Cha, cha! Dzień mi wyszedł jak zwykle. A raczej wychodzi, bo jeszcze do wieczora trochę czasu.
Wstałam nawet wcześnie, ale tu kawka, tu posiedzenie przed laptopem, tu parę chwil z synem na... wspólnym szperaniu w internecie (młodego zafascynowała cyrylica) i tak jak sama sobie z ironią przepowiadałam - zastaje mnie czternasta z hakiem. A mam to w nosie!
Sto razy pisałam o przebudowywaniu swoich przekonań, świadomości. podejścia do życia. Zaczynam mianowicie akceptować swoje funkcjonowanie, widzę w nim element własnego wyboru. Tylko ode mnie zależy, na co sobie pozwolę - więc pozwalam sobie dziś na wybebeszone łóżko, pałętanie się w nocnej koszuli i niegotowy jeszcze obiad. Ale cieszę się, że zrobiłam szybkie pranie... i chromolę, że dzisiaj niedziela i hałas pralki być może nie zachwyca konserwatywnej sąsiadki. Zresztą sąsiedzi poznali już sporo moich dziwactw...
Plan na obiad mam sprecyzowany ; szybko pójdzie i będzie smacznie. U kolejnego z "dynastii" gotujących Kuroniów znalazłam przepis na powidła bez mieszania, pieczone w piekarniku, więc niebawem wstawię garnek śliwek. Część odłożę do ciasta, nie mogę się tylko zdecydować: kruchego czy biszkoptowego. Ale chyba jednak kruche. Ach, jak będzie pachniało!
I zestawię sobie ładne ubranie na jutro, bo sporo ostatnio upolowałam na szmateksowych łowach :)
I zrobię sobie "wypasioną" kąpiel z układaniem fryzury innej niż zwykle. Ciekawe, co z tego wyjdzie.
I poczytam, i pospaceruję i zrobię to, na co przyjdzie mi ochota.
Większość z tego - do wyboru. I to jest najlepsze w tym wszystkim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz