Zaufać? Tak zatytułowałam ostatni post.
Właściwie - tak myślę - wszystko w życiu sprowadza się do tego krótkiego słowa. Robiąc swoje, po prostu ufać, że "płatki kwiatów sypią się w dół, jak trzeba". A mówiąc jeszcze prościej i dosadniej - co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak mawiają niektórzy moi starsi znajomi.
Przykłady można mnożyć, jak to szukał ktoś daleko, a znalazł tuż pod nosem.
Jak ważny jest spokój w tym naszych zwariowanych głowach.
Nieco bezładny ten wstęp, a wynikł z tego, że znowu życie mi pokazało: nie szalej, nie świruj, nie czekaj. Co ma być, przyjdzie, a jeśli nie - może tak właśnie jest najlepiej.
Mój znajomy jakiś ostatnio bardziej otwarty, a mnie z kolei z różnych stron i źródeł przyszła zachęta, by jednak wykazać więcej odwagi i inicjatywy, nie bać się... samej siebie. Przeto po dłuższych wahaniach pt. "Wypada - nie wypada", wysłałam wiadomość z pytaniem, co słychać, z krótką wzmianką o moich sprawach oraz o wspólnych znajomych. Reakcja była, nawet dość emocjonalna, bo na jedną towarzyską ploteczkę kolega odpowiedział, że jest w szoku, zupełnie podobnie jak ja. Dopisał, że pogadamy później, bo nie ma teraz czasu. Odpisałam: "jasne, nie ma sprawy", ale podskórnie czekałam... i nici z oczekiwań, odpowiedzi brak. Oczywiście liczyłam się z tym, więc przeszłam do porządku dziennego, ale widzę wyraźnie i nie pierwszy raz: drugi człowiek ma swoje granice i nic z tym nie zrobię. Jest po prostu, jak jest i nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakty. Mój znajomy jest uczciwym, wartościowym człowiekiem, ale ma swoje progi i ściany na drodze do innych ludzi.
Jeśli zaś chodzi o towarzyskie newsy, dotyczą one związku, który narodził się między naszymi wspólnyim znajomymi. Dla mnie to istny, zaskakujący mnie mezalians. Ona jest kobietą subtelną, kulturalną, wrażliwą. On - no cóż... Moim zdaniem cwaniaczek i manipulant. Wczorajsze spotkanie z nimi utwierdziło mnie w tym wrażeniu. Owszem, da się z nim "całkiem po ludzku" porozmawiać, więc trochę złagodziłam swój sąd oparty na pierwszym wrażenie, ono jednak okazuje się nie bezpodstawne. Z zainteresowaniem zawsze obserwuję ludzkie relacje, więc i tym razem jestem ciekawa, jak to się potoczy i jak długo potrwa. Koleżanka twierdzi, że przepracowała swoje schematy i psychologiczne mechanizmy, a jednak wydaje mi się, że daleko od nich nie uciekła i padła ofiarą własnej empatii. Może jednak się mylę, kto wie?
A u mnie spokojnie. Wstałam dosyć późno i snuję się po domu w negliżu. Na dłuższą metę tego stanu nie lubię. Jest piękna niedziela, wzywa z daleka las, rzeka, polne ścieżki za miastem. Nie chcę, by czas wolny przeciekł mi przez palce. Wezmę się zaraz za gotowanie ogórkowej na obiad, a potem wskakuję na rower :)
P.S. W piątek po dłuższej przerwie odwiedziłam "sektę". Odpuściłam swoje dawne oczekiwania, przyjęłam do wiadomości, że sekta to nie pogaduszki z przyjaciółką, ale pewna struktura i ramy. I to okazało się bardzo dobrym podejściem. Spotkanie wypełniły szczere rozmowy i cenne wglądy. Wróciłam bardzo usatysfakcjonowana i - o dziwo - z poczuciem duchowej wspólnoty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz