Jutro do pracy - nie posiadam się ze "szczęścia".
Powtórzę po raz sto tysiące dwunasty: nie w pracy się spełniam, nie w pracy się realizuję, nie w pracy się przyjaźnię. Potrzebna jest mi wyłącznie do zaspokojenia potrzeb socjalno - bytowych. Nie kupuję bajek o "wychodzeniu do ludzi", trzymaniu pionu, który rzekomo zapewnia konieczność stosownego stroju i ewentualnie makijażu. Makijaż olewam, a strój mogę nałożyć na spacer po mieście bądź do kawiarni. Przyjaźń w pracy podobno się zdarza, ale ja cudu takowego nie zaznałam. Nie wierzę, że w tej mojej kiedykolwiek zaznam. Nawet z byłą dyrektorką, już emerytką, choć miałam wiele pozazawodowych tematów, jednak nie pozwałam sobie na pełną swobodę. A pswoboda jest dla mnie wyznacznikiem przyjaźni.
Na marginesie - u byłej dyrektorki byłam nawet niedawno z wizytą, na jej bardzo serdeczne zaproszenie. Było przytulnie acz elegancko i z klasą - prawdziwa przyjemność, ale przecież nie opowiem jej, jak w...a mnie jedna taka z innego działu w pracy. Nie wypada!
Bardzo chciałabym odnaleźć w sobie odwagę do zmiany zawodowej, pozbyć się lęku przed utratą bezpieczeństwa i porażką. Chciałabym też rozpoznać, nie tracąc realizmu, odpowiednie dla mnie zajęcie. Chcę świętego spokoju i swobody. Chcę przeklinać przy biurku, gdy nie idzie mi robota, podśpiewywać i gadać do siebie, móc w dowolnym momencie wyjść przez moment na świeże powietrze. Niech to nikogo nie razi i nikomu nie przeszkadza... chyba chciałabym pracować w pojedynkę i we własnym domu. I w czasie pracy doglądać gotującego się na kuchence krupniku.
Ba! Pisałam o tym sto razy!
Pati Garg twierdzi, że to da się zrobić. Wyślę chyba w świat intencję: posiąść wiedzę, jak się do takiej zmiany zabrać, oraz odwagę do zrealizowania. Bo da się żyć w mojej aktualnej pracy, ale to nie takie życie, jakiego pragnę. Dziewczyny gadające poza sprawami zawodowymi, o zakupach i imprezach (młodość!), robienie afery z niewinnie rzuconego zdania... Nie!
Ot, niedawno świeżo upieczona kierowniczka działu (pracownik już wieloletni) zwróciła mi uwagę, że nowa. od roku, dyrektorka nie lubi, gdy mówi się do niej po imieniu. A trzeba zaznaczyć, że to także bardzo już "stary" pracownik i całe lata jesteśmy ze sobą po imieniu. Rozumiem - oficjalne okoliczności, ale w nieoficjalnych chyba nie popełniam żadnego faux-pas, mówiąc do niej Zosiu. To właśnie powiedziałam kierowniczce, bynajmniej nie w celu polemizowania. Ot, rozmowa. Reakcją kierowniczki była uraza, że ją kwestionuję, komentuję i podważam jej słowa. Powiedziała, że czuje się przeze mnie opieprzana i jest jej przykro. O, ludzie!!!
Nie lubię i nie polubię pracy zespołowej.
Marto, w pracy różnie jest. Dużo bym mogła pisać. Powiem tylko o chorobowym. Rzadko i krótko bywałam na L-4, a jeśli mi się to zdarzyło, to komentarze były takie, że albo praca, albo chorowanie i w ten deseń (wszystko "przez ogródek"). A jak raz chciałam iść na "wczasy pod gruszą" w listopadzie, to był wielki problem, bo tylko latem można. Po długim chorobowym, to chyba prawnie musiałabym dochodzić, żebym te wczasy w ogóle dostała. Ostatnie lata to już były tylko rozmowy służbowe.
OdpowiedzUsuńDlaczego mnie to nie dziwi...? Ja na szczęście pracuję w tzw. budżetówce, bo niemal pół minionego roku spędziłam na L-4 i nie była to bynajmniej zachcianka.
UsuńNie mam w pracy tak najgorzej, ale do pełni komfortu psychicznego daleko, zwłaszcza z moim charakterem. Bo choć uchodzę za raczej niekonfliktową, chodzenie na palcach i cenzurowanie swoich wypowiedzi mnie drażni i męczy.
Ja też pracowałam w bibliotece.
UsuńW spokojnej i miłej, na pozór, instytucji też różnie bywa.
Usuń