sobota, 7 listopada 2026

Bursztyny... na grzędzie ;)

Budziłam się rano i z powrotem zasypiałam, i nie mogłam się zdecydować na opuszczenie ciepłego łóżeczka. Anektowałam pokój syna na osobistą sypialnię, a salonie przebywam w ciągu dnia.

Syn ma u mnie miejsce zawsze, jest tu u siebie, ale powoli, fizycznie oddala się ode mnie i kto wie, jak się potoczą jego dalsze losy. Możliwe, że zostanę już sama w przestrzeni, którą dotychczas dzieliliśmy na dwoje. Swobodnie się wtedy pomieszczę ze wszystkimi moimi książkami, ciuchami, rozwieszonym praniem. Kiedy syna nie ma w domu, suszarkę z praniem, wstawiam do jego pokoju, zamykam drzwi i mam święty spokój?

Może wcale nie warto szukać innego domu?

Właściwie dobrze mieć tę świadomość i podstawowe bezpieczeństwo.

Czy nie mam przypadkiem "syndromu nomady"? Żartobliwie nawiązuję tu do mojego pełnego przeprowadzek i zmian życia. Może to moja podświadomość przywykła i mimo woli wciąż poszukuje znanego sobie podekscytowania nowościami? A świadomie przecież tak tęskniłam za stałością.

Prawdą jest, że uwielbiam to eksplorowanie i poznawanie nowego miejsca, zadomowianie się, poszukiwanie własnych smaczków i klimatów. A kiedy już to mam - zaczynam wymyślać :)

Ustanowiłam niedawno swój życiowy rekord mieszkania w jednym miejscu. Osiem lat!

...Skoro, jak zwykle, post "sam mi się pisze" i temat bezwiednie się zrodził, pociągnę swoje rozmyślania:

Kredyt spłaciłam rok temu. Mogę teraz pozwolić sobie na więcej, choć pojawiło się kolejne finansowe wyzwanie w postaci studiów syna. 

Mogę też, nawykła do nierozrzutnego życia, realnie na coś oszczędzić. Może na wsparcie życiowego startu potomka? Czułabym, że w ten sposób spłacam dług wdzięczności wobec mojej Mamy.

Mam najprawdziwszy próg wyjścia do kolejnych możliwości. Mogę coś zrobić z tym, co już mam. Na przykład posprzątać wreszcie ten nieszczęsny garaż, by go wynająć i zapewnić sobie dochód pasywny. Do licha, mogę nawet komuś zapłacić za usprawnienie roboty, która idzie mi "jak krew z nosa", bo trzeba garaż wreszcie opróżnić.

Mogę ulepszyć, upiększyć to, co mam i mieć tu naprawdę przyjemnie.

Mogę pozwolić sobie na to, co naprawdę mnie karmi, zamiast żałować sobie wszystkiego...


Powtarzam się czy tylko mi się tak wydaje?

...Czego ta moja wewnętrzna kura chce na swojej grzędzie?

...Z drobiazgów codziennych, przyziemnych i planów konkretnych - dziś mam zamiar ogarnąć żywieniowy plan na nadchodzący tydzień. Jadłospisów, zachwalanych przez blogerkę Oszczędnie, nie tworzę, ale spodobało mi się, by zapewnić sobie jakaś bazę na kolejne dni - napiec chleba, uzupełnić zapasy kaszy, makaronu czy ziemniaków. Dzięki temu zdarza mi się przez cały tydzień nie robić zakupów, poza mlekiem, które musi być świeże, a bez którego żyć nie mogę (swoją drogą mleko śmiało można mrozić, co praktykowano w książkach o Syberii).

Trzeba też coś odkurzyć, coś wyszorować. Zatem dzień gospodarczy, a w międzyczasie... pogrzeb.

Dziś będą w parafii dwa, jakże różne. Najpierw młody chłopak, według wielu domysłów samobójca i to w bardzo dramatyczny, drastyczny sposób. Pisano w lokalnych wiadomościach, że ktoś wtargnął pod pociąg... Drugi to moja dawna sąsiadka, która dożyła dziewięćdziesiątki. Gdy jeszcze mieszkałam w tamtym miejscu, zdarzało mi się z nią pogawędzić, potem zgadało się, że potrzebuje od czasu do czasu pomocy w domu. Oddawałam jej drobne przysługi, a niekiedy nawet dorobiłam też dzięki temu parę groszy. Po wyprowadzce nieraz chciałam ją odwiedzić, ale zawsze hamowały mnie skrupuły: czy wypada, czy w porę, czy nie będę przeszkadzała starszej, schorowanej pani? Już się nie dowiem, już pani K. nie odwiedzę.
Na to pożegnanie pójdę, chociaż nasza znajomość miała luźny i niezobowiązujący charakter. Chłopaka natomiast nie znałam, więc się nie wybieram.

Pani K. miała chyba niezłe życie, sądząc z jej wspomnień, ale ostatnie lata były trudne. Kiedyś rozpłakała się opowiadając coś o swoich dolegliwościach. To było prawie dziesięć lat temu, a dopiero teraz odeszła. Mam od niej bursztynowe drobne korale, które pozostawił jej syn po śmierci żony. Korale mi się pokruszyły w jakimś domowym wypadku, leżą w pudełku jako pamiątka i wciąż sobie obiecuję, że zaniosę je do naprawy u jubilera. Czas chyba wreszcie to zrobić.

Lubię bursztyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz