poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

czwartek, 25 czerwca 2026

Przykrość i planowana konfrontacja.

Spotkała mnie przykrość, aczkolwiek niezamierzona.
Kolega Boguś alias Z. (niech będzie to pierwsze, bo bardziej mi się podoba) wspomniał na terapii grupowej, że czuje się przebodźcowany. Całkowicie to rozumiem, bo sama doświadczam tego do potęgi n-tej. Wspomniał, że jest gwarno i że "Marta głośno mówi". Nic takiego, ale poczułam ogromną, nieadekwatną wręcz przykrość. Potem, przy obiedzie on zauważył mój zwarzony humor i zapytał, nad czym tak rozmyślam. "O rozmaitych zawiłościach świata tego" - odparłam żartem. On wtedy coś tam dodał, czego już nie pamiętam, ale odpaliłam na to: "Skoro jestem za głośna, nie muszę wcale się odzywać". On zaczął tłumaczyć, że rozumie iż wynika to z mojego niedosłuchu. Nic już na to chyba nie odpowiedziałam albo coś zdawkowego i zajęłam się jedzeniem. On zapytał, czemu się tak zdenerwowałam, więc już z pewną irytacją odparłam: "Nieważne" i ostentacyjnie wpakowałam nos w książkę. Po chwili wyszłam z jadalni, aby nie okazać emocji.
Chodzę po tym już dwa dni jak struta. Jest mi serdecznie przykro. Liczyłam na powrót relacji, ciepła, rozmów, a niestety, nie ma na to szans. Pochłonęło go inne towarzystwo. Żałowałam, ale niebawem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam się zwracać w stronę innych osób. Nawet nieźle szło, czułam zadowolenie i otuchę. Wtedy właśnie usłyszałam, że jestem za głośna.
Wiem, że mam tendencję do głośniejszego mówienia, ale nie do końca jest to ode mnie zależne, często dzieje się to spontanicznie i bezwiednie. Czuję się też potraktowana niesprawiedliwie, bo ani nie gadam najwięcej w grupie, ani też nie brak innych dosyć donośnych głosów. Boguś ciągle jest w jakichś interakcjach, bo albo mu się zwierzają wspomniane koleżanki, albo sam dołącza do innych osób i gada, gada, gada. Ale to ja jestem za głośna.
Mimo to zdecydowałam się dzisiaj na SMS do niego z wiadomością, że trochę przesadziłam i chciałabym porozmawiać na ten temat, bo nie chcę między nami nieporozumień i konfliktów. Dodałam, że rozważałam też omówienie tego na grupie terapeutycznej, ale sama nie wiem, co lepsze. W domyśle, decyzję pozostawiam jemu. Napisałam to i wysłałam - raz kozie śmierć!
Teraz czekam na odpowiedź. Pewnie się tak szybko nie doczekam, bo zorientowałam się już, że takie sprawy "załatwia" dość późnym wieczorem.
Jeśli nie odpowie, wyciągnę to na forum grupy pomimo dużej tremy. Tremy, bo to jednak dość osobiste i śmiałe. Jest w tym wątek mojej zawiedzionej nadzieli na przyjazną bliskość.
Swoją drogą - te relacje... Jest na oddziale parka przesiadująca w objęciach i trzymająca się za ręce. Nie sądzę, by to było coś więcej niż potrzeba okazania sobie ciepła, ale jednak wygląda dwuznacznie. A na oddziele zapowiedziano nam jasno, że tu się raczej w tego typu relacje nie wchodzi albo automatycznie oznacza to zakończenie pobytu.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Przełom

Sakramencko przegadane to moje podsumowanie. W dodatku znowu zmieniły mi się emocje i dziś powiedziałabym nieco inaczej. Ale mniejsza już o to.

Weekend był dla mnie emocjonalnie trudny, rozhuśtany, a amplituda uczuć była duża. Ostatecznie jednak zwyciężyła refleksja nad sobą i nad tym, co mówili mi ludzie na oddziale. Mówili o akceptacji, o niepotrzebnym szarpaniu się. Refleksję poparła sobotnio - niedzielna lektura: "101 lekcji, które zmienią twój sposób myślenia" Brianny Wiest. Książkę tę nie bez wahania kupiłam w Biedronce i okazała się świetna.

W wyniku przemyśleń, postanowiłam dzisiaj nie dać się ponieść irytacji, że niedosłyszę. Usiadłam sobie spokojnie z boku nad książką. Potem dopiero przyłączyłam się do rozmowy ze wspomnianym po wielekroć kolegą i niezwykle rozmowną koleżanką, która ma dar wyraźnej dykcji i dość donośny głos. Posłuchałam, coś dorzuciłam od siebie, udało się i bezpośrednio z koleżanką wymienić kilka zdań. Uprzytomniłam też sobie, że na tej trójce przy stoliku świat się nie kończy i zagadałam dzisiaj młodszego kolegę. Rozmawiało się z nim bardzo dobrze, opowiedział mi chłopak trochę o sobie, ja jemu podobnie - była w tej wymianie zdań i myśli symetria.

Co do tego "ulubionego" kolegi przekonałam się, że sąsiadki od stolika traktują go jak darmowego terapeutę, gdyż słuchacz z niego cierpliwy i uważny. Aż zakpiłam dzisiaj lekko: "Boguś (imię zmieniam oczywiście), a ile ci płacą za godzinę?". Było też czego zazdrościć! Dziś rozumiem koleżankę, która rok temu z przekąsem komentowała podobną sytuację (której zresztą właśnie on byl uczestnikiem): "Psychoterapia odchodzi w jadalni". Wtedy się oburzyłam, dziś rozumiem. Bogusia chyba dowartościowuje ta poniekąd adoracja. A niech mu tam! Lubię go bardzo, ale o uwagę walczyć nie zamierzam ani już nie potrzebuję.

Po wyjściu z oddziału skierowałam swoje kroki do mojego "starego" gabinetu protetyki słuchowej.     
Pani M. obiecała zamówić urządzenie wspomagające aparaty i dać mi do przetestowania na parę dni. Jeśli "wypali" - podjęłam... żeńską decyzję - sprzedaję ten nowszy sprzęt, bo wszystko wskazuje na to, że jednak nie zdał egzaminu. No, cóż... ten się nie myli, kto nic nie robi. Stracę na tym oczywiście, ale lepiej stracić część pieniędzy niżby się miały aparaty zupełnie marnować.

W nagrodę za postępy psychologiczne wstąpiłam w drodze powrotnej do szmateksu, gdzie nabyłam klasyczny, stonowany żakiet do jesiennych zestawów odzieżowych.

Dobry to był dzień, choć nie pozbawiony wyzwań ani nie wolny od zmęczenia.

niedziela, 21 czerwca 2026

Podsumowanie

Mam psychologicznie, wewnętrznie intensywny czas. Dużo czuję, dużo myślę, wyciągam wnioski, choć niemało mnie to kosztuje.
Obmyślam, co chcę powiedzieć na forum oddziałowej grupy, żegnając się z nią (niebawem) i podsumowując swój pobyt:

Pobyt tutaj był dla mnie ekstremalnie trudny, ale też wydobył na powierzchnię wszystko, co mam ważnego do przepracowania. Jest tego dużo.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną cierpiącą ani też najbardziej cierpiącą na świecie. Pod wieloma względami jestem wręcz uprzywilejowana: pracuję, na przykład, już prawie trzydzieści lat w jednym miejscu, zarabiam może skromnie, ale nie martwię się o byt, spokojnie daję radę. Wyszłam ze zobowiązań finansowych i mogę sobie pozwolić na to czy siamto. Wychowałam się w domu bez alkoholizmu czy innych skrajnych patologii. Owszem, były nawet jakieś dysfunkcje, ale zawdzięczam swoim rodzicom bardzo wiele i nie brakuje mi ciepłych wspomnień. Mam swoje mieszkanie, dzięki wsparciu mojej trudnej skądinąd Mamy.
Naprawdę mogłam gorzej trafić, ale to nie zmienia faktu, że jestem przeciwna unieważnianiu swoich problemów. Każdy ma, jakie ma i po swojemu je przeżywa, nie nam oceniać. Jednak nie godzę się na to, by dominowały nade mną. Będę szukać rozwiązań, już szukam.

Przepraszam, jeśli byłam w tym swoim cierpieniu egocentryczna, zbyt ekspresyjna. Czasami się nie w porę i nie na temat wcięłam w jakieś rozmowy, próbując zaistnieć, albo na kimś moje emocje odbiły się w przykry sposób. Czasami mnie pokonywały. Czasami czułam takie przygnębienie i niechęć, że opadały mi ręce i najchętniej gapiłabym się na leżąco w sufit. Albo złościłam się na cały świat i płakałam gdzieś pod ścianą.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się tutaj nawiązać takich relacji i kontaktów, jakie kocham: z głębią i bliskością. Uniemożliwiły mi to warunki na oddziale i mój niedosłuch. Szkoda, bo jednak sporo słyszałam tu frapujących i inspirujących wypowiedzi, każdy z nas ma swoją unikalną historię, opowieść. W moim życiu najlepsze wspomnienia, to te związane z bliskością innych ludzi, rozmowami do świtu. Życie mnie tego pozbawiło, a raczej ograniczyło mi to.

Jak powiedziałam, zamierzam coś z tym robić i działać, ale jestem świadoma, że to może nic nie dać i po prostu będę musiała nauczyć się żyć "z dobrodziejstwem inwentarza". To jest najtrudniejsze, ale zawsze wierzyłam, że wszystko, co nas spotyka, ma swój sens i naszym zadaniem jest się go doszukać.
Mam nadzieję, że jeśli się spotkamy w bardziej sprzyjających mi warunkach, uda nam się wypić razem jakąś kawę i pogawędzić z Markiem czy Jola, zapytać o coś, co gdzieś, kiedyś usłyszałam jako strzępek rozmowy, podzielić się czymś swoim. Jeśli zdecydujecie się kontynuować nasze znajomości, to ja też się piszę, zaproście mnie do swojego grona.

Dziękuję za wszystko, a co złego, to nie ja... no, może trochę ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Bolączki i małe zwycięstwa

O, rany! chyba jestem z siebie dumna.

Nie bardzo pojmuję dlaczego moje zmagania z kursem korekty tekstów, a raczej końcowym testem egzaminacyjnym trwały tak długo. Rozciągnęło się to w czasie na lata - aż mi wstyd. Dziś odwaliłam kawał dobrej roboty, aczkolwiek - przyznaję - przy wydatnym wsparciu sztucznej inteligencji. Jednakże jest ona zdradliwa i wolałam na bieżąco weryfikować informacje. Nie zmienia to faktu, że praca przez to bardzo się usprawniła i przyspieszyła. Ten sukces niezmiernie podniósł mnie na duchu, bo złapałam wcześniej potężnego "doła".

W grupie wciąż mi trudno. Liczyłam na pogaduszki jeden na jeden z moim kolegą, ale "capnęły" go dwie rozmowne kobietki i całkowicie zdominowały jego uwagę. Zwierzają mu się, chichrają się wszyscy razem, a on wyraźnie jest z tego zadowolony. Nie żałuję mu, ale szkoda mi relacji i bywam zazdrosna jak podlotek.. Oczywiście nie przyznaję się ;)

Wczoraj dopadło mnie takie poczucie izolacji, przeładowania hałasem, samotność, że nie wytrzymałam i poszłam na stronę wypłakać się. Na oddziale jednak nigdzie i nigdy człowiek nie jest sam. Zauważono mnie, może ktoś "doniósł"? Oddziałowa pielęgniarka zaprosiła mnie do swojego gabinetu, pocieszała zapewniając o mojej wartości. Niespecjalnie to poskutkowało. Potem przyszła porozmawiać "przydzielona" mi psycholożka.

Po powrocie do domu czułam się tak wyczerpana i smutna, że odwołałam wszystkie swoje popiątkowe plany: warsztaty rękodzieła i dzisiejszą wycieczkę w Beskid Niski z PTTK. Rano snułam się przygnębiona, ale w końcu zdecydowałam zająć się czymś pożytecznym. A że wszystko leciało mi z rąk, wybrała zajęcie o "niskim progu wejścia" czyli zarzucony kurs korekty tekstów. Jestem w ciężkim szoku, jak wiele udało mi się dzisiaj zrobić! Jakiś umysł jaśniejszy i więcej pomyslów na usprawnienie sobie pracy... i sztuczna inteligencja. Chociaż trzeba ją sprawdzać, bo jest zdradliwa, bardzo mi pomogła. Wybitnie poprawiło mi to humor.

Poczytałam też na temat moich starych aparatów słuchowych. Z nimi jednak czuję większy komfort, więc postanowiłam sprawdzić, czy mają jakieś udogodnienia w postaci mikrofonów, by wzmacniać dźwięk w trudniejszych warunkach. Podobno takowe istnieją. Po niedzieli idę do gabinetu i proszę o przetestowanie.

A w konkursie przyrodniczym zajęliśmy z kolegą drugie miejsce na sześć drużyn. Do wygranej zabrakło nam wiedzy co do koloru sasanek oraz ilości ramion płatków śniegu.

czwartek, 18 czerwca 2026

Do pionu!

Są momenty, gdy czuję się gorsza, mniej zasługująca na uwagę, odrzucona, gdy do głosu dochodzą osoby bardziej przebojowe i gadatliwe. Bywam zazdrosna o cudzą uwagę i muszę sobie rozsądnie perswadować, że to co czuję i myślę pod wpływem emocji, nie jest jedyną ani obiektywną prawdą. Wymaga to pewnej pracy, ale działa. Wygodnie jest postępować według wyuczonego schematu, ale czy warto?

Dziś po południu brała mnie lekka "zniżka". Zatrzymałam się jednak, zanim automatycznie zareagowałam, i pomyślałam, jak mogłabym poprawić sobie nastrój. Odpowiedź przyszła szybko: zrobić coś przyjemnego i/lub pożytecznego. Na szczęście dzięki lekom mam już na to energię.
Co nieco zatem zdziałałam: szybki obiad na jutro dla mojej latorośli, pranie i wieszanie (za chwilę) prania do wyschnięcia, przetarcie części płytek w łazience, która już o to wola wielkim głosem, wymiana garderoby, bo część jej trzymam w piwnicy z powodu braku miejsca w domu (oj, uzbierało się tych szmat!), umycie kilku naczyń. No i niewielka partia egzaminu z korekty, do którego wracam po bardzo długiej przerwie.

