Nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chyba już tego za dużo na nie jedną i na moje ograniczone możliwości. Na oddziale jest mi bardzo ciężko, wracam do domu wykończona, potrafię się położyć, przespać popołudnie (lub przewegetować bez sensu), w nocy zasnąć bez najmniejszych kłopotów z uśnięciem... i rano od nowa.
Odstawiłam wczoraj istną wiochę - jak mawiała i może mawia jeszcze młodzież.
Zaczęło się od tego, że w świetlicy kolega włączył dość głośno muzykę z Yotube w telewizorze. Oddziałowa pielęgniarka, pani S. przezornie zapytała mnie, czy nie będzie mi to przeszkadzać. Zażartowałam, że zniosę z godnością. W końcu trzeba i ze swojej strony wykazać nieco tolerancji dla potrzeb bliźnich, a do oddziałowej społeczności, która wymagała wyłączenia sprzętu, było już niewiele czasu.
Słuchałam sobie tej głośnej muzyki i nawet sprawiało mi to przyjemność, kiwałam stopą do taktu, nuciłam... dopóki nie zeszli się do sali ludzie i nie zaczęli mówić jeden przez drugiego przy akompaniamencie Lady Punk i Budki Suflera. Na próżno próbowałam się połapać, o czym mowa. "Na maksa" mnie to zdenerwowało, po prostu wściekło, prysł mój całkiem niezły nastrój. I gdy przyszła moja kolej "spowiadania się" z poprzedniego dnia po powrocie z oddziału, nastroju, samopoczucia - wybuchłam z siłą tornada. Wrzasnęłam, że szlag mnie trafia, że mam dosyć... Potem oczywiście było mi wstyd.
Przez całą resztę tego dnia czułam się wyczerpana. Zmobilizowałam się, by po wyjściu z oddziału udać się do zakładu protetyki na regulację aparatów słuchowych, potem spotkałam się moim ulubionym kolegą z zeszłorocznej hospitalizacji oraz dwiema koleżankami. Było naprawdę miło, ale miałam chęć ze zmęczenia położyć głowę na stole. Wróciłam do domu i po prostu padłam.
Dzisiaj też czuję się "padnięta", chociaż nie śpię. Nie robię nic poza czytaniem, słuchaniem podcastów Mai Wąsały i pisaniem bloga. Obiecuję sobie jutro doprowadzić zaniedbane mieszkanie do jakiego takiego wyglądu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz