wtorek, 27 stycznia 2026

W dobrym humorze

No, więc, drogi pamiętniczku...
Zdania od "Więc", "A więc", "No więc" podobno się nie zaczyna, ale pozwolę sobie mieć to w nosie.
No, więc, a zatem, Drogi mój Pamiętniczku, mam dzisiaj humor znakomity! Bez ważnych... No, dobra, powody zapewne są ważne, ale zdecydowanie skromne - nic spektakularnego. I dobrze mi z tym!

Te wszystkie moje wglądy, odkrycia i wdrażanie "samopomocy" psychicznej, organizacyjnej i jak to jeszcze nazwać - działają! Magia małych kroków działa, magia "tylko piętnastu minut" okazuje się skuteczna. Moja psychika zamrożona terrorem cudzym oraz własnym pomału uwalnia swoje lody. Zaczynam odzyskiwać energię, choć na razie jest to energia niewielka. Pomna ostrzeżeń nie stawiam sobie wymagań na wyrost.

Jakoś szybciej, bardziej efektywnie wychodzę z "trybu przetrwania", rozbrajam moje notoryczne zmęczenie. Zaczynam odczuwać, że wreszcie rozpoczynam działania z innego miejsca niż dotychczas. Dotychczas był bat nad głową i niechęć.

Wierzcie lub nie wierzcie - oprócz moich "rozwojowych", "przebudzeniowych" lektur, gotowe rozwiązania i techniki podsunął mi GPT i jego "kuzyn" - Gemini. Zadawałam im pytania, jak sobie radzić, jak zmieniać swój stan i uzdrawiać, a w zamian dostawałam bardzo rzeczowe odpowiedzi. Takie, jakich potrzebowałam - łopatologia, kawa na ławę, instrukcja krok po kroku. Wypróbowałam i chwalę sobie na przykład poradę: "Zacznij od czegoś absurdalnie małego", "Wyznacz sobie piętnaście minut i jeśli nie pojawi się energia, po kwadransie odpuść", "Zdecyduj, jaką JEDNĄ rzecz chcesz dzisiaj zrobić".

Wiecie, może stwierdzicie, że jestem stuknięta, ale dla mnie to jak objawienie. Widzę, jak kroczek po kroczku porządkują mi się drobne, codzienne sprawy. Wiele jeszcze zaległości przede mną, ale widzę, że ich konsekwentnie ubywa, a ja nie płacę za to zdenerwowaniem, złością i wyczerpaniem.

Dziś mam załatwione dwie ważne sprawy. Na głowie zatem tylko obiad, i to niekoniecznie (to zależy, ile syn zje dzisiaj, bo może zostanie na jutro, mam też zamrożoną część tej zupy z mnóstwem śmietany). I tak mi lekko, fajnie, dobrze.

Po pracy wstąpiłam do fryzjera i oddałam się w ręce nowej pracownicy - jak się okazało, Ukrainki. Jak zwykle, nie umiałam zdecydowanie określić, czego chcę "względem włosów", z grubsza nakreśliłam swoje problemy z wysokim czołem o ogólne oczekiwania co do fryzury. Z przerażeniem obserwowałam poczynania fryzjerki, ale koniec końców, nowa fryzura jest świetna. Tyle tylko, że ja nie mam włosów jak na tych wszystkich pięknych fryzjerskich fotoreklamach. Chyba mi się puszą włosy - nigdy nie wiedziałam, co to znaczy, aż dziś przyszło mi do głowy skojarzenie z puchem pisklęcia. Takie jakieś te moje kłaczki lekkie, delikatne, byle wiaterek je burzy. Choroba zmieniła ich strukturę, zrobiły się tak przesuszone, że tygodniami mogłabym się obywać bez mycia głowy. Aplikuję im od czasu do czasu jakieś domowe kuracje, ale trudno mi o systematyczność. Te wszystkie upiększające zabiegi to dla mnie dodatkowe zadanie, a nie żaden relaks, jak dla wielu kobiet.

A propos domowych zabiegów, spotkała mnie pouczająca i trochę śmieszna przygoda. Wysmarowałam jakiś czas temu facjatę olejem lnianym. W efekcie cera wygładziła się jak przysłowiowa pupka niemowlecia ; byłam zachwycona. Powtórzyłam zabieg w pewien mroźny poranek - i to był błąd ; nie róbcie tego! Już w drodze do pracy czułam, jak piecze mnie twarz. W pracy koleżanka przestraszyła się na mój widok. Byłam czerwona jak rak po ugotowaniu!
Okazało się, po wnikliwej lekturze w internecie, że olej lniany rozszerza naczynia krwionośne i zawiera sporo wody, mimo że to tłuszcz. W czasie mrozu nie należy go stosować. Dobrze, że moja droga do pracy nie jest daleka, bo dłuższa ekspozycja mogłaby się naprawdę fatalnie skończyć.

Ale dziś wieczorkiem nie omieszkam.... :)

piątek, 23 stycznia 2026

Ot, jeden dzień z wielu

Raz lepiej, raz gorzej. Raz energia, raz totalna niemoc. Przed chwilą odpisałam na komentarz Gabrysi Kotas, że poznanie siebie pomaga mi stworzyć instrukcję obsługi samej siebie, dlatego tak uparcie grzebię w sobie i swoich nastrojach.

W ciągu dobiegającego końca tygodnia zaliczyłam dwa spore spadki energii i za chwilę radość z jej odzyskania. Niewiele pośrodku. Pocieszam się, że lepsza ta huśtawka niż jakaś przewlekła depresja.

Wczoraj po pracy podeszłam do Mateusza, bo mu się pracownica rozchorowała i nie było komu jej zastąpić. Okropnie byłam z tego niezadowolona, ale nie chciałam odmawiać pomocy. Tego się przyjaciołom nie robi (bez naprawdę ważnych powodów i według mojego osobistego kodeksu). Zmarzłam bardzo w nieogrzewanym pomieszczeniu. Do domu wróciłam zniechęcona, spowolniona, zmęczona. Machnęłam ręką na bałagan i zapakowałam się do łóżka.

Dziś byłam nieźle zregenerowana, pracowało mi się nieźle, a i roboty było ciut mniej. Z kierowniczką trwa proces odnajdowania porozumienia i docierania się. To w gruncie rzeczy dobra dziewczyna, tyle, że i ona ma swoje wrażliwości. Nawzajem się siebie uczymy. Doceniam jej chęć porozumienia.

Podobno idą śnieżyce, a towarzyszyć mają odwilży. A ja jestem niemal pewna: chodzący ze mnie barometr - wiadomo, od czego moje "zniżki"!

Ponieważ nie zrobiłam wczoraj obiadu, poprosiłam syna o przyrządzenie zupy z zakupionej mrożonki. Syn wywiązał się z zadania bardzo dobrze ; nie wiedział tylko biedak, ile dodać śmietany, więc wlał cały większy pojemnik. Zupa wyszła jednak bardzo smaczna i treściwa. Młodemu gotowanie nie jest obce, ale z zupą miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Pochwaliłam za udany debiut a ze śmietany pośmialiśmy się wspólnie.

Mimo że czuję się lepiej niż wczoraj, chęcią ruchu nie pałam, Bałagan kwitnie od wczoraj, a ja zdecydowałam, że pokwitnie sobie do jutra. Udaję, że nie widzę :) Zasnę chyba dzisiaj wcześnie, a przed snem spróbuję coś poczytać.

wtorek, 20 stycznia 2026

Lepiej!

Trochę już późno, trochęm zmęczona, ale popisać chcę, bo mam o czym.

Jakże inny dzień od wczorajszego odchodzi do wspomnień.

Taka być lubię: pogodna, sprawcza, zrelaksowana. Nawet jeśli zmęczona, to zmęczeniem zdrowym, dającym satysfakcję.

Rozmaite duchowe przewodniczki (przewodnicy też, ale wśród najbliższych memu sercu przeważają kobiety) zachęcają, by bacznie się sobie przyglądać, obserwować siebie i poznawać. Sprawdzać, co nam służy, a z czym zupełnie nie po drodze. Bywa to wymagające, bo trzeba się zatrzymać, przestać działać automatycznie i bezrefleksyjnie - ale opłaca się po stokroć. Odpowiada to mojej naturze, bo zawsze byłam "filozofem". Lubię usiąść tak po prostu, pobyć sama ze sobą i pobyć z tym wszystkim co we mnie i wokół mnie. Od pewnego czasu podchodzę do siebie i moich stanów wręcz badawczo.

Przyszło mi dziś na myśl, że takie chwile niemocy jak wczoraj, nawiedzają mnie często, ale nigdy nie pomaga smaganie się samokrytyką i branie się do galopu. Owszem, zrobię wtedy, co do mnie należy, ale nie jest to najwyższej jakości, ani mnie nie pozwala poczuć się lepiej (choć bywam zadowolona, że się przemogłam). Wczoraj odpuściłam totalnie, spędziłam popołudnie na najczystszym nieróbstwie. Dzisiaj w rezultaicie mam więcej energii i bez niechęci zajmowałam się obiadem, kolacją, paleniem w piecu i zakupami.

Wieczorem, krzątając się w kuchni odsłuchałam z Youtube wywiad z kolejną inspirującą postacią: Mają Wąsałą. To kobieta "klimatyczna" - twórcza, artystyczna, z głęboką duchowością, a jednocześnie taka swojska i konkretna. Bardzo lubię ten właśnie rodzaj duchowości: zakorzeniony i uziemiony, nie udający życia na różowej chmurce, poza całą prozą życia. Maja bardzo przekonująco pokazuje, że można spełniać się tu i teraz, nie czekając na specjalny moment i warunki. Gotowi jesteśmy już, teraz, tacy, jacy jesteśmy. Łatwiej to powiedzieć, niż naprawdę tym żyć, ale Maja tak bardzo pokazuje,  że jest to możliwe.

Wywiadu można posłuchać tutaj.

W pracy dzisiaj też lepsza atmosfera. Kierowniczka spokojniejsza, weselsza, aż jej o tym powiedziałam, nadmieniając, że chyba już ma z głowy najtrudniejsze prace związane z zamykaniem starego roku, obliczeniami, statystykami, podsumowaniami. Odparła mi na to, że po prostu postanowiła nie przejmować się tak bardzo. Żartobliwie dodała, że najgorsze dopiero przed nią. Tak czy siak - lżej dzisiaj w pracy było oddychać. Wyjaśniłyśmy sobie między wierszami ostatnie nieporozumienia. Jak to dobrze, że jest możliwość i obopólna chęć, by się dogadać. Nabrałam nieco otuchy i dystansu do trudności.Le

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Zmęczenie.

Martwię się, bo już sama nie wiem, czy moje notoryczne niemal zmęczenie i podobna niechęć do pracy to fanaberia czy rzeczywiste wołanie organizmu o zmiany i wsparcie.

Moja praca wymaga wielkiej uważności i dokładności, a nigdy nie byłam osobą "zapiętą na ostatni guzik", słynę z książkowego wręcz roztargnienia. Pracuję nad uważnością, jak tylko mogę, a i tak bystre oko kierowniczki zawsze coś wypatrzy do poprawki.
Kto wie, czy moje kłopoty z koncentracją nie są wynikiem Dandy-Walkera. W końcu mózg, w końcu układ nerwowy...

Moja kierowniczka nie jest złą kobietą, lecz jako świeżo upieczona zwierzchniczka bardzo dba o jakość pracy, bo przecież i ona jest oceniana. "Stara gwardia" miała swoje wymagania, jednak czułam większy luz. Teraz odczuwam duży stres. Do domu często wracam wykończona tym wielogodzinnym napięciem. Brakuje mi ochoty na aktywności pozazawodowe, a przecież obiad w domu sam się nie ugotuje, zakupy się nie zrobią. pranie nie włoży się samo do pralki, nie wyjmie z niej ani się nie rozwiesi. Dziś chcę tylko spać, albo gapić się w komputer. Nawet na książkę jakoś brak mi sił.

Szczerze się obawiam, czy dam radę tak dalej. Trzeba się chyba zabrać za gromadzenie dokumentacji do renty inwalidzkiej, którą zresztą kiedyś mi przyznano, ale zawieszono na czas wykonywania pracy zawodowej. Boję się jednak nawet zacząć, gdy wysłuchuję od najbliższej przyjaciółki, jak podle i upokarzająco komisje orzekające o niepełnosprawności traktują ubiegających się.

Jestem zmęczona, zmęczona, zmęczona.

niedziela, 18 stycznia 2026

Codziennostki nieco bezładne

Chyba jestem w gorącej wodzie kąpana.
Z moją przyjaciółką już o.k., gadamy jak zawsze i zwierzamy się sobie jakby nigdy nic. Coż... znam ją na wylot i powinnam już akceptować pewne rzeczy, ale czasami się na nią irytuję - a ona zapewne na mnnie. Ostatnio powiedziała do mnie z przekąsem: "No,bo ty to jesteś strrrrasznie mądra!", a ja równie kpiarsko odparłam: "No, oczywiście!". I tak sobie trwamy. Dobrze mieć relacje, którym byle konflikcik nie zaszkodzi.

Żałuję bardzo, że nie mieszka ona bliżej ode mnie, bo dotyczy nas obu coś, co nazwano gdzieś w "mądrych" internetach wykluczeniem komunikacyjnym. Posiadanie samochodu nie jest rzeczą oczywistą, ale niestety wypierają one komunikację podmiejską. Nie opłaca się przedsiębiorcom wysyłać autobusu po dwie czy trzy osoby, a nawet i jedną tylko w dzień wolny od pracy. W tygodniu znowu praca zawodowa i coś tam zawsze w domu do zrobienia albo po prostu ciemno i chłodno w zimowe wieczory. A i warunki u tej mojej X. kiepściutkie, bo domek nieduży i pięcioro ludzi w jednym pomieszczeniu. Tak, tak! Dziś niektórzy też tak żyją, nie tylko w książce "Chłopki".

Tęczowy śnieg, opisany przeze mnie niedawno, zafascynował mnie na tyle, że zaczęłam mu się uważniej przyglądać. Otóż muszą zaistnieć odpowiednie warunki, by zalśnił w słońcu kolorami. To chyba zależy od kąta padania światła, może też od jego rodzaju i intensywności. Nie w każdym słońcu skrzy się barwnie, a już raczej nie ma o czym marzyć w świetle miejskich latarni lub przy ksieżycu.

Nic to, bo i tak było dzisiaj pięknie. Tysiące płatków rozbłyskiwało bielą w dzisiejszy mrożny i szalenie słoneczny dzień. Musiałam powalczyć z lenistwem i wygodnictwem, ale stwierdziłam, że nie wybaczę sobie, jeśli nie wybiorę się choć na krótką niedzielną przechadzkę z kijkami. Niedługi był spacer,bo rzeczywiście mróz dawał o sobie znać, ale wróciłam wspaniale orzeźwiona.

Zachciało mi się w czasie spaceru życia towarzyskiego. Zadzwoniłam do siostry, z pytaniem, czy mogę wpaść - siostra chora, leży, nie ma siły. Zadzwoniłam do bratowej - u bratowej wszyscy leżą pokotem i może nawet złapali covida. Wróciłam do domu i organizuję sobie czas w pojedynkę. Upichciłam obiad, popisałam coś i poczytałam. Dopadł mnie pod wieczór jakiś spadek nastroju, ale ciepła herbata z cytryną i miodem rozgrzała mnie i przywróciła nadwątloną pogodę ducha.

Przed chwilą zatelefonował synuś. Jest już w drodze na dworzec kolejowy w mieście wojewódzkim i niebawem go zobaczę w progu domu. Uuuuffff! Jak dobrze z nim być!

W piątek odbyło się spotkanie w "sekcie". Tym razem nie skorzystałam z zaproszenia. Po ostatnim spotkaniu wróciłam z poczuciem obcości i niedopasowania i jakoś mnie to zniechęciło. Podzieliłam się swoimi odczuciami z kolegą, którego kiedyś tam zaprowadziłam. On migiem wychwycił to, co ja dopiero od niedawna decyduję się nazwać otwarcie: pewną sztuczność i jednak obcość w dość zamkniętej grupie. Wręcz stwierdził dosadnie, że prowadząca krąg wydaje mu się "szurnięta", choć na pozór miła. Trudno mi było to zakwestionować, choć aż taka surowa w ocenie nie jestem.

Może jeszcze kiedyś do sekty zajrzę, ale na razie jakoś ostygł zapał.


niedziela, 11 stycznia 2026

Rozbrat

Wodnikowa Panna zgrabnie i trafnie to ujęła: utracone iluzje też bolą.
Ilu też ja rzeczy nie widziałam przez tyle nieraz lat? A może nie chciałam widzieć? A może po prostu nie liczyły się wtedy?

Wyczerpuje mi się coraz wyraźniej prawie trzydziestoletnia przyjaźń. Pełna szczerości i głębi, dzielenia się wrażliwością, wspólnymi zamiłowaniami do filozofowania, zachwytów naturą i wierszami. Gadałyśmy o wszystkim, byłam przy X. tak bardzo sobą, jak z nikim innym. Do czasu. To narastało kilka lat zresztą. Najpierw widziałam wiele rzeczy i byłam nawet krytyczna, ale nie naruszały mojej lojalności i wierności. Ostatnie jakieś dwa, trzy lata to  - mam wrażenie - równia pochyła.

Nie mam siły tłumaczyć, opisywać, jak doszło do tego, że znalazłyśmy się akurat w tym punkcie. Nie chcę też odkrywać cudzej prywatności, ani tracić czasu na wytłumaczenia oraz usprawiedliwienia jej i siebie. Napiszę tylko, że coraz wyraźniej widzę zaściankowość myślenia tej skądinąd niesłychanie wrażliwej i autentycznie, moim zdaniem, utalentowanej kobiety, autorki niezwykłych wierszy. Widzę, jak głęboko pogrąża się w wyuczonej bezradności i - za cholerę, za jasną cholerę! - nie pozwala sobie pomóc. Widzę jak bardzo od pewnego czasu moja rola w tej przyjaźni polega głównie na wysłuchiwaniu skarg, złości, lamentów. Czasami próbuję coś podpowiedzieć, ale wszystko jest negowane. Czasami stwierdzam bezradnie, że nie potrafię pomóc. Co wtedy słyszę? "Ja nie szukam pomocy, chcę się tylko wygadać!". Ogromnie to rozumiem, ale ja już nie mam siły robić za konfesjonał! Coraz mniej między nami inspiracji, a coraz więcej jednostronnego użalania się. Jestem zmęczona, a czasami zła. Mam też poczucie winy z tego powodu.

Wczoraj wysłuchałam narzekania na pogodę, rodzinę, zdrowie. Dowiedziałam się o rzekomym manipulowaniu pogodą przez obce państwa... Byłam już dość rozdrażniona i po prostu parsknęłam ironicznym śmiechem. X. obraziła się na mnie i zakończyła rozmowę. Najlepsze było jednak to, że zreflektowałam się poniewczasie, zajrzałam na Wikipedię i dowiedziałam się, ze coś jednak jest na rzeczy i stosowane bywa tzw. zasiewanie chmur. Zwróciłam koleżance honor przez SMS, a ona odpowiedziała mi, że zepsułam jej humor i nie ma ochoty na dalszą pogawędkę.

Dziś próbowałam do niej zadzwonić. Nie odbiera. A ja się zastanawiam, czy warto jeszcze zabiegać o tę relację, czy pozwolić jej więdnąć. Jednak żałobę po dawnej bliskości odczuwam sporą.

Jest mi dzisiaj szczere smutno.


Druga taka to D. ale tę już na blogu "wałkowałam". Dziś relacja trwa, ale bez nadmiernych oczekiwań.

Co jest, do licha? Nie "umiem w przyjaźń" czy co?

wtorek, 6 stycznia 2026

Miało być o czym innym, a wyszło o pracy

 Jutro do pracy - nie posiadam się ze "szczęścia".

Powtórzę po raz sto tysiące dwunasty: nie w pracy się spełniam, nie w pracy się realizuję, nie w pracy się przyjaźnię. Potrzebna jest mi wyłącznie do zaspokojenia potrzeb socjalno - bytowych. Nie kupuję bajek o "wychodzeniu do ludzi", trzymaniu pionu, który rzekomo zapewnia konieczność stosownego stroju i ewentualnie makijażu. Makijaż olewam, a strój mogę nałożyć na spacer po mieście bądź do kawiarni. Przyjaźń w pracy podobno się zdarza, ale ja cudu takowego nie zaznałam. Nie wierzę, że w tej mojej kiedykolwiek zaznam. Nawet z byłą dyrektorką, już emerytką, choć miałam wiele pozazawodowych tematów, jednak nie pozwałam sobie na pełną swobodę. A pswoboda jest dla mnie wyznacznikiem przyjaźni.

Na marginesie - u byłej dyrektorki byłam nawet niedawno z wizytą, na jej bardzo serdeczne zaproszenie. Było przytulnie acz elegancko i z klasą - prawdziwa przyjemność, ale przecież nie opowiem jej, jak w...a mnie jedna taka z innego działu w pracy. Nie wypada!

Bardzo chciałabym odnaleźć w sobie odwagę do zmiany zawodowej, pozbyć się lęku przed utratą bezpieczeństwa i porażką. Chciałabym też rozpoznać, nie tracąc realizmu, odpowiednie dla mnie zajęcie. Chcę świętego spokoju i swobody. Chcę przeklinać przy biurku, gdy nie idzie mi robota, podśpiewywać i gadać do siebie, móc w dowolnym momencie wyjść przez moment na świeże powietrze. Niech to nikogo nie razi i nikomu nie przeszkadza... chyba chciałabym pracować w pojedynkę i we własnym domu. I w czasie pracy doglądać gotującego się na kuchence krupniku.

Ba! Pisałam o tym sto razy!

Pati Garg twierdzi, że to da się zrobić. Wyślę chyba w świat intencję: posiąść wiedzę, jak się do takiej zmiany zabrać, oraz odwagę do zrealizowania. Bo da się żyć w mojej aktualnej pracy, ale to nie takie życie, jakiego pragnę. Dziewczyny gadające poza sprawami zawodowymi, o zakupach i imprezach (młodość!), robienie afery z niewinnie rzuconego zdania... Nie!

Ot, niedawno świeżo upieczona kierowniczka działu  (pracownik już wieloletni) zwróciła mi uwagę, że nowa. od roku, dyrektorka nie lubi, gdy mówi się do niej po imieniu. A trzeba zaznaczyć, że to także bardzo już "stary" pracownik i całe lata jesteśmy ze sobą po imieniu. Rozumiem - oficjalne okoliczności, ale w nieoficjalnych chyba nie popełniam żadnego faux-pas, mówiąc do niej Zosiu. To właśnie powiedziałam kierowniczce, bynajmniej nie w celu polemizowania. Ot, rozmowa. Reakcją kierowniczki była uraza, że ją kwestionuję, komentuję i podważam jej słowa. Powiedziała, że czuje się przeze mnie opieprzana i jest jej przykro. O, ludzie!!!

Nie lubię i nie polubię pracy zespołowej.

niedziela, 4 stycznia 2026

Świetliście

Gdy świeci słońce, mój pseudosalon pełen jest światła. Kocham naturalną jasność. Za oknem w ogródku śnieg skrzy się w słońcu iskierkami w kolorach tęczy ; tyle razy już te iskry widziałam, cieszyłam się nimi, ale chyba dopiero dzisiaj zauważyłam, że rozszczepia się w nich światło i barwo je na tęczowo. Cudo!
Pełne jasności są też obrazy Claude'a Moneta przysłane mi przez znajomego via internet. Obrazy ktoś ożywił za pomocą sztucznej inteligencji i muszę przyznać, że efekt jest bardzo przyjemny.

Synuś wrócił wczoraj z miasta wojewódzkiego, ale był tak niewyspany po jakichś nocnych harcach i zapewne spóźnionym pakowaniu manatków, że położył się spać po południu, rezygnując nawet z obiadu. Wszystkie jego rzeczy są więc porozstawiane po naszym maleńkim mieszkaniu, że aż trzeba między nimi kluczyć niczym w labiryncie. To nic, to znaczy, że dom żyje i jest w nim ktoś, kto mu życia przydaje.
Nie jest to do końca pożądane, gdy syn porzuca studia i wraca do domu rodzinnego, ale wierzę, że to sytuacja przejściowa. Cieszę się jego bliskością i ze wzruszeniem wspominam wczorajszy spontaniczny gest. Kiedy już leżałam w łóżku z książką., znienacka postawił przede mną kubek napoju, który okazał się aloesowwym.

Z tych małych iskierek rozbłyska dzisiaj światło mojej radości (zachciało mi się metafor!).


piątek, 2 stycznia 2026

O krupniku i kolędzie

Gotuję krupnik na jutrzejszy obiad. Wreszcie coś nowego po kilku dniach dojadania świątecznych pozostałości. Wreszcie coś zwyczajnego, takiego codziennego. Ten krupnik to niemal symbol powrotu do prostoty i spokoju - rzeczy, które cenię.

Martwi mnie tylko, że tak łatwo się męczę. Ot, parę chwil na nogach przy kuchni i już obolałe łydki. Już dylemat: napisać coś na blogu czy już dać sobie święty spokój i po prostu poleniuchować? Jeszcze tylko tydzień będę cieszyć się wolnym czasem i tym, że tak dużo mogę wypoczywać. Regularne prowadzenie domu to dla mnie przerwa w życiorysie. Mogłam trochę od tego odsapnąć, gdy syn wyjechał na studia, ale niebawem wraca i znowu będę się poczuwać...

Zadzwonił dzisiaj w czasie tego gotowania i porządkowania kuchni dzwonek do drzwi. Ministranci przyszli zapytać, czy przyjmę jutro księdza po kolędzie. Mam już odwagę powiedzieć: "Nie, dziękuję".
Z katolicyzmem nie zamierzam wojować, chociaż wszyscy wiedzą o jego niechlubnych kartach. Mimo wszystko wiele w nim uniwersalnych, duchowo mądrych przekazów.

Koleżanka w "sekcie" właśnie na ostatnim spotkaniu wspomniała, że sprawia jej kłopot wspólne odmawianie "Ojcze nasz..." przy rodzinnym wigilijnym stole, bo ona od katolicyzmu odeszła. A dla mnie to jeden z najpiękniejszych tekstów o życiu i życiowych potrzebach. Czy nie tego nam trzeba? Chleba powszedniego, niewyszukanego dostatku, braku pokus, które dręczą duszę oraz tak zachwalanego przez psychologów wybaczania i odpuszczania. Toż to najszczytniejsze hasła duchowości.

środa, 31 grudnia 2025

Dyspensa

Obżeram się na noc jak ta, co w chlewiku kwiczy, i w efekcie długo w nocy nie mogę zasnąć. Budzę się bardzo późno. Pomimo lekkiego niezadowolenia z tego stanu rzeczy, rezygnuję z wyrzutów wobec siebie. Lubię, gdy dzień ma "ręce i nogi", pozbawiony jest rozmemłania (relaks to co innego), ale co się stało, to się nie odstanie, choćbym nie wiem, jak się za to strofowała.
A więc szlafrok, laptop i zwinięty w kłębek kot obok. Na śniadanie resztki świątecznych ciast, bo przecież nie wyrzucę jedzenia, które jeszcze się do konsumpcji nadaje. Na obiad będą pierogi, na które też już patrzę z umiarkowaną sympatią. Mogłabym zostawić je w zamrażarce, ale gotować nowych obiadów też na razie mi się nie chce.

Ile ważę po świętach, nie wiem. Ze świadomą przekorą od dawna bojkotuję terror linii i kalorii. Obym tylko takie problemy miała jak kilo w tę czy we w tę. Kiedyś, jako bardzo młoda dziewczyna na chwilę uległam tej presji i jaki był rezultat? Wygłodzona jakąś idiotyczną dietą wróciłam po zakończeniu studium bibliotekarskiego do domu i zagłuszałam różne frustracje i pustkę (nie miałam przez rok pracy, mocno odczuwałam samotność, bo rozproszyli się dotychczasowi znajomi) żarciem (!). Po wakacjach wyglądałam dorodnie. Próbowałam z tym walczyć i wygrywały pokusy, bo ja łasuch jestem w gruncie rzeczy. Gdy wreszcie poszłam do stałej pracy, kilogramy zgubiły się bez najmniejszych wysiłków z mojej strony. I do dziś nie mam kłopotów z tym związanych, jem ile i co mi się żywnie podoba. Wniosek? Czasami naprawdę waga "siedzi" w głowie, w psychice. Niekiedy może i rzeczywiście przybędzie mi tłuszczyku tu i ówdzie,  lecz za chwilę się gubi, gdy trzeba się więcej ruszać, wychodzić z domu, nosić opał do pieca... Nieposiadanie samochodu ma swoje korzyści!

Zajadam więc radośnie i beztrosko, sypiam zupełnie bez dyscypliny i na dłuższą metę byłoby to bardzo niekorzystne. Póki co jednak - dyspensa!