Ostatnio jakoś nie chciało mi się zaglądać do bloga. Wróciłam do pracy i mam mniej wolnego czasu. Dzisiaj też nie zamierzałam pisać, ale zajrzałam do Wodnikowej Panny, poczytałam, jak sobie trwa niespiesznie, po czym zachciało mi się jednak utrwalić kawałek własnego życia.
Moje życie też niespieszne, chociaż wiele spraw chciałabym jednak dopiąć na ostatni guzik... i na "chciałabym" kończę! Dwa kroki do przody, trzy do tyłu.
,Czuję się znakomicie, jeśli chodzi o nastrój. Kiedy nie rządzą mną "organiczne zaburzenia nastroju", niewiele - mam wrażenie - może mnie złamać. Mam mocne zasoby do radzenia sobie z przeciwnościami losu: refleksje przede wszystkim, wiedza nabyta z licznych rozmów i lektur, i nie tak małe już doświadczenie.
Mam zresztą teraz zupełnie dobre życie. Kłopoty zdrowotne - póki co - utrzymują się w ryzach, z pieniędzmi stabilnie i nie odczuwam braków, choć obiektywnie prowadzę skromne życie. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, nie potrzebuję "cudów na kiju".
Jeśli chodzi o funkcjonowanie pod wpływem farmakoterapii, wczoraj miałam okazję przekonać się o różnicach. Był dzień jakiś niżowy pomimo pięknej pogody (dlaczego piękną nazywa się tylko słoneczną aurę? Deszcz także bywa piękny!), sąsiad narzekał na ból kolana, a ja czułam senność. Zrezygnowałam z planowanego basenu, by wypoczywać sobie i zdrzemnąć się w domu. Jednak było to zupełnie co innego niż wtedy, gdy rządziła mną choroba. Wtedy był emocjonalny "zjazd", żal, pretensje do siebie i niezadowolenie. Wczoraj po prostu chciało mi się spać - kropka, bez podtekstów. Chcę jeszcze nauczyć się radzić sobie z tą sennością, gdy potrzebuję jednak być bardziej aktywna.
Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej czyli tzw. Zielnej. Wielkie święto w lokalnej parafii, której owa postać jest patronką. Kiedyś przyciągało mnóstwo ludzi, lecz od kilku, a może kilkunastu lat obserwuję malejące zainteresowanie - może dlatego, że niż demograficzny i dzieci mniej? Bo głównie najmłodszych cieszy odpust, rozstawione kramy z drewnianymi kogucikami, cukierkami-rybkami (rybki są iście kultowe, chociaż moim zdaniem dosyć mdłe i nieprzyjemnie szorstkie) i wszędobylską "chińszczyzną". Ja bez żalu odpuszczam dziś to lubiane skądinąd widowisko. Tyle razy już to widziałam...
Cóż jeszcze? Był w tym tygodniu Klub Pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego. Uczestniczę w tych spotkaniach, nawet jeśli nie wynoszę nic szczególnego. Wartością jest dla mnie, że jestem rozumiana, że kogoś obchodzę, że ktoś pyta, co u mnie i nie lekceważy. W kameralnej grupce czuję się otoczona przyjazną atmosferą i przyjęta taka, jaka jestem. A realnego wsparcia również doświadczyłam, dobrze mieć do niego dostęp.
Przy okazji zajrzałam na oddział dzienny, gdzie zostało jeszcze trochę znajomych z hospitalizacji. Personel trochę krzywo patrzy na wizyty obcych osób, bo może to działać deprymująco na innych pacjentów. Ośmieliłam się jednak naruszyć zasady. Pogadałam z kolegą i koleżanką, poczęstowano mnie obiadem, z którego ktoś zrezygnował. Wzbraniałam się początkowo, ale koleżanka przekonywała, że mogę jeść śmiało. Wielce zadowolona zabrałam się do pałaszowania, gdy pojawił się oddziałowy terapeuta, zastępujący chyba urlopowaną kierowniczkę, i wlepił mi solidny "paternoster". Należał mi się, nie protestowałam. Przeprosiłam i wyjaśniłam sytuację, znajomi też wzięli mnie w obronę. Speszyła mnie ta historia, ale koniec końców uśmialiśmy się z tego, gdy terapeuta opuścił salę.
Ot, i tak to leci...
Dzisiaj święto i leniuchowanie. Planów specjalnych nie mam, aczkolwiek w domu straszy i chcę trochę go uprzątnąć ;)
I wisienka na torcie: oswajam się z końmi na działce u siostry. Pogłaskalam bestie, a nawet przytuliłam się do jednej. Są cudownie spokojne i łagodne. Kochane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz