Poranne rozprzężenie - póki co. Syn jeszcze śpi, ja dopiero co wypiłam kawę.
W naszej bibliotece funkcjonuje kiermasz, gdzie za symboliczną kwotę można nabyć książki wycofane z księgozbioru, bądź w ogóle do niego niewłączone (bo np. ktoś chciał się pozbyć własnych, przyniósł do nas, a my już takie mamy, a miejsca na półkach z gumy nie są). Dzięki temu stałam się właścicielką powieści Moniki Szwai: "Jestem nudziarą". Za współczesnymi "kobiecymi" powieściami nie przepadam, bo są powtarzalne, często wtórne i banalne, a językowy humor bywa w nich po prostu żałosny. Jednak Szwaja miała w sobie coś świeżego. Piszę to w czasie przeszłym, bo od mojej pierwszej z nią styczności minęło już sporo lat, a ona sama, biedaczka, już od dawna nie żyje. Czytać ją to była autentyczna przyjemność i zrelaksowanie. A że jeszcze "Nudziary" nie dane było mi poznać...
Chyba przejadły mi się już te wszystkie mądre psychologizmy i egzystencjalizmy. Ostatnio moja osłabiona koncentracja powodowała, że zaczynałam kolejne książki, nie kończyłam, czytałam po kilka naraz, a żadnej tak naprawdę. Albo wręcz przymuszałam się do nich z mizernym skutkiem.
Spać poszłam bardzo późno, już dzisiaj nad ranem. Chciałam dokończyć lekturę bloga o godnym życiu bez kasy. Dokończyłam, pomijając mniej interesujące mnie wpisy.
To bardzo wartościowa przestrzeń, serdecznie do niej zachęcam. Ciepłe, chociaż bardzo trzeźwe spojrzenie na życie, mnóstwo inspiracji i praktycznych wskazówek. Zupełnie serio biorę sobie je do serca.
Te zapiski potwierdzają prawdę, że właśnie ograniczenia wyzwalają w nas pomysłowość i kreatywność, paradoksalnie rozwijając. Gdy ma się zbyt wiele możliwości, nietrudno o sławetne "osiołkowi w żłoby dano".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz