piątek, 2 października 2026

Wybierać

 ...dla mnie od zawsze istniał jeden Bóg, drażniły mnie podziały, nienawiść między wyznawcami, więc pozostałam przy własnym wewnętrznym umiłowaniu Boga i podążaniu za prawdą człowieczeństwa a nie, danej religii. 

Pod tym fragmentem blogu "Mało kasy, godne życie" podpisuję się oburącz - nic dodać, nic ująć, jest to również moje credo od lat. Cieszy mnie, gdy spotykam wierzących podobnie.

Pod kolejnym fragmentem również podpisuję się zamaszyście. Mowa w nim o jakże polskim (zapewne jednak nie tylko) zjawisku - powszechnym kwękaniu na drożyznę i niedostatek. Wielokrotnie wspominałam, że wyleczyłam się z tego gruntownie, choć dawniej nie było mi obce. Bałam się wydawać pieniędzy, pozwalać sobie na cokolwiek poza priorytetowe potrzeby.

Nie jestem rozrzutna, nie jestem zwolenniczką szastania pieniędzmi, ale bezrefleksyjne sknerstwo prowadzi do frustracji i zgorzknienia. Poza tym dziwnym trafem pospolitych narzekaczy stać na dziwnie wiele. Mam taką jedną znajomą, której ulubioną śpiewką jest rzekoma "ukryta eutanazja" w Polsce, która pomstuje na pańśtwo, które nie dba o obywateli i każe im wegetować. Żyje ona z renty chorobowej, bardzo niskiej, bo nie wypracowała okresów składkowych. Kłopoty ze zdrowiem na niezaprzeczalne, ale zdecydowanie wyolbrzymione. Nie tak chorzy pracują zawodowo i prowadzą na tyle aktywne życie, na jakie ich stać. A ona owszem, lamentuje, ale widzę na zdjęciach (Facebook, a jakże) pięknie ubraną kobietę, z nienagannym makijażem, co rusz na jakiejś potańcówce i przy zastawionym stole. Uboga i schorowana... Rozumiem, że każdemu coś się od życia należy, nie oczekuję, by chodziła w worku, jadła chleb i wodę, ale niech nie marudzi, jak to jej źle.

A mnie w moim życiu teraz dobrze. Widzę zupełnie inny ton na swoim blogu niż jakieś pół roku temu. Wróciła mi energia i motywacja do aktywnego życia. Trochę się sama sobie dziwię, że nie wpadłam wcześniej na rzeczy dość oczywiste, ale sądzę, że przynajmniej częściowo zawinił mój stan zdrowia i psychiki - a także pewne wyuczone schematy, które wreszcie widzę, nazywam i zmieniam, bo wiem wreszcie, jak to się robi.

Podstawą jest samoobserwacja. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi komuś doradzać, jak zmienić swoje życie, to przede wszystkim zawsze podkreślę. Trzeba przyjrzeć się swoim myślom, zachowaniom, związkom przyczynowo - skutkowym. Bardzo tu pomaga medytacja, choć nie tylko. Jak by jednak tego nie nazwać, jaką teorią by nie obudować - trzeba zauważać swoje myśli, mowę, uczynki i... zaniedbania 😉 Zmieniać swoje przyzwyczajenia i sprawdzać, jak to działa.

Musiałam otwarcie przed sobą przyznać: w moim życiu dużo było ucieczki przed wyzwaniami, trudami, zmęczniem. Kiedy zrozumiałam mechanizmy swojego zmęczenia, zaczęłam poszukiwać rozwiązań.

Najpierw zrozumiałam, że to rodzinny dom wdrukował mi, że obowiązki to przymus, terror, ból i stres. Ucieczka w zmęczenie była moim mechanizmem obronnym. Długo tego nie potrafiłam połączyć ani uznać. Broniłam się bardzo przed "oskarżaniem" moich rodziców, łatwiej było mi samej sobie wymyślać od leni i życiowych oferm. Odważyłam się wreszcie zobaczyć i nazwać prawdę.

Potem dowiadywałam się, że droga do zmiany nie prowadzi przez wewnętrzny przymus. Paradoksalnie pomogło mi rozluźnienie, przyzwolenie sobie na bycie niedoskonałą. A teraz jestem na etapie, gdy już się chyba nasyciłam tym przyzwoleniem, narozkoszowałam, że nic nie muszę. Do tego realnie pomogło mi zaordynowane na oddziale dziennym leczenie farmakologiczne. Widocznie było mi potrzebne. Dopiero w ustabilizowanym nastroju, podniesionej energii zaczęło mi się chcieć coś robić - i zauważyć, jakie to pomocne w wychodzeniu z błędnego koła swoich niemocy. Bo bezczynnność bierze się z niemocy, a to generuje dalszą niemoc. Błędne koło trzeba przerwać, czasem samodzielnie, a czasem przy pomocy z zewnątrz.

Odkryłam, jak bardzo pozbawia mnie energii nadużywanie internetu. Jestem namiętną "czytaczką", a internet to istna kopalnia... wszystkiego. I tu właśnie rodzi się problem: nie wszystko jest warte uwagi i czasu, a jednak, jak to bodziec, wywołuje reakcję, ciekawość... No i nadmiar bodźców gotowy. Za dużo czasu przed ekranem, w bezruchu, metabolizm spowalnia - robimy się ospali, a czas przecieka nam przez palce. Kategorycznie postawnowiłąm z tym skończyć, co wcale nie znaczy, że całkowicie rezygnuję z internetu. Chcę jednak, by mnie karmił, a nie drenował wewnętrznie.

W życiu trzeba wybierać, jeśli pragniemy dobrego życia. Kasia Kowalska śpiewała: "Masz to, na co godzisz się". Może nie brzmi to odkrywczo, ale jakże jest prawdziwe.

2 komentarze:

  1. mam podobne przemyślenia. Pokolenie naszych rodziców, boomerzy, to następcy cichego pokolenia, pokolenia które pracowało po siedemnaście godzin dziennie i dla nich było a to norma. Pamiętam, jak z niedowierzaniem słuchałam teściowej, gdy mówiła mi przy niemowlęciu, że jak niemowlę śpi, to ja też jako matka powinnam się położyć, a nie w tym czasie łapać chwile na porządki w domu. Wtedy to myślenie to był dla mnie kosmos, teraz wiem, że miała rację. Bardzo dużo czasu i dosłownie wstrząsu życiowego potrzebowałam, by zmienić wzorce. Dobrze, że zapisałas się na wycieczki, Ty zawsze byłaś rodzajem wędrownika.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, czasami potrzebujemy wstrząsu. Mnie się sporo wyklarowało po operacji.
    Wędrówki kocham, ale nawet tu zaszły zmiany, o czym napisałam w dzisiejszym poście. Nie wiem, czy nie zrezygnuję z jutrzejszego wyjazdu. Na początek się wyśpię i rano podejmę decyzję.

    OdpowiedzUsuń