Raz lepiej, raz gorzej. Raz energia, raz totalna niemoc. Przed chwilą odpisałam na komentarz Gabrysi Kotas, że poznanie siebie pomaga mi stworzyć instrukcję obsługi samej siebie, dlatego tak uparcie grzebię w sobie i swoich nastrojach.
W ciągu dobiegającego końca tygodnia zaliczyłam dwa spore spadki energii i za chwilę radość z jej odzyskania. Niewiele pośrodku. Pocieszam się, że lepsza ta huśtawka niż jakaś przewlekła depresja.
Wczoraj po pracy podeszłam do Mateusza, bo mu się pracownica rozchorowała i nie było komu jej zastąpić. Okropnie byłam z tego niezadowolona, ale nie chciałam odmawiać pomocy. Tego się przyjaciołom nie robi (bez naprawdę ważnych powodów i według mojego osobistego kodeksu). Zmarzłam bardzo w nieogrzewanym pomieszczeniu. Do domu wróciłam zniechęcona, spowolniona, zmęczona. Machnęłam ręką na bałagan i zapakowałam się do łóżka.
Dziś byłam nieźle zregenerowana, pracowało mi się nieźle, a i roboty było ciut mniej. Z kierowniczką trwa proces odnajdowania porozumienia i docierania się. To w gruncie rzeczy dobra dziewczyna, tyle, że i ona ma swoje wrażliwości. Nawzajem się siebie uczymy. Doceniam jej chęć porozumienia.
Podobno idą śnieżyce, a towarzyszyć mają odwilży. A ja jestem niemal pewna: chodzący ze mnie barometr - wiadomo, od czego moje "zniżki"!
Ponieważ nie zrobiłam wczoraj obiadu, poprosiłam syna o przyrządzenie zupy z zakupionej mrożonki. Syn wywiązał się z zadania bardzo dobrze ; nie wiedział tylko biedak, ile dodać śmietany, więc wlał cały większy pojemnik. Zupa wyszła jednak bardzo smaczna i treściwa. Młodemu gotowanie nie jest obce, ale z zupą miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Pochwaliłam za udany debiut a ze śmietany pośmialiśmy się wspólnie.
Mimo że czuję się lepiej niż wczoraj, chęcią ruchu nie pałam, Bałagan kwitnie od wczoraj, a ja zdecydowałam, że pokwitnie sobie do jutra. Udaję, że nie widzę :) Zasnę chyba dzisiaj wcześnie, a przed snem spróbuję coś poczytać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz