Pisałam już kiedyś o tym, czy nie? Mam wrażenie, że gdzieś się to przewinęło.
Na neurochirurgii w pewnym momencie straciłam przytomność, po prostu wyłączyło mnie z życia, odcięło. Stan bardzo kojarzący mi się ze śmiercią...
Wcale nie straszny!
Niesamowity, zupełny, absolutny spokój. Ciiiisza. Brak bólu i wszelkich doznań poza tym bezbrzeżnym spokojem.
Śmierci po tym zdarzeniu nie przestałam się bać, ale lubię teraz żartować, że jest ona do przeżycia. Do przejścia, ot co.
Dziś na oddziale powiedziałam koleżance, że tak na pół godzinki umarłabym sobie z przyjemnością.
A sen to nie jest takie troszkę "umarnięcie"?
OdpowiedzUsuńZa mało :)
UsuńJednak rozwinę odpowiedź. Nawet sen nie daje takiego ukojenia, jakie czułam wtedy. We śnie też widzimy, słyszymy, odczuwamy. Tęsknię za takim absolutnym, bezbrzeżnym spokojem. Totalnym odpoczynkiem.
UsuńWiem, wiem, jak to brzmi...
Spokojnie, jeszcze wciąż mi się ten świat podoba.