Masz to, na co godzisz się - śpiewała Kasia Kowalska. Brzmi to jak truizm, a przecież - jak to truizmy - jest świętą prawdą.
Dzisiaj zwróciłam uwagę na rzeczone zjawisko. Jest przepiękny dzień, a ja na bank - jak mawiało się w mojej młodości - reaguję na pogodę i jestem od niej wręcz uzależniona. Więc o ile wczoraj przespałam pół dnia, o tyle dzisiaj czuję chęć na aktywność, spragniona jestem słońca i wiatru we włosach.
A co mi stoi na przeszkodzie, by z tego skorzystać? Głupie wyuczone schematy: przecież trzeba najpierw zrobić obiad, nastawić pranie, coś tam jeszcze... Gdy już to wszystko za mną, brakuje mi siły, czasu i zapału. Wniosek? Czasami naprawdę niech się pali, niech się wali, wybierzmy najpierw siebie, a reszta nie ucieknie. A czasami da się pójść na sensowny kompromis. Nastawiłam zatem zupę pomidorową, którą gotuje się szybko, a na resztę macham ręką. I pilnuję się, by nie próbować nadrobić wszystkiego w krótkim czasie, bo już wiem, jak bardzo "nerwówka" odziera mnie z sił.
No, mam uszkodzony, mniej wydolny system nerwowy niż "normalni" ludzie i nie ma co z tym walczyć. Akceptacja to najlepsze. co mogę sobie podarować. Czasami lepiej procentuje przerwa w pracy, gdy czuję niedogodności w ciele. A czuję, bo moje ciało też jest dosyć kapryśne.
Zupa więc się gotuje, a ja, ponieważ zmarzłam i ścierpły mi nogi (kłopoty z krążeniem też są moim udziałem), zaszyłam się na chwilę pod koc i nie marnując czasu, zaglądam do swojego blogowego zakątka.
Naczytałam się swego czasu o ruchu zero waste i propozycjach wykorzystywania kulinarnych resztek oraz odpadów. Lubię takie pomysłowe zabawy. Jednak po kilku eksperymentach odważę się powiedzieć: mocno przereklamowana i naciągana sprawa!
Bulion z obierek warzywnych zawsze wychodził mi gorzki i niesmaczny. Poczytałam stosowne porady i co się okazuje? Obierki muszą być niezwykle starannie wyselekcjonowane i po tejże selekcji - czasochłonnej przecież - pozostaje niewiele, musiałabym bardzo długo czekać, by zgromadzić wystarczającą porcję.
Czipsami z ziemniaczanych obierek popisywała się nawet Magda Gessler. Spróbowałam kilka razy i - zawsze, za przeproszeniem, sraczka.
Całe to zero waste to w dużej mierze sztuka dla sztuki, zawracanie gitary.
Aczkolwiek dziś, biorąc się do gotowania, stwierdziłam brak włoszczyzny w lodówce (tak to jest, jak się wcześniej nie sprawdzi). Sięgnęłam zatem do zamrażarki, gdzie trochę takich "zero waste" zamroziłam. Tym razem poratowałam się obierkami marchewki, mrożonymi liścmi pora, fragmentami cebuli. Dorzuciłam do wody ostrożnie, by nie zdominowały smaku... Odpukać, wychodzi to przyzwoicie. Zaraz machnę genialne kluseczki, których nauczyłam się od przyjaciółki: miesza się kaszę mannę z jajkiem i gdy stężeje, uciera się na tarce wprost do zupy. Przepyszne są! Miła to odmiana od ryżu.
To lecę do kuchni, bo nogi już odpoczęły i post się napisał :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz