana za pośrednictwem kolegi z hospitalizacji. Pogadałyśmy sporo czasu i czuję, że chyba mam nową koleżankę. Kolega podobno zachwalał, że byłabym dobrym towarzystwem dla niej, gdyż jesteśmy na podobnym etapie życia i sporo nas łączy. To miłe z jego strony. Wcześniej mówił mi, że ona mnie polubiła. To dla mnie znak, że biegowi rzeczy warto ufać.

sobota, 15 sierpnia 2026

Moja wyspa Bali

A tak mi się zachciało znowu przysiąść na chwilkę i utrwalić nastrój.
Nic się dziś nie dzieje, a tak mi dobrze, że po prostu muszę o tym napisać.

Ludzie wzdychają do wyspy Bali, często napotykam różne reklamy jej dotyczące, jakieś warsztaty terapeutyczne, wycieczki. A mnie przed moim domem dziś tak dobrze jak na wczasach pod palmami! Jestem taka zrelaksowana! Cudownie jest po prostu DOBRZE SIĘ CZUĆ, nie być zmęczoną, wykończoną, wyczerpaną. Rany! jak dobrze!

Obiad "sam" się dzisiaj przygotował. Uwielbiam poznany w internecie patent "na motyla". To sposób pieczenia kurczaka rozłożonego na płasko. Nacina się stworzenie na plecach wzdłuż kręgosłupa, a z przodu jednym solidnym ciosem gruchocze mu się kości. Tak spreparowane ptaszysko staje się płaskie i pięknie, na rumiano się piecze. Na blachę dorzuciłam młode kartofelki, których nawet nie obierałam, a jedynie porządnie oczyściłam. Przeszły smakiem kurczaka w przyprawach. Taki kurczak na motyla to maximum sukcesu kulinarnego przy minimum wysiłku. Do tego surówka z pomidorów "bawole serca", które dostałam od koleżanki - przepyszne!

Po tym obiadku delektuję się kolejną rozpoczętą książką: "Sześć tysięcy metrów prawdy". Jej autor, Marek Krauz był kiedyś gościem naszej biblioteki na spotkaniu autorskim. W książce opisuje swoją wyprawę w Himalaje. Nie jest to rewelacja literacka ani krajoznawcza, autor powierzchownie opisuje zwiedzane miejsca, mocno wdaje się w swoje dość oczywiste i nieco wyświechtane już dywagacje, jak to góry odkrywają w nas wewnętrzną prawdę i mierzą z potęgą natury. Napisane jednak jest to na przyzwoitym poziomie i jakąś tam przyjemność z lektury mam.

Idę znowu przed dom, z książką pod pachą, dopóki dzień trwa.

Obiadu wystarczy na jutro - hurra!

Ot, leci...

Ostatnio jakoś nie chciało mi się zaglądać do bloga. Wróciłam do pracy i mam mniej wolnego czasu. Dzisiaj też nie zamierzałam pisać, ale zajrzałam do Wodnikowej Panny, poczytałam, jak sobie trwa niespiesznie, po czym zachciało mi się jednak utrwalić kawałek własnego życia.

Moje życie też niespieszne, chociaż wiele spraw chciałabym jednak dopiąć na ostatni guzik... i na "chciałabym" kończę! Dwa kroki do przody, trzy do tyłu.

,Czuję się znakomicie, jeśli chodzi o nastrój. Kiedy nie rządzą mną "organiczne zaburzenia nastroju", niewiele - mam wrażenie - może mnie złamać. Mam mocne zasoby do radzenia sobie z przeciwnościami losu: refleksje przede wszystkim, wiedza nabyta z licznych rozmów i lektur, i nie tak małe już doświadczenie.
Mam zresztą teraz zupełnie dobre życie. Kłopoty zdrowotne - póki co - utrzymują się w ryzach, z pieniędzmi stabilnie i nie odczuwam braków, choć obiektywnie prowadzę skromne życie. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, nie potrzebuję "cudów na kiju".

Jeśli chodzi o funkcjonowanie pod wpływem farmakoterapii, wczoraj miałam okazję przekonać się o różnicach. Był dzień jakiś niżowy pomimo pięknej pogody (dlaczego piękną nazywa się tylko słoneczną aurę? Deszcz także bywa piękny!), sąsiad narzekał na ból kolana, a ja czułam senność. Zrezygnowałam z planowanego basenu, by wypoczywać sobie i zdrzemnąć się w domu. Jednak było to zupełnie co innego niż wtedy, gdy rządziła mną choroba. Wtedy był emocjonalny "zjazd", żal, pretensje do siebie i niezadowolenie. Wczoraj po prostu chciało mi się spać - kropka, bez podtekstów. Chcę jeszcze nauczyć się radzić sobie z tą sennością, gdy potrzebuję jednak być bardziej aktywna.

Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej czyli tzw. Zielnej. Wielkie święto w lokalnej parafii, której owa postać jest patronką. Kiedyś przyciągało mnóstwo ludzi, lecz od kilku, a może kilkunastu lat obserwuję malejące zainteresowanie - może dlatego, że niż demograficzny i dzieci mniej? Bo głównie najmłodszych cieszy odpust, rozstawione kramy z drewnianymi kogucikami, cukierkami-rybkami (rybki są iście kultowe, chociaż moim zdaniem dosyć mdłe i nieprzyjemnie szorstkie) i wszędobylską "chińszczyzną". Ja bez żalu odpuszczam dziś to lubiane skądinąd widowisko. Tyle razy już to widziałam...

Cóż jeszcze? Był w tym tygodniu Klub Pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego. Uczestniczę w tych spotkaniach, nawet jeśli nie wynoszę nic szczególnego. Wartością jest dla mnie, że jestem rozumiana, że kogoś obchodzę, że ktoś pyta, co u mnie i nie lekceważy. W kameralnej grupce czuję się otoczona przyjazną atmosferą i przyjęta taka, jaka jestem. A realnego wsparcia również doświadczyłam, dobrze mieć do niego dostęp.

Przy okazji zajrzałam na oddział dzienny, gdzie zostało jeszcze trochę znajomych z hospitalizacji. Personel trochę krzywo patrzy na wizyty obcych osób, bo może to działać deprymująco na innych pacjentów. Ośmieliłam się jednak naruszyć zasady. Pogadałam z kolegą i koleżanką, poczęstowano mnie obiadem, z którego ktoś zrezygnował. Wzbraniałam się początkowo, ale koleżanka przekonywała, że mogę jeść śmiało. Wielce zadowolona zabrałam się do pałaszowania, gdy pojawił się oddziałowy terapeuta, zastępujący chyba urlopowaną kierowniczkę, i wlepił mi solidny "paternoster". Należał mi się, nie protestowałam. Przeprosiłam i wyjaśniłam sytuację, znajomi też wzięli mnie w obronę. Speszyła mnie ta historia, ale koniec końców uśmialiśmy się z tego, gdy terapeuta opuścił salę.

Ot, i tak to leci...

Dzisiaj święto i leniuchowanie. Planów specjalnych nie mam, aczkolwiek w domu straszy i chcę trochę go uprzątnąć ;)

I wisienka na torcie: oswajam się z końmi na działce u siostry. Pogłaskalam bestie, a nawet przytuliłam się do jednej. Są cudownie spokojne i łagodne. Kochane.

PS. Korekta: Matki Bożej Zielnej to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, natomiast Matki Bożej Bolesnej wypada dokładnie za miesiąc. Wybaczcie pomyłkę. Jednak to właśnie Zielna jest wielkim świętem u naszych dominikanów.
Uświadomiła mi ten błąd AI. przy okazji dowiedziałam się, że w dziesiejszy dzień (i nie tylko) dominikanie śpiewają "Salve Regina". Z ciekawości wysłuchałam tej pieśni i okazało się, że dobrze ją znam... z pogrzebów.