Wieczór.
Wybrałam się po południu na ten pogrzeb, ale tylko na cmentarz, mszę żałobną sobie odpuściłam. Okazało się, że nabożeństwo trwało krócej niż się spodziewałam, więc i właściwy pochówek nastąpił szybciej. Musiałam dogonić kondukt. Po drodze spotkałam panią M., naszą emerytkę z pracy. Wyglądała bardzo elegancko, w szarym płaszczu "do figury", szczupła i jak zawsze nienagannie wyprostowana. Zawsze kojarzyła mi się z damą klasową z dawnych książek. Ten styl, ta postawa. Powiedziałam jej, że pięknie wygląda.
Po pogrzebie wybrałam się na zakupy w Lidlu, bo cmentarz jest po drodze. Głupio jednak było na pogrzeb ciągnąć torbę na kółkach, więc pokaźne sprawunki musiałam dźwigać w siatce. Odchodząc od kasy uśmiechnęłam się do małej dziewczynki, a ta bez namysłu wystawiła do mnie rączkę, by przybić jej piątkę. Przybiłam i to dwa razy, z wielkim entuzjazmem oraz sympatią. Jakie sympatyczne i rezolutne dziecko!
Po powrocie do domu trzeba było wybrać się jeszcze na zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Radzono nad usytuowaniem przydzielonych nam przez zarząd komunalny naszego miasta dodatkowych kontenerów na śmieci. Zebranie miało miejsce w holu osiedlowego bloku (dawny biurowiec, stąd ten hol). Niestety, jak to w holach, pogłos utrudniał mi rozumienie mowy i nie pomagała nawet ta słynna aplikacja co przerabia Feniksy na penisy :) W końcu przeprosiłam zgromadzenie, wytłumaczyłam swoją sytuację i wróciłam do domu.
W domu chłodno i to mnie chyba spowolniło, czułam zmęczenie. Zdecydowałam wreszcie napalić w piecu, poukładałam porozrzucane w pośpiechu rzeczy w kuchni, umyłam naczynia. Przestrzeń znów oswojona. W garnku powoli gotuje się cały kurczak na rosół. Z myślą o synu ten rosół, ale okazuje się, że jednak niedzielę spędzę samotnie. Nie szkodzi, ja też lubię rosół, a dawno go już nie gotowałam.
Rozeszły się po kraju smutne i dramatyczne wieści z Krakowa. Jakiś szaleniec zastrzelił pięć (przed chwilą przeczytałam o sześciu) osób, inne zranił. Dawniej takie rzeczy działy się gdzieś daleko, setki mil od nas... Dziś tragedia jest niemal namacalna.
Skłoniło mnie to, by napisać do mojej szkolnej koleżanki, która po studiach została w Krakowie na stałe. Na szczęście na Rynku dzisiaj nie była.
PS. Moja przyjaciółka jechała niedawno taksówką, a "ci taksówkarze wszystko wiedzą". Opowiadał jej, czego dowiedział się o tragedii chłopaka pochowanego dziś przed "moim" pogrzebem. Nie chcę tu ujawniać dokładnych (i nie wiadomo, czy na pewno prawdziwych) szczegółów, ale nigdy nie mogę pogodzić się z historiami, gdy rodzic zmuszony do wyboru między własnym dzieckiem a partnerem, wybiera tego drugiego. To takie dobro nadrzędne - ten cały status osoby w związku? Jak długo będzie się nas jeszcze tym karmić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz