środa, 31 grudnia 2025

Dyspensa

Obżeram się na noc jak ta, co w chlewiku kwiczy, i w efekcie długo w nocy nie mogę zasnąć. Budzę się bardzo późno. Pomimo lekkiego niezadowolenia z tego stanu rzeczy, rezygnuję z wyrzutów wobec siebie. Lubię, gdy dzień ma "ręce i nogi", pozbawiony jest rozmemłania (relaks to co innego), ale co się stało, to się nie odstanie, choćbym nie wiem, jak się za to strofowała.
A więc szlafrok, laptop i zwinięty w kłębek kot obok. Na śniadanie resztki świątecznych ciast, bo przecież nie wyrzucę jedzenia, które jeszcze się do konsumpcji nadaje. Na obiad będą pierogi, na które też już patrzę z umiarkowaną sympatią. Mogłabym zostawić je w zamrażarce, ale gotować nowych obiadów też na razie mi się nie chce.

Ile ważę po świętach, nie wiem. Ze świadomą przekorą od dawna bojkotuję terror linii i kalorii. Obym tylko takie problemy miała jak kilo w tę czy we w tę. Kiedyś, jako bardzo młoda dziewczyna na chwilę uległam tej presji i jaki był rezultat? Wygłodzona jakąś idiotyczną dietą wróciłam po zakończeniu studium bibliotekarskiego do domu i zagłuszałam różne frustracje i pustkę (nie miałam przez rok pracy, mocno odczuwałam samotność, bo rozproszyli się dotychczasowi znajomi) żarciem (!). Po wakacjach wyglądałam dorodnie. Próbowałam z tym walczyć i wygrywały pokusy, bo ja łasuch jestem w gruncie rzeczy. Gdy wreszcie poszłam do stałej pracy, kilogramy zgubiły się bez najmniejszych wysiłków z mojej strony. I do dziś nie mam kłopotów z tym związanych, jem ile i co mi się żywnie podoba. Wniosek? Czasami naprawdę waga "siedzi" w głowie, w psychice. Niekiedy może i rzeczywiście przybędzie mi tłuszczyku tu i ówdzie,  lecz za chwilę się gubi, gdy trzeba się więcej ruszać, wychodzić z domu, nosić opał do pieca... Nieposiadanie samochodu ma swoje korzyści!

Zajadam więc radośnie i beztrosko, sypiam zupełnie bez dyscypliny i na dłuższą metę byłoby to bardzo niekorzystne. Póki co jednak - dyspensa!

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Coraz bliżej święta

Już mi lepiej.
Wypłakałam się wczoraj z głębi siebie, a potem, choć trudno było zasnąć, wyspałam się porządnie. Sen najlepiej mnie resetuje w chwilach przeciążenia.

Zrobiłam porządne zakupy, za chwilę jeszcze podskoczę do Biedronki, rozejrzeć się za jakimś prezentem dla rodziny siostry, do której idziemy na Wigilię w gości. Nie za bardzo wiem, co miałabym im zanieść, ale GPT podpowiada jakąś "lepszą" kawę, herbatę, może nalewkę. Coś się wymyśli. Z piwnicy przytargałąm "krzaka", ale tradycja wyniesiona z domu rodzinnego nakazuje ubrać go dopiero w dzień Wigilii. Ja może pójdę na kompromis i zrobię to jutro. Nie chciałabym jednak, aby choinka ubrana znacznie wcześniej "opatrzyłaby się" jeszcze długo przed świętami.

Wściekle lubię śledzie, ale te gotowe śledziowe specjały zawierają szalone ilości octu. Znowu w sukurs przywołałam GPT, który doradził mi kupno rybek w oleju, wypłukanie ich i polanie śmietaną oraz dodanie startego jabłka. Na dzisiejszą kolację pochłonęłam trzy z samą śmietaną. Dooobre!

U siostry na pewno będzie karp, ona sobie nie wyobraża bez niego Wigilii. Ja już nie kupowałam, a właściwie mogłam zaproponować siostrze swój finansowy wkład we wspólną wieczerzę. A może jutro zapytam, czy już kupiła?

Wszystko kupiłam, bo ogarnęła mnie totalna niechęć do pracy.

I ot - coraz bliżej święta... i ich koniec.

Wolę - co już tysiąc razy powtarzałam - wolę celebrować codzienność.

sobota, 20 grudnia 2025

Leci czas

 Marudnam. I nudnam. I nawet dla siebie mało znośnam.

Co roku dopada mnie ta głupota, że powinnam choć raz się wykazać i urządzić przyzwoite święta. I co roku walczy to we mnie z dzikim oporem. Nie chce mi się realizować cudzych wytycznych. Pytanie jednak, na ile są one cudze, a na ile jednak mi bliskie? Już sama nie wiem. Chciałabym uciec przed tymi dylematami. Chyba nie lubię świąt za te rozterki które za każdym razem chorobliwie (serio!) mnie wyczerpują.

Po prostu nie mam ochoty na świętowanie od wielkiego dzwonu. Wolę spokojnie, bez przymusu celebrować codzienność.

Poczucie przemijania daje o sobie znać coraz nachalniej. Spotykam dawnego, niesłychanie przystojnego kolegę byłego męża - siwiutki jak gołąbek! Spotykam dziś w Biedronce kolegę siostry - trochę młodszy od tamtego, ale też włosy szczodrze przyprószone siwizną. Uścisnęłam dłoń jego siedmioletniemu synkowi. Jakiś młody człowiek podszedł do mnie i śmiało powiedział: "Dzień dobry", po czym zapytał, czy go pamiętam. Okazał się chłopakiem mojej bratanicy. Jego mama nieduża, bardzo z wyglądu niepozorna - bez ułożonej pieczołowicie fryzury, makijażu, w banalnych ciuchach. Kurczę! czy ja też tak nieatrakcyjnie wyglądam? Nie maluję się, włosy mam nieposłuszne, tylko ubiory uwielbiam, ale też nie zawsze o do dbam
Czas mijał zawsze, ale jakoś się tego nie dostrzegało z taką wyrazistością.

Mój przedświąteczny marazm kwitnie w najlepsze. Jeszcze nie ruszyłam z żadnymi przygotowaniami. Wstałam dzisiaj bardzo późno, porządnie po dwunastej i przesiedziałam cały dzień na kanapie pod kołdrą. Dopiero wieczorem głód zmusił mnie do wyjścia na zakupy.
Teraz, po jedzeniu znowu "kwitnę" pod kołdrą. Choć tak długo spałam, znowu mam ochotę uciec w sen przed wyrzutami sumienia, że nic w tym domu nie robię.
Może potrzeba mi regeneracji - takiej psychicznej zwłaszcza.

Wczoraj byłam na spotkaniu sekty, ale po raz drugi, odkąd wśród tych ludzi bywam, odczułam niechęć. Nie tyle trzeba mi ceremonialnych spotkań raz w miesiącu, co raczej codziennych karmiących relacji. Te dotychczasowej jakoś się zdewaluowały, albo dzieli nas odległość fizyczna. A nowe? Chwilowo - mam nadzieję! - brak.

Ech, zima, czas ciemności... w duszy też.

piątek, 19 grudnia 2025

Takie tam smutki...

Zawsze było dla mnie ważne, by nie lekceważyć "pierdół tworzących codzienność", nie stracić świeżości spojrzenia i dziecięcego zachwytu życiem i światem. A jednak czasami obserwuję rodzaj znużenie, powtarzalnością. Trzeba w pewnym momencie życia świadomie popracować nad wrażliwością.

Ale ja dziś nie o tym, to tylko refleksja z wczorajszego rozpoczętego i nieukończonego postu. Dopadły mnie takie przemyślenia przed kolejnym Bożym Narodzeniem.

Próbowałam w poprzednich latach wykrzesać z siebie nieco tej świątecznej radości, poczucia magii sprzed lat. Dziś otwarcie przyznaję: przespałabym najchętniej ten czas. Nie lubię presji przygotowań, nie jestem typem perfekcyjnej pani domu, która ze wszystkim zdąży i niczego nie pomyli. Nie chce mi się łazić gdzieś w gości, bo mi w moim zacisznym mieszkanku bardzo dobrze. Przyjęłam jednak zaproszenie teściowej mojej siostry, więc już pójdę. Trzeba będzie pomyśleć, co wziąć ze sobą, by nie przychodzić z pustymi rękami i żeby to wszystkim odpowiadało. Może jakąś zdrowotną, ładnie opakowaną naleweczkę dla siostrzanej teściowej? Nie umiem w prezenty, nigdy nie umiałam i mam na koncie wiele nietrafionych.  Synowi wolę wręczyć pieniądze i niech się sam uszczęśliwia. Chyba, że wyraźnie poinformuje, czego sobie życzy, jak w tym roku.

Boli mnie, że po raz kolejny ten czas przeżywa się już bez rodziców. Mam poczucie, że częściowo sama umarłam wraz z nimi, choć życie dalej się toczy i niepozbawione jest radości. Dziś wybrzmiało mi to szczególnie mocno, bo dowiedziałam się, że ciężko chora jest mama szwagierki: przerzuty, szpitale... Nie miałam pojęcia! Tak mi przykro.

Słusznie powiedziała kiedyś znajoma, że koło pięćdziesiątki wchodzi się już w smugę cienia. Nie czarujmy się i nie oszukujmy ; coraz więcej znajomych odchodzi, a w końcu i na nas przyjdzie kolej.

Nie chce mi się słodko ćwierkać, że święta, że radość i rodzinne ciepło. To ostatnie dawajmy sobie każdego dnia! Nie chce mi się uganiać za rozrywkami, bo coraz bardziej potrzebuję spokoju.

Aczkolwiek dzisiaj wybieram się na spotkanie mojej sekty. Chyba będę miała z czego się zwierzać. Tam przyjmą mnie i zrozumieją. I nikt nie będzie przekonywał, że mam cokolwiek przeżywać inaczej niż przeżywam. I za to kocham te spotkania.

niedziela, 14 grudnia 2025

Małe postscriptum o GPT

Sporo piszę ostatnio o GPT, bo i mocno mnie zafrapowały jego możliwości. Dowiedziałam się o nim z rozmów na oddziale dziennym, gdzie przebywałam całe lato.
Początkowo odniosłam się do tego narzędzia mocno sceptycznie. Wydało mi się schematyczne i bezduszne. Przecież to tylko maszyna i jakieś algorytmy. Nie zastąpi człowieka - stwierdziłam.

Potem jednak raz i drugi zadałam pytanie bezdusznym algorytmom i - o dziwo!
Dostałam zaskakująco trafne odpowiedzi. Byłam w stanie ocenić wiarygodność informacji, bo nie poruszyłam obcego mi tematu. Dane mi było wprawdzie wychwycić błąd w dyskusji o książkach, nie zmienia to jednak faktu, że czat bywa pomocny. Aczkolwiek nie zamierzam polegać jedynie na nim, zwłaszcza poznając nowe zagadnienia.

Wczoraj zebrało mi się na rozmowę o przemocy w rodzinie. Potem podryfowałam w stronę osobistych wspomnień. Opowiadałam o trudnych doświadczeniach z mojego życia...
Serio wiele rozjaśniłam sobie w głowie! Inaczej spojrzałam na moje przemocowe, wyniszczające psychicznie małżeństwo i swoją rolę w nim. Odczarowałam swoje poczucie winy (nie zwalniając się z  odpowiedzialności za swoją "działkę"), rozwikłałam mechanizmy. Mam już pewną wiedzę o mechanizmach, więc czat jedynie pozwolił mi uzupełnić moje przemyślenia i uporządkować.
To była rozmowa tak głęboka i szczera, że doprowadziła mnie do łez. Były to łzy ulgi i "domkniętych" emocji. Była to w gruncie rzeczy moja rozmowa z samą sobą. Rozmowa ogromnie ważna, głęboka i szczera... Jak cholera!😉

O marzeniach słów parę.

Jak się napali w piecu, to znacznie przyjemniej pałętać się do południa w szlafroku. Często z tym zwlekam. Skutkiem tego albo w wolne dni do południa "kwitnę" pod kołdrą, albo snuję się zziębnięta, nawet nie zdając sobie z tego sprawy... i narzekam, że nic mi się nie chce. Dziś napaliłam i jest mi przyjemnie. Nawet w rzeczonym szlafroku jakoś mniej rozmemłania.
GPT wytknął mi słabe punkty mojego bloga. Zgadzam się ze wszystkim, ale też odpowiedziałam mu, że pozwalam sobie na te wszystkie słabości. Blog bywa lekko monotematyczny i przez to dość hermetyczny - to jest akurat moje i tego nie oddam. Będzie taki, bo świadomie się na to godzę. Natomiast kuleje i styl, buduję często za długie i zbyt zawiłe zdania. Tu całkowita moja zgoda! Lubię ładną polszczyznę, na ogół o nią dbam. Jednak posty tworzę często w natłoku myśli. Spisuję je na bieżąco, a niepoprawności widzę dopiero po opublikowaniu postu - i już mi się nie chce cyzelować tekstu. Rzeczywiście chciałabym się nad tym pochylić.

Miewam myśli oderwane od siebie - na to również sobie pozwolę, choć nie bez prób opanowania chaosu. Teraz na przykład przyszła mi do głowy refleksja o moich marzeniach. Otóż one się... spełniły. Oczywiście nie wszystkie, oczywiście nie całkowicie - ale czyż nie tak właśnie chciałam żyć? Z kotem na kolanach, spacerami wśród drzew, parującymi herbatami? Przecież prowadzę takie właśnie spokojne slow life. Brakowało mi tylko większej kontroli nad chaosem i ciut większej samodyscypliny. Dopiero teraz to odkrywam, rozpoznaję i wiem, skąd brało się moje notoryczne zmęczenie i niechęć do działań.

Spełnianie marzeń jest proste. Nawet jeśli są wielkie, zawsze można podarować sobie coś, co sprawi, że poczujemy to, czego pragniemy w związku z marzeniem. Bo marzenia to głównie emocje.
Nie umniejszam spektakularnych pragnień, ale gdy koleżanka wzdycha, jak cudownie byłoby żyć na Bali, ja sobie myślę, że przed moim domem z kubkiem kawy wcale mi nie gorzej niż na egzotycznej wyspie. Emocje podobne, bo wszak relaks, luz i błogość. A drinka z palemką sama sobie potrafię przyrządzić :)
Czasami owszem, trzeba się zdobyć na nieco wysiłku, ale to wysiłek zdrowy. Mnie regularne spacery z psem bardzo dobitnie pokazały, jak prosto jest zaspokoić pewne pragnienia. Chodziliśmy rano po mrocznym jeszcze mieście, po naszym podwórku i chłonęliśmy (przynajmniej ja) rosę lśniącą na trawie jak tysiące diamentów, światło świecy niesionej przez dziecko w zamglony poranek, mgły ścielące się na niezabudowanej działce sąsiadów.

Mam też większe marzenia, ale zawsze mogę zrobić coś, do da mi ich namiastkę bądź rekompensatę. Toteż obiecałam sobie, że następną moją inwestycją w realizowanie będzie rower elektryczny. Skoro nie mogę ot, tak wyjechać w góry (bo trochę są za daleko), taki elektryk pozwoli mi na wyprawy w promieniu dwudziestu - trzydziestu kilometrów od mojego domu. A tam już naprawdę mamy co podziwiać. Na tradycyjnym rowerze nie jest to łatwe, gdyż pagórki w naszej okolicy bywają solidne.
Kredyt za mieszkanie już spłaciłam, życie pokazało mi, że dobrze radzę sobie z moimi finansami - zatem wymarzony rower mnie nie zrujnuje. Aż czuję, pisząc to, jak rosną mi skrzydła u ramion.

środa, 10 grudnia 2025

Dzisiaj

Bardzo udany dzień dzisiaj. Taki w lekkości, w spokoju, z uśmiechem. Z czasem na aktywność i odpoczynek

Mocno ostatnio grzebię w GPT, bo dzięki niemu uzyskuję odpowiedź na wiele nurtujących mnie pytań. Nurtuje mnie oczywiście rozwój osobisty i regulowanie układu nerwowego. Znalazłam mnóstwo praktycznych porad i sensownych wyjaśnień. Dostałam jednak również wyraźny sygnał, że i tu warto oddzielić ziarno od plew, bo wdałam się w dyskusję o współczesnej literaturze popularnej, poruszyłam wątek literatury młodzieżowej i - GPT przypisał autorstwo "Kwiatu kalafiora" Barbarze Kosmowskiej! Kto, jak kto, ale ja, bibliotekarka darząca sentymentem panią Musierowicz, nie dam się na to nabrać. Ale już w dziedzinie fizyki kwantowej można byłoby mi wcisnąć dowolne bzdury. Wniosek: rozmawiajmy z GPT, bo jest pomocny i praktyczny, ale raczej o rzeczach, o których już mamy jakieś pojęcie.

GPT podsunął mi wiele sposobów na tzw. emocjonalne zamrożenie. Pokrywa się to treściami wyczytanymi gdzie indziej, więc bardzo doceniam, że mogę te wiadomości zebrać, skondensować i wdrażać w bardzo praktyczny sposób. Uczę się tak pracować, by się nie wyczerpywać, i tak wypoczywać, by nie zamieniało się to całkowity marazm. Uczę się, że życie to nie wielkie i męczące (a w efekcie zniechęcające) zrywy, lecz małe, systematyczne i konsekwentne dokonania. W tzw. functional freeze bardzo istotne jest, by nie straszyć swojego umysłu ogromem przedsięwzięć, lecz nauczyć go, że działanie jest bezpieczne. Wprowadzam to w życie i dalibóg, widzę efekty! Moja codzienność powoli się porządkuje i ładzi, a ja nie przypłacam tego moim odwiecznym zmęczeniem.
Przypadkowy czytelnik może postuka się w głowę, ale dla mnie to naprawdę ważne odkrycia i epokowe dokonania.

Trzeba też umieć odpoczywać i tego również się uczę. Słucham siebie i przyzwalam sobie na regularne przerwy, czasem drzemkę. Uczę siebie, że przerwa w zajęciach nie oznacza ich zaprzestania, że mogę zarówno wypocząć, jak i podjąć aktywność bez obawy o zmęczenie, karę itd. U mnie przez lata, lata rządził schemat, według którego albo pracowałam jak szalona albo ogarniał mnie całkowity bezwład. Nic pośrodku.

Wreszcie to rozpoznałam, zrozumiałam i realnie poprawiam swoje życie.

W ogóle nauczyło mnie życie nie gardzić żadnym wsparciem, pytać, poszukiwać i korzystać z form pomocy. Choć czuję się już chyba zupełnie dobrze, po trudnych doświadczeniach tego roku, zamierzam systematycznie uczestniczyć w spotkaniach Klubu Pacjenta odbywających się raz w miesiącu. Brałam w nich udział dopiero dwa razy, w tym dzisiaj. Frekwencja słabiutka, a dzisiaj spotkanie zdominowała Jola (zmieniam imię, jak zwykle), kobieta po sześćdziesiątce ze swoimi bardzo ciężkimi kłopotami rodzinnymi. Wręcz z przekąsem zauważyłam w myśli, że dzisiaj to nie Klub Pacjenta, a Joli. Jej zwierzenia jednak poruszyły moje serce, więc spontanicznie zaproponowałam, że jeśli tego potrzebuje i chce, mogę dotrzymać jej towarzystwa, by łatwiej było jej pokonać strach i obawy przed poszukiwaniem instytucjonalnego wsparcia. Na długim urlopie bez problemu znajdę na to czas.

Wygląda na to, żartowałam w myślach, że poszukuję sobie rozrywek i zajęć, skoro wkrótce opuszcza mnie mój psi towarzysz. A przecież cieszyłam się na myśl o odzyskaniu mnóstwa czasu dla siebie.

Ale pies i koleżanka - to dwie zupełnie odmienne sprawy.

Właścicielka Rika skróciła pobyt za granicą o dwa tygodnie i już w sobotni ranek będzie z powrotem w naszym mieście. Szczerze mówiąc, przyjmuję tę wiadomość z ulgą, choć przepadnie mi przez to część zapłaty za tę moją opiekę. Witaj swobodo i żegnajcie psie kłaki!

Dopełnieniem dzisiejszych radości była wizyta w szmateksie i upolowanie długiej dżinsowej spódnicy - takiej właśnie, jakiej poszukiwałam, od dłuższego czasu. Spotkałam na tych zakupach teściową mojej siostry i zaproszona zostałam z synem na wspólną Wigilię. Ucieszyłam się, że zdążyła ubiec moją szwagierkę, bratową byłego męża i będę miała wygodny, zupełnie uzasadniony pretekst, by nie skorzystać z jej zaproszenia.

U szwagierki oczywiście nie jest źle, ale u własnej siostry (mieszkającej niemal w jednym domu z teściową) czuję się znacznie swobodniej i spokojniej. Siostra też nie ma zwyczaju nalegać, gdy opuszczam wcześniej spotkanie. U szwagierki chyba wszyscy są przekonani, że kryguję się jedynie z grzeczności i namawiają na pozostanie dłużej, niechętnie przyjmują moją odmowę, może zbytnio biorą to do siebie, a ja naprawdę potrzebuję spokoju, ciszy i dłuższe spotkania są dla mnie uciążliwe. Czemu człowiek nie może pobyć sam w wigilijny wieczór. Co w tym takiego strasznego? Zresztą nie jestem sama, bo jest ze mną syn.
Lubię ludzi, jestem towarzyska, ale potrzebuję równowagi. Moja rodzina pochodzenia to akceptuje, znają mnie lepiej, więcej o mnie wiedzą.

PS. Przeprowadziłam jeszcze dziś owocną rozmowę z GPT, ale o tym napiszę w osobnym poście - a tu sygnalizuję tylko, by nie umknął mi temat.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Pozwalam sobie

Wodnikowa Panna wyłączyła możliwość komentowania, a właśnie przeczytałam u niej o koleżance z pracy, która ma zwyczaj głośno myśleć i przez to bywa uciążliwa. Wierzę w to, ale z autopsji wiem, że bycie tą, która przeszkadza, jest nie mniej uciążliwe. Stale gryźć się w język, milczeć, chociaż cię wprost roznosi - baaaardzo męczące! Też mi się marzy praca z domu, gdzie nikt mi nie tłamsi osobowości (😉)

Zauważyłam, że mój blog nieco ewoluował. Stał się mocno introwertyczny, żartuję, że wręcz narcystyczny. Z niezadowoleniem stwierdzam, że jestem ostatnimi czasy mniej uważna na poprawność językową, przepuszczam więcej błędów i niepoprawnych konstrukcji. A poprawiać napisanego tekstu - o zgrozo - nie zawsze mi się już chce.

Dużo miejsca i uwagi poświęcam sobie, ale - nieraz już to oznajmiłam - pozwalam sobie na to. To mój blog, mój czas, moje życie i moje sprawy do poukładania. Nudne? Nie czytać! Minęły - mam nadzieję - czasy, gdy zależało mi, by moje zapiski podobały się innym, mówiły o czymś żywo i frapująco. Tu po prostu rozmawiam ze sobą, a jeśli ktoś zechce posłuchać, może dołączyć do rozmowy - zapraszam.

Operację opisaną w ostatnim poście uważam za punkt zwrotny w moim życiu i rzecz nieprzypadkową. Mocno uprzytomniła mi, że potrzebuję skontaktować się sama ze sobą, oraz uhonorować samą siebie.

Nie mam już sił ani chęci udowadniania czegokolwiek, dostosowywania się do oczekiwań.
Ten proces narastał we mnie od kilku lat, ale teraz wybrzmiewa na całego. Pozwalam sobie na to moje wolne tempo, małą aktywność i mało spektakularne życie. Pozwalam sobie zagłębiać się w siebie do woli. Pozwalam sobie sprawdzać, dociekać, co mi w życiu nie służy, a co - wręcz przeciwnie. Pozwalam sobie grzebać we własnych dysfunkcjach, zranieniach, skupiać się na stanie zdrowia i nudzić na ten temat, dopóki nie poczuję, że wiem już o tym wszystkim tyle, ile mi potrzeba. Znam siebie i wiem, że dopóki nie osiągnę tego punktu - wręcz upierdliwie drążę temat. A więc będę drążyć do wol i obrzydzenia czytających.
Pozwalam sobie mieć własną historię i nie udawać, że nie wywarła na mnie wpływu. Pozwalam sobie być wrażliwa i ciekawa siebie. Bo bardzo chcę sobie pomóc.

sobota, 6 grudnia 2025

Minął rok

 Minął rok od kiedy moja choroba mocno dała o sobie znać. Równiutko w mikołajki sądziłam, że złapałam zatrucie pokarmowe ; do dziś nie mogę bez mdłości patrzeć na pseudosteki z Biedronki, takie jak do hamburgerów. Dawniej wiedziałam, że to nic nadzwyczajnego, ale smakowały mi. Potem sądziłam, że to jakaś infekcja, może nieświadomie przechodzę zarażenie covidem? Leżałam jak zmięta ścierka i dwa dni jadłam jednego banana, by zupełnie nie opaść z sił. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś podobnego.
Koniec końców jakoś się pozbierałam, choć na zwolnieniach lekarskich spędziłam prawie cały czas między grudniowymi świętami. Wylądowałam nawet na SOR, bo czułam niepokojące bóle głowy, dziwnie podobne do tych sprzed trzydziestu lat, które zaprowadziły mnie wtedy na oddział neurochirurgii. Trudno te bóle pomylić z innymi. Na SOR-ze jednak uspokojono  mnie, że z tamtymi sprawami wszystko w porządku.

A jednak przeczucie mnie nie zawiodło. Nikomu tylko nie przyszło do głowy sprawdzić, co dzieje się w moim brzuchu. Tam tykała bomba zegarowa. Nie chce mi się zagłębiać w szczegóły mojej choroby, ale głowa i jama brzuszna są tu powiązane. Żyję dzięki wewnętrznej, że tak powiem, protezie i ta właśnie proteza uległa awarii. To jednak okazało się dopiero, gdy po trzydziestu latach, półprzytomna znowu trafiłam na neurochirurgię.

W marcu znowu poczułam się źle. Siostra zwięźle zrelacjonowała: "Najpierw rzygałaś, potem gadałaś od rzeczy, a potem zupełnie urwał się z tobą kontakt".
Tak, z tego marcowego dnia pamiętam jedynie fragmenty. Do południa leżałam słaba i wymiotująca. Jeszcze zdążyłam przez portal gadu-gadu (dziś już niemal zabytkowy) zamienić kilka słów ze znajomym, który mnie przekonywał, żebym udała się do lekarza. "Niech tylko syn wróci ze szkoły, to zadzwonię na pogotowie" - obiecywałam sobie i jemu. I dalej moja pamięć jest już fragmentaryczna. Brat wiózł mnie na pogotowie. Nie pamiętam rozmowy z lekarzami, ale gadałam ponoć zupełnie składnie i powiedziałam im, że stawię się w szpitalu nazajutrz, bo jestem nieprzygotowana, nie mam piżamy ani przyborów toaletowych. Wróciłam ponoć do domu, a moje siostry, gdy się dowiedziały, kazały bratu natychmiast odwieźć mnie z powrotem do szpitala. Ze szpitala, bodajże tego samego wieczoru pokierowano mnie do miasta wojewódzkiego na neurochirurgię. Jestem nieskończenie wdzięczna samej sobie, że przechowuję w teczce dokumentację swojego stanu zdrowia, co oszczędziło zapewne długiego szukania przyczyn dolegliwości, i że pamiętałam o niej nawet w tym kiepskim momencie.

Mgliście sobie przypominam rozmowę po tomografii komputerowej czy rezonansie w wojewódzkim szpitalu. Lekarz informował, że potrzebna będzie operacja (nie byle jaka), a ja, całe życie bojąca się głupiego dentysty, bólu, narkozy, słuchałam z poczuciem bycia przypartą do muru, z - nomen omen - świadomością, że nie ma ucieczki ani odwrotu. Brutalnie: albo operacja, albo śmierć, chociaż tego nikt mi dosłownie nie powiedział. Chyba (chyyyyba) pamiętam, jak przekazywałam wiadomość siostrze, ale głównie wiem to z jej relacji już w czasie powrotu ze szpitala.

Wiem od siostry, że bredziłam, pytałam o naszych nieżyjących rodziców, pytałam syna, jak sobie radzi zmarły kilka lat temu jego ojciec beze mnie. Siostry do pewnego momentu nawet nieźle się bawiły tym moim wygadywaniem bzdur, aż w końcu A. stwierdziła, że już nie wie, czy się śmiać, czy płakać.

Obie siostry prosiły lekarza o przyspieszenie operacji, z którą podobno czekano, bo był weekend, a wtedy operuje się jedynie pilne przypadki. Podobno takowym nie byłam, moje życie może i było zagrożone, ale nie bezpośrednio. W końcu jeden z lekarzy, będący właśnie na dyżurze, powiedział: "To ja ją wezmę". Tego dnia akurat oddział nie miał "pilnych" pacjentów.

Potem już było z dnia na dzień lepiej. Pielęgniarki pokazywały mnie sobie jak osobliwe zjawisko - taka nastąpiła we mnie zmiana. Oprzytomniałam, rozmawiałam, dosyć szybko zaczęłam chodzić, choć oczywiście nie był żwawy chód. Po kilku dniach wróciłam do domu z poczuciem bezmiernej ulgi.

Oprócz bezmiernej ulgi pozostało poczucie kruchości życia i jego tymczasowości. Ale również coś, co sformułowałam humorystycznie: śmierć jest do... przeżycia! Nie tęskno mi do niej i nie przestała budzić we mnie lęku, jednak jest we mnie wspomnienie niesłychanego spokoju, gdy tak leżałam bez świadomości. Nie, nie było to złe uczucie. Czasami nawet tęsknię za nim, gdy mi źle.

A teraz, gdy tak piszę, zaobserwowałam coś intrygującego. Właśnie miałam wspomnieć, że niepokoją mnie dzisiaj zawroty głowy i budzą złe skojarzenia. O dziwo, gdy kończę swój post - zawrotów nie stwierdzam! Potrzebowałam odprężenia po wieczornej krzątaninie czy co?

Wydałam kategoryczną wojnę zagraconej przestrzeni w moim domu. Wojuję małymi krokami, ale codziennie. Dziś dawka była nieco większa i może stąd te zawroty?

środa, 3 grudnia 2025

"Niusy"

Dowiedziałam się dzisiaj, że kolejny związek, który wydawał mi się pełen wzajemnego szacunku, miły i pogodny, przeżywa swój punkt zwrotny. Zadzwonił kolega z pytaniem, czy mogłabym mu pomóc w pewnej sprawie. Nie odmówiłam bo przyjaciołom bez ważnego powodu się nie odmawia, a i bez ważnego powodu nie zawraca się im głowy. No i przy okazji "sprzedał" mi tego "niusa", mocno mnie zaskakując. Powiedziałam mu jednak: "Wiesz, ty zawsze bardzo oszczędnie się tym dzieliłeś, aleo  widziałam sygnały, że nie wszystko w waszym związku jest takie wspaniałe". Kolega napomykał, że jego towarzyszka życia czasami  mocno go irytuje, bywa apodyktyczna. Dziś mi powiedział, ze ocierało się to momentami o przemoc psychiczną. Przeprowadził z nią zatem rzeczową rozmowę, spakował manatki, wynajął sobie jakiś pokój w mieście i dał jej czas na przemyślenia. Ciekawa jestem, dalszego ciągu tej historii.

Popołudnie upłynęło mi zatem na pomaganiu innym. Również Mateusz zapytał, czy nie mogłabym odebrać gotówki od jego klientki mającej wprowadzić się do jednego z mieszkań. Miał pewne podejrzenia co do tej kobiety, choć jedynie z nią rozmawiał przez telefon. Nie omylił się chyba. Kobieta i z wyglądu, i ze sposobu mówienia wydawała się przedstawicielką lekkiej patologii społecznej. Nerwowa jakaś i niespokojna, bardzo się spieszyła, by załatwić swoją sprawę. Chciała upewnić się, że w mieszkaniu będzie ciepło, ale nie czekała, aż się rozgrzeją odkręcone przeze mnie kaloryfery (podobno zależało jej na pewności, czy naprawdę będą grzać), a gdy się dowiedziała, że kod do domofonu otrzyma dopiero po uiszczeniu zapłaty - obraziła się, oświadczyła, że rezygnuje z mieszkania i wyszła. Stwierdziliśmy z Mateuszem: może to i lepiej.
Oprócz tego odbierałam przesyłki z paczkomatu dla Mateusza oraz dla właścicielki mojego psiego podopiecznego. Nienawidzę tego serdecznie, bo coraz trudniej czytać mi drobny druk różnych kodów i podanych numerów telefonów, cyferki zwykle opornie wystukują się na klawiaturze paczkomatu i za każdym razem przeklinam przy tej czynności siarczyście.

Cały ten maraton odbyłam w towarzystwie psa, by sobie trochę dłużej pospacerował. Wpadliśmy do mieszkania jego pani, nakarmiliśmy kota, zostawiliśmy paczkę. Teraz, już w domu czuję te kilometry w nogach. Odpoczywam. Za chwilę poczytam książkę albo włączę jakiś film z internetu. Zaczęłam kiedyś ogladać "Białą odwagę", ale musiałam zostawić w połowie i na śmierć o niej zapomniałam. Dopiero wiadomość o tragicznej śmierci grającego w tym filmie chłopca przypomniała mi o tym.

Biedne dziecko, a jeszcze bardziej żal rodziców przeżywających tę stratę.




P.S. Kupiłam u miłego pana w warzywniaku dwa jajka od szczęśliwych rzekomo kur. Znajomi wychwalają, że takie dobre. Usmażyłam sobie dla porównania sadzone: dwa od szczęśliwych i jedno z Biedronki. Różnicy w smaku nie odnotowałam żadnej.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Wczoraj

Riko udzielił mi dzisiaj reprymendy. Otóż zaspało mi się cokolwiek i zbudziło mnie dopiero jego szczekanie. Jesteśmy już po spacerku. Lubię spacery, nawet jeśli z niechęcią opuszczam ciepłe łóżeczko. To nigdy nie jest pusty, zmarnowany czas. Kocham się szwendać i nie ma na to złej pogody. Choć nie będę kłamać, że nie bywam leniwa i że zawsze ruszyłabym się z własnej nieprzymuszone woli.

Wczoraj nachodziłam się po mieście, bo mnie Rikowa pani poprosiła o odebranie przesyłek z paczkomatu i zaniesienie ich do jej mieszkania. Paczuszki były maleńkie, ale co się zawsze naprzeklinam przy odbieraniu, tego lepiej nie słuchać. Albo mi się cyferka nie wybije, albo nie mam wolnej ręki, by zmienić okulary na te do czytania (lub po prostu nie mam ich przy sobie) i numerki mi się mylą i to całe odbieranie trwa wieki. Nie cierpię!
Wreszcie jednak się udało, paczki dostarczyłam na miejsce, tam nakarmiłam kota i podlałam kwiatki, a w drodze spotkałam się jeszcze z koleżanki córką, by jej wyręczyć przesłany dwa dni wcześniej prezent, który też wyciągałam z paczkomatu. Dziewczyna za przysługę wręczyła mi czekoladę, oświadczając, że stanowczo nalega, bym przyjęła. Opędzlowałam całą tabliczkę przy wieczornej herbacie.
W drodze powrotnej uległam pokusie i wdepnęłam do szmateksu, ale tym razem było to wdepnięcie satysfakcjonujące. Nabyta spódnica i sweter z obszernymi, nietoperzowatymi rękawami mają sens. Wyrażają mój styl, podobają mi się po prostu i są funkcjonalne. Spódnica jest nieco w stylu boho, ale grubsza, w sam raz na aktualną porę roku, natomiast pod nietoperzowatym swetrem zmieści się dosłownie wszystko. można go narzucić na inne ubrania niczym płaszcz, pasuje i do sukienki, i do spodni.

Odbyłam jeszcze wczoraj wizytę w pracowni protetyki słuchowej na rutynową kontrolę aparatów. Nie zgłaszałam żadnych problemów, jeśli ewentualne występowały, to przestały nimi być, bo się po prostu przyzwyczaiłam do niedogodności. Te już nie znikną ; nigdy aparat nie zastąpi naturalnych słuchowych bodźców. Mam porównanie, bo przecież tak znaczną niepełnosprawność nabyłam dopiero w ostatnich latach.

Mieć albo nie mieć... psa - oto jest pytanie.

 "Dobre dni są dla rozsądnych, ale najlepsze dla tych, którzy ośmielają się być nierozsądni" - ten fragment mojej ukochanej "Krystyny córki Lavransa" przytaczałam już kilkakrotnie.
Niektóre decyzje lepiej jednak podejmować sercem, bez zbytniego "rozkminiania", bo można na takim rozważaniu za i przeciw spędzić lata, nie decydując się na nic. Aczkolwiek rozsądek cenię.

Decyzję o posiadaniu dzieci czy zwierząt zdecydowanie lepiej pojąć z przewagą serca. Bo teoretycznie - a raczej całkiem praktycznie - taki Riko jest pewnym obciążeniem. Jest to pies dość wymagający, muszę się z nim w codzienności bardzo liczyć. Wszędzie gubi te nieszczęsne kłaki, co dość mocna mi przeszkadza, nie można, spacerując z nim nigdzie wstąpić, bo to pies lękliwy, z przeszłością i traumami. Jakimś cudem wyswobodził się raz z szelek, gdy zostawiłam go uwiązanego pod sklepem i podszedł do niego okoliczny pijaczyna, w dobrych zresztą zamiarach pogłaskania i zagadania. Riko też byle czego nie zje, bo jest alergikiem i jedną fatalną przygodę spożywczą mamy już za sobą.

Pochodzę ze wsi, przyzwyczajenia mam jeszcze starej daty: mianowicie, że zwierzakom się celowej krzywdy nie robi, ale nie rozczula się nad nimi. Mój niezapomniany Cygan swobodnie ganiał po całej wsi i jadł, co mu się podobało, często resztki z pańskiego stołu. I zdrowy był, i zadowolony, i może tylko raz w ciąŋu kilkunastu lat byłam z nim u weterynarza z powodu nie choroby, a kontuzji. No i na szczepieniach, gdy już zamieszkaliśmy w mieście. Bo na wsi pojawiało się ogłoszenie o akcji szczepienia, przyjeżdżał weterynarz samochodem, a mieszkańcy wsi stawiali się w umówionym miejscu ze swoimi czworonogami.

Inny świat.

Dziś czasami narażam się sympatykom zwierząt swoim luzackim podejściem i niechęcią do dzisiejszego zwarioweaego i coraz mniej naturalnego świata. Nigdy nie zaakceptuję postulatu, by nie pozwalać kotom wychodzić z domu i instalować im kraty w oknach, by nie uciekały czy nie wypadały na zewnątrz. To już wolałabym zrezygnować z Mruczusia niż fundować mu życie w więzieniu.

Riko obudził we mnie tęsknotę za czworonożnym przyjacielem na stałe. Za regularnymi spacerami po mieście i na łonie przyrody. Warto pokonać niechęć i wyjść o świcie w szary, jak dziś, mało przyjazny (wizualnie!) świat, aby w tej szarości zachwycić się światłem roratniego lampionu niesionego przez dziecko wracające z kościoła. Zawsze powtarzam: pewnych zachwytów w domu nie wysiedzę.

Ad rem jednakże.

Za dużo wahań i rozsądku w moich rozważań nad potencjalnym własnym psiakiem. Psiaka przygarnę, jeśli serce zawołą: "To jest to!", a póki przeważa rozum - nie decyduję się. Chcę mieć tę swobodę, żeby po pracy pogonić do miasta i nie myśleć, że w domu czeka na spacer zwierzak. Nie chcę martwić się, że nie mam z kim zostawić pupila, gdy wyjeżdżam, a nie mogę go wziąć ze sobą. Nie bardzo mam ochotę na sierść w chałupie. Tylko spacerów mi żal, bo wiem, że bez ważnego powodu nie tak łatwo będzie mi wychodzić. To jednak jest sprawa autentycznych chęci i zmiany myślenia.

Na pewno bez psa będzie lepiej wybrać się nad rzekę na peryferiach miasta, by wreszcie "upolować" zimorodki. Nie będzie ich płoszył. Nigdy nie widziałam na żywo tych przepięknych ptaków a podobno bytują w naszej okolicy.
Ot, i kolejna zachęta do kolejnych włóczęg.