Zapodziałam gdzieś z rana pewien potrzebny drobiazg, przez co wywróciłam mój pseudosalon do góry nogami. Teraz, po powrocie z miasta na sam widok żołądek mi się podszewką wywraca. To powiedzenie - czyjeż by inne, jak nie Mamy? Mama miała sporo takich barwnych porzekadeł.
Rano wpadłam na chwileczkę na oddział, bo zapomniałam wczoraj dopilnować sprawy zwolnienia lekarskiego, aby dać sobie kilka dni "oddechu" po zakończeniu hospitalizacji, a nie tak od razu do pracy. Zamieniłam kilka słów ze współpacjentami, którzy ciepło mnie potraktowali. Wczorajsze rozstanie z oddziałem również odbyło się bardzo przyjaźnie. Przy tej dzisiejszej okazji poprosiłam lekarza o wyjaśnienie kilku zagadkowych sformułowań ze szpitalnego opisu. Brzmiały one dramatyczniej niż się okazało.
Potem rundka do szmateksu, bo przecież jako "absolwentka" psychiatryka całkiem normalna nie jestem (i chwała Bogu! normalni są nudni!). Z odrobiną wyrzutów sumienia nabyłam kilka fatałaszków po trzy złote za sztukę.
W drodze powrotnej kupiłam w lokalnej znanej restauracji kilka krokietów z mięsem na obiad. Jestem już w domu i za chwilę je spożyjemy z "synkiem tycim - malucim". A potem spokojne popołudnie w domowych pieleszach: trochę pracy i sporo relaksu.
Witaj, wolności (domowe L-4 do końca przyszłego tygodnia)!
P.S. Z kolegą Bogusiem niedomówienia wyjaśnione. Rozstanie przyjazne i z obietnicą bycia w kontakcie. Na pożegnanie oblałam go obiadowym kompotem, którego kubek trzymałam w dłoni, obejmując go na pożegnanie. Podobno plam na koszulcenie stwierdzono.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz