Mam psychologicznie, wewnętrznie intensywny czas. Dużo czuję, dużo myślę, wyciągam wnioski, choć niemało mnie to kosztuje.
Obmyślam, co chcę powiedzieć na forum oddziałowej grupy, żegnając się z nią (niebawem) i podsumowując swój pobyt:
Pobyt tutaj był dla mnie ekstremalnie trudny, ale też wydobył na powierzchnię wszystko, co mam ważnego do przepracowania. Jest tego dużo.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną cierpiącą ani też najbardziej cierpiącą na świecie. Pod wieloma względami jestem wręcz uprzywilejowana: pracuję, na przykład, już prawie trzydzieści lat w jednym miejscu, zarabiam może skromnie, ale nie martwię się o byt, spokojnie daję radę. Wyszłam ze zobowiązań finansowych i mogę sobie pozwolić na to czy siamto. Wychowałam się w domu bez alkoholizmu czy innych skrajnych patologii. Owszem, były nawet jakieś dysfunkcje, ale zawdzięczam swoim rodzicom bardzo wiele i nie brakuje mi ciepłych wspomnień. Mam swoje mieszkanie, dzięki wsparciu mojej trudnej skądinąd Mamy.
Naprawdę mogłam gorzej trafić, ale to nie zmienia faktu, że jestem przeciwna unieważnianiu swoich problemów. Każdy ma, jakie ma i po swojemu je przeżywa, nie nam oceniać. Jednak nie godzę się na to, by dominowały nade mną. Będę szukać rozwiązań, już szukam.
Przepraszam, jeśli byłam w tym swoim cierpieniu egocentryczna, zbyt ekspresyjna. Czasami się nie w porę i nie na temat wcięłam w jakieś rozmowy, próbując zaistnieć, albo na kimś moje emocje odbiły się w przykry sposób. Czasami mnie pokonywały. Czasami czułam takie przygnębienie i niechęć, że opadały mi ręce i najchętniej gapiłabym się na leżąco w sufit. Albo złościłam się na cały świat i płakałam gdzieś pod ścianą.
Bardzo żałuję, że nie udało mi się tutaj nawiązać takich relacji i kontaktów, jakie kocham: z głębią i bliskością. Uniemożliwiły mi to warunki na oddziale i mój niedosłuch. Szkoda, bo jednak sporo słyszałam tu frapujących i inspirujących wypowiedzi, każdy z nas ma swoją unikalną historię, opowieść. W moim życiu najlepsze wspomnienia, to te związane z bliskością innych ludzi, rozmowami do świtu. Życie mnie tego pozbawiło, a raczej ograniczyło mi to.
Jak powiedziałam, zamierzam coś z tym robić i działać, ale jestem świadoma, że to może nic nie dać i po prostu będę musiała nauczyć się żyć "z dobrodziejstwem inwentarza". To jest najtrudniejsze, ale zawsze wierzyłam, że wszystko, co nas spotyka, ma swój sens i naszym zadaniem jest się go doszukać.
Mam nadzieję, że jeśli się spotkamy w bardziej sprzyjających mi warunkach, uda nam się wypić razem jakąś kawę i pogawędzić z Markiem czy Jola, zapytać o coś, co gdzieś, kiedyś usłyszałam jako strzępek rozmowy, podzielić się czymś swoim. Jeśli zdecydujecie się kontynuować nasze znajomości, to ja też się piszę, zaproście mnie do swojego grona.
Dziękuję za wszystko, a co złego, to nie ja... no, może trochę ;)