poniedziałek, 4 maja 2026

Raport z codzienności

Wyżej uszu nie podskoczę, a własnej natury nie oszukam.

Niezły miałam dzień, jeśli chodzi o stabilność emocjonalną i zrealizowanie codziennych zadań, a jednak potrzebowałam się zmusić, kosztowało mnie to pewien wysiłek. Czuję w ciele zmęczenie nieadekwatne do wykonanej pracy. Chciałam mieć dzisiaj wieczór dla siebie, a niestety będzie to chyba wieczór... dla Morfeusza :)

Nie chciało mi się już otwierać bloga (blogu? jak to w końcu się odmienia? Muszę sprawdzić w wolnej chwili), ale zrobiłam to na prośbę koleżanki, która zauważyła, że jej nowe wpisy nie wyświetlają się u mnie. Podpowiedziała, jak temu zaradzić, więc naprawiłam usterkę. A skoro już tu jestem, dopiszę kilka słów.

Wczorajszy wypad do P. sprawił mi dużą przyjemność, o dziwo. Oczywiście zrobiłam to przede wszystkim dla przyjemności, nie spodziewałam się jednak, że aż tak dobrze i spokojnie będzie mi siedzieć na ławce i po prostu słuchać piosenek - ot, tak sobie być bez oczekiwań, wielkich filozofii i towarzystwa. Czułam to, co jest ostatnio dla mnie bardzo ważne - właśnie spokój i luz.
Do domu wróciłam pociągiem, nie tak znowu późno. Nieco się obawiałam drogi na dworzec, bo w P. mieści się on niemal na peryferiach i wieczorem droga do niego wydaje się nieprzyjemna. Dotarłam jednak bez żadnych niemiłych przygód, przy czym okazało się, że to wcale nie tak daleko. W końcu P. to miasteczko maleńkie.

A dzisiaj praca, potem dom. W pracy coraz bardziej doceniam moją kierowniczkę. Dobry i mądry z niej człowiek. Potrzebowałyśmy tylko trochę czasu, by się poznać i nauczyć właściwie odczytywać nasze zachowania i reakcje. Lubię ją i obym się nie zawiodła (ach, ta asekuracyjność! po prawie trzydziestu latach pracy chyba już za nikogo nie skoczę w ogień). W domu natomiast, a raczej przy domu kolejne dwa rządki działki zostały skopane i odchwaszczone. Niestety, po tygodniu walki z chwastami widzę, jak na początku "areału" przebijają się przez glebę kolejni nieproszeni goście.
Na obiad kolejne moje kulinarne odkrycie. Dahl z czerwonej soczewicy, danie o indyjskim rodowodzie, okazał się bardzo smaczny, choć prosty w przygotowaniu. Największym plusem jest prostota i szybkość przygotowania. Syn nieufnie odniósł się do tej kuchennej innowacji, ale myślę, że przekona go wersja z mięsem lub wędliną. Przygotowałam jeszcze wstępnie obiad na jutro, a naczynia dzisiaj myją "niewolnicy" czyli syn.

I nic specjalnego - ot, codzienność każdej pani domu, matki, czasem żony (mnie nie dotyczy), a jednak padam na nos.

Ale nawet udało mi się poczytać bardzo dobry "Żal po stracie" Ewy Woydyłło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz