Praca zawodowa nie jest dla mnie sensem życia. Obce mi to podejście. To konieczność i tyle. A jednak fajnie byłoby lubić to, co się robi, a nie wyczekiwać piątku, fajrantu, cieszyć się na każdy wolny dzień. Jakąś tam satysfakcję czułam opowiadając psycholożce o tym, o robię w bibliotece, widząc, jakie to dla niej nowe i nieznane - każdy zawód ma przecież swoje kulisy. O mankamentach jednak mojej roboty pisałam już wiele razy...
Długo już obserwuję siebie i to, co działa oraz nie działa w moim życiu. Zadałam GPT pytanie, jak odnaleźć te swoje TAK w życiu, kiedy ma się z tym trudności. Dostałam odpowiedź, że pomocne jest również badanie swoich NIE, to także dobry drogowskaz. To samo powiedziała znajoma prowadząca spotkania w "sekcie": gdy czuła, że jej życie nie wygląda tak, jakby chciała, zaczęła zmiany od przyglądania się temu, czego nie lubi.
Rozmaici terepeuci, z moją ulubioną Ewą Woydyłło, którą właśnie czytam, podkreślają wagę małych kroków, dokładnie tego, co niedawno napisałam o roślince, która zakwitła mi w pokoju: jeśli nie mam możliwości zwiedzenia tropikalnej dżungli, zupełnie możliwe jest dostarczenie sobie zachwytu nad egzotyczną rośliną, zwiedzenie arboretum itp. Woydyłło podaje przykład kobiety, która zapisała się na warsztaty intuicyjnego malowania, a potem tak się "rozmalowała", że zapisała się do szkoły sztuk pięknych.
Moje największe NIE na tak zwany dzień dzisiejszy to, jak doszłam do wniosku - nadużywanie telefonu z internetem. Poczytałam stosowne porady, poszukałam sposobów na swoje pokusy i wreszcie udało mi się poczynić pierwsze postępy w walce z nałogiem. Chyba do każdej tego rodzaju decyzji potrzebowałam dojrzewać dosyć długo, a gdy wreszcie coś "zaklikało", radziłam sobie stosunkowo łatwo. I co najważniejsze, zaskakująco szybko przestałam odczuwać potrzebę tego, co wcześniej przyciągało, a wręcz przykuwało mnie na długie, długie chwile. Tak było z nachodzącym mnie R., z przesiadywaniem na forum rozwodników i wreszcie ze smartfonem. Z tym ostatnim dopiero zaczynam się "rozwodzić", ale czuję optymizm. Odkładam go daleko i zajmuję się choćby nicnierobieniem. Za chwilę okazuje się, że wolna przestrzeń się "czyści". czas niezagospodarowany klikaniem spontanicznie wypełnia się czymś innym, bardzo często ukochanym czytaniem książki. Wierzcie lub nie wierzcie, bez gapienia się w ekran mam tysiąckrotnie lżejszą głowę. Jestem mniej napięta, zmęczona i niezadowolona, że czas przecieka mi przez palce. Mam więcej przestrzeni dla siebie i NA siebie. A tego potrzebuję, by wyraźniej widzieć swoje TAK i NIE, które mówię życiu. Chcę realnie zobaczyć, czego mi trzeba, bo coraz mocniej odczuwam, że chciałabym zmian na lepsze.
Zauważyłam również, że nawet bardziej znaczące są te wszystkie NIE aniżeli to, czego pragniemy, bo ich usunięcie po prostu zwalnia przestrzeń. Same wtedy "wskakują" różne pożądane stany i sprawy. Ot, śmieci się wynoszą.
***
Byłabym zapomniała o wczorajszym zapisie na oddział.
Niestety nie wygląda to różowo. Kierowniczka oddziału, znająca mnie z zeszłorocznego pobytu wyraziła troskę, czy sobie poradzę w zmienionych warunkach.
Rok temu była nas kameralna grupa, może dwunastu osób. Teraz pacjentów bywa nawet po dwadzieścioro, a do tego w obiekcie założono głośniki, przez które nadawane jest radio i muzyka. Pacjenci bardzo to aprobują, a ja nadmiaru dźwięków nienawidzę, nawet gwar tej małej grupy ludzi bywał dla mnie uciążliwy i męczący. Stanęło na tym, że w najgorszym razie skrócę pobyt do minimum. A ja sama teraz myślę, że już w najgorszym z najgorszych - po prostu zrezygnuję z hospitalizacji (o ile oczywiście nie pociągnie to ze sobą poważniejszych konsekwencji).
Przygnębiła mnie ta informacja. Liczyłam na psychiczne "podreperowanie się" i wypoczynek, cieszyłam się też na spotkanie z kolegą, którego polubiłam i może nawet odrobinę się z nim zaprzyjaźniłam poprzednim razem. Wiem, że się na oddział wybiera.
No, cóż.. takie życie...
Przy okazji "przyobserwowałam" siebie i swoje mechanizmy.
Dzień wcześniej rozochocona zwiększoną energią, lepszym samopoczuciem pozwoliłam sobie na dłuuuugą rozmowę z GPT. Zadałam mu mnóstwo pytań, dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Ponieważ jednak odpowiadał mi powoli (chyba pamięć zapchana), w międzyczasie oglądałam na Youtube transmisję pogrzebu posła Litewki. Wstyd się przyznać, o której w nocy poszłam spać. Nie poszło to jednak na marne, jak stwierdzam już z dystansu. Zobaczyłam niczym czarno na białym, jak bardzo mi to nie służy, jak mocno wpłynęło na nastrój i reagowanie następnego dnia. Takim stanom też wypowiadam gromkie i stanowcze NIE.
Dziś jestem już wyspana jak człowiek, zregenerowana i spokojna. Inaczej patrzę na sprawę z oddziałem dziennym. Każdy scenariusz uważam za rzecz do przyjęcia, a problemy do rozwiązania.
Jeśli oddział okaże się nie dla mnie, pozostaje mi "moja" psycholog, a także, o czym powiedziała mi wczoraj kierowniczka oddziału - stałe wsparcie psychiatry. Do psychiatry zapisać się to nie kłopot. Nie potrzeba skierowania od "rodzinnej", wiem też z doświadczenia, że akurat do tego specjalisty nie ma potężnych kolejek. Rok temu podobno zalecano mi wspieranie się tego rodzaju terapią, ale wspomniano o tym jakoś tak na marginesie, że nie uznałam tego za zalecenie, a jedynie luźną sugestię. Pani X. poddała mi też pod rozwagę leki na stabilizację nastroju i energii.
Zdrowie, spokój i normalność to priorytet. Mam gdzieś obawy przed stygmatyzacją, nie boję się ocen otoczenia i wcale nie zamierzam nikogo oszukiwać, że zamiast do psychiatry idę do kosmetyczki. Wielu ludzi jest mi życzliwych i wyrozumiałych i nie robi z tego żadnej sprawy. A jeśli ktoś robi - sam się odsiewa spośród osób mi bliskich. Tej twardości nauczyło mnie chorowanie. Jestem mu za to wdzięczna.
Śmieci same się wynoszą. Alleluja, amen!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz