Raczej skrótowo i w tonie sprawozdania, a nie rozmyślań, bo zmęczona już jestem i chcę się dobrze wyspać przed kolejnym dniem.
Byłam dziś w Klubie Pacjenta. Nie dałam się zdominować przez Olę, zresztą okazuje się ona pomimo swojej rozmowności dobrym słuchaczem i wystarczyło tylko zakomunikować, że potrzebuję porozmawiać. Rezultat: umówiona, i to na nieodległy termin wizyta u psychoterapeutki z perspektywą systematycznego wsparcia. Jak warto było zdecydować się na spotkania w Klubie - zupełnie dobrowolne i niezobowiązujące, a w dodatku w godzinach pracy. Nauczyły mnie ostatnie doświadczenia nie odmawiać sobie prawa do przyjmowania pomocy i czerpani wsparcia, skąd się tylko da. Porzekadło powiada: jak dają, trza brać! Wsparcie ma obiecane także Ola (nie pamiętam, jak ją nazwałam we wcześniejszych wpisach, ale mniejsza o to - tak czy owak, imię jest zmienione). W piątek idę też do psychiatry poważnie porozmawiać o moich problemach i ewentualnej hospitalizacji na oddziale dziennym.
Testuję nowe aparaty słuchowe. Jutro wizyta w pracowni i zakup, bo decyduję się na nie.
Rozmówiłam się też radykalnie i chyba ostatecznie z D. Początkowo sądziłam, że zostawię tę sprawę bez komentarza, ale przecież ja się uduszę, jeśli nie domknę sprawy i nie powiem, co myślę. Napisałam, jak czułam: że to, co się wydarzyło, nie jest w porządku ani wobec mnie, ani wobec wieloletniego dobrego kolegi. Nie o to mam żal, że musiałam go przenocować, bo zrobiłam to z przekonaniem a nawet przyjemnością (pogawędziliśmy sobie we dwoje, jak rzadko, bo widujemy się tylko raz na jakiś czas). Chodzi o koleżanki krętactwo i niekoleżeństwo. Szanowna koleżanka zareagowała oburzeniem, kazała mi się puknąć w głowę. "Marta, jakby to wyglądało? X. u mnie z poważną wizytą, on wychodzi a Mateusz zostaje?". Odpowiedziałam jej, że można było otwarcie postawić sprawę, zamiast kręcić i zasłaniać się gratami w pokoju. Wystarczyło poprosić mnie wprost o przysługę zamiast wymyślać wykręty i rzeczy niewypowiedziane (ta rzekoma wzmianka Mateusza o nocowaniu u mnie). Mateusza też można było wziąć na stronę i wyjaśnić poczucie niezręczności. Dorośli ludzie otwarcie rozmawiają i rozwiązują problemy. Swoją drogą słabo świadczy o związku brak zaufania i podważanie lojalności.
D. zaczęła mnie też atakować, wypominać moje rzekomo głupie wypowiedzi (wspominałam żartobliwie, jak rozczarowała mnie wizyta u cioci w Szwecji, bo było pełno ciemnoskórych na ulicach, a żaden mnie nie zgwałcił - dużo się wtedy gadało o rzekomej wysokiej przestępczości wśród imigrantów), stwierdziła, że moje zachowanie jest niedojrzałe. Wisienką na torcie było: "Zazdrościsz mi, że kogoś mam!". Wyjaśniłam uprzejmie, że to jej krętactwo było dziecinadą, po czym oznajmiłam, że blokuję nasz kontakt, by nie ciagnąć dyskusji niepotrzebnie ("bo jestem gadatliwa" - dodałam). Nie odmówiłam sobie złośliwości: "Normalnie skręca mnie z zazdrości, że co pół roku inny".
Na reakcję nie czekałam.
Prawdopodobnie mam już "pozamiataną" tę znajomość. Dziwnie mi jakoś nie żal.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz