Obudziłam się dzisiaj bez większego przymusu. Z rozsądku ukróciłam wieczorne rozhowory z przyjaciółką i to zaprocentowało.
Swoją drogą - bo lubię dygresje - co za ładne słowo mi się przypomniało. Te rozhowory... Lubię bogactwo naszego języka i rozkoszowanie się nim.
Po przebudzeniu czułam jednak, że każda moja komórka prosi o sen i nie ma ochoty brać się do galopu. Już planując wycieczkę czułam lekkie powątpiewanie, czy na pewno mi na niej zależy. Roztocze jest mi bliskie, o czym wspominałam, jednak to akurat zwiedzanie ma raczej "miastowy" charakter, a ja wolę przyrodę, lasy, pagórki i malownicze dzieła natury. Swoją drogą - znów dygresja! - łączy mnie to z moim rodzeństwem, o czym niedawno przekonałam się w rozmowach. Nasze dzieci już niekoniecznie i nawet żartowałam, że one chyba nie nasze.
Przeczytałam też wczoraj, że pod koniec miesiąca szykuje się wycieczka w Bieszczady i poczułam, że ta "woła" mnie głośniej. Powołując się na powiedzonko mojej Mamy stwierdziłam, że Roztocze tym razem sobie daruję. Napisałam do kolegi, by przekazał to organizatorom, trochę "naściemniałam", że źle się czuję, co zresztą poniekąd jest prawdą.
A Mama mawiała: z jedną d...ą na dwa targi nie jadą, Miała wiele takich charakterystycznych powiedzonek.
Wybieram zatem w maju Bieszczady. Oprócz ograniczonych zasobów energii, mam też na względzie własny portfel.
Dzisiaj zostaję w domu i zamierzam spędzić ten dzień spokojnie i w miłej melancholii - jak ta pogoda za oknem, która zachęca do wyciszenia i zatrzymania się w biegu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz