Dzień upłynął spokojnie, bez niepotrzebnych napinek - tak jak lubię. Coś zrobiłam, coś odpuściłam, a za priorytet uznałam swoje dobre samopoczucie.
Wróciłam do równowagi psychicznej i trzeźwego myślenia. Nie zepsuła mi humoru nawet mała scysja z sąsiadką K-ową.
K-owa trzyma przed domem niektóre swoje drobiazgi jak np. stare buty na działkę czy miotłę, jakieś dywaniki itp. Nic przeciwko temu ani do tego nie mam, to jej sprawa. Jednak miejsca jej za mało, wciąż miałam ustawione coś na "mojej połowie". Pod krzesłem przy moim stoliku znajdowałam puszki z petami po papierosach, rozdeptane kapcie itp. Niby nic specjalnie szkodliwego, ale lekko mnie irytowało, że nawet nie pytają mnie, czy można. Mimo niezadowolenia uznawałam, że nie ma o co się handryczyć i odkładałam reakcję na bardziej dogodny moment. Przyznaję, że po prostu nie chciało mi się sprzątać, więc póki nic nie robiłam, tolerowałam cudze szpargały.
O dziwo, sytuacja zaczęła koleć w oczy drugą sąsiadkę - T-ową. Zapytała mnie kiedyś, dlaczego nic powiem T-owej. Poinformowała mnie, że K-owej mało własnego kawałka przed domem, ma zakusy na mój, bo ja rzekomo zajmuję największy fragment.
Taaaaa...! Tyle że moje środkowe mieszkanie pozbawia mnie dostępu do bocznych ścian, które sąsiadki mogą sobie zagospodarować, nie uważam więc, by pani K. działa się krzywda.
Raczyłam jej to dzisiaj powiedzieć, bo nadarzyła się sposobność. Nie chciałam rozgrywać tego w konfliktowy sposób, ale niestety nie udało mi się inaczej. Przyznaję, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by najpierw poprosić uprzejmie panią K. o zabranie swoich manatków z przynależnej mi przestrzeni. Bez pytania przesunęłam je na "jej" stronę, na co się oburzyła, zarzuciła mi, że wyrzuciłam jakieś jej dywaniki (nie było żadnych dywaników!) i zapytała, kiedy "u siebie" pozamiatam. Odpowiedziałam, już złośliwie, że zrobię to, gdy mi przyjdzie ochota i że mnie jej śmieci nie interesują.
Ot, prawie jak Kargul i Pawlak o miedzę!
Straciłam chyba sąsiedzką sympatię. Trudno. Miło wspominam pierwsze ciepłe pory roku przegadane przed domem, ale te miłe chwile miały swoją cenę braku prywatności (pamiętne nieprzyjemne plotki pod oknem zasłyszane przez mojego syna) oraz presję wdzięczności za to, że, na przykład sąsiadka nieproszona podszyła mi obrus na podokienny stół.
Niestety, to, że ktoś był dla mnie miły, nie zobowiązuje mnie do znoszenia,, gdy ktoś włazi mi na głowę. Niech już będzie mniej miło, ale i mniej inwazyjnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz