Marudnam. I nudnam. I nawet dla siebie mało znośnam.
Co roku dopada mnie ta głupota, że powinnam choć raz się wykazać i urządzić przyzwoite święta. I co roku walczy to we mnie z dzikim oporem. Nie chce mi się realizować cudzych wytycznych. Pytanie jednak, na ile są one cudze, a na ile jednak mi bliskie? Już sama nie wiem. Chciałabym uciec przed tymi dylematami. Chyba nie lubię świąt za te rozterki które za każdym razem chorobliwie (serio!) mnie wyczerpują.
Po prostu nie mam ochoty na świętowanie od wielkiego dzwonu. Wolę spokojnie, bez przymusu celebrować codzienność.
Poczucie przemijania daje o sobie znać coraz nachalniej. Spotykam dawnego, niesłychanie przystojnego kolegę byłego męża - siwiutki jak gołąbek! Spotykam dziś w Biedronce kolegę siostry - trochę młodszy od tamtego, ale też włosy szczodrze przyprószone siwizną. Uścisnęłam dłoń jego siedmioletniemu synkowi. Jakiś młody człowiek podszedł do mnie i śmiało powiedział: "Dzień dobry", po czym zapytał, czy go pamiętam. Okazał się chłopakiem mojej bratanicy. Jego mama nieduża, bardzo z wyglądu niepozorna - bez ułożonej pieczołowicie fryzury, makijażu, w banalnych ciuchach. Kurczę! czy ja też tak nieatrakcyjnie wyglądam? Nie maluję się, włosy mam nieposłuszne, tylko ubiory uwielbiam, ale też nie zawsze o do dbam
Czas mijał zawsze, ale jakoś się tego nie dostrzegało z taką wyrazistością.
Mój przedświąteczny marazm kwitnie w najlepsze. Jeszcze nie ruszyłam z żadnymi przygotowaniami. Wstałam dzisiaj bardzo późno, porządnie po dwunastej i przesiedziałam cały dzień na kanapie pod kołdrą. Dopiero wieczorem głód zmusił mnie do wyjścia na zakupy.
Teraz, po jedzeniu znowu "kwitnę" pod kołdrą. Choć tak długo spałam, znowu mam ochotę uciec w sen przed wyrzutami sumienia, że nic w tym domu nie robię.
Może potrzeba mi regeneracji - takiej psychicznej zwłaszcza.
Wczoraj byłam na spotkaniu sekty, ale po raz drugi, odkąd wśród tych ludzi bywam, odczułam niechęć. Nie tyle trzeba mi ceremonialnych spotkań raz w miesiącu, co raczej codziennych karmiących relacji. Te dotychczasowej jakoś się zdewaluowały, albo dzieli nas odległość fizyczna.
Ech, zima, czas ciemności... w duszy też.
PS. No i sekta też mnie wczoraj nie nakarmiła duchowo. Jakoś tak poczułam: na cholerę mi palo santo i biała szałwia. Czy nie mogłabym ot tak, przy kawie prowadzić ważnych duchowych rozmów, zwierzać się? Dlaczego tego nie doświadczam?
Stare znajomości częściowo się zdewaluowały, albo są utrudnione przez fizyczną odległość. A nowe? Chwilowo - mam nadzieję! - brak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz