Jakoś przeciekł dzień przez palce. Połowę przespałam. W międzyczasie zrobiłam pranie, odrobinkę posprzątałam, przetarłam podłogę w łazience, zmyłam naczynia. Czyli dzień nie taki znowu bezproduktywny. Ale nijaki jakiś (czy nijaki może być jakiś? ;) ). Bez energii, bez konkretnego nastroju. Nawet bez specjalnego "doła". Po prostu na niskiej energii. Z nutą żalu, że mogłam go spędzić w bardziej wartościowy i atrakcyjny sposób... Ale czy tylko to, co atrakcyjne jest wartościowe? Czy tylko to, co produktywne i pożyteczne?
Przeczytałam dziś o duchowej próżni. Tak w psychologii określa się ten trudny czas, bez którego podobno nie mogą obejść się życiowe przemiany. Jest to czas bezruchu, niedziałania, pustki nieraz i niewiedzy. Mówi się także: ciemna noc duszy. Mam silne poczucie, że właśnie to dzieje się ze mną. Podobno należy to zaakceptować. Jakie to trudne!
Odkrywam jednak, że zaprzestanie rutynowych, wyuczonych działań zwalnia przestrzeń na rzeczy, które karmią serce i duszę. Dla mnie są to małe zdarzenia, do których w codziennym pędzie nie przywiązuje się wagi. Przypadkowe spotkanie, zadumanie się nad pozornym banałem, poddawanie się nastrojom. Lubię to bardzo, a nawet kocham, pomimo że tak często odsuwałam na margines codzienności. Pora chyba przesunąć środek ciężkości. Może to właśnie jest ważniejsze?
W minionym tygodniu odkryłam na nowo magię samotnych spacerów, randkowania ze sobą i notatnikiem. Właśnie w momentach, gdy nie tłoczą się wokół mnie sprawy i ludzie, wydarzają się spotkania niebanalne, niestandardowe. Ostatnio zaintrygowałam i chyba rozbawiłam kierowcę przejeżdżającej polną drogą taksówki. Kilka lat temu - do dziś to pamiętam jako ozdobę codzienności - nad naszą rzeką spotkałam starszego pana, który odsłonił przede mną kawałek swojego świata.
Tego pana spotkałam, gdy wyciągnięta na trawie wylegiwałam się na brzegu rzeki. Usłyszałam kroki i zerwałam się speszona. Pan uspokoił mnie jakimś miłym słowem i zaczęliśmy rozmawiać.
Miejsce, które wybrałam okazało się jego prywatnym małym azylem, gdzie szukał ukojenia po śmierci żony. Oswoił to miejsce, urządził sobie wygodne siedzisko na brzegu. Pokazywał mi, jak do rozsypanych w wodzie okruszków podpływają stada drobnych rybek. Mikroświat... Wzruszyła mnie ta prosta historia i do dziś ją ciepło wspominam.
Rzadko pozwalałam sobie na takie spotkania i chwile, a są tak dostępne. Były obowiązki, wychowywanie dziecka, jakieś towarzyskie interakcje. Chociaż to zawsze jakoś grało mi w duszy, wiecej uwagi kierowałam na zewnątrz. Pójść z synkiem na miejską imprezę, z mężem na wspólne domowe zakupy, na obiad do teściów, do pracy... Dziś mam więcej czasu dla siebie i na to, co ciche, skromne, a głębokie.
Pewnych ludzi nie spotkam w tłumie, a historii nie wysłucham w zgiełku.
Tylko uwierzyć w to trzeba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz