niedziela, 5 kwietnia 2026

Ostatnie (chyba) święta...

Mam przeczucie, choć jeszcze nie pewność, że ta Wielkanoc to ostatnie święta, którymi się przejmuję.

Poczułam wyraźnie, że już... nie chcę i nie potrzebuję świąt.

Kolega z "sekty" napisał, składając nam życzenia, że on osobiście świąt nie obchodzi. Poczułam: co za wolność.

Kto wie, czy następnym razem się pod tym nie podpiszę. Na razie napisałam, że ma święty spokój, do którego ja dojrzewam.

Nie chcę już obrzędów, rytuałów, powinności, zobowiązań towarzyskich i rodzinnych. Chcę, by to, co robię, było prawdziwie z serca, prawdziwie ze mnie. Nie od mamy, taty, środowiska.

Nie chcę się zastanawiać, co jest w tym wszystkim jeszcze "moje".

Nie chcę świętować tylko z uprzejmości i dla syna, żeby miał tzw. atmosferę. To już zresztą dorosły facet i... patrz poniżej (ten akapit dopisuję w trakcie edycji).

Chcę sobie w święta pobyć w domu sama albo z nim. Przy nim niczego nie muszę udawać, jesteśmy z jednej bajki i jednego domu. On w swoim podejściu do świąt jest zaskakująco do mnie podobny, ale w przeciwieństwie do mnie pozwala sobie na to bez mrugnięcia okiem.

Nie chcę, by święta były nagrodą po przedświątecznej pracy. Nie chcę wchodzić w nie zmęczona, jak to zwykle niestety, bywa.

Nie chcę tłumaczyć krewnym byłego męża, dlaczego nie chce mi się iść do nich z wizytą.

Nie chcę siedzieć jak na tureckim kazaniu wśród ludzi gadających o niczym, czasami mocno podchmielonych i nie chcę słyszeć: "Ach, nieważne!", gdy kilka razy pod rząd proszę o powtórzenie wypowiedzi, bo nie dosłyszałam.

Nie chcę słyszeć ironicznych uwag o mojej rzekomej (niekoniecznie) nadwrażliwości i nie chcę udawać, że nie ma w moim życiu spraw trudnych i niepopularnych. To, czym żyję obecnie, słabo się "sprzedaje" w towarzystwie. Pragnę ludzi bardziej głębokich niż rozrywkowych.

Zmieniły mi się potrzeby, coraz bardziej wybrzmiewa mi potrzeba spokoju i własnej prawdy. Nie wszyscy są gotowi to dzielić.

Napisałam rodzeństwu, że nie przyjdę na spotkanie u siostry, bo jestem zmęczona.
A cóż ja tam miałabym robić?
Rodzeństwo nie zawiodło mnie w konkretnych sytuacjach, zawsze miałam wsparcie, ale emocjonalnie i egzystencjalnie rozmijamy się o lata świetlne.

Nazywanie rzeczy po imieniu to też dziś mocny punkt na mojej drodze.

Tak więc - krótko, na temat i bez oceniania innych - nie chcę już cyrku i teatrzyku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz