A tak mi się zachciało znowu przysiąść na chwilkę i utrwalić nastrój.
Nic się dziś nie dzieje, a tak mi dobrze, że po prostu muszę o tym napisać.
Ludzie wzdychają do wyspy Bali, często napotykam różne reklamy jej dotyczące, jakieś warsztaty terapeutyczne, wycieczki. A mnie przed moim domem dziś tak dobrze jak na wczasach pod palmami! Jestem taka zrelaksowana! Cudownie jest po prostu DOBRZE SIĘ CZUĆ, nie być zmęczoną, wykończoną, wyczerpaną. Rany! jak dobrze!
Obiad "sam" się dzisiaj przygotował. Uwielbiam poznany w internecie patent "na motyla". To sposób pieczenia kurczaka rozłożonego na płasko. Nacina się stworzenie na plecach wzdłuż kręgosłupa, a z przodu jednym solidnym ciosem gruchocze mu się kości. Tak spreparowane ptaszysko staje się płaskie i pięknie, na rumiano się piecze. Na blachę dorzuciłam młode kartofelki, których nawet nie obierałam, a jedynie porządnie oczyściłam. Przeszły smakiem kurczaka w przyprawach. Taki kurczak na motyla to maximum sukcesu kulinarnego przy minimum wysiłku. Do tego surówka z pomidorów "bawole serca", które dostałam od koleżanki - przepyszne!
Po tym obiadku delektuję się kolejną rozpoczętą książką: "Sześć tysięcy metrów prawdy". Jej autor, Marek Krauz był kiedyś gościem naszej biblioteki na spotkaniu autorskim. W książce opisuje swoją wyprawę w Himalaje. Nie jest to rewelacja literacka ani krajoznawcza, autor powierzchownie opisuje zwiedzane miejsca, mocno wdaje się w swoje dość oczywiste i nieco wyświechtane już dywagacje, jak to góry odkrywają w nas wewnętrzną prawdę i mierzą z potęgą natury. Napisane jednak jest to na przyzwoitym poziomie i jakąś tam przyjemność z lektury mam.
Idę znowu przed dom, z książką pod pachą, dopóki dzień trwa.
Obiadu wystarczy na jutro - hurra!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz