I wreszcie przyszedł deszcz, którego zapowiedź czułam w ciele od dwóch dni. Tak ładnie stuka o parapet, wypełniając mnie spokojem. Nie pada na tyle mocno, by uciszyć śpiewające ptaki. Jest cicho, jest dobrze, choć paruje ze mnie zmęczenie zupełnie niewspółmierne do tego, jak minął dzisiaj mój dzień.
A może jednak jest przyczyna? Może reaguję na kolejne zmiany i emocje?
Spędziłam dziś pierwszy dzień na oddziale dziennym. Było nadspodziewanie dobrze, nie dawał mi się we znaki gwar ani radio. Jednak jest duża różnica, jak odbieram dźwięki przez nowe aparaty, a jak nachalnie bombardowały mnie rok temu. Byłam nawet w stanie czytać książkę obok innych pacjentów, którzy przygotowywali gofry w ramach terapii zajęciowe. Gofry, swoją drogą, wyszły przepyszne i niech się przy nich schowają specjały kupowane w sklepach czy nawet restauracjach.
Spotkałam na oddziale dwie osoby z poprzedniej hospitalizacji, więc tym łatwiej weszłam w oddziałowy świat.
Dziś takie "pierwsze koty za płoty", zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.
Tej nocy wcześnie zasnęłam, zmęczona kopaniem działki. Ostatnie, to pamiętam, to mój syn zmywający naczynia w kuchni. Potem zbudziłam się w okolicach dwudziestej trzeciej i nie mogłam zasnąć ponownie. Syn zniknął z domu, ale dał później znać, że spontanicznie "wylądował" w mieście wojewódzkim u swoje dziewczyny. Wobec tego wszystkiego wzięłam do ręki książkę z bibliotecznego kiermaszu. Mówi o urazach i chorobach mózgu, więc miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o mojej chorobie. Chorobę jednak mam rzadką i póki co jedynie w internecie udaje mi się coś o niej wyczytać.
W książce znalazłam dokument - odpis skrócony aktu małżeństwa młodych jeszcze ludzi, obojga urodzonych w 1982 roku. Sfotografowałam go i ogłosiłam na Facebooku wiadomość o zgubie. Odezwała się najpierw znana mi z widzenia kobieta, która przedstawiła się jako koleżanka kobiety z aktu. Okazało się, że kobieta ta zmarła w zeszłym roku, a z zawodu była psychologiem pracującym w jednej z placówek w naszym mieście. Umówiłyśmy się, że doniosę jej akt na posterunek policji, gdzie pracuje.
Napisała też do mnie równocześnie siostra zmarłej. Ponieważ przebywa poza moim miejscem zamieszkania, zdecydowałyśmy, że odbierze dokument od tej koleżanki z komisariatu.
Wyraziłam współczucie z powodu straty siostry i to zapoczątkowało bardziej osobistą rozmowę. Okazało się, że chodziłyśmy do tego samego liceum, dzielą nas raptem dwa lata wieku, mamy też wspólnych znajomych. Malutki ten świat :)
Cała ta mała przygoda napełniła mnie łagodną melancholią.
Odchodzimy i przypominają o nas pozostawione dokumenty, pamiątki, przedmioty codziennego użytku... Opowiadają naszą historię, gdy my już gdzieś "daleko, wysoko, wśród manowców" (E. Stachura).
To była taka młoda jeszcze kobieta... Dokument zostawiła w podręczniku neurologii...
Brzmisz też w tym wpisie jak wypoczęta i spokojna osoba.
OdpowiedzUsuń