Na jutro zgłosiłam się do konkursu przyrodniczego organizowanego dla pacjentów przez szpital. Liczę na miłą rozrywkę i może zabłyśnięcie wiedzą, bo mam na ten temat nieco wiadomości. Wraz ze mną wytypowano niedawno przyjętego na nasz oddział kolegę.

środa, 17 czerwca 2026

Energia i nadzieja.

Nareszcie energia na jakimś normalnym poziomie. Nie drzemałam dzisiaj po południu, ogarnęłam mieszkanie, poodkurzałam, wyniosłam parę sezonowych szpargałów do garażu. Jaki to inny stan od tego, gdy musiałam do wszystkiego się zmuszać i wymyślałam sobie od śmierdzących leni. Nie byłam leniwa, lecz bardzo zmęczona.

W grupie terapeutycznej poprosiłam dzisiaj o głos i przeczytałam swój zapisek z niedzieli: "Trudne nastroje". Otrzymałam wiele wsparcia, a także refleksji. Niektóre trudno było mi przyjąć, ale niepozbawione były racji. Problem z niedosłuchem, udziałem w rozmowach wydaje mi się taki niecodzienny, taki mało powtarzalny, a przecież na oddziale każdy dźwiga coś, co jest tylko jego. Każdy z nas jest inny, a jednak podobny w tej swojej niepowtarzalności
Jestem teraz jednocześnie na właściwym, pożądanym poziomie energii, a jednocześnie po tych zwierzeniach jakby wyczerpana. Nie jest to to złe wyczerpanie. To tak jakby spadł ze mnie wielki ciężar, ale jeszcze się go czuje w pamięci, jeszcze plecy obolałe.

Pojawia mi się myśl: a może ze wsparciem farmakologicznym dam radę wrócić do pracy i pracować w lepszej kondycji niż przed pobytem na oddziale? A nuż... Można przecież leczyć się psychiatrycznie tak jak leczę inne choroby.

niedziela, 14 czerwca 2026

Zgorszenie i obraza boska!

 Spędzam dzień w sposób  budzący zgorszenie. I dobrze mi z tym!

Chyba zaczyna działać lek, bo choć do szczęścia jeszcze mi sporo brakuje, złapałam się na zadowoleniu i uśmiechu. Dzień, mimo iż cały w negliżu i z przerwami w pościeli, upłynął mi dość produktywnie i satysfakcjonująco.
Po bardzo długiej przerwie wróciłam do kursu korekty. Żmudna to jest robota, ale jakoś może wreszcie się uda go dokończyć. Posłuchałam interesujących podkastów, poczytałam coś w internecie, a przed chwilą ucieszyło mnie ogromnie zaproszenie od koleżanki ze studium bibliotekarskiego na Facebooku. Kilkanaście lat temu straciłam z nią kontakt, gdy przepadły mi numery telefonów. Pomyślałam sobie, że natura naprawdę nie lubi próżni i jeśli tracę jednych ludzi, pojawiają się inni.

Kolega Z. obudził we mnie uśpioną tęsknotę za ciepłem. Niekoniecznie z nim. Co do niego nie robię sobie nadziei, choć jest dla mnie ważny. Oboje mamy swoje ograniczenia i jego nie są wcale mniejsze od moich. Nie na wszystko mam wpływ.

Ale czy ktoś zechce taką "ślepą, głuchą i schorowaną" - jak mnie kiedyś określił pewien niemiły znajomy?

Tak czy owak, cieszę się dziś lepszym nastrojem i tym, co dobre.

Trudne nastroje

Ewidentnie złapałam jakiś stan depresyjny. Zresztą wdrożono mi lek psychotropowy na oddziale. Biorę go już ponad tydzień i na razie trudno mi powiedzieć, czy działa. Aczkolwiek mam wrażenie, że jednak jestem ciut spokojniejsza w ten popiątek (bardzo mi się słowo "popiątek" podoba, chociaż czuję pewną sztuczność, gdy się nim posługuję ; to z pewnością kwestia przyzwyczajenia). Boję się, że gwałtowne emocje wrócą jutro wśród ludzi.
Bardzo chcę zwierzyć się z tych moich wewnętrznych boleści w grupie, wyrzucić z siebie balast, dać sobie przestrzeń na bycie zrozumianą i dostrzeżoną. Boję się jednak zabierać ten czas innym i wyjść na egocentryczny "pępek świata".

Ostatnio się odezwałam. Dostałam rady oraz informacje, że strasznie się wyniszczam przez emocjonowanie się.
Doskonale znam wszystkie racjonalne argumenty. Jestem osobą rozsądną i nie całkiem głupią. To nie unieważnia tego, że czuję tak, jak czuję, że zmagam się ze smutkiem i żałobą po stracie słuchu.

Wsparcia chciałabym w czym innym: odezwało się we mnie znane mi skądinąd poczucie bycia gorszą, nieudaną, skazaną na "drugi sort" i karaną za to, że próbuję jednak żyć i czerpać z życia dla siebie.

To czego doświadczam teraz, to największy koszmar z dotychczasowych, a przecież wiele już w życiu udźwignęłam.

Dźwigam, daję radę, podnoszę się po upadkach i jestem z tego dumna. Ale jak długo jeszcze i co jeszcze mnie spotka? Po ostatniej operacji straciłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam to i wcześniej, ale to nie to samo, co poczuć całą sobą: wszystko się może zdarzyć, nie ma limitu nieszczęść. Mój organizm jest obciążony i wcale nie jest powiedziane, że już nic strasznego się nie wydarzy. Mam chorobę mózgu, występują w niej upośledzenia umysłowe... kto wie, czy do końca życia pozostanę sprawna intelektualnie. Moje nastroje i reakcje są tym silniejsze, że doświadczam trudności czysto organicznych. Nie chcę się nimi usprawiedliwiać, ale są faktem.

Pracowałam nad sobą, nauczyłam się radzić sobie z moimi emocjami, ale w trudnych chwilach wymykają się spod kontroli. Całe lata już nie miałam głębszych stanów depresyjnych (dawniej były, choć nigdy nie leczone i w końcu mijały), a teraz po prostu tąpneło.

Będę pomalutku wyłazić z tego wielkiego doła, ale co mi jeszcze szykujesz, mój losie?

sobota, 13 czerwca 2026

Mało budująco

Cóż tu dzisiaj opisywać? Mało budująco i wczoraj, i dziś.

Mateuszowi pracownicy byli wczoraj oraz dzisiaj niedyspozycyjni, mieli swoje sprawy. Jemu zależało na czasie i szybkim posprzątaniu mieszkań, więc stanęło na tym, że obiecaliśmy posprzątać wspólnie z moim synem. Pięć godzin zajęło porządkowanie dwóch mieszkań, ganianie w tę i z powrotem z drugiego piętra na podwórze do garażu po różne rzeczy. Byłam mokra od potu, na prawej nodze zobaczyłam wieczorem krwawe wybroczyny, co jest jedną z "atrakcji" zespołu Sjogrena.

Dzisiaj znowu były dwa mieszkania do posprzątania, pościel do zmiany i wyprania. Praca sprzątaczki czy pokojowej to zajęcie zasługujące na prawdziwy szacunek! Mnie niestety, za wiele tym razem kosztowała i jestem rozdarta między sympatią do Mateusza, chęcią wsparcia go w imię przyjaźni, a potrzebą zadbania o siebie i całkowitej rezygnacji z tego zajęcia. Zwłaszcza że nie tylko fizycznie, ale i psychicznie mocno teraz niedomagam.

Niedosłuch wciąż aktualny. Wczoraj na oddziale na przemian płakałam i wściekałam się. Czuję się wykluczona społecznie. To ogromnie boli. Poruszyłam ten temat na grupie terapeutycznej, ale cóż oni, inni pacjenci mi mogli powiedzieć? To, co sama doskonale wiem: że emocje mnie wyczerpują, a nie rozwiązują moich problemów. Na Boga, przecież sama o tym wiem!

Postanowiłam na najbliższej grupowej terapii otworzyć się i poprosić o głos. I porządnie się wygadać ze wszystkiego, co mnie boli, a to nie tyko najświeższe sprawy.

czwartek, 11 czerwca 2026

Meldunek po południu

Huśtawka. No, prostu emocjonalny rollercoaster, o którym niedawno pisałam.
Wczoraj płakałam, dzisiaj rano też. Bardzo mi trudno z tą moją komunikacyjną barierą. Dzisiaj znowu na społeczności natarli mi uszu i słusznie. Dobrze, że dopingują, bo bywam mocno zniechęcona. Zapisałam się wczoraj do lekarki pierwszego kontaktu w sprawie skierowania do laryngologa i neurologa. Trzeba ruszać te cztery litery. Zatelefonowałam do Polskiego Związku Głuchych, licząc na jakieś wsparcie i wskazówki. Niestety, okazuje się, że w naszym mieście działa tylko świetlica dla osób migających. Ja o miganiu nie mam pojęcia. Jednak pani przy telefonie podpowiedziała mi kilka sensownych kroków. Obiecuję sobie, że je wdrożę.

Na oddziale poczyniłam dziś kolejne podejście do Rogera, mikrofonu przesyłającego głosy rozmówców do aparatu słuchowego. Do tej pory jakoś nie umiałam się nim posługiwać, a dziś okazało się, że on najlepiej "zbiera" głosy, gdy leży w pewnej odległości. Och, co za ulga! Wyszłam dzisiaj z oddziału w znacznie poprawionym nastroju. Nawet mój kolega Z. jakoś chętnie podjął ze mną konwersację. Rozumiem, że jego też mocno blokowały przeszkody w rozmowie. On ma problemy z wyraźnym mówieniem i nie ukrywał przede mną, że stresuje go mówienie do mnie. Ech!
Ale i tak mu kiedyś wytknę mimochodem, to przeniesienie się od innego stolika bez słowa wyjaśnienia.

Biorę się za chwilę za obiad. Syn po długich łajaniach wziął się wreszcie za mycie naczyń i wspaniałomyślnie oznajmia, że mogę już gotować. Pobędziemy sobie razem w kuchni i pogawędzimy. Każda sposobność do interakcji z młodym gniewnym jest na wagę złota! :)

środa, 10 czerwca 2026

Żal i ból

Bardzo zły dzień i wczoraj, i dzisiaj. Zmęczenie okropne. Złość, żal, frustracja.Może to infantylne, ale zabolało bardzo, że kolega, ten z którym tak dobrze się dogadywałam rok temu, który dał mi odczuć, że jestem lubiana, przesiadł się od nas (mnie i koleżanki) do innego stolika, przy którym zwolniło się miejsce. Podobno to jego ulubione stanowisko, ale uważam, że należało mi się jakieś słówko wyjaśnienia, koleżance zresztą też. Odebrałam to bardzo przykro, bo wiem, jak trudnym jestem teraz rozmówcą.

Zalały mnie emocje. Czuję żal i zniechęcenie. Na porannej społeczności wypomniano mi, że narzekam, a nie działam, by poprawić jakość swojego życia. Zgadzam się z tym, ale brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś ciepłego słowa. Poczułam się winna. A co do działania, oczywiście pełna zgoda, ale czuję się tak bardzo zniechęcona i bez sił.

Czuję się poza marginesem życia.. Chwilami czuję, że moje życie się skończyło. Przeraża mnie wizja długotrwałej, mozolnej walki o lepszy los. Przecież ja jestem wykończona!!!

niedziela, 7 czerwca 2026

Onufry* (nie Zagłoba!)

Dobiega końca zupełnie udany popiątek.

Wczoraj do popołudnia sprzątałam u Mateusza, bo jego "robotnicy" byli niedyspozycyjni. Żartowałam, że zapłacił mi w naturze, bo w lodówce znalazłam dwa koszyczki truskawek i gdy zapytałam, co z nimi zrobić, odpisał: "Weź je sobie". Dzięki temu na obiad miałam dziś owocową rozpustę z makaronem :)
Druga połowa upłynęła mi w domu na jakichś banalnych czynnościach i płytkiej drzemce w międzyczasie. Z tej drzemki wyrwał mnie telefon od byłego męża koleżanki D. Były D. pytał, czy może mnie odwiedzić, bo jest w naszym mieście. Zgodziłam się.

Były - dajmy na to, Onufry zaimponował mi poniekąd. Nigdy nie stronił od alkoholu, a piwa stanowczo nadużywał. Nie był typowym uzależnionym, ale chętnie korzystał z różnych okazji i był to stały element jego życia towarzyskiego. Po rozstaniu z D. zagłuszał ból i "pił wódkę jak dzieci mleko" (rozbawił mnie tym powiedzonkiem). Trwało to do momentu, gdy w maju rok temu wybudził się w środku nocy, rozpłakał się i od tamtej pory nie tknął ani kropli żadnego trunku. Byłam świadkiem, jak odmawiał poczęstunku na wycieczce organizowanej przez PTTK, gdzie się spotkaliśmy w same walentynki.

Wygląda na to, że Onufry otrząsnął się po tej uczuciowej porażce i rozpoczął swoje życie od nowa. Z optymizmem opowiadał mi o regularnych wyjazdach na rajdy, o ludziach, których poznał, o mozolnym odbudowywaniu relacji z własnymi dziećmi, bo i tu miał kiedyś zawirowania. Mówił, że życie bez picia smakuje zupełnie inaczej, nieporównywalnie lepiej. Mam wrażenie, że to taki zapał neofity, pierwsza euforia po odzyskaniu siebie, ale wiem, jak budujące przeżywa się wtedy emocje (budowałam życie od nowa po rozstaniu i otarciu łez). Życzę mu dobrze. Chociaż zachował się swego czasu bardzo niestosownie wobec mnie, zrehabilitował się później i teraz mamy relację opartą na koleżeństwie i wzajemnym poszanowaniu.

*Jasne, że kolega ma na imię inaczej, ale dla "ochrony danych" pozwoliłam sobie na żart z tym Onufrym.

piątek, 5 czerwca 2026

Kolejne wieści

Doszłam do wniosku, że najwyższy już czas na decyzję: zostać na oddziale czy opuścić go na własne żądanie? Odstawiając na boczny tor wahania i wątpliwości poprosiłam oddziałową kierowniczkę o rozmowę. I co wynikło z rozmowy?
Zostaję, ale w poniedziałek proszę oddziałowego pana doktora o konsultację w sprawie farmakoterapii. Średnio mi się uśmiecha dodawanie kolejnych tabletek do tych, które zażywam od lat, ale jeśli ma to poprawić jakość mojego życia - nie zawaham się. Pani C. powiedziała, że moja wzmożona potrzeba snu może świadczyć o zaburzeniach depresyjnych. Liczę na podniesienie energii i wyciszenie wahań nastroju, bo mam spore.
Tu zaskoczenie: sądziłam - o, naiwna! - że decyzja co do leków należy do lekarza. Tymczasem dowiedziałam się, że na oddziale zakłada się, że pacjenci są pod stałą opieką psychiatry (skoro takowy kieruje na odział), który przepisuje (bądź nie) lekarstwa. Na oddziale pacjenci sami decydują, czy życzą sobie kontynuować farmakoterapię, czy też próbują sobie radzić bez niej. Nigdy bym nie pomyślała... Cokolwiek mnie to złości, że pacjent, który nie drąży, nie docieka, pozostawiony jest sam sobie. Przecież nie zawsze nawet wiadomo, że o coś można zapytać, nad czymś dyskutować.

Mojego niedosłuchu nie przeskoczę, muszę się nauczyć z nim współpracować i nie bać się prosić innych o wsparcie. Postanowiłam jednak, a dziś umocniłam się w tej decyzji, że odwiedzę Polski Związek Głuchych w naszym mieście. "Głuchych" brzmi okropnie, ale jak zwał, tak zwał - byle tylko pomogli. Poproszę o pomoc, wskazówki, jak żyć z aparatami, poznam może ludzi, którzy poradzili sobie z takimi problemami, jakie obecnie są moim udziałem.

No i dupsko trzeba ruszyć w sprawie renty. Boję się, odwlekam, a mam realną szansę ułatwić sobie życie. Dookoła oczywiście defetyzm, straszenie nieżyczliwymi, nawet chamskimi komisjami - ale przecież nie każdy ponosi na tym polu porażkę, więc czemu akurat mnie nie mogłoby się udać? Mam takie schorzenia, że moja "rodzinna" lekarka zrobiła wielkie oczy na widok mojego wypisu z neurochirurgii. Mam leczenie psychiatryczne, mam przewlekłe autoimmunologiczne schorzenie. Mam w cholerę argumentów.
Eeech! Mogłabym pracować na pół etatu i mieć siły na te wszystkie spacery, pisanie wierszy po godzinach, dokończenie kilku planów, na które teraz sił brak. Odżyłabym może.

czwartek, 4 czerwca 2026

Płodna próżnia czyli pochwała ciszy

Jakoś przeciekł dzień przez palce. Połowę przespałam. W międzyczasie zrobiłam pranie, odrobinkę posprzątałam, przetarłam podłogę w łazience, zmyłam naczynia. Czyli dzień nie taki znowu bezproduktywny. Ale nijaki jakiś (czy nijaki może być jakiś? ;) ). Bez energii, bez konkretnego nastroju. Nawet bez specjalnego "doła". Po prostu na niskiej energii. Z nutą żalu, że mogłam go spędzić w bardziej wartościowy i atrakcyjny sposób... Ale czy tylko to, co atrakcyjne jest wartościowe? Czy tylko to, co produktywne i pożyteczne?

Przeczytałam dziś o płodnej próżni. Tak w psychologii określa się ten trudny czas, bez którego podobno nie mogą obejść się życiowe przemiany. Jest to czas bezruchu, niedziałania, pustki nieraz i niewiedzy. Mówi się także: ciemna noc duszy. Mam silne poczucie, że właśnie to dzieje się ze mną. Podobno należy to zaakceptować. Jakie to trudne!

Odkrywam jednak, że zaprzestanie rutynowych, wyuczonych działań zwalnia przestrzeń na rzeczy, które karmią serce i duszę. Dla mnie są to małe zdarzenia, do których w codziennym pędzie nie przywiązuje się wagi. Przypadkowe spotkanie, zadumanie się nad pozornym banałem, poddawanie się nastrojom. Lubię to bardzo, a nawet kocham, pomimo że tak często odsuwałam na margines codzienności. Pora chyba przesunąć środek ciężkości. Może to właśnie jest ważniejsze?

W minionym tygodniu odkryłam na nowo magię samotnych spacerów, randkowania ze sobą i notatnikiem. Właśnie w momentach, gdy nie tłoczą się wokół mnie sprawy i ludzie, wydarzają się spotkania niebanalne, niestandardowe. Ostatnio zaintrygowałam i chyba rozbawiłam kierowcę przejeżdżającej polną drogą taksówki. Kilka lat temu - do dziś to pamiętam jako ozdobę codzienności - nad naszą rzeką spotkałam starszego pana, który odsłonił przede mną kawałek swojego świata.

Tego pana spotkałam, gdy wyciągnięta na trawie wylegiwałam się na brzegu rzeki. Usłyszałam kroki i zerwałam się speszona. Pan uspokoił mnie jakimś miłym słowem i zaczęliśmy rozmawiać.

Miejsce, które wybrałam okazało się jego prywatnym małym azylem, gdzie szukał ukojenia po śmierci żony. Oswoił to miejsce, urządził sobie wygodne siedzisko na brzegu. Pokazywał mi, jak do rozsypanych w wodzie okruszków podpływają stada drobnych rybek. Mikroświat... Wzruszyła mnie ta prosta historia i do dziś ją ciepło wspominam.

Rzadko pozwalałam sobie na takie spotkania i chwile, a są tak dostępne. Były obowiązki, wychowywanie dziecka, jakieś towarzyskie interakcje. Chociaż to zawsze jakoś grało mi w duszy, wiecej uwagi kierowałam na zewnątrz. Pójść z synkiem na miejską imprezę, z mężem na wspólne domowe zakupy, na obiad do teściów, do pracy... Dziś mam więcej czasu dla siebie i na to, co ciche, skromne, a głębokie.

Pewnych ludzi nie spotkam w tłumie, a historii nie wysłucham w zgiełku.

Tylko uwierzyć w to trzeba.

środa, 3 czerwca 2026

Tracę czas?

Przyszedł na oddział mój kolega. Liczyłam, że razem będzie raźniej, serdecznie, a jest - trudno. On nie ukrywał, jeszcze przed hospitalizacją, że stresuje go bariera komunikacyjna między nami. Ja nie słyszę, nie rozumiem ; on mówi niewyraźnie i szybko, zwłaszcza w silniejszych emocjach, a jest człowiekiem wrażliwym. Oboje martwimy się, że jedno drugiemu przysparza trudności. Jest mi z tym cholernie źle.  On wyraźnie jest w gorszej psychicznie kondycji, więc nawet nie za wiele rozmawiamy.

Oddział to jednak przede wszystkim leczenie, a nie życie towarzyskie, chociaż koleżanka dzisiaj nazwała go przedszkolem - jako, że wypoczywamy, poddawani jesteśmy terapii zajęciowej i grupowym aktywnościom. Skoro więc przyszłam tu, by poczuć się lepiej, a to miejsce nie spełnia moich oczekiwań, ostatecznie postanowiłam rozmówić się z personelem co do sensu mojego tutaj pobytu. Może lepsza byłaby jakaś terapia indywidualna, ambulatoryjna? Może jakieś wsparcie farmakologiczne, by wyhamować moją drażliwość, podnieść energię? Jednym słowem, może potrzebne tu inne rozwiązania?
Szkoda tracić czasu na bezproduktywność.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Nowinki

Przebolałam już utratę pieniędzy. Słusznie skwitował to kolega z oddziału: "Będą nowe" i podzielił się historią o żonie, która zamówiła przez internet zabawki dla dzieci i została bez pieniędzy oraz bez zabawek. Wiele osób przeżyło to samo, co ja.
Powróciłam do starych aparatów słuchowych. Są już oswojone i łatwiej mi z nimi funkcjonować. Czuję ulgę. Wyszłam dzisiaj z oddziału o wiele mniej rozdrażniona i zmęczona. Bez po południowej drzemki w domu jednak się nie obeszłam. Potem zaimprowizowałam obiad na jutro i pobieżnie uporządkowałam mieszkanie.
Nowe aparaty będę wdrażać stopniowo.
Dziś miałam indywidualną rozmowę z psychoterapeutką. Młode, początkujące chyba w zawodzie dziewczę, ale ciepłe, sympatyczne i dość wspierające. Pytała mnie, co w tym tygodniu mnie poruszyło i o czym chciałabym porozmawiać. Nie bardzo miałam pomysł, podzieliłam się moją niejednoznaczną samotnością. Właściwie nie jest ona dla mnie problemem, poświęcam wiele uwagi sobie i swoim sprawom, mój świat jest bogaty i nie odczuwam pustki. Jednak brak czasem dawnych regularnych spotkań z D., dochodzą do głosu rozdźwięki z rodziną i znajomymi - niespecjalnie odczuwam braterstwo ze światem, choć i nie żywię wrogości. Moja droga teraz wydaje mi się mocno osobna. Bogiem a prawdą tłoku wokół siebie nie stwierdzam.
Pomyślałam, już w domu, że następnym razem porozmawiam o moim zdezorganizowaniu i poczuciu życiowej niewydolności, o braku energii, by sprostać swoim życiowym i domowym standardom.
Jutro na oddział przychodzi mój ulubiony kolega. Cieszę się. Bardzo ciepło o nim myślę.