Huśtawka. No, prostu emocjonalny rollercoaster, o którym niedawno pisałam.
Wczoraj płakałam, dzisiaj rano też. Bardzo mi trudno z tą moją komunikacyjną barierą. Dzisiaj znowu na społeczności natarli mi uszu i słusznie. Dobrze, że dopingują, bo bywam mocno zniechęcona. Zapisałam się wczoraj do lekarki pierwszego kontaktu w sprawie skierowania do laryngologa i neurologa. Trzeba ruszać te cztery litery. Zatelefonowałam do Polskiego Związku Głuchych, licząc na jakieś wsparcie i wskazówki. Niestety, okazuje się, że w naszym mieście działa tylko świetlica dla osób migających. Ja o miganiu nie mam pojęcia. Jednak pani przy telefonie podpowiedziała mi kilka sensownych kroków. Obiecuję sobie, że je wdrożę.
Na oddziale poczyniłam dziś kolejne podejście do Rogera, mikrofonu przesyłającego głosy rozmówców do aparatu słuchowego. Do tej pory jakoś nie umiałam się nim posługiwać, a dziś okazało się, że on najlepiej "zbiera" głosy, gdy leży w pewnej odległości. Och, co za ulga! Wyszłam dzisiaj z oddziału w znacznie poprawionym nastroju. Nawet mój kolega Z. jakoś chętnie podjął ze mną konwersację. Rozumiem, że jego też mocno blokowały przeszkody w rozmowie. On ma problemy z wyraźnym mówieniem i nie ukrywał przede mną, że stresuje go mówienie do mnie. Ech!
Ale i tak mu kiedyś wytknę mimochodem, to przeniesienie się od innego stolika bez słowa wyjaśnienia.
Biorę się za chwilę za obiad. Syn po długich łajaniach wziął się wreszcie za mycie naczyń i wspaniałomyślnie oznajmia, że mogę już gotować. Pobędziemy sobie razem w kuchni i pogawędzimy. Każda sposobność do interakcji z młodym gniewnym jest na wagę złota! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz