piątek, 2 stycznia 2026

O krupniku i kolędzie

Gotuję krupnik na jutrzejszy obiad. Wreszcie coś nowego po kilku dniach dojadania świątecznych pozostałości. Wreszcie coś zwyczajnego, takiego codziennego. Ten krupnik to niemal symbol powrotu do prostoty i spokoju - rzeczy, które cenię.

Martwi mnie tylko, że tak łatwo się męczę. Ot, parę chwil na nogach przy kuchni i już obolałe łydki. Już dylemat: napisać coś na blogu czy już dać sobie święty spokój i po prostu poleniuchować? Jeszcze tylko tydzień będę cieszyć się wolnym czasem i tym, że tak dużo mogę wypoczywać. Regularne prowadzenie domu to dla mnie przerwa w życiorysie. Mogłam trochę od tego odsapnąć, gdy syn wyjechał na studia, ale niebawem wraca i znowu będę się poczuwać...

Zadzwonił dzisiaj w czasie tego gotowania i porządkowania kuchni dzwonek do drzwi. Ministranci przyszli zapytać, czy przyjmę jutro księdza po kolędzie. Mam już odwagę powiedzieć: "Nie, dziękuję".
Z katolicyzmem nie zamierzam wojować, chociaż wszyscy wiedzą o jego niechlubnych kartach. Mimo wszystko wiele w nim uniwersalnych, duchowo mądrych przekazów.

Koleżanka w "sekcie" właśnie na ostatnim spotkaniu wspomniała, że sprawia jej kłopot wspólne odmawianie "Ojcze nasz..." przy rodzinnym wigilijnym stole, bo ona od katolicyzmu odeszła. A dla mnie to jeden z najpiękniejszych tekstów o życiu i życiowych potrzebach. Czy nie tego nam trzeba? Chleba powszedniego, niewyszukanego dostatku, braku pokus, które dręczą duszę oraz tak zachwalanego przez psychologów wybaczania i odpuszczania. Toż to najszczytniejsze hasła duchowości.