Życie przewrotnym, jak wiadomo, bywa.
Próbowaliśmy się spotkać ze znajomymi z zeszłorocznej hospitalizacji. Niestety, nie udało się, bo ta ma dzieci, ta zachorowała itp. Z garstki chętnych na spotkanie zostałam tylko ja i ulubiony kolega. Ponieważ kolegę lubię niezmiernie, nawet się skrycie ucieszyłam, że zostało nas tylko dwoje. Jednak nie chciałam wyrywać się przed szereg i milczałam, czekając, aż odniesie się do sytuacji. W końcu nie wytrzymałam i napisałam w internetowej grupie: "No i co z tym fantem zrobić?". Kolega zareagował natychmiast i... zaproponował przełożenie spotkania na inny termin. Honorowo nie przyznałam się do zawodu i napisałam, że może to i lepiej, bo jakaś jestem dzisiaj zmęczona.
Po pracy wybrałam się do szmateksu w celu nabycia jakiegoś paska do ubrań, bo stare są już zniszczone albo zupełnie nie pasują. Nie dość, że "ustrzeliłam" aż cztery, w oko wpadła jeszcze unikalna spódnica w hippisowskim stylu, różowe szerokie letnie portki, jasny cienki żakiet (a ja tak długo polowałam na taki!) i elegancka bluza. Z jednej strony ucieszyły mnie te zakupy, a z drugiej - byłam trochę zła, że złamałam swoje postanowienie niezaglądania do szmateksów przez cały sierpień. Ciuchów mam naprawdę nadmiar, niektórych nawet nie miałam kiedy wykorzystać.
Taka wypełniona mieszanymi uczuciami wracałam już do domu, gdy nagle naprzeciwko ujrzałam - wyżej wymienionego kolegę. Szedł z naszym wspólnym znajomym. Zatrzymałam się, by zamienić kilka słów. Niebawem znajomy nas pożegnał, a ja - koniec końców, wylądowałam na kawie z kolegą i to z jego inicjatywy. Pogawędka była jak zawsze bardzo zajmująca, mój towarzysz przepuścił chyba ze dwa pociągi do swojego miasteczka.
A to ci dopiero!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz