Sakramencko przegadane to moje podsumowanie. W dodatku znowu zmieniły mi się emocje i dziś powiedziałabym nieco inaczej. Ale mniejsza już o to.
Weekend był dla mnie emocjonalnie trudny, rozhuśtany, a amplituda uczuć była duża. Ostatecznie jednak zwyciężyła refleksja nad sobą i nad tym, co mówili mi ludzie na oddziale. Mówili o akceptacji, a niepotrzebnym szarpaniu się. Refleksję poparła sobotnio niedzielna lektura: "101 lekcji, które zmienią twój sposób myślenia" Brianny Wiest. Książkę tę nie bez wahania kupiłam w Biedronce, lecz okazała się świetna.
W wyniku przemyśleń, postanowiłam dzisiaj nie dać się ponieść irytacji, że niedosłyszę. Usiadłam sobie spokojnie z boku nad książką. Potem dopiero przyłączyłam się do rozmowy ze wspomnianym po wielekroć kolegą i niezwykle rozmowną koleżanką, która ma dar wyraźnej dykcji i dość donośny głos. Posłuchałam, coś dorzuciłam od siebie, udało się i bezpośrednio z koleżanką wymienić kilka zdań. Uprzytomniłam też sobie, że na tej trójce przy stoliku świat się nie kończy i zagadałam dzisiaj młodszego kolegę. Rozmawiało się z nim bardzo dobrze, opowiedział mi chłopak trochę o sobie, ja jemu podobnie - była w tej wymianie zdań i myśli symetria.
Co do tego "ulubionego" kolegi przekonałam się, że sąsiadki od stolika traktują go jak darmowego terapeutę, gdyż słuchacz z niego cierpliwy i uważny. Aż zakpiłam dzisiaj lekko: "Boguś (imię zmieniam oczywiście), a ile ci płacą za godzinę?". Było też czego zazdrościć. Dziś rozumiem koleżankę, która rok temu z przekąsem komentowała podobną sytuację, której zresztą właśnie on byl uczestnikiem. Wtedy się oburzyłam, dziś rozumiem. Bogusia chyba dowartościowuje ta poniekąd adoracja. A niech mu tam! Lubię go bardzo, ale o uwagę walczyć nie zamierzam ani już nie potrzebuję.
Olśniło mnie w weekend, o czym już chyba pisalam, że mogę w "starym" zakładzie popytać u techniczne wspomaganie używanych dawniej aparatów słuchowych. Dziś po wyjściu z oddziału skierowałam tam swoje krok.
Owszem, są takowe usprawnienia. Pani M. obiecała zamówić coś i dać mi do przetestowania na parę dni. Jeśli "wypali" - podjęłam... żeńską decyzję - sprzedaję nowe aparaty, bo wszystko wskazuje na to, że jednak nie zdały egzaminu. No, cóż... ten się nie myli, kto nic nie robi. Stracę na tym oczywiście, ale lepiej stracić część pieniędzy niżby się miały aparaty zupełnie marmować.
W nagrodę za postępy psychologiczne wstąpiłam w drodze powrotnej do szmateksu, gdzie nabyłam klasyczny, stonowany żakiet do jesiennych zestawów odzieżowych.
Dobry to był dzień, choć nie pozbawiony wyzwań ani wolny od zmęczenia.
Bardzo miło czytać te słowa, po ostatnich zawirowaniach tak tchną spokojem. Mam nadzieję, że pomimo myśli o wcześniejszym opuszczeniu oddziału uważasz, że dobrze że na nim wytrwałaś.
OdpowiedzUsuń