Najpiękniejsze w podróżach są dla mnie... powroty.
Miniony tydzień upłynął nam (synowi i mnie) w okolicach Neapolu, gdzie od ponad dwudziestu lat mieszka moja siostra. Dopiero drugi raz w czasie jej emigracji miałam okazję ją odwiedzić.
Powracam odświeżona psychicznie, z tym po raz kolejny na nowo odkrytym: wszędzie dobrze, ale domu najlepiej. Och, jak dobrze!
Nie lubię latać samolotem, choć potrafię opanować swój lęk przed wypadkiem i w spokoju znieść lot, a nawet przespać się w czasie podróży. Niechętnie jednak korzystam z tego środka lokomocji. Na szczęście już długo nie będę musiała mieć z nim do czynienia.
Piękne miejsca są... piękne. Są interesujące i warto doświadczać ich bliskości, ale z wiekiem pogłębia się moja refleksja: wszędzie, gdzie jestem, to ja decyduję, na ile jest wspaniale, a na ile beznadziejnie. Ile piękna dostrzegę, a ile ominę nieuważnie. Nie potrzeba go szukać daleko. A już szczególnie warto samodzielnie je kreować i nie tylko o dosłowną twórczość tu chodzi, ale przede wszystkim o sposób przeżywania.
Absolutnie zachwyciło mnie Sorrento ze słynnym Bagni di Regina Jovanna - skoro już mowa o wrażeniach i obowaniu z pięknem. Niezwykły klimat tworzą wąskie, tłoczne uliczki starego Neapolu i kosmopolityczny tłum ludzi. Bajeczne były kolory straganów w Sorrento, widok ogromnych, mało nam, Polakom znanych odmian cytryn, których używa się nie jako przyprawy, ale owocu np. w sałatkach. Są bardziej soczyste i mniej kwaśne od "naszych". Pomarańcze na drzewach cudnie kontrastowały z zielenią liści, wśród których rosły. W typowo neapolitańskim friafrielli, rodzaju liściastego brokułu zakochałam się absolutnie, bo jest jeszcze smaczniejszy, bardziej wyrazisty niż szpinak, a mało dostępny nawet poza okolicami Neapolu. Roślina ta znakomicie "czuje się" na wulkanicznej glebie, jaką zapewnia bliskość Wezuwiusza. Nawiasem mówiąc, u nas - moim zdaniem - nieźle zastąpi go... najzwyklejsza pokrzywa, którą osobiście miałam okazję kiedyś przetestować.
Z siostrą pobyłam niezbyt wiele. Prowadzi intensywny, zabiegany tryb życia. Szczerze jej wyznałam, że nie zamieniłabym się z nią. W czasie naszej wizyty była wprawdzie na urlopie, lecz ponieważ przyjechał również jej syn, pracujący w Szwajcarii, była zajęta załatwianiem z nim różnych ważnych i pilnych spraw. Z moim synem całymi dniami chodziłam po Neapolu, Sorrento, Torre del Greco i do domu wracaliśmy zmęczeni, szybko szliśmy spać. Raz posiedzieliśmy dłużej przy limoncello, cytrynowej nalewce kupionej w Sorrento. Sorrento bardzo słynie z cytryn, a ich wizerunek pojawia się na wielu akcesoriach dla turystów: odzieży, magnesach na lodówkę, ceramice... gdzie się tylko da!
Gwar, ruch, pędzące w wąskich zaułkach skutery - to wszystko widzę i słyszę, gdy przymykam teraz oczy i wspominam. Kierowcy skuterów sprawiają szalone wrażenie, ale imponuja zręcznością i wbrew pozorom ostrożnością w czasie jazdy. Oczywiście to nie znaczy, że piesi nie powinni mieć otwartych oczu.
W tych wąskich uliczkach toczy się swobodne życie: stragany, stoiska z pizzą i kawą, Suszarki na ubrania wystawione pomiędzy tym wszystkim, wprost na brukowaną przeważnie ulicę. Starsi panowie grają sobie w karty przy gdziekolwiek przed kamienicą umieszczonych stolikach. Na balkonach powyżej także suszy się pranie, co chyba od zawsze kojarzy mi się z Neapolem.
Mój syn to wielki przyjaciel kotów, a w tych miastach wiele ich żyje na ulicy. Te z Pompei, bo i tam byliśmy, prezentowały się dorodnie, najwidoczniej rozpieszczane przez turystów. U siostry natomiast na podwórku grasują terroryści! Niedożywione chudziny, z matową sierścią nie budziły mojej sympatii. Sąsiedzi umówili się, że koty mają łapać okoliczne szczury, zamiast liczyć na resztki z pańskich stołów. Te koty tylko czekały na okazję, by wpaść do mieszkania i capnąć coś jadalnego. Siostra zwraca uwagę na domykanie drzwi i zabezpieczanie okien, lecz syn, nieświadomy zagrożenia, zostawił raz uchylone tarasowe wejście. Złodzieje wpadli do kuchni, zwalili z kuchenki całą patelnię z przygotowaną na obiad kiełbasą, i z porwanym łupem czmychnęli na podwórko. Obiad trzeba było improwizować od nowa, a siostra ani za gotowaniem nie przepada, ani niema na nie zbyt wiele czasu.
Złodziei nie brakuje nigdzie, a o tych włoskich opowiada się wręcz legendy. Syn na własnej skórze przekonał się o ich możliwościach, których, jak przyznał, nie docenił. W pełnym ludzi autobusie spryciarz wyciągnął mu z zasuniętej kieszeni kurtki telefon. Kieszeń była zasunięta na suwak, syn trzymał dłoń na niej, a jednak złodziej poradził sobie z zamkiem błyskawicznym, który znalazł się poza dłonią. Bardzo sobie wyrzucałam, że nie napomniałam wcześniej, by syn schował cenniejsze rzeczy pod ubraniem, ale sam przyznał, że być może nie usłuchałby rady. Ja tej ostrożności nauczyłam się w czasie, gdy regularnie bywałam na krakowskim dworcu i na szczęście nigdy jeszcze nie spotkała mnie zła przygoda.
Swój post rozpoczęłam lekko zmęczona ponurą, polską już pogodą, z poczuciem przytłoczenia po podróży i stąd jego tytuł. A jednak fajnie było! Lubię podróże i lubię powroty.
Ale samoloty niekoniecznie ;)
Niebawem dołączę kilka zdjęć z naszej wycieczki.
bardzo ładnie to opisałaś. Zazwyczaj nudzą mnie i nie czytam opisów cudzych podróży, bo są zazwyczaj nijakie, ale Ty zrobilaś to w sposób wyjątkowy - patrzenie na Włochy przez pryzmat odczuć i wrażeń, a nie suchych faktów. Jesienią jadę do Toskanii, chcialabym ją poczuć tak jak Ty swoje Włochy.
OdpowiedzUsuń