I to właściwie wszystko na dziś. Albo prawie wszystko.
W planach mam czytanie książki pożyczonej od Bogusia, bo najwyższy czas ją dokończyć, trzeba niebawem zwrócić koledze jego własność, ponieważ dobiega końca moja hospitalizacja. Na obiad dogodzę sobie francuskim daniem clafoutis z czereśniami, które wreszcie wczoraj wydrelowałam do końca. Pomogła mi trochę sąsiadka, która przed moim domem przysiadła się na pogawędkę. Potem przyszła jeszcze T-owa i miło, lekko spędziłyśmy ten czereśniowy wieczór. To lubię!
Wpadła też w odwiedziny koleżanka ze swoim psem, co mnie bardzo ucieszyło, bo dawno się nie widziałyśmy. Gdy emocje ze znaną nam obu D. opadły, zyskałam poczucie większej klarowności w moich relacjach. Jakoś tak przejrzyściej, chociaż chwilami pusto w uwolnionej przestrzeni. Sądzę, że to stan przejściowy, bo natura nie znosi próżni i prędzej czy później pojawi się coś lub ktoś w zamian. A przynajmniej nie rozpraszam swojej energii na ludzi tego niewartych. Więcej czasu na tę książkę od kolegi i inne obchodzące mnie sprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz