wtorek, 5 maja 2026

Wtorkowe nowinki

Słowo stało się ciałem: w czwartek maszeruję na oddział dzienny psychiatryczny. Podzieliłam się dzisiaj swoimi rozterkami co do sensu tej hospitalizacji i pani doktor zachęciła mnie, bym jednak spróbowała i w najgorszym razie będę mogła wypisać się na własne życzenie. Nie grożą za to żadne sankcje.

Dziś w pracy dzień był bardzo trudny. Ciężko było mi się skoncentrować, myśli uciekały i z wielkim trudem opanowywałam rozkojarzenie. Umęczyłam się setnie. Mam za swoje, co tu kryć, bo dzisiejszej nocy pozwoliłam sobie na bardzo długą telefoniczną rozmowę z przyjaciółką. Spać poszłam przed pierwszą i długo nie mogłam zasnąć. Serio muszę zadbać o siebie i postawić granicę takim ekscesom. Przyjaciółka nie pracuje, więc jej czas jest bardzo elastyczny. Ja w pracy muszę trzymać pion i poziom.
Od roku łaskawie nam panująca dyrektorka nie jest osobą lubianą, ci którzy z powodu obowiązków są z nią bliżej ode mnie, bardzo na nią narzekają. Dziś podobno stwierdziła, że w innych bibliotekach zatrudnionych jest mniej osób, a lepiej sobie radzą. Nie bierze tylko pod uwagę, że podała przykład mniejszych bibliotek, w mniejszych miasteczkach.
Ponoć i do mnie miała zastrzeżenia, że przez moją niepełnosprawność i przysługujący mi krótszy dzień pracy "uciekają" godziny, w których mogłoby być zrobione coś więcej. Och, ty zgago jedna! Mam ci przypomnieć, jak wpadałaś na czterdziestominutowe plotki do naszego działu? Aleś zważniała na tym dyrektorskim stołku! Nasza do niedawna równa nam koleżanka zawsze była ważniaczką nie grzeszącą intelektem, ale o niewątpliwej przebojowości. No i tak zwanych plecach, bo mężuś na stanowisku... Teraz dopiero pokazuje, kim to nie jest.

Była kiedyś u nas pracownica, która tuż przed emeryturą mawiała w trudnych chwilach, że do tego wyczekiwanego momentu "to i z jeżem w betoniarce wytrzyma". Mnie też w najgorszym razie pozostanie wyjście awaryjne za trzy lata. Jakże krzepiąca to myśl.

Wróciłam dziś bardzo zmęczona, wyczuwam nadchodzącą zmianę pogody i deszcz. Już wczoraj dawało mi się to we znaki, ale dzisiejszy brak snu spotęgował złe samopoczucie. Dałam sobie spokój z domowymi pracami, machnęłam ręką na kopanie ostatniego rządka działki. Przespałam się, poleżałam, a pod wieczór wyszłam przed dom poczytać książkę. Ewę Woydyłło już skończyłam, a teraz wróciłam do rozpoczętej wcześniej motywacyjnej autobiografii Nicka Vujicica: "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Książka, Bogiem a prawdą, taka sobie, oczywista, ale przez sam fakt niezwykłości bohatera przykuwająca uwagę. W międzyczasie pogawędziłam z sąsiadkami, a teraz kontynuuję lekturę w łóżku. Zrobiłam sobie tylko przerwę na blogopisanie.

Potrzebowałam takiego leniwego popołudnia na regenerację. Badam te swoje stany, to swoje funkcjonowanie ; z całą pewnością nie oskarżę się o lenistwo, jestem aktywną osobą, ale ta aktywność, ciekawość, chęć działania ograniczona jest kaprysami mojego organizmu. Nie, nie wymyśliłam ich sobie, chociaż czasami się o to oskarżam. Mam spory kłopot z zaakceptowaniem ich.

Co zaś do sąsiadów, chyba na dobre nam wyszły konflikty sprzed ostatniej zimy. Mniej teraz przesiadują pod moimi oknami. K.-owie przenieśli stolik i krzesła na tył domu, z widokiem na swój ogródek. Tam sobie mogą plotkować o mnie bez obaw, że usłyszę ja lub mój syn. T-owie siłą rzeczy nie mają już towarzystwa do podokiennych ploteczek, więc też więcej przebywają w innych miejscach. I dobrze, bo chociaż te wspólne wieczory przy stoliku miały spory urok, miewały też niemiłe konsekwencje. A i czasu zabierały sporo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz