Nie myślę obsesyjnie o związkach romantycznych, ale przecież myślę, bo to spora część życia.
Może nie mam odpowiednich, dobrych doświadczeń, bo gdy się zastanawiam, czy chciałabym jeszcze z kimś połączyć swoje życie, wcale nie ma we mnie tego rozpowszechnionego przekonania, że we dwoje lepiej, niż w pojedynkę, że samotność to smutek i zło.
Czasem się do kogoś zatęskni. Do ciepłego ciała i ciepłych emocji. Wraca mi jednak myśl, że więcej w związku musiałabym poświęcić niżbym zyskała. Nie do przecenienia jest organizowanie czasu po swojemu. Nie do przecenienia święty spokój, banalny fakt, że gdy mam ochotę leżeć w biały dzień, nikomu to nie przeszkadza i nikt nie ocenia mojego trybu życia. Niby fajnie, gdy ktoś czasem zachęci, zmotywuje, wyciągnie z domu na spacer, ale przecież nie zawsze dwie osoby jednocześnie mają ochotę na to samo. Mnie teraz często brakuje sił, wolę się wyspać niż zarywać noce, na przykład.
Mam tę wolność i dowolność.
Nie mogę jednak zaprzeczyć, że obce jest mi pragnienie bliskości. Zdarza się, że do kogoś mnie "ciągnie", ktoś mnie ciekawi. Bez wzajemności, póki co, ale jedno wiem na pewno. Jeżeli nie przydarzy mi się człowiek, do którego ciągnie - na związku mi zupełnie nie zależy. Nie potrzebuję już być z kimś dla niebycia samą.
Ciepło w życiu mam, bo nie tylko relacja z mężczyzną je zapewnia. Życzliwość ludzi mam, radość spotkań mam.
Cielesne rozkosze wcale nie są same w sobie oczywiste.
Szukanie partnera dla korzyści finansowych czy osiągnięć kojarzy mi się z prostytucją. Sama potrafię o siebie zadbać, a jeśli nie - są od tego instytucje socjalne.
Więc o co tyle szumu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz