Wczoraj leżałam "odłogiem" po powrocie z oddziału. Nawet nie spałam, drzemałam tylko i nie chciało mi się totalnie nic. A ponieważ stołuję się teraz w szpitalu, Syn ma gar zupy pomidorowej na kilka dni, a zresztą sam jest w stanie "ogarnąć" sobie obiad jako zupełnie już dorosły człowiek - bezwstydnie pozwoliłam sobie na bezproduktywność.
Żeby się jednak czymś zająć, posłuchałam sobie podcastów Mai Wąsały z cyklu "Dotykam życia" (są na Spotify). Co za cudowna i cudownie żyjąca kobieta! Chciałabym prowadzić podobne życie - w rozluźnieniu, z przyzwoleniem na własne marzenia, przyjemności - i z możliwościami, by je zaspokajać.
Oczywiście z nieba nikomu takie możliwości nie spadają i ona także ma za sobą trudne lata. Tak samo mają je za sobą inne znane mi osoby, niektóre nawet znane osobiście. Chwalą teraz lekkość życia, ale - "per aspera ad astra" dotyczy ich niewątpliwie. A jednak odnalazły swoje miejsce - jakżeż one to robią??? Czy ja jeszcze zdążę pożyć tak, jak bym chciała? Chciałabym w tej odmienianej przez wszystkie przypadki (na portalach rozwojowych i duchowych) lekkości.
Moje teraźniejsze życie od lekkości jest dalekie. Mam ogromne deficyty energii, które dawniej wzięłabym za lenistwo. Dziś nie jestem dla siebie tak surowa, zauważam przyczyny i skutki - a jednak nie godzę się na marazm i nijakość.
Wiem z licznych lektur, że ten trudny etap jest niemal niezbędny, by tupnąć nogą i zawołać: "Dość!". Potrzebujemy przejść przez - kolejne "uduchowione" słowo - ciemną noc duszy, a więc czas chaosu i cierpienia. Coś mi się zdaje, że jest to właśnie teraz moim doświadczeniem.
Nie dam rady pracować tak, jak do tej pory. Potrzebuję zmiany tryby życia, dostosowania go do siebie. Obserwuję, że energia wraca mi, gdy daję sobie przestrzeń na to. Odpoczywam i nie karzę się za nicnierobienie. Wiem już, że to procentuje, ale nie ma kiedy w pełni wybrzmieć, bo jednak człowiek funkcjonuje w określonych ramach.
Nie chcę żyć pod dyktando sztywno ustalonych godzin i nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Może ktoś, kto to czyta uzna za wydumane i przesadne, że męczy mnie, gdy nie wypada mi pogadać do siebie przy pracy, zaśpiewać, wstać od biurka, by zatańczyć, albo łyknąć świeżego powietrza w godzinach oficjalnie przeznaczonych na pracę. Ja o tym marzę jak o powietrzu!
Mam wobec tego wszystkiego pytania warte świeczki*: Czy można utknąć w ciemnej nocy duszy i jak temu zapobiec? Jak pójść naprzód, nie cofnąć się w stare i już niechciane? Jak rozpoznać swoją drogę i miejsce? No, kurrrde, jak?!
*Warta świeczki jest raczej gra. Jednakże po zapoznaniu się z hipotezami na temat powstania tego związku frazeologicznego dochodzę do wniosku, że warte światła (kosztownych niegdyś świec) są moje pytania - a raczej poszukiwane odpowiedzi. O tak! bardzo pragnę rzucić na nie światło!
PS. O Mai pisałam nie tak bardzo dawno. W tej kobiecie najbardziej urzeka mnie jej zupełna zwyczajność, prostota i brak tego, co nazwałabym duchowym zadęciem. Nie ma u niej wielkich słów, ezoterycznej nomenklatury. Maja naprawdę dotyka życia! A dotyka tak, że najzwyklejszą zwykłość zamienia w magię.
Rozbroiło mnie zupełnie, jak Maja opowiadała o tym, jak przydarzyło jej się wyjście do przyjaciółki bez dzieci (a ma ich gromadkę). Była tak szczęśliwa, że wskoczyła do fontannny, by zamoczyć w niej nie tylko stopy, ale nawet... siedzenie. Poczułam: swój człowiek! - spontaniczny i szczery, nie z takich, co to "kij połknęli".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz