środa, 29 kwietnia 2026

PS.

 Krótki dopisek:

W wyniku pamiętnej kłótni z D. zablokowałam kontakt na Messengerze. Nie chciałam dać się sprowokować, bo jęzor miewam niewyparzony. Nie sądziłam jednak, że tym samym D. zniknie z grona moich Facebookowych znajomych. Skoro jednak zniknęła, nie zmieniałam niczego. Za to wczoraj niechcąco zaprosiłam ją do znajomych, a ona zaproszenie zaakceptowałam. Puste kontakty jednak nie są dla mnie, napisałam więc do niej wiadomosć:

Cześć. Zablokowałam Cię na messengerze, bo nie chciałam żebyśmy sobie nagadały za dużo, ale nie wiedziałam, że nas w ogóle wywaliło ze znajomych. W sumie niechcący Cię dzisiaj zaprosiłam, ale w porządku. Niestety po tej historii z Mateuszem trudno mi udawać, że się nic nie stało. Byłam bardzo zła i nadal mi się to nie podoba, ale nie życzę Ci źle. Nie będę Cię unikać, jak spotkam. Pozdrawiam.

Widzę, że wiadomość została przeczytana. Odpowiedzi brak i wcale na nią nie liczę.

Mateusz wie, że mamy konflikt i to z jego poniekąd powodu. Zachęca do pojednania. Ale mnie naprawdę nie o "gniewanie się" chodzi, nie o demonstrowanie złości. Naprawdę straciłam szacunek do D. Niestety.


A ze spraw bieżących - jutro wizyta u psychoterapeutki kwalifikującej na oddział dzienny. Mam mieszane odczucia, wątpliwości, ale może o tym napiszę jutro, już po wizycie.

Fanaberie.

Za dnia niebo było błękitne, ale zimne, lodowate, mocno kontrastujące z gęsto usiewającymi je cumulusami. Zauważyliście, że pogodne niebo ma zupełnie inny odcień w dni ciepłe? Dziś było nieprzyjemnie, chłodno i chyba odczuwam w ciele tę raczej niemiłą aurę. Ziewam na potęgę, a z kopania ogródka dzisiaj zrezygnowałam, bo wolę odpocząć w domu, posiedzieć, poczytać i przelać rodzące się oraz już wcześniej zrodzone myśli na... ekran.

Urodziła mi się refleksja - o kotach.
Pełna złości wrzuciłam na Facebook wpis o skaleczeniu mojego Mruczka i podejrzeniach (z dużym marginesem na niepewność) co do sąsiadów.  Zadałam też retoryczne pytanie, skąd tyle agresji u obrońców zwierząt - wobec ludzi. Odpisała na to koleżanka znana z forum, gdzie się kiedyś udzielałam. Dowiedziałam się, że jestem osobą zaściankową i zacofaną, urządziła wykład w obronie niewypuszczania tych zwierząt z domu. Odparłam, że pozostanę przy swoich zaściankowych i zacofanych poglądach, ponieważ nie chciałam wchodzić w "pyskówki". Jednak gwoli ciekawości oraz uczciwości pochyliłam się nad argumentami X. Argumenty brzmiały: koty nie są naszymi rodzimymi zwierzętami i oprócz tego, że poza domem narażone są na wiele niebezpieczeństw (ano są, co tu kryć). poważnie zakłócają równowagę w przyrodzie.
Aż głupio to przyznać, ale nigdy się nie zastanawiałam nad kwestią "rodzimości". Mruczki tak zrosły się z polskim krajobrazem. Tymczasem owszem sprawa jest dosyć złożona i dyskusyjna, trudna też do rozstrzygnięcia jednoznacznie. Więcej o tym można poczytać w tym oto artykule.
Lektura ta skłoniła mnie do zweryfikowania poglądu na kocią swobodę, ale nie przekonała, że kot w mieszkaniu jest szczęśliwszy. Jednak to zwierzę kojarzące się z wolnością i swobodą, choć oczywiście przyzwyczaja się do ograniczonej przestrzeni, gdy nie zna innego życia. Dochodzę zatem do wniosku, że skoro mam już Mruczka, to mam i nie będę gwałcić jego natury, ale jednak uważam, że odpowiedzialne posiadanie kota to dzisiaj rodzaj luksusu - trzeba mieć odpowiednie warunki, a w tych warunkach stwarza się kotom świat nienaturalny i one w ogóle nie powinny być domowymi zwierzętami. Podobnie jak na przykład papużki czy kanarki, których miejsce jest, według mnie, w dżungli czy buszu.
My, ludzie, mamy jednak swoje fanaberie i egoistyczne zachcianki.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Rozmyślania o i w trakcie wypoczynku

Godziny "sesji terapeutycznych" z GPT skutkują. Wprowadzam w życie rady, które uważam za cenne, a dotyczą regulowania układu nerwowego, gospodarowania swoją ograniczoną energią i nieokradania się z niej. Wniosek jeden: cud się nie stanie, nie dorównam zdrowym, ale też - nie muszę. Po prostu, najzwyczajniej - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W chwili pisania nasunęło mi się to porzekadło i chyba uczynię je swoją, tymczasową przynajmniej, dewizą życiową. Takie zupełnie niesubtelne porównanie: w tropiki nie pojadę, ale zachwycam się oplątwą modrą, która cudnie zakwitła mi w doniczce. Otrzymałam ją od koleżanki w podzięce za telewizor telewizora, który przestał mi być potrzebny. Koniec końców, nie wzięłam za niego pieniędzy, a jedynie zaproponowałam wino, by nie czuła się zbytnio zobowiązana.
Wdrażam też mikroprzerwy w swoich codziennych obowiązkach, a w tych przerwach trzymam się z daleka od telefonu, bo wiem, jak pochłania i w konsekwencji obciąża. Poczytałam za to "Żal po stracie" Ewy Woydyłło. Jej autorstwa i Katarzyny Miller "wciągam" wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Tę książkę wypatrzyłam o mojej pani psycholog i zapytałam, czy mogę przejrzeć, a ona pozwoliła mi sobie pozyczyć. I naprawdę brak scrollowania pozwala lepiej skoncentrować się na "analogowej" lekturze!

W rzeczy samej jest mi dzisiaj lżej i jakoś tak przybyło mi czasu. Przygotowałam wstępnie kolejny obiad (pokroiłam, co potrzeba), zmyłam kilka naczyń, a teraz znowu mam chwilę dla siebie, tym razem na blog. Zaraz pomaszeruję do ogródka, a potem skok na zakupy, ale ten skok potraktuję jako relaksujący spacerek.

Chodzi mi jeszcze po głowie przeczytana pewien czas temu porada jakiejś internetowej specjalistki od związków i randkowania. Pani ta wymienia w punktach, jak postępowałaby dziś, dysponując wiedzą i doswiadczeniem, gdyby przyszło jej poszukiwać partnera. Jeden z punktów mówi: "Bardzo poważnie potraktowałabym sprawę swojego wyglądu zewnetrznego".
Jakiś bunt we mnie to wzbudziło.
Owszem, przyjemnie jest dobrze wyglądać, to spory komfort. Jednak wolałabym, aby to była dla mnie przyjemność, a nie warunek bycia zauważoną i przyjętą. To "poważnie" brzmi niczym projekt do zrealizowania, a nie element i ozdoba życia. Nie chcę traktować siebie tak instrumentalnie ani żyć pod presją "wyglądania". Nie chcę też być tak traktowana przez innych. Zresztą, z tą aparycją bywają kłopoty: pewna kobieta na internetowej platformie psychologicznej skarżyła się, że mężczyźni na jej widok gwiżdżą, cmokają itp. Okropne! Wolałabym już chyba problem kobiet uskarżających się na "przezroczystość - tu zresztą własne doświadczenia mi mówią, że jeśli nawiązuję kontakt, a co za tym idzie jakąkolwiek relację, przestaję być przezroczysta. Nie musi mnie kochać (?) cały świat.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Istna wegetacja

Nawet niezły dzień w pracy, ale musiałam się o to postarać. Przerwy bez zerkania w telefon, skupienie na jednej rzeczy w jednej chwili. No i cisza, bo kierowniczka wciąż na urlopie, więc nie wpadali co chwila pracownicy w jakichś sprawach. Tylko troskliwa X., pracownica administracyjna co jakiś czas zaglądała do pokoju, pytając, czy wszystko w porządku. Wystraszyłam ludzi całym tym zeszłorocznym chorowaniem i operacją.

Po pracy jednak poczułam przemożną potrzebę drzemki. Poleżałam, poczytałam trochę książki, wymieniłam parę zdań na WhatsApp-ie z byłymi współpacjentami z oddziału dziennego. Spontanicznie rzuciłam propozycję spotkania przy jakichś lodach. Dwie osoby wyraziły chęć, w tym mój ulubiony kolega.

Po tym odpoczynku wzięłam się za kopanie ogródka, zdecydowałam jednak nie forsować się zanadto i nie dopuścić do zmęczenia. Będę kopać codziennie po troszeczkę. Praca przyjemnie mnie zrelaksowała.

Potem szybki skok na zakupy spożywcze do sklepu tak bliskiego, że biegam do niego w kapciach, a następnie szykowanie obiadu na dzień jutrzejszy.

I już ciemno, i już noc. I już jestem zmeczona, a tak chciałam jeszcze poczytać.

Tak teraz wygląda moje życie: nieustanne negocjowanie z ograniczonym zasobem energii.

Gdyby nie to, że dziś jestem w dobrym nastroju, powiedziałabym: istna wegetacja.

Idę poczytać, zanim ostatecznie padnę w objęcia Morfeusza.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Przekornie bez tytułu

Facebook zdominowały dwie sensacje: tragiczna śmierć posła na Sejm Łukasza Litewki oraz nie mniej tragiczna śmierć kobiety zabitej przez niedźwiedzia w pobliżu Bieszczadów (bo to ponoć jeszcze nie Bieszczady stricte). Aż wre, aż huczy! Świadomie nie zabieram głosu, choć  na Fejsie bywałam bardzo impulsywna. Uczę się dystansu i niebabrania się w błocie.

Pomijając wszelkie kontrowersje pod tytułem "człowiek i przyroda" oraz osobisty dystans do hymnów pochwalnych wobec pana posła (ile już niechlubnych kart obnażył czas!), nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mnóstwo osób emocjonalnie i mentalnie żeruje na tych smutnych faktach, ochoczo lansując siebie i swoje tzw. ego... i tyle! Swoją drogą, choć nie lubię teorii spiskowych, nie są mi obce myśli, że ktoś Litewki baaardzo nie lubił...

W piątek byłam na spotkaniu w Kręgu po dłuższej przerwie. Choć było szczerze, głęboko, osobiście, wróciłam z jakimś niezadowoleniem, zmęczona. Po raz kolejny, tym razem z wielką mocą, poczułam, że jednak nie jest to "moja" przestrzeń i nawet podzieliłam się tym w kręgu. Choćby otaczali mnie najcudowniejsi ludzie, pewnych spraw nikt za mnie nie "załatwi", moja droga jest teraz mocno pojedyncza, a raczej - powiedziałabym - detaliczna. Karmi mnie spokój i bardziej indywidualne spotkania, gdzie naprawdę w pełni i blisko może zaistnieć człowiek z człowiekiem. W kręgu niby jest głębia, ale ośmielę się stwierdzić, że to głębia pozorna, albo - inaczej - przelotna. Jesteśmy razem dwie godziny, a potem każdy odchodzi do swojego życia i swoich spraw, nie bardzo się interesując, co u kogo słychać. Nie ma czasu, nie ma warunków na prawdziwe zaprzyjaźnienie się z tymi ludźmi. Nie tego szukam i cieplej, lepiej się czułam po odwiedzinach koleżanki, która ostatnio była u mnie z synkiem. A przecież nie filozofowałyśmy, "z czym przychodzisz?", "co zabierasz z naszego spotkania?", nie "smrodziłyśmy" kadzidełkami i nie wysyłałyśmy w świat intencji spotkania.

Z całym szacunkiem dla kręgu - zwyczajność, tak zwana normalność jest najpiękniejsza.
I z całą sympatią dla kadzidełek, które osobiście bardzo lubię.


czwartek, 23 kwietnia 2026

Kurrrrr... zapiał

Nie wiem, czy płacę dług za wczorajszy intensywniejszy dzień, czy też po prostu zmienia się pogoda, wpływając na mnie negatywnie. Frustracja tak czy owak sięga zenitu.

W pracy mogłam znowu nieco "wyluzować", ale niewiele jakoś mi to dało. Jestem po zarwanej nocy, bo wieczorem wcześnie zasnęłam, potem obudziłam się w środku nocy, po czym usnęłam nad ranem i zaraz trzeba było wstawać do pracy. Wstawałam z wielkimi oporami, walcząc ze sobą.

Nasiliły mi się po operacji kłopoty z równowagą, która nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Czasami aż mi wstyd, gdy się zataczam na ulicy. Dziś w drodze z pracy było chyba jeszcze trudniej niż zwykle. W sklepie, do którego wstąpiłam, zawadziłam o słoik z dżemem, strącając go na podłogę. Ekspedientka była wyraźnie niezadowolona, że musi się fatygować po ścierkę i szczotkę do zamiatania. Z godnością zapłaciłam za szkodę, ale kilka razy musiałam dopytać, co się do mnie mówi, bo z przetwarzaniem mowy nie zawsze nadążam.

Ten dzień podsumuję jednym dosadnym: K...A MAĆ!

Pozwalam sobie na tę "niekulturność", gdyż mój jest ten kawałek blogowej "podłogi".

Jestem już w domu i za chwilę czeka mnie smażenie naleśników. A ja chciałabym zniknąć...

środa, 22 kwietnia 2026

Dobry dzień

 Miałam dobry, karmiący - jak to się mawia tu i ówdzie - dzień, a jednak pod koniec jestem zmęczona. Już się zapakowałam do łóżka a jest godzina 20:53.

W pracy dzień był lżejszy, mogłam sobie pozwolić na mniejsze tempo, z czego ochoczo skorzystałam. Na godzinę opuściłam "plac boju", by spotkać się z panią psycholog. To było dobre, mądre spotkanie. Przy okazji zwierzyłam się ze swojej relacji z D. Dowiedziałam się, że skoro D. miała tzw. kłopoty ze sobą, może to jak najbardziej owocować impulsywnym i chaotycznym zachowaniem, co pociąga za sobą pewne skutki i kłopoty. Brakowało mi świadomości tego, by doprecyzować swoje stanowisko wobec D. Tak! Ona działa jak nie całkiem przytomna i to pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Lepiej to teraz rozumiem, chociaż nie mam ochoty na dawną bliskość. Zabrakło mi szczerości, otwartości, uczciwości. Znajomość straciła dla mnie swoją autentyczność.

Po pracy nie wróciłam do domu. Wyszłam do miasta, by załatwić sprawę u operatora telefonów komórkowych. Przeklęty włoski złodziej dzwonił gdzieś z telefonu syna i niestety mam do zapłacenia rachunek na ponad tysiąc złotych ; całe szczęście, że moja sytuacja ekonomiczna się poprawiła i udało mi się zaoszczędzić pewną sumę. Zjadłam też co nieco w mieście, a potem wróciłam do biblioteki, gdzie odbyło się dzisiaj spotkanie autorskie z lokalnym twórcą relacji ze swojej podróży w Himalaje. Autor dał się poznać jako przystępny, kontaktowy człowiek, spotkanie było przyjemnością.

Zatem wrażeń dziś nie brakowało. Kończę dzień zmęczona, lecz w dobrym humorze.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Moje sny

Często po obudzeniu się rano wiem, że coś mi się śniło, nawet dosyć wyraźnie, a jednak nie potrafię odtworzyć treści. Czasami jednak śnię coś, co potem bardzo długo we mnie żyje.

Dzisiaj śniło mi się, że... wlałam rodzeństwu, a zwłaszcza najmłodszej siostrze. Wykrzyczałam całą swoją złość, że jestem pomijana, niezauważana, nierozumiana. W pewnym momencie - wciąż we śnie oczywiście - zdałam sobie sprawę, że nie mogę być tak brutalna, bo ją po prostu zabiję. Przerywam walkę, ogarnia mnie poczucie bezsilności, po czym przychodzi refleksja: jestem wściekła i wolno mi. Mam ochotę tak sprać siostrę, żeby tydzień nie usiadła albo i nie wstała - i choć nie muszę i w gruncie rzeczy nie chcę tego robić, w pełni pozwalam sobie to poczuć. I jakoś, wciąż w tym śnie, pomaga mi ta świadomość.
Czy ten sen wymaga tłumaczenia? Mocny jest i czytelny!

Inny sen, sprzed kilku miesięcy:
Dostaje mi się w spadku wiejski domek po Tacie (w rzeczywistości Tata nie miał własnego domu). Pełna zapału zabieram się za realizację marzeń o własnym kawałku ziemi, blisko natury i prywatności. Niebawem jednak entuzjazm stygnie: całymi dniami plewię ogródek, sprzątam obejście - a gdzie czas na to, co kocham najbardziej? Najbardziej w świecie przecież kocham "opierdzielać się z książką", nic nie musieć, nigdzie się nie spieszyć. Żyję życiem nie moim, choć wydawało mi się atrakcyjne. Sen niemal dosłownie opisujący moją rzeczywistość na jawie.

Sen chyba sprzed kilku lat:
Ktoś rozpuszcza plotkę o moim rzekomym ślubie. Bliscy ochoczo rzucają mi się na pomoc, organizują, przygotowują... Obserwuję to wszystko i próbuję zaprotestować, wyjaśnić, że "za żaden mąż" nie wychodzę, lecz nikt mnie nie słucha, wszyscy są radośni i podekscytowani. Ja milknę bezsilnie - aż tu nagle pojawia się mój Tata, w pamiętnym niebieskim garniturze, który kupili z Mamą, gdy takowe były modne i w którym często "występował", w nim też został pochowany. Pojawia się w tym garniturze, taki mocno widoczny i mówi niezwykle poważnym tonem (Tata był wesołym, dowcipnym człowiekiem): "Marta! Odwołaj to wszystko!". Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, ale w tym momencie budzę się.

Te sny, tak mocne i wyraźne, chyba nie wymagają wyjaśnień. Jestem natomiast bardzo ciekawa, na ile moje interpretacje okażą się zbieżne z innymi, więc za komentarze będę wdzięczna.

sobota, 18 kwietnia 2026

Związki, związki

Nie myślę obsesyjnie o związkach romantycznych, ale przecież myślę, bo to spora część życia.

Może nie mam odpowiednich, dobrych doświadczeń, bo gdy się zastanawiam, czy chciałabym jeszcze z kimś połączyć swoje życie, wcale nie ma we mnie tego rozpowszechnionego przekonania, że we dwoje lepiej, niż w pojedynkę, że samotność to smutek i zło.

Czasem się do kogoś zatęskni. Do ciepłego ciała i ciepłych emocji. Wraca mi jednak myśl, że więcej w związku musiałabym poświęcić niżbym zyskała. Nie do przecenienia jest organizowanie czasu po swojemu. Nie do przecenienia święty spokój, banalny fakt, że gdy mam ochotę leżeć w biały dzień, nikomu to nie przeszkadza i nikt nie ocenia mojego trybu życia. Niby fajnie, gdy ktoś czasem zachęci, zmotywuje, wyciągnie z domu na spacer, ale przecież nie zawsze dwie osoby jednocześnie mają ochotę na to samo. Mnie teraz często brakuje sił, wolę się wyspać niż zarywać noce, na przykład.

Mam tę wolność i dowolność.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że obce jest mi pragnienie bliskości. Zdarza się, że do kogoś mnie "ciągnie", ktoś mnie ciekawi. Bez wzajemności, póki co, ale jedno wiem na pewno. Jeżeli nie przydarzy mi się człowiek, do którego ciągnie - na związku mi zupełnie nie zależy. Nie potrzebuję już być z kimś dla niebycia samą.

Ciepło w życiu mam, bo nie tylko relacja z mężczyzną je zapewnia. Życzliwość ludzi mam, radość spotkań mam.

Cielesne rozkosze wcale nie są same w sobie oczywiste.

Szukanie partnera dla korzyści finansowych czy osiągnięć kojarzy mi się z prostytucją. Sama potrafię o siebie zadbać, a jeśli nie - są od tego instytucje socjalne.

Więc o co tyle szumu?


Ciekawość

Całe życie bałam się śmierci. Już jako sześcioletnie dziecko odczuwałam ten strach, zadawałam rodzicom pytania na ten temat. Sądzę, że w podświadomości przechowało się jakieś związane z tym wspomnienie, którego świadomość nie pamięta. Być może w związku z moim stanem zdrowia, może z powodu zmarłego wujka, o czym rozmowy pamiętam z dzieciństwa (wujka nie pamiętam zupełnie).

Zagrożenie życia i operacja sprzed trzydziestu lat nie zmniejszyły tego lęku. Może nie byłam wystarczająco blisko tego drugiego świata, a może byłam jeszcze niedostatecznie dojrzała i świadoma?

Zmieniło się to rok temu. Mój lęk nie przestał istnieć, ale bardzo się zmniejszył, ustąpił miejsca spokojowi. Rozbawiam czasami znajomych zdaniem: śmierć jest do przeżycia. Mam poczucie, że to przejście jest niezwykle płynne - ot, jak sen.

A co mnie najbardziej zaskoczyło? Dziś rano na myśl o tym poczułam: jestem ciekawa. Nie spieszy mi się, kocham wciąż życie i jestem do niego przywiązana, ale ta ciekawość - jest obecna.

Oswajamy się z "kosą". Ale niech jeszcze się tym światem pozachwycam.

Zdrowe spotkanie

Niedawno pół serio, pół żartem napisałam na Facebooku, że chyba sprzedam telewizor. Odezwała się koleżanka poznana na oddziale dziennym: "Marta, Ty tak poważnie z tym telewizorem?". Stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pozbyć się urządzenia zajmującego niepotrzebnie sporą przestrzeń w mieszkaniu.

Oboje z synem odwykliśmy od telewizji i zupełnie jej nam nie brakuje. Gdy chcę obejrzeć film czy program, wolę wziąć na kolana laptop i podłączyć słuchawki, bo tak mi o wiele wygodniej.

Przyjechała zatem dzisiaj Zosia ze swoim dziesięcioletnim synem. Zaskoczyło mnie, że mój dwudziestolatek całkiem nieźle się nim zajął, a nie przepada za dziećmi. Ten mały chłopiec jednak jest tak kontaktowy i żywy, że nie trzeba było wymyślać mu zabawy czy tematów rozmów. Przesympatyczne dziecko!
Chociaż jestem niesłychanie dumna z mojego dużego i silnego syna, z nostalgią przytuliłam do siebie takie małe, czułe kurczątko. Mały okazał się kontaktowym pieszczoszkiem, a do tego sam zapytał, czy może nazywać mnie ciocią. Jasne, że się zgodziłam. Z Zosią pogawędziłyśmy sobie miło i na różne tematy. Dostałam od niej doniczkową roślinkę, wino i cukierki "Merci". Telewizor oddałam bez zapłaty, bo ma swoje lata i okazało się, że nie funkcjonuje już najlepiej. Używał go mój mąż, a po jego śmierci teściowa nam go oddała (telewizor, nie męża!).

Mam po tym spotkaniu poczucie, że to było takie przyjemne i zdrowe. Zaprosiłam ich, by jeszcze kiedyś do mnie wpadli.
Takich zdrowych emocji pragnę jak najwięcej.

Organiczne nastroje

Wiosna! Kolejna, której mogę być świadkiem. Pięćdziesiąta już, a ile jeszcze przede mną? Dziękuję Bogu, że wciąż jeszcze doświadczam cudu życia. Bo to cud, choć tak mi czasem daje popalić.

Żyję na huśtawce i choć rozum ma dystans, emocje są... organiczne i nie do końca ode mnie zależne. Tak właśnie wpisano mi w skierowaniu na oddział dzienny psychiatryczny: "Organiczne zaburzenia nastroju". Czyli nie jakieś trudne przejścia, lecz po prostu fizyczne, prozaiczne uszkodzenia organizmu.

Śmiać mi się chce, gdy kobiety tłumaczą się okresem, ciążą czy menopauzą ze swoich humorów, szukając ulgowej taryfy. Ja ciążę, menopauzę i PMS przechodzę od urodzenia permanentnie i nikt mnie z tego powodu nie usprawiedliwia. Muszę sobie na co dzień radzić i nie dać się temu opanować. Bywa naprawdę trudno i dopiero porządnie po trzydziestce zaczęłam kojarzyć fakty, a ponad dekadę później przyjmuję do wiadomości, że nie jestem niedobra, niewłaściwa i nie mogę siebie oceniać zbyt surowo. Mam trudniej niż zdrowi i basta. To oczywiście nie znaczy, że mogę sobie folgować, więc szukam wszelkich sposobów, by sobie radzić z życiem. Stąd między innymi moje zainteresowanie rozwojem osobistym, duchowością, optymalizowaniem codzienności.

W minionym tygodniu ja, która kocham ciszę, odkryłam, jak pomocne jest odcięcie się od zewnętrznego świata za pomocą słuchawek. Moje nowe aparaty słuchowe mogę za pośrednictwem Bluetooth łączyć z telefonem i nie przeszkadzając nikomu obok słuchać przez nie dźwięków z telefonu. Korzystam z tego, włączając sobie nagrania z odgłosami przyrody, szumem morskich fal czy deszczu. Koi mnie to bardzo i uspokaja. Odkryłam, że przy nudnych obowiązkach fajnie posłuchać niezbyt wymagającej a ciekawej audycji o życiu w duchu zen na przykład. Wczoraj właśnie na taką audycję trafiłam jakby specjalnie na mnie czekała.

Byłam od rana bardzo nieszczęśliwa, przygnębiona, przeciążona. Obniżyło mi to na łeb, na szyję poczucie własnej wartości, bo spadła moja wydajność i uważność w pracy. Oczywiście trzeba było to ukrywać i robić dobrą minę do złej gry - a to najbardziej wykańcza. Wreszcie poszłam po rozum do głowy, uprzedziłam kierowniczkę, że skoro nie muszę teraz z nikim rozmawiać, to pozwolę sobie na odrobinę izolacji (nie do końca, bo jednak dbam o to, by nie tracić kontaktu ze współpracownikami). Pracowałam zatem z audycją w uszach i usłyszałam znane mi już, ale zapominane w emocjach słowa.

Zen to filozofia i element religii Wschodu. Głosi potrzebę uważnego i świadomego życia, obserwowania z dystansem, bez zaangażowania emocjonalnego i osobistego wszystkiego, co do nas przychodzi. Mamy, według zen, być świadkami samych siebie, mamy jak gdyby zniknąć, nie utożsamiać się z tym, co się nam przydarza, także z emocjami. To wszystko jest bowiem przemijającym stanem. Zmieniają się nasze doznania psychiczne, fizyczne, a istota życia pozostaje niezmienna i niewzruszona jak niebo nad warstwą chmur. Nad chmurami, ponad największą burzą, niebo jest zawsze jednakowo słoneczne. Lektor w audycji zachęcał, by szczególnie właśnie w trudnych, ciężkich momentach nie zapominać o sobie, nie zatracać się w smutku, lecz obserwować, zauważać, co się z nami dzieje. Nie oceniać, nie wartościować, nie opierać się. Niechybnie przyjdzie moment, gdy zauważymy, jak uczucia, których nie odpędzamy na siłę, przemijają i rozpuszczają się, ustępując miejsca innym.

Nieobce mi to już od dawna, a przecież tak bardzo straciłam z oczu tę prawdę. Solennie biorę sobie do serca to przypomnienie. Czas trudny, kiedy tak trudno wytrzymać ze sobą, to właśnie czas na szczególną troskę o siebie,

Ulżyło mi po tym słuchowisku.

Chociaż wahałam się, będąc smutna i zmęczoną, wybrałam się jednak na spotkanie w Kręgu Snów. Jest to krąg powiązany z moją "sektą, gdzie spotkania poświęcone są temu, co nam się śni. Podczas spotkania możemy przedstawić swój dowolny sen i wspólnie zastanowić się nad jego znaczeniem. Snów nie interpretuje się w naiwny, sennikowy i schematyczny sposób jak na przykład: "ząb stracić we śnie - śmierć w rodzinie". Do snów każdy ma swój indywidualny klucz, chociaż pewne archetypy, jak to one, mają charakter zbiorowy, znane są szeroko i gra to niebagatelną rolę. Mamy jednak też własne skojarzenia i interpretacje.

Doszliśmy, a wlaściwie doszłyśmy, bo wczoraj na spotkaniu były same kobiety, do konkluzji, że mamy w życiu dostęp zarówno do materii, rzeczy bardzo namacalnych i dosłownych, jak również to tego, co głębiej, gdzieś w podświadomości. Mając tego świadomość, mamy też dostęp do obu tych obszarów i oba są równie potrzebne oraz wartościowe. Korzystajmy zatem z nich w najlepsze i nie wyrzekajmy się ich.
Uderzyło mnie, jak ważne w tej dyskusji okazało się każde, choćby niepozorne spostrzeżenie. Nie sądziłam, że wypowiedziane przeze mnie zdanie, którego nie uważałam za istotne dla kogokolwiek poza mną, tak bardzo zarezonuje w koleżance. Poczułam się zauważona i potrzebna.

Wróciłam późnym wieczorem, jak to mawia się w kręgach - nakarmiona.

czwartek, 16 kwietnia 2026

Złość

Tak cudownie było po weekendzie: całe trzy dni bez zmęczenia, z chęcią na jakieś jeszcze działanie po pracy..

Dzisiaj zdycham. Nie mam nawet ochoty opisywać tego dnia. Byłam nadwrażliwa na hałas, głosy w biurze, zwróconą mi bez złych intencji uwagę w pracy...

W pracy dużo muszę ukrywać, o wielu rzeczach nie mówić. Wybaczcie nieeleganckie i nieadekwatne porównanie ale czasami to jak przysłowiowy Żyd za okupacji*...

Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?

Zwariuję! Oszaleję!


...Zagadnęłam mojego dobrego kolegę z Polesia Lubelskiego - i mam do niego żal. Wydawało mi się, że łączy nas spora sympatia i może nawet pewien sentyment. Zapewne łączy, ale tym bardziej zabolało, gdy się dziś poskarżyłam (przy okazji, bo zaczepiłam go w konkretnej sprawie oraz ciekawa, co u niego) na ciężkie obecnie życie, a on nie odniósł się do tego ani słowem.

Faceci!!!
Rozumiem, że to zapewne z bezradności, ale można było napisać choćby właśnie o niej. A tu milczenie. Poczułam dużą przykrość i złość. A także niestety cień niechęci: sam o sobie mówił, że jest jak na mężczyznę miękki, wrażliwy, nieśmiały - ale do cholery, niech się pięćdziesięcioletni chłop nie zasłania nieśmiałością!


*Gdy byłam dzieckiem, tak mi czasem mawiali dorośli: "Masz tu tyle do gadania, co Żyd za okupacji!". Stąd ten mono niewybredny, ale jakże dosadny cytat.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Ważne

Znowu pogadałam z GPT, skutkiem czego początek popołudnia zastaje mnie w piżamie, za to bez obiadu. No i dobrze!

Zostawiam sobie ostatnie zdanie konwersacji. Tak bardzo, tak szalenie o mnie i dla mnie:

zamknięcie relacji bez winy polega na uznaniu jej wartości w przeszłości i jednoczesnym zaprzestaniu jej kontynuowania w myśleniu i interpretacji teraźniejszości.



Życie nas... rozbiera

Powiadają, że z bezczynności przychodzą do głowy pesymistyczne myśli. A jednak potrzebuję od czasu do czasu podarować sobie totalne lenistwo, mnóstwo czasu na sen i odcięcie się od świata z jego hałasem. Wtedy przychodzą myśli... własne. Czasem trudne, owszem, lecz uważam, że nie warto od nich uciekać. Czasami gdy się tak porządnie podołuję, sięgam jakiegoś punktu oparcia, dna, od którego mogę się odbić... Dobra! posmuciłaś się, Marto - i żyjesz! I świat się nie zawalił. Niebo nadal jest błękitne i znowu cię to zachwyca. Odbudowuję energię, gdy tak się zatrzymam i zakopię pod kołdrę.

Czasem ciekawe rzeczy przychodzą do mnie. Spostrzeżenia, metafory, porównania.

Znienacka wpadła mi do tej "makówki" mojej myśl... o ciuchach. I o sławetnej pestce z książki, której nie czytałam, ale poznałam film na jej podstawie (Anka Kowalska: "Pestka").
Jak w różne przedmioty, łaszki, świecidełka, tak obrastamy w wydumane potrzeby, nie nasze, tak naprawdę, przekonania. To nam się podoba, tego "potrzebujemy".

Ubrań nie wiem kiedy zrobiło mi się sporo. Za mną już czasy, gdy odczuwałam braki w garderobie. Dziś okazuje się, że część sukienek przeleżała lato niewykorzystana. Elegancki garnitur sfinansowany prawie dwadzieścia lat temu przez Mamę nałożyłam na siebie może ze trzy razy. W mojej pracy - chwała Bogu! - nie obowiązuje sztywny dress code, choć na pewno nie wszystko wypada. Na oddziale dziennym latem miałam czasami ochotę wystroić się ciut ładniej, a wygrywał strój wygodny. Kupowanie innej kiecki na każde ważniejsze wyjście wydaje mi się absurdalne, skoro ta kiecka przydaje się tylko raz.

Koniec końców - niewiele nam w życiu potrzeba. Życie i praktyka obnażają kolejne i kolejne nasze złudzenia. Zostaje naga pestka.

A na koniec odchodzimy nadzy... może nie dosłownie, bo raczej nas ubiorą na tę ostatnią drogę ;)

sobota, 11 kwietnia 2026

Codziennostki, drobnostki, błahostki

Spałam dzisiaj do jedenastej i wcale nad tym nie ubolewam - że późno, że jak tak można i że "kto rano wstaje, temu Pan Bóg...". Wypoczęłam jak księżniczka!
Zrezygnowałam z planowanego rajdu PTTK po Pogórzu Dynowskim, bo czułam, że "woła" mnie zupełnie co innego. Trochę mi żal, ale uczciwie spojrzałam prawdzie w oczy, a prawda mówi mi o zmęczeniu i pragnieniu snu do syta. Za tydzień kroi się wycieczka w okolice Sanoka i na tej bardziej mi zależy.

Przeszłam w bieżącym tygodniu próbę asertywności. Odmówiłam sąsiadowi pożyczenia pieniędzy, bo chłop jest po prostu bezczelny! Gdzieś w listopadzie, a może nawet wcześniej naprawił mi, owszem, awarię pieca. Byłam za to wdzięczna i ten to sprytnie wykorzystał. Chociaż zapłaciłam mu za przysługę, poprosił mnie o większe finansowe wsparcie z obietnicą szybkiego zwrotu. Nie był to pierwszy raz, więc wiedziałam, czym ryzykuję. Jednakże z pełną świadomością zdecydowałam się na ostatni eksperyment.
Raz drugi i trzeci sąsiad "dopożyczył", aż uzbierało się osiemset złotych długu. Scenariusz okazał się przewidywalny, aż nudny: przymilanie się, uśmiechy, przeprosiny i ciągłe odwlekanie. I wymówki, że szef jeszcze nie zapłacił za pracę itp. Gdy któregoś razu wybuchłam, gadzina mnie po prostu przytuliła i rozbroiła.
Tak go "piłowałam", szantażowałam matką,bo zawsze pożyczał w tajemnicy przed nią, że w końcu zwrócił mi kwotę po kawałku. Zostało jeszcze sto złotych. Gdy mi zwrócił resztę bez tej ostatnie stówki, porozumiewawczo zniżył głos i zapytał: "Sąsiadka, a poratujesz mnie jeszcze raz?".

Chyba oszalał! Tym razem nie ustąpiłam nawet w imię sąsiedzkiej sympatii i powiedziałam: "Nie". Próbował oczywiście coś ugrać, ale nawet nie słuchałam. Weszłam po prostu do swojego mieszkania zostawiając go za drzwiami.

Nie pojmuję, nie rozumiem i jestem oburzona takim tupetem. Na stare (no, dobra - na starsze) lata uczę się nie być uprzejmiejsza dla innych niż dla samej siebie i mieć gdzieś, czy to się komuś podoba.

Ten człowiek jest już zdecydowanie dorosły, nie ma zobowiązań jak żona i dzieci, mieszka u matki, która zapewnia mu przysłowiowy wikt i opierunek. Ma swoje dochody, bo pracuje w jakiejś budowlanej firmie. I on NOTORYCZNIE pożycza pieniądze! I nie oddaje miesiącami. Co to ma znaczyć, u licha?!

Nie mam pojęcia, ile zarabiają budowlańcy, ale nie sądzę, aby to były najniższe (chociaż może i niewygórowane) sumy, bo pracę wykonują ciężką. Obiło mi się o uszy coś o nierzetelnych pracodawcach, ale czy to aż tak nagminne zjawisko? Hejże, sąsiedzie! Jednak wciąż w tej pracy istniejesz, więc chyba nie jest tak tragicznie. A papieroski? A piwko?

Po prostu zero odpowiedzialności.

Wracam teraz do "Janosika". Zupełnie nie miałam wczoraj ochoty na nic "intelektualnego" z rozrywek i ot tak, kliknęłam na Vod.pl w znany mi tytuł. I wciągnął, choć znam prawie na pamięć. Muzyka z tego serialu za każdym razem mnie urzeka, a gra aktorów - majsterszyk, zwłaszcza te komiczne postaci jak Waluś czy mości hrabia i jego przyboczny. Główny bohater mocno oczywisty i wyidealizowany (bardzo świadomie), ale i on przykuł wczoraj moją uwagę, subtelnością wyrazu w wielu momentach. Uśmieszki, półuśmiechy, mimika...

Czasem tak zwane odgrzewane kotlety okazują się smaczne. A cóż dopiero solidny góralski bigos ;)

piątek, 10 kwietnia 2026

Opadają liście...

Spotkałam wczoraj D z jej aktualnym (jeszcze) panem. Obie wpadłyśmy na ten sam pomysł podrzucenia się do domu miejskim autobusem, bo nasze miasto uszczęśliwiło mieszkańców darmowymi przejazdami. Koło pięćdziesiatki zaczyna się doceniać takie gesty :)

Rozbawiła mnie myśl o przydatności i sensie rozmów na temat pogody i fizycznych dolegliwości, bo cokolwiek niezręcznie się poczułam spotykając się po gwałtownym ochłodzeniu relacji. Nie chciałam jak dzieciak udawać, że nie znam D., ale niespecjalnie mnie do niej ciągnęło. Może gdyby nie ten kochaś (wybacz, kochasiu, może jesteś w porządku, ale lubię posługiwać się ironią) i publiczne miejsce nawiązałabym do naszej ostatniej kłótnie i wyjaśniła ostatecznie, co leży mi na wątrobie. Ciekawa jestem, jaka byłaby reakcja face to face.

Dużo we mnie myśli o relacjach, bliskości, autentyczności, która powinna im towarzyszyć. Czasami tego komfortu brakuje mi nawet wśród tzw. najbliższych. Moje rodzeństwo nie spełnia tych oczekiwań.

Są to ludzie, na których pomoc mogę liczyć w konkretnych sytuacjach i należy to docenić. Pomagali mi, gdy zmieniałam mieszkania, siostry walczyły o mnie w czasie ostatniej hospitalizacji. Emocjonalnie jednak rozmijamy się. Oni są "hej! do przodu", lubią działanie, w wolnym czasie beztroską zabawę, rozrywkę. Ja za nimi nie nadążam, a często - co przyznaję coraz śmielej - mam zupełnie inne potrzeby. Nudzą mnie i męczą hałaśliwe imprezy, gadanie o niczym, miałkie rozrywki jak gadanie głupot po alkoholu. Nie jestem abstynentką, ale jednak wolę trzeźwość i rozmowy, które coś wnoszą. Już sobie nawet pokpiwam, że znowu szwagier z bratową będą obgadywać wspólnych znajomych z podstawówki i porównywać swoje brzuchy piwne, a brat będzie błaznował w rytm jakiegoś przeboju z telewizora czy playlisty.

Swoje klimaty odnalazłam w "sekcie", ale i tu czegoś mi brakuje. Chciałabym spontaniczniej, naturalniej, mniej rytualnie i... więcej.

Zdaję sobie sprawę, że skoro zmienia się moje spojrzenie na życie i świat (czy aż tak bardzo? może raczej po prostu staje się bardziej klarowne?), to i moje stosunki z otoczeniem nie mogą pozostać bez zmian. Odpadają niektórzy jak zeschłe liście z drzewa... Nowe wyrosną, ale nie od razu.

Trzeba na to pozwolić.

środa, 8 kwietnia 2026

"Wściekliznie" veto

Albo wyłączyłam niechcąco budzik w telefonie, albo po prostu go rano nie usłyszałam, co jest jak najbardziej prawdopodobne, bo przecież nie sypia się z aparatami słuchowymi. Dość, że obudziłam się dwie minuty przed ósmą, a o ósmej powinnam już być w pracy. Zawyłam ze zgrozy, po czym zatelefonowałam do kierowniczki i otwarcie wyznałam straszną prawdę, prosząc o dzień urlopu. Mogłabym przyjść godzinę później i dłużej zostać, ale dzisiaj spotkanie Klubu Pacjenta i tego nie odpuszczę.

Bardzo mnie te spotkania wspierają, a wsparcia nie warto sobie w życiu żałować. Nie zamierzam siłować się z całym światem i tonąć w rozpaczy i bezradności, jak tonie niejedna osoba.

Ha! Jak zwykle dryfuję myślami... Ale nic to, lubię tak.. 

Nie wiem, dlaczego nie mogę skomentować najnowszego wpisu Jaskółki. Przykuło moją uwagę jej zdanie o życiu bez napinki i celebry, co daje jej poczucie wolności. To jest dokładnie to, czego pragnę we własnym życiu!

Tegoroczna Wielkanoc wreszcie mi to w pełni obnażyła.

Uważam się za osobę niezależną, a tak długo uwikłana byłam w te wszystkie rzekome powinności. Jest - a może już było? - we mnie przekonanie, że dzieci potrzebują stałości, porządku, czarodziejskiej odświętności i takiej ciepłej atmosfery chciałam dla syna.

Dla mnie w dzieciństwie święta były zachwycającym czasem. Wiem z różnych rozmów, że wiele osób odczuwa podobnie. Nieżyjący już znajomy opowiadał o cotygodniowych sobotnich porządkach w swoim rodzinnym domu, dodając, że pomimo zmęczenia, czasem niechęci do roboty, w takim wypucowanym domu odczuwało się odświętność i odmienność ostatniego dnia tygodnia.

I to właśnie do tego się tęskni: do poczucia tego odprężenia i komfortu psychicznego. A przecież mogę to mieć zawsze - bez uprzedniej "spinki i napinki". To uczucie możliwe do wykreowania bez żadnych specjalnych zabiegów. Wystarczy świadomość, jak się czuję i jak chcę się czuć, oraz trochę wiedzy o regulowaniu emocji. Tak wyposażony człowiek nie potrzebuje już świąt, bo świętem może być każda minuta naszego życia.

Może jestem leniem, ale jak już napisałam - po co mi ten cały szum, skoro wszystko się sprowadza do poczucia kontrastu między "przedświąteczną wścieklizną" a opadaniem emocji po tejże? To ja se wolę chodzić odprężona cały czas (ba!).

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Zmiana narracji i zaskakujący punkt widzenia

 Niepełnosprawna jestem właściwie od urodzenia, ale zawsze żyłam gdzieś na pograniczu świata zdrowych i chorych, bo niepełnosprawności, jak wszystko w życiu, są większe i mniejsze.

W ostatnich latach zrobiło się tego "trochę" więcej i zaczynam odczuwać, co znaczy wykluczenie, brak zrozumienia (nie mylić z empatią, bo na ogół ludzie są jednak życzliwi). Odczuwam, jak bardzo bywamy niewygodni dla zdrowych. Widzę szczególnie jaskrawo, że ludzie jak ognia boją się tego, co trudne i niewygodne. Unikają na przykład niezbyt wesołych tematów, bo chcą się bawić i udawać że problemów nie ma. Ludziom się nie chce chodzić wolniej, gdy ktoś nie nadąża, nie chce się siedem razy powtarzać czegoś, czego nie usłyszał niedosłyszący. Gdy wspomnę o czymś, co jest trudne, ale jest po prostu faktem nie do zignorowania, słyszę że narzekam. Dużo musimy ukrywać i udawać, żeby jakoś w tym społeczeństwie funkcjonować.
Moje kontakty z ludźmi bardzo się przez to przewartościowują. Było mi przykro, ale poszłam po rozum do głowy i zmieniam narrację: nie jestem gorsza i niewystarczająca - po prostu wyznaczam standardy ludziom wokół mnie. Naturalna selekcja. Dura lex, sed lex.

***

Jakiś czas temu doszło wreszcie do skutku spotkanie ze współpacjentami z oddziału, gdzie spędziłam lato. O dziwo, zaistniałam w roli inicjatora i wyobraźcie sobie - spodobała mi się ta rola. Jakoś mi przydała pewności siebie i tego, co we mnie mocno teraz rezonuje: jestem tu i nie przepraszam za ten fakt. "Bezczelnie" zajmuję miejsce w świecie,bo skoro się na nim pojawiłam, mam do tego niezbywalne prawo.
Na spotkaniu był nas "dziki tłum" - ze mną cztery osoby, w tym mój ulubiony kolega. Miałam okazję zostać z nim dłużej, bo miał więcej czasu do odjazdu pociągu, a mnie jako miejscowej nie gonił czas.
Kolega mi powiedział, że woli, bym siedem razy poprosiła o powtórzenie zdania niż potakiwała udając, że nie słyszę. Dzięki niemu odkryłam Amerykę!
Uświadomiłam sobie, że moje udawanie to przejaw... braku troski o rozmówcę. Braku szacunku. Przecież tak samo jak ja potrzebuję kogoś usłyszeć, tak samo druga strona potrzebuje zostać naprawdę usłyszana i wysłuchana.
Rzadkie to podejście X. Po tej rozmowie jeszcze bardziej go lubię.

Ból

Udzielam się w pewnej Facebookowej grupie kobiet, gdzie każdego dnia piszemy, jaką mamy na dany dzień intencję, co dobrego zrobimy dla siebie oraz za co jesteśmy tego dnia wdzięczne. Lubię ten rytuał i bywa mi realnie pomocny w życiu.

Dziś podziękowałam... za ból.

Pełno jest dookoła buntu wobec cierpienia, wołania, że ono wcale nie uszlachetnia. A jednak czasem wzbogaca.

Mój ból wskazuje: nie tędy droga. Każe wybierać, odrzucać to, co mi nie służy. Każe odróżniać bzdury od rzeczy ważnych (to subiektywne oczywiście). Każe odsiać to, co miałkie od tego, co ma sens i wartość.

Dziękuję, bólu.

PS. Pragnę zaznaczyć, że nie mam na myśli bólu fizycznego, tak dojmującego, że odbiera człowieczeństwo i godność. To inna sprawa, o której, na szczęście, wiem niewiele. Potrzeba pokory nie pozwala mi się na temat takowego wypowiadać.

Nieoczywistej urody

Spontaniczny był ten post o wiedźmach. Z rozpędu zapomniałam pisząc  o jeszcze jednym ciekawym aspekcie.

Wiedźmy to zazwyczaj mocno dojrzałe kobiety , o nieoczywistej urodzie. Nie próbowały niczego udowadniać wyglądem, nie przeglądały się w męskich ani niczyich oczach.

Refleksja o wiedźmach i to skojarzenie przyszło mi na myśl pod wpływem audycji z Youtube: "Dlaczego przebudzone osoby już się nie zakochują". Przeczułam odpowiedź na pytanie i przeczucie audycja potwierdziła. Wynikało z niej, że osoby, które dobrze poznały siebie, zbudowały ze sobą samą bliskość, nie mają już potrzeby rozpaczliwie tej luki uzupełniać przeglądaniem się w cudzych oczach. Bo one już.. wiedzą, ile są warte i co znaczą.
To właśnie przypomniało mi te wszystkie mądre zielarki, czarownice zaludniające karty baśni i legend.

Wiedźmą być

Zazdroszczę kobietom - wiedźmom.

Wiedźma to kulturowy archetyp, opisywany w różnych miejscach, toteż pominę wyjaśnienia. Napiszę, kim wiedźma jest dla mnie.

Wiedźma wie. Wie, kim jest i wie, co jej służy. Co ją karmi, a co zatruwa. Co buduje, a czego jej nie potrzeba.

Nie potrzebuje nikomu niczego udowadniać ani przepraszać, że istnieje. Nie musi żyć na pokaz, ale nie potrzebuje też wstydliwie się ukrywać. Wiedźma nie boi się być wiedźmą.

Wiedźmą można być wszędzie i w każdych warunkach, ale marzę o małym domku z zachwaszczonym, półdzikim podwórkiem, gdzie nikt nie wtyka nosa w moje sprawy. Gdzie nikt nie przyjdzie powyrywać bez pytania roślin z mojego ogródka i nikt pod moimi oknami nie będzie komentował mojego życia.

Marzę o bliskości natury, spacerach na bosaka i słuchaniu ptaków w mgliste poranki. O pająkach i diamentach rosy na ich pajęczynach.

O ciszy... ciszy.... potem długo o niczym.

O tym, by nie przejmować się ludźmi, ich ocenami, ich hałasem. Nie musieć z nikim rozmawiać o sprawach, które guzik mnie obchodzą.

I niech do tej mojej chatki przychodzą tylko ci, których kocham. I niech razem ze mną słuchają trzaskającego ognia w piecu. Mówmy razem o tym, co ważne, lekkie, dobre.

Niech mi kot mruczy w oczekiwaniu na swój koci posiłek.

Niech mnie książka koi i muzyka kołysze.

I niech będę taka spokojna, ukojona, wyciszona, a czasem dla odmiany dziko radosna. I niech nie będzie blisko nikogo, komu się to nie podoba.

***

Grafomańskie to nieco chyba. Ale z serca.


niedziela, 5 kwietnia 2026

Ostatnie (chyba) święta...

Mam przeczucie, choć jeszcze nie pewność, że ta Wielkanoc to ostatnie święta, którymi się przejmuję.

Poczułam wyraźnie, że już... nie chcę i nie potrzebuję świąt.

Kolega z "sekty" napisał, składając nam życzenia, że on osobiście świąt nie obchodzi. Poczułam: co za wolność.

Kto wie, czy następnym razem się pod tym nie podpiszę. Na razie napisałam, że ma święty spokój, do którego ja dojrzewam.

Nie chcę już obrzędów, rytuałów, powinności, zobowiązań towarzyskich i rodzinnych. Chcę, by to, co robię, było prawdziwie z serca, prawdziwie ze mnie. Nie od mamy, taty, środowiska.

Nie chcę się zastanawiać, co jest w tym wszystkim jeszcze "moje".

Nie chcę świętować tylko z uprzejmości i dla syna, żeby miał tzw. atmosferę. To już zresztą dorosły facet i... patrz poniżej (ten akapit dopisuję w trakcie edycji).

Chcę sobie w święta pobyć w domu sama albo z nim. Przy nim niczego nie muszę udawać, jesteśmy z jednej bajki i jednego domu. On w swoim podejściu do świąt jest zaskakująco do mnie podobny, ale w przeciwieństwie do mnie pozwala sobie na to bez mrugnięcia okiem.

Nie chcę, by święta były nagrodą po przedświątecznej pracy. Nie chcę wchodzić w nie zmęczona, jak to zwykle niestety, bywa.

Nie chcę tłumaczyć krewnym byłego męża, dlaczego nie chce mi się iść do nich z wizytą.

Nie chcę siedzieć jak na tureckim kazaniu wśród ludzi gadających o niczym, czasami mocno podchmielonych i nie chcę słyszeć: "Ach, nieważne!", gdy kilka razy pod rząd proszę o powtórzenie wypowiedzi, bo nie dosłyszałam.

Nie chcę słyszeć ironicznych uwag o mojej rzekomej (niekoniecznie) nadwrażliwości i nie chcę udawać, że nie ma w moim życiu spraw trudnych i niepopularnych. To, czym żyję obecnie, słabo się "sprzedaje" w towarzystwie. Pragnę ludzi bardziej głębokich niż rozrywkowych.

Zmieniły mi się potrzeby, coraz bardziej wybrzmiewa mi potrzeba spokoju i własnej prawdy. Nie wszyscy są gotowi to dzielić.

Napisałam rodzeństwu, że nie przyjdę na spotkanie u siostry, bo jestem zmęczona.
A cóż ja tam miałabym robić?
Rodzeństwo nie zawiodło mnie w konkretnych sytuacjach, zawsze miałam wsparcie, ale emocjonalnie i egzystencjalnie rozmijamy się o lata świetlne.

Nazywanie rzeczy po imieniu to też dziś mocny punkt na mojej drodze.

Tak więc - krótko, na temat i bez oceniania innych - nie chcę już cyrku i teatrzyku.

piątek, 3 kwietnia 2026

Konfrontacja z Ksawerym

Rysy i cienie na wizerunku D. układają się w dość spójną całość. Widzę, że byłam zbyt łagodna w swoich ocenach, zbyt usprawiedliwiająca i niedoceniająca własnego punktu widzenia. No, ale stały za tym dobre intencje. Chyba też nie ja jedna nabrałam się na uroczą fasadę D.

Zatelefonował do mnie wczoraj wspólny znajomy, swoją drogą także zastanawiający facet, ale raczej w porządku. Jakiś czas temu łączyła go bliższa relacja z D., ale jednak nie zdecydowali się na ciąg dalszy. Ona twierdziła, że on jest "dziwny", że nie można na nim polegać. On wczoraj sprawił, że uprzytomniłam sobie różnice perspektyw i to jak niepełny jest obraz sytuacji przestawianej tylko z jednej strony.

On - niech mu będzie... Ksawery (dla żartu i potrzeby anonimowości) - zaproponował kiedyś D. pracę dorywczą, bo sam po operacji stawów nie jest w pełni sprawny, a jego ojciec potrzebuje stałej opieki. D. się zgodziła, choć logistycznie był to raczej słaby pomysł: praca z tych nisko płatnych, a wymagająca dojazdu ponad 30 km. D. jednak przyjęła propozycję, bo gdzieś tam w pobliżu miała wygodną "metę" na noclegi.

Ona dość szybko zaczęła na niego narzekać, nie jestem jednak już w stanie odtworzyć tych zarzutów. Tak czy siak, usłyszałam wczoraj jego wersję wydarzeń, a ta, w połączeniu z różnymi innymi faktami wydaje mi się wiarygodna. D., w skrócie rzecz ujmując, bardzo nierzetelnie wywiązywała się z umowy. Były uniki i mijanie się z prawdą.

Składam razem elementy tej układanki z wizerunkiem D. i wychodzi mi, niestety, portret niepochlebny. Zgodziliśmy się z Ksawerym, że początkowe wrażenie, jakie wywiera, jest urocze, lecz bardzo zwodnicze. Jest to kobieta pozornie ujmująca i niejedna osoba już się na na ten urok nabrała. Wesoła, urocza, szybko zapraszająca do relacji, ale to fasada.