Chyba jestem w gorącej wodzie kąpana.
Z moją przyjaciółką już o.k., gadamy jak zawsze i zwierzamy się sobie jakby nigdy nic. Coż... znam ją na wylot i powinnam już akceptować pewne rzeczy, ale czasami się na nią irytuję - a ona zapewne na mnnie. Ostatnio powiedziała do mnie z przekąsem: "No,bo ty to jesteś strrrrasznie mądra!", a ja równie kpiarsko odparłam: "No, oczywiście!". I tak sobie trwamy. Dobrze mieć relacje, którym byle konflikcik nie zaszkodzi.
Żałuję bardzo, że nie mieszka ona bliżej ode mnie, bo dotyczy nas obu coś, co nazwano gdzieś w "mądrych" internetach wykluczeniem komunikacyjnym. Posiadanie samochodu nie jest rzeczą oczywistą, ale niestety wypierają one komunikację podmiejską. Nie opłaca się przedsiębiorcom wysyłać autobusu po dwie czy trzy osoby, a nawet i jedną tylko w dzień wolny od pracy. W tygodniu znowu praca zawodowa i coś tam zawsze w domu do zrobienia albo po prostu ciemno i chłodno w zimowe wieczory. A i warunki u tej mojej X. kiepściutkie, bo domek nieduży i pięcioro ludzi w jednym pomieszczeniu. Tak, tak! Dziś niektórzy też tak żyją, nie tylko w książce "Chłopki".
Tęczowy śnieg, opisany przeze mnie niedawno, zafascynował mnie na tyle, że zaczęłam mu się uważniej przyglądać. Otóż muszą zaistnieć odpowiednie warunki, by zalśnił w słońcu kolorami. To chyba zależy od kąta padania światła, może też od jego rodzaju i intensywności. Nie w każdym słońcu skrzy się barwnie, a już raczej nie ma o czym marzyć w świetle miejskich latarni lub przy ksieżycu.
Nic to, bo i tak było dzisiaj pięknie. Tysiące płatków rozbłyskiwało bielą w dzisiejszy mrożny i szalenie słoneczny dzień. Musiałam powalczyć z lenistwem i wygodnictwem, ale stwierdziłam, że nie wybaczę sobie, jeśli nie wybiorę się choć na krótką niedzielną przechadzkę z kijkami. Niedługi był spacer,bo rzeczywiście mróz dawał o sobie znać, ale wróciłam wspaniale orzeźwiona.
Zachciało mi się w czasie spaceru życia towarzyskiego. Zadzwoniłam do siostry, z pytaniem, czy mogę wpaść - siostra chora, leży, nie ma siły. Zadzwoniłam do bratowej - u bratowej wszyscy leżą pokotem i może nawet złapali covida. Wróciłam do domu i organizuję sobie czas w pojedynkę. Upichciłam obiad, popisałam coś i poczytałam. Dopadł mnie pod wieczór jakiś spadek nastroju, ale ciepła herbata z cytryną i miodem rozgrzała mnie i przywróciła nadwątloną pogodę ducha.
Przed chwilą zatelefonował synuś. Jest już w drodze na dworzec kolejowy w mieście wojewódzkim i niebawem go zobaczę w progu domu. Uuuuffff! Jak dobrze z nim być!
W piątek odbyło się spotkanie w "sekcie". Tym razem nie skorzystałam z zaproszenia. Po ostatnim spotkaniu wróciłam z poczuciem obcości i niedopasowania i jakoś mnie to zniechęciło. Podzieliłam się swoimi odczuciami z kolegą, którego kiedyś tam zaprowadziłam. On migiem wychwycił to, co ja dopiero od niedawna decyduję się nazwać otwarcie: pewną sztuczność i jednak obcość w dość zamkniętej grupie. Wręcz stwierdził dosadnie, że prowadząca krąg wydaje mu się "szurnięta", choć na pozór miła. Trudno mi było to zakwestionować, choć aż taka surowa w ocenie nie jestem.
Może jeszcze kiedyś do sekty zajrzę, ale na razie jakoś ostygł zapał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz