Miałam już kłaść się spać, ale podkusiło mnie postukać (w klawisze) na blogu.
Mój kolega jest kochany! Wariat kompletny, bez mojej wiedzy pofatygował się do pracowni protetyki słuchowej i tam wypytał dokładnie o udogodnienia technologiczne dla mnie. Zdał mi potem z tego relację, informując, że trwa właśnie promocja na urządzenie, które pomogłoby mi skupiać dzwięki w czasie grupowej rozmowy. Urządzenie kładzie się np. na stole. Hmm... ciekawe. Mnie też o tym mówiono w zakładzie, ale zapomniałam o tym, bo wtedy nie byłam jeszcze nim zainteresowana.
Urządzenie kosztuje, bagatelka, trzy tysiące, ale po zakończeniu największych finansowych zobowiązań udaje mi się co nieco odłożyć z wypłaty. Bez wielkich "boleści" mogłabym sobie na nie pozwolić. A może by tak...?
Trochę pomarudziłam: "Wiesz, myślałam właśnie, żeby 'se' kupić rower elektryczny". "Rower se jeszcze kupisz", skwitował Z.
Wzruszył mnie chłop! Miałam ochotę go uściskać i serdecznie ucałować. Musiał jednak wystarczyć zwykły "niedźwiedź" na zakończenie naszego kilkuosobowego spotkania.
Było to w czwartek, a dziś niedziela. Pracowicie ją spędziłam sprzątając Mateuszowe dwa mieszkania, ponieważ dziś oboje jego pracownicy okazali się niedyspozycyjni. Stwierdziłam, że skoro mam więcej czasu, korona z głowy mi nie spadnie, a i grosik od kumpla jest nie do pogardzenia.
Nie mogę się jednak nadziwić, jak "połamała" mnie ta robota. Sztywność stawów, ból kręgosłupa i krzyża daje się we znaki. Mój Boże, a kiedyś szedł człowiek na imprezę, wracał o czwartej nad ranem, szedł na ósmą do pracy i nic mu nie było - mówiłam do syna po powrocie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz