Spałam dzisiaj do jedenastej i wcale nad tym nie ubolewam - że późno, że jak tak można i że "kto rano wstaje, temu Pan Bóg...". Wypoczęłam jak księżniczka!
Zrezygnowałam z planowanego rajdu PTTK po Pogórzu Dynowskim, bo czułam, że "woła" mnie zupełnie co innego. Trochę mi żal, ale uczciwie spojrzałam prawdzie w oczy, a prawda mówi mi o zmęczeniu i pragnieniu snu do syta. Za tydzień kroi się wycieczka w okolice Sanoka i na tej bardziej mi zależy.
Przeszłam w bieżącym tygodniu próbę asertywności. Odmówiłam sąsiadowi pożyczenia pieniędzy, bo chłop jest po prostu bezczelny! Gdzieś w listopadzie, a może nawet wcześniej naprawił mi, owszem, awarię pieca. Byłam za to wdzięczna i ten to sprytnie wykorzystał. Chociaż zapłaciłam mu za przysługę, poprosił mnie o większe finansowe wsparcie z obietnicą szybkiego zwrotu. Nie był to pierwszy raz, więc wiedziałam, czym ryzykuję. Jednakże z pełną świadomością zdecydowałam się na ostatni eksperyment.
Raz drugi i trzeci sąsiad "dopożyczył", aż uzbierało się osiemset złotych długu. Scenariusz okazał się przewidywalny, aż nudny: przymilanie się, uśmiechy, przeprosiny i ciągłe odwlekanie. I wymówki, że szef jeszcze nie zapłacił za pracę itp. Gdy któregoś razu wybuchłam, gadzina mnie po prostu przytuliła i rozbroiła.
Tak go "piłowałam", szantażowałam matką,bo zawsze pożyczał w tajemnicy przed nią, że w końcu zwrócił mi kwotę po kawałku. Zostało jeszcze sto złotych. Gdy mi zwrócił resztę bez tej ostatnie stówki, porozumiewawczo zniżył głos i zapytał: "Sąsiadka, a poratujesz mnie jeszcze raz?".
Chyba oszalał! Tym razem nie ustąpiłam nawet w imię sąsiedzkiej sympatii i powiedziałam: "Nie". Próbował oczywiście coś ugrać, ale nawet nie słuchałam. Weszłam po prostu do swojego mieszkania zostawiając go za drzwiami.
Nie pojmuję, nie rozumiem i jestem oburzona takim tupetem. Na stare (no, dobra - na starsze) lata uczę się nie być uprzejmiejsza dla innych niż dla samej siebie i mieć gdzieś, czy to się komuś podoba.
Ten człowiek jest już zdecydowanie dorosły, nie ma zobowiązań jak żona i dzieci, mieszka u matki, która zapewnia mu przysłowiowy wikt i opierunek. Ma swoje dochody, bo pracuje w jakiejś budowlanej firmie. I on NOTORYCZNIE pożycza pieniądze! I nie oddaje miesiącami. Co to ma znaczyć, u licha?!
Nie mam pojęcia, ile zarabiają budowlańcy, ale nie sądzę, aby to były najniższe (chociaż może i niewygórowane) sumy, bo pracę wykonują ciężką. Obiło mi się o uszy coś o nierzetelnych pracodawcach, ale czy to aż tak nagminne zjawisko? Hejże, sąsiedzie! Jednak wciąż w tej pracy istniejesz, więc chyba nie jest tak tragicznie. A papieroski? A piwko?
Po prostu zero odpowiedzialności.
Wracam teraz do "Janosika". Zupełnie nie miałam wczoraj ochoty na nic "intelektualnego" z rozrywek i ot tak, kliknęłam na Vod.pl w znany mi tytuł. I wciągnął, choć znam prawie na pamięć. Muzyka z tego serialu za każdym razem mnie urzeka, a gra aktorów - majsterszyk, zwłaszcza te komiczne postaci jak Waluś czy mości hrabia i jego przyboczny. Główny bohater mocno oczywisty i wyidealizowany (bardzo świadomie), ale i on przykuł wczoraj moją uwagę, subtelnością wyrazu w wielu momentach. Uśmieszki, półuśmiechy, mimika...
Czasem tak zwane odgrzewane kotlety okazują się smaczne. A cóż dopiero solidny góralski bigos ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz