Ewidentnie złapałam jakiś stan depresyjny. Zresztą wdrożono mi lek psychotropowy na oddziale. Biorę go już ponad tydzień i na razie trudno mi powiedzieć, czy działa. Aczkolwiek mam wrażenie, że jednak jestem ciut spokojniejsza w ten popiątek (bardzo mi się słowo "popiątek" podoba, chociaż czuję pewną sztuczność, gdy się nim posługuję ; to z pewnością kwestia przyzwyczajenia). Boję się, że gwałtowne emocje wrócą jutro wśród ludzi.
Bardzo chcę zwierzyć się z tych moich wewnętrznych boleści w grupie, wyrzucić z siebie balast, dać sobie przestrzeń na bycie zrozumianą i dostrzeżoną. Boję się jednak zabierać ten czas innym i wyjść na egocentryczny "pępek świata".
Ostatnio się odezwałam. Dostałam rady oraz informacje, że strasznie się wyniszczam przez emocjonowanie się.
Doskonale znam wszystkie racjonalne argumenty. Jestem osobą rozsądną i nie całkiem głupią. To nie unieważnia tego, że czuję tak, jak czuję, że zmagam się ze smutkiem i żałobą po stracie słuchu.
Wsparcia chciałabym w czym innym: odezwało się we mnie znane mi skądinąd poczucie bycia gorszą, nieudaną, skazaną na "drugi sort" i karaną za to, że próbuję jednak żyć i czerpać z życia dla siebie.
To czego doświadczam teraz, to największy koszmar z dotychczasowych, a przecież wiele już w życiu udźwignęłam.
Dźwigam, daję radę, podnoszę się po upadkach i jestem z tego dumna. Ale jak długo jeszcze i co jeszcze mnie spotka? Po ostatniej operacji straciłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam to i wcześniej, ale to nie to samo, co poczuć całą sobą: wszystko się może zdarzyć, nie ma limitu nieszczęść. Mój organizm jest obciążony i wcale nie jest powiedziane, że już nic strasznego się nie wydarzy. Mam chorobę mózgu, występują w niej upośledzenia umysłowe... kto wie, czy do końca życia pozostanę sprawna intelektualnie. Moje nastroje i reakcje są tym silniejsze, że doświadczam trudności czysto organicznych. Nie chcę się nimi usprawiedliwiać, ale są faktem.
Pracowałam nad sobą, nauczyłam się radzić sobie z moimi emocjami, ale w trudnych chwilach wymykają się spod kontroli. Całe lata już nie miałam głębszych stanów depresyjnych (dawniej były, choć nigdy nie leczone i w końcu mijały), a teraz po prostu tąpneło.
Będę pomalutku wyłazić z tego wielkiego doła, ale co mi jeszcze szykujesz, mój losie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz