Oj! Huśta mną i huśta. Co dzień to inny nastrój, ale zauważyłam, że mam na to spory wpływ. Jak powiedziała koleżanka z oddziału - nikt tak nam nie potrafi spieprzyć życia jak my sami. W depresji trudno zmusić się do jakiejkolwiek aktywności a jednak warto. Podkreśla się znaczenie najmniejszych sukcesów w pokonywaniu siebie, porządkowaniu dnia, odnajdywania celu w swojej codzienności.
Depresji mi nie zdiagnozowano, ale zaburzenia nastroju są moim udziałem i potrzebuję sobie z nimi radzić. Miałam wypróbowane sposoby, o których ostatnio skutkiem różnych trudności zapomniałam. Trzeba je wpisać w plan dnia niczym zadania. Nie tylko małymi krokami realizować plany, ale też pamiętać o przyjemnościach, przed którymi często powstrzymuje zwykłe wygodnictwo. Najłatwiej przecież wylegiwać się na kanapie i snuć się z kąta w kąt. Znam jednak opowieści osób, którym w depresji zalecono spacery i te - początkowo wykonywane z niechęcią - po jakimś czasie pomagały.
Wczoraj skorzystałam z zaproszenia znajomej na czereśnie. Jedna z moich dwóch przyjaciółek, od lat mieszkająca za granicą, poprosiła mnie, bym skontaktowała się z jej mamą, która nie odbierała od niej telefonów. Niepokoiła się, jak mama radzi sobie w okrutne od kilku dni upały.
Zadzwoniłam więc. Pani A. nie od razu odebrała, ale w końcu się odezwała i uspokoiła, że u niej wszystko w porządku. Popytała, co u mnie, zrelacjonowała pokrótce swoje sprawy, po czym zaprosiła mnie do siebie na czereśnie. Pomimo upału i niechęci do ruszenia się z domu, jednak wybrałam się na wieś - i nie żałuję.
Tam też oczywiście gorąco, ale jednak inne powietrze i inny świat. Zieleń, natura, spokój. Stojąc wysoko na drabinie nazbierałam wiadro słodkich owoców, naprawdę przepysznych. Potem rozmawiałyśmy na podwórku, przyglądając się zaniepokojonemu naszą obecnością kwiczołowi. Ptaszek polatywał z miejsca na miejsce, coś tam po swojemu wykrzykując, a ja miałam okazję sfilmować go za pomocą telefonu.
Pani A. już chyba dobiega osiemdziesiątki, jest, o ile mi wiadomo, starsza kilka lat od moich rodziców. Dzielnie radzi sobie w gospodarstwie, ale czułam cień smutku na jej widok. Po dłuższej przerwie w kontakcie zauważa się upływ czasu. Kilka lat temu owdowiała i teraz sama "ogarnia" ogród, dom, drób. Roboty jej nie brakuje. Wstępnie umówiłyśmy się na jesienny zbiór orzechów.
Ta wyprawa na wieś prawdziwie mnie wczoraj zrelaksowała. Miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, cieszył mnie też kontakt z drugim człowiekiem. Choć daję sobie radę we własnym towarzystwie, jednak prawdziwie ożywczo działają na mnie dobre relacje.
Potrzebuję je odbudować, bo odkąd D. poszła w odstawkę, zrobiło się w moim życiu... luźno.
Dziś natomiast poczyniłam pierwszy krok w drodze do renty chorobowej. Wybrałam w ZUS-ie stosowne formularze. Boję się tej drogi, ale czy cokolwiek mam do stracenia? Najwyżej mi tej renty nie dadzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz