Huśtawka taka (emocjonalna!), że kołowacizny można dostać. Od nadziei i niemal euforii, że udało się nawiązać rozmowę, kontakt pomimo słuchowej niepełnosprawności, po - tu się psychologicznie powymądrzam, a co! - dysforię, że wytężam słuch, rozpaczliwie reguluję aparaty, a i tak nic to nie daje, gdy interlokutor cichutki. Mam wrażenie, że słuch jednak mi się pogorszył w porównaniu z zeszłym rokiem. Boję się, że w końcu zupełnie przestanę słyszeć.
Wczoraj miałam taki dobry, pełen nadziei i energii dzień, aż żałuję, że go nie opisałam. Odbyłam cudowny spacer wśród natury, wróżyłam sobie z kukania kukułek i chyba nawet udało mi się je zobaczyć w locie (a kukułkę niełatwo zaobserwować), zachwycałam się obsypanymi białym kwieciem akacjami i kaliną. Dziś, dla odmiany mam gwałtowny "zjazd". Istny rollercoaster.
Nie mam jakoś odwagi absorbować kierowniczki oddziału, ale chyba ogromnie potrzebuję z nią porozmawiać: czy aby nie tracę czasu na tym oddziale? Nie chcę przecież wrócić do pracy zupełnie wykończona psychicznie. Miałam odpocząć, a wręcz się na oddziale dobijam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz