Martwię się, bo już sama nie wiem, czy moje notoryczne niemal zmęczenie i podobna niechęć do pracy to fanaberia czy rzeczywiste wołanie organizmu o zmiany i wsparcie.
Moja praca wymaga wielkiej uważności i dokładności, a nigdy nie byłam osobą "zapiętą na ostatni guzik", słynę z książkowego wręcz roztargnienia. Pracuję nad uważnością, jak tylko mogę, a i tak bystre oko kierowniczki zawsze coś wypatrzy do poprawki.
Kto wie, czy moje kłopoty z koncentracją nie są wynikiem Dandy-Walkera. W końcu mózg, w końcu układ nerwowy...
Moja kierowniczka nie jest złą kobietą, lecz jako świeżo upieczona zwierzchniczka bardzo dba o jakość pracy, bo przecież i ona jest oceniana. "Stara gwardia" miała swoje wymagania, jednak czułam większy luz. Teraz odczuwam duży stres. Do domu często wracam wykończona tym wielogodzinnym napięciem. Brakuje mi ochoty na aktywności pozazawodowe, a przecież obiad w domu sam się nie ugotuje, zakupy się nie zrobią. pranie nie włoży się samo do pralki, nie wyjmie z niej ani się nie rozwiesi. Dziś chcę tylko spać, albo gapić się w komputer. Nawet na książkę jakoś brak mi sił.
Szczerze się obawiam, czy dam radę tak dalej. Trzeba się chyba zabrać za gromadzenie dokumentacji do renty inwalidzkiej, którą zresztą kiedyś mi przyznano, ale zawieszono na czas wykonywania pracy zawodowej. Boję się jednak nawet zacząć, gdy wysłuchuję od najbliższej przyjaciółki, jak podle i upokarzająco komisje orzekające o niepełnosprawności traktują ubiegających się.
Jestem zmęczona, zmęczona, zmęczona.
przytulam
OdpowiedzUsuńDziękuję. "Zdołowałam" się dzisiaj kilkoma uwagami kierowniczki. Nigdy nie wiem, kiedy żartuje, a kiedy przemyca aluzje na temat mojej pracy.
OdpowiedzUsuń