Coś się robi, coś się realizuje. Było się na rajdzie, poszło się z koleżanką na spacer z kijkami w ramach powołanej przez nią do życia grupy do wspólnych sportowo - towarzyskich aktywności. Nie zmienia to faktu, że codzienne funkcjonowanie stało się wyczerpujące i trudne. W weekendy, gdy można pozwolić sobie na własne tempo i ma się po prostu więcej czasu - odżywam, ale potem nieubłaganie przychodzi tydzień pracy zawodowej, nieruchomego tkwienia przy biurku i koncentrowania umysłu, który tak chciałby się wyłączyć, oderwać...
Dręczyła mnie bardzo długo myśl, obawa, że to może tylko figle leniwej psychiki, by uciekać od tego, co niezbyt przyjemne. Ale, na Boga, zależy mi na pracy i na szacunku do samej siebie, więc i na przyzwoitym wykonywaniu obowiązków. A więc i na satysfakcji, że buduję ten cały katalog i dzięki mnie te wszystkie opisy dla czytelników. Niewiele mi pomaga ta świadomość, po chwili mobilizacji wraca poczucie wyczerpania i modnie tak ostatnio zwanej mgły mózgowej.
Wróciłam dzisiaj z pracy tak zmęczona, że nie chciało mi się nawet zjeść tego, co przyniosłam ze sklepiku przy pewnej restauracji. Padłam na kanapę jak stałam i dopiero po drzemce odgrzałam krokiety oraz barszcz z kartonika. Umyłam naczynia, bo jednak pilnuję, by nie zbierało się ich w zlewie zbyt wiele i przesmażyłam szybko mięso na jutrzejszy obiad, by nie leżało za długo surowe w lodówce. Resztę obiadu dorobię jutro, bo mam plan i pomysł na szybkie danie.
Ale wróć, Marto, do rozpoczętej myśli: dręczyłam się, że może tylko moja podświadomość próbuje odciągnąć mnie od niezbyt przyjemnych obowiązków i zwyczajnie ogarnia mnie lenistwo. Może wystarczyłoby się wziąć w garść, zdyscyplinować się?
Dziś przyszłam do pracy już od rana nieszczęśliwa i znużona. Przy biurku zastosowałam genialne sposoby niejakiej Sylwii Kocoń, udzielającej się w internecie terapeutki na regulację układu nerwowego. Techniki oddechowe, stymulacja nerwu błędnego pomogły wspaniale... ale nie na długo. Cała dniówka to była walka o skupienie.
Potem jeszcze przeczytałam swój wypis ze szpitala psychiatrycznego (przyniosłam do wglądu dla tej pracującej w ZUS znajomej koleżanki), a tam wyczytałam coś o "kontynuowaniu wsparcia".
I to mnie olśniło! Moje leczenie to nie rozdział zamknięty. Ma być podtrzymywane!
Koniec dylematów i snucia wątpliwości: dzwonię jutro do rejestracji psychiatrycznej i niech się dzieje, co chce. Moje życie teraz to jakaś tragiczna wegetacja. Nie wyrażam zgody na wegetowanie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